niedziela, 6 września 2009

#28 - The Walking Dead #55-#64 [Robert Kirkman & Charlie Adlard]

Postanowiłem olać pomysł dotyczący pisania o kilku komiksach za jednym zamachem. Nie podoba mi się to, wolę parę krótszych tekstów, ale każdy o czymś innym. W ten sposób łatwiej będzie odnaleźć konkretną pozycję w linkach po prawej, nawet jeśli chodzi tylko o kilka zdań związanych z pojedynczym zeszytem.

Dzisiaj tekst przedstawiający dziesięć najnowszych odcinków serii "The Walking Dead" - ostatnie dwa akapity zdradzają o kilka szczegółów za dużo, także nie polecam ich tym, którzy wolą najpierw przeczytać komiks sami.



O "The Walking Dead" nie pisałem już od dziewięciu miesięcy. Przez ten czas uzbierała się kolejna porcja zeszytów i jest o czym opowiadać. Kirkman nadal udowadnia to, co właściwie już udowodnił: po pierwsze, jego głowa jest pełna dobrych pomysłów. Po drugie, w historiach o zombie najważniejsi są ludzie, ich wzajemne relacje oraz postawa wobec niebezpieczeństwa; ożywione zwłoki niejednokrotnie schodzą na drugi plan. Zmiany w psychice bohaterów bywają dużo bardziej interesujące od zastanawiania się, czy za kolejnym zakrętem czyhają żywe trupy. I bardzo dobrze, tego właśnie oczekuję od tej serii.

[spoilery] W opisywanych dziesięciu zeszytach dzieje się sporo, cały czas na poziomie, do którego Kirkman i Adlard zdążyli już nas przyzwyczaić - jeśli lubisz "The Walking Dead", wciąż będziesz zadowolony, jeśli nie - póki co też nie zmienisz zdania . Obecnie bohaterowie zmierzają w stronę Waszyngtonu, gdzie według jednej z nowo poznanych postaci znajduje się wiedza dotycząca przyczyny ożywania trupów. Mam tylko nadzieję, że jeśli w ogóle Rick i spółka dotrą do celu, rozwiązanie zagadki nie okaże się jakimś banałem, który zniechęci mnie do tego komiksu. Scenarzysta nie byłby sobą, gdyby nie postawił na drodze stworzonych przez siebie bohaterów setek przeszkód, w dodatku tych najgorszych z możliwych. Robi to i tym razem. Niektórzy pękają, próbują popełnić samobójstwo, inni nie dają rady w inny sposób. Do grupy dołącza kilka nowych osób, w tym ksiądz, co oczywiście tylko pogarsza sytuację - nie wszystkim podobają się jego komentarze w stylu "niezbadane są wyroki boskie", zwłaszcza wygłaszane w naprawdę tragicznych momentach.

[spoilery] Po drodze do Waszyngtonu Rick odwiedza rodzinne miasto i zabiera ze sobą kolejnego towarzysza, znanego z samego początku historii. W trakcie tej wyprawy następują pewne zmiany w charakterze dziecka Ricka, Carla, które z kolei zaowocują drastycznymi wydarzeniami kilka odcinków później. Jest to chyba najciekawszy wątek kilku ostatnich numerów "The Walking Dead", z niecierpliwością czekam na jego rozwinięcie. Kolejna przeszkoda to grupa obcych osób śledząca bohaterów. Można się domyślać, że nie mają dobrych zamiarów, a już po chwili domysły zmieniają się w pewność. Napiszę tylko, że brakuje im żywności i chcą dostać jedzenie, które mogą zaoferować Rick i reszta. To właśnie ci ludzie będą głównymi przeciwnikami w ciągu kilku kolejnych zeszytów. Będzie się działo.

sobota, 5 września 2009

#27 - Sweet Tooth #1 [Jeff Lemire]


W pierwszym zeszycie "Sweet Tooth" Jeff Lemire przedstawia tę serię (nawiązując do słów przyjaciela) jako "Bambi meets Mad Max". Brzmi dziwnie i być może śmiesznie, ale lubię właśnie tę dziwność cechującą bardzo wiele komiksów Vertigo, postanowiłem więc zapoznać się z nową pozycją mojego ulubionego wydawnictwa. Nie znam twórczości Jeffa ("The Nobody" wygląda interesująco i czeka na przeczytanie), ale "Sweet Tooth" zachęcił mnie do nadrobienia zaległości. Zapowiada się kolejne udane przedsięwzięcie z katalogu Vertigo.

Podoba mi się tajemniczość panująca w komiksie - na razie wiadomo bardzo niewiele, a informacje podawane są w sposób zachęcający do czekania na ciąg dalszy. Mamy tu Gusa, dziwnego chłopca z rogami jelenia, mamy zagadkową pandemię, która zdziesiątkowała populację i sprawiła, że dzieci są dziwnymi hybrydami ludzi i zwierząt, odpornymi na infekcję. Umierający ojciec głównego bohatera twierdzi, że jego syn jest ostatnim dzieckiem, które przeżyło i bardzo dba o jego bezpieczeństwo, nie pozwalając mu wychodzić poza obszar lasu. To właśnie tam znajduje się zagrożenie. Jest tajemnica i jak na razie bardzo mały teren, na którym rozgrywa się historia. Boję się tylko, że w miarę wyjaśniania, o co tutaj chodzi (na przykład kiedy już dowiemy się, co tak naprawdę zaszło i dlaczego ludzie zaczęli umierać), może już nie być tak ciekawie. Wszystko zależy od tego, w jaki sposób Jeff Lemire poprowadzi swoją opowieść.

Sam autor zdradza kilka szczegółów więcej niż sam komiks; czytelnik dowiaduje się między innymi, że Gusa czeka bardzo długa i niebezpieczna podróż do miejsca zwanego "The Preserve", legendarnego schronienia dla dzieci-hybryd. Jego towarzyszem będzie Jepperd, człowiek, którego poznajemy pod koniec pierwszego zeszytu. Lemire rzuca jeszcze kilka terminów, takich jak "post-apocaliptic, neo-western, action-adventure, science fiction, road-movie" i dodaje (uprzedzając narzekania na kolejną post-apokaliptyczną historię), że nie ma oklepanych opowieści, są jedynie oklepane sposoby opowiadania. Twierdzi, że "Sweet Tooth" będzie zupełnie niepodobny do jakiejkolwiek post-apokaliptycznej historii oraz do jakiejkolwiek innej serii z Vertigo. Brzmi cwaniacko, ale wydaje mi się, że może się udać.

"Bambi meets Mad Max"? Nie wiem jak Wy, ale ja jestem za.

poniedziałek, 31 sierpnia 2009

#26 - Greek Street #1 [Peter Milligan & Davide Gianfelice]


W #5 numerze "Ziniola" Peter Milligan wspominał o swojej fascynacji grecką i egipską mitologią, cieszył się też, że może zaprezentować to zainteresowanie w nowej serii z Vertigo - "Greek Street". Milligan i Vertigo - na samo wspomnienie kilku efektów tego połączenia przechodzą mnie ciarki (dosłownie). Jeden z moich ulubionych scenarzystów postanowił przenieść greckie mity we współczesne czasy. Historię zilustrował Davide Gianfelice, którego prac - przyznaję - albo jeszcze nie widziałem, albo widziałem i zapomniałem, że to on był ich autorem (wiem tylko, że rysował "Northlanders", jedną z wielu serii, które chciałbym poznać, ale nie mam na to wszystko czasu). Jaki jest efekt współpracy obu panów?

Efekt jest niezły, ale nie mam jeszcze zamiaru piać z zachwytu, skoro przeczytałem dopiero pierwszy odcinek. To zwykle za mało, żeby móc napisać coś poza "nie zapowiada się/zapowiada się dobrze". Tutaj zapowiada się dobrze, co bardzo mnie cieszy, bo jak podkreślałem wiele razy (nie tylko w tym miejscu) jestem wielkim fanem Petera Milligana i czekam z niecierpliwością na jego nowe historie. Także na kolejne zeszyty "Greek Street" - liczę na to, że ciąg dalszy mnie nie zawiedzie.

Premierowy numer pokazuje, że Milligan nie był gołosłowny mówiąc o mitach we współczesnych czasach. Te najbardziej widoczne, przynajmniej dla mnie, to powtórzenie historii Edypa (zgadza się, Eddie, jeden z głównych bohaterów, ma, jakby to ująć, kłopoty związane z matką) oraz motyw z przepowiedniami. Nie chcę streszczać akcji - choćbym nie chciał, tekst byłby spoilerem - napiszę tylko, że jak na tak krótki epizod, pierwszy "Greek Street" zawiera bardzo wiele wątków i wiele postaci, z których tylko niektóre stały się bliższymi znajomymi czytelnika, reszta musi pewnie poczekać na swoją kolej. Nie wiem, w jakim kierunku rozwinie się opowieść, ale podejrzewam, że nie trzeba będzie długo czekać na dalsze interakcje bohaterów (dalsze, bo kilka miało już miejsce).

Komiks jest poprawnie zilustrowany, ale nie natknąłem się na jakieś fajerwerki. Vertigo przyzwyczaiło już do tego, że często rysunki znajdują się na drugim planie, a najważniejszy jest scenariusz - tutaj wydaje się być tak samo. Jedyna uwaga jest taka, że nie zawsze podoba mi się to, jak Gianfelice obrazuje twarze, ale nie jest to wada odrzucająca mnie od historii. Ogląda się przyjemnie i co najważniejsze nie przeszkadza to przy czytaniu.

Jeszcze jedno - wydaje się, że "Greek Street" będzie komiksem dość wymagającym - nie mam złudzeń, nie każdy zauważy wszystkie aluzje do greckiej mitologii (sam pewnie przeoczyłem kilka z nich w tym odcinku i aż boję się, co będzie dalej), a być może w kolejnych epizodach będzie to wręcz wymagane do zrozumienia tego, "co autor miał na myśli". To tylko przypuszczenie, pewne jest natomiast to, że nieuważnym/niezaznajomionym z tematem czytelnikom umkną liczne smaczki (nie wierzę, że ich nie będzie). Z tego względu "Greek Street" może nie być komiksem dla wszystkich, mam jednak nadzieję, że będzie chociaż komiksem dla mnie.

niedziela, 30 sierpnia 2009

#25 - Po łebkach [1]

Wprowadzam w życie nowy eksperyment, czyli dział "Po łebkach". Znajdą się w nim krótkie teksty (w żadnym wypadku recenzje) dotyczące komiksów/magazynów komiksowych, o których miałem wspomnieć dużo wcześniej (takie nadrabianie zaległości na szybko), o których ciężko zbyt wiele napisać (na przykład teksty dotyczące większości pojedynczych zeszytów) i tym podobne rzeczy. Po parę zdań na dany temat, bez udawania, że się na czymś znam. Zaczynamy.

1) Planetary [Warren Ellis & John Cassaday]


O "Planetary" wspominałem już wcześniej, twierdząc, że mi się podoba. Po skończeniu całości mogę tylko polecić tę serię - pomysły z zeszytów #19, #20 i #21 są świetne (według mnie to najlepsze odcinki), więc warto do nich dobrnąć, co zresztą wcale nie będzie jakieś nieprzyjemne - po drodze czeka nas naprawdę sporo dobrych rzeczy.

2) Tytus, Romek i A'Tomek: Księgi II-XIII


Polecę hurtowo, ale od postu dotyczącego Księgi I minęło trochę czasu. Poza tym wcale nie chodziło mi o pisanie o każdej Księdze z osobna, to mija się z celem. Dlaczego? Ponieważ potwierdza się to, co stwierdziłem w lutym - kupuję ten komiks tylko i wyłącznie z sentymentu i szczerze mówiąc od kilku Ksiąg w ogóle przestałem go czytać. Nabywam, żeby mieć klasykę w dobrym stanie, odkładam sobie na półkę i tak jest dobrze. Niektóre historie, w tym te z "Tytusa, Romka i A'Tomka" za bardzo się zestarzały, żeby jeszcze mnie bawiły; wolę zostawić sobie dobre wspomnienia z dzieciństwa i nie czytać tego od nowa. Próbowałem i nie wyszło z tego nic dobrego.

3) Star Wars 7/2009


Kolejny komiks kupowany z sentymentu, ale nie do samych "Gwiezdnych Wojen" - nigdy nie byłem ich wielkim fanem i nawet nie oglądałem nowszych części. Chodzi o sentyment do zeszytów, a że niewiele ich na naszym rynku... "Star Wars" kupuję, czytam i odkładam, zwykle zapominając, czego dotyczyła dana historia, chociaż niektóre są rzeczywiście niezłe. Prosta rozrywka. Gdybym był fanem, na pewno miałbym większą wiedzę dotyczącą "Gwiezdnych Wojen", a wtedy mógłbym docenić niuanse przedstawianych tu opowieści (których może być całkiem sporo, ale nie potrafię ich dostrzec) i automatycznie byłbym bardziej zadowolony.

4) Ziniol #3-#5


Poprzednia opinia na temat "Ziniola" podtrzymana - wciąż warto. Magazyn cały czas się rozwija, nawiązuje kontakt z kolejnymi ciekawymi postaciami świata komiksu i prezentuje bardzo wysoki poziom. Jedyne, co mi się nie podoba, to fakt, że od numeru #5 z "Ziniola" zniknęły recenzje - zostały w całości przeniesione na jego cybernetyczne uzupełnienie, ale ja wolałbym móc otworzyć sobie papierowy magazyn i sprawdzić, co ukazało się w danym okresie, zamiast ślęczeć przed monitorem. Nie lubię takiego czytania, więc siłą rzeczy strona "Ziniola" jest przeze mnie pomijana - po prostu nie potrafię przeglądać długich tekstów siedząc przed komputerem. Ponadto strona kiedyś zniknie, w przeciwieństwie do recenzji umieszczonych w magazynie.
Wkrótce numer #6, o którym postaram się napisać bardziej szczegółowo.

czwartek, 20 sierpnia 2009

#24 - Transmetropolitan [Warren Ellis & Darick Robertson]


Spider Jerusalem to niewątpliwie zły sukinsyn. Jest bardziej złośliwy niż Basil Fawlty i bardziej sarkastyczny od Dr House'a, przy czym jego negatywne cechy nie są skrępowane ani powstrzymywane przez jakiekolwiek bariery lub zakazy. Spider Jerusalem jest sławnym dziennikarzem, który ma wszystkiego dość i przebywa w górach, odcięty od cywilizacji, jednak (niestety dla niej) warunki kontraktu zmuszają go do powrotu i napisania jeszcze dwóch książek. Spider Jerusalem to główny bohater świetnie napisanego i zilustrowanego cyberpunkowego komiksu "Transmetropolitan" Warrena Ellisa i Daricka Robertsona, o którym miałem napisać już dawno.

Seria, w skład której wchodzi 60 zeszytów (10 TPB) była wydawana także w naszym kraju, ale niestety nie cieszyła się zbyt wielkim powodzeniem. Może przez słabą promocję, może przez dzielenie oryginalnych Trade'ów na części. Nie wiem, ale na pewno powodem nie było to, że "Transmetropolitan" to kiepski komiks - taki na pewno nie jest. Gwoździem do trumny było chyba wypuszczenie przez Mandragorę tomu "Rok Drania" za cenę o wiele wyższą niż oryginał. Do tego dochodzi jeszcze tłumaczenie, momentami sprawiające, że aż chce się wyć (porównajcie wstęp Gartha Ennisa do "Back on the Street" w polskim i amerykańskim wydaniu - mówię o fragmencie z tekstem "First issue's sold fuck all. We're doomed", gdzie Warren narzeka na kiepskie wyniki sprzedaży premierowego zeszytu, a przetłumaczono to na "Pierwsze wydanie wyprzedało się, kurwa, w całości. Już po nas"; dalsza część pokazuje jasno i wyraźnie, że ktoś tu nie miał pojęcia, o co chodziło). Szkoda, bo Ellis stworzył coś naprawdę ciekawego. Takie postacie jak Spider Jerusalem w jakiś sposób przyciągają jak magnes i sprawiają, że chce się o nich czytać. Chyba każdy chciałby chociaż przez chwilę być bezczelnym draniem, dobrze sie przy tym bawić, a potem nie ponieść konsekwencji. Ale poza tym Spider stara się przestrzegać pewnych elementarnych zasad, które - mimo jego metod i zachowania - mają na celu wygraną tych dobrych oraz sprawiedliwość.


Spider wraca z gór akurat w chwili, kiedy jego miasto żyje kampanią wyborczą. Walka o stanowisko prezydenta toczy się między dwoma kandydatami o pseudonimach The Beast i The Smiler. Obaj są siebie warci i - jak w życiu - nie da się dobrze wybrać. Jerusalem robi wszystko, by udaremnić przekręty polityków i celuje w nich bronią w postaci swojego niekonwencjonalnego dziennikarstwa. Nie zawsze mu wychodzi, nie za każdym razem ma powód, żeby znów bezczelnie się uśmiechać. Giną ludzie i nie jest wesoło. Chociaż z drugiej strony, podczas lektury "Transmetropolitan" bywa bardzo wesoło. Ale i strasznie, bo wizja przyszłości Warrena Ellisa nie jest jakaś nieprawdopodobna - niektóre jej elementy już od dawna depczą nam po piętach.

Komiks jest świetny, chociaż mam wrażenie, że zyskałby na jakości, gdyby skrócono go do, powiedzmy, 40 zeszytów. Wątków pobocznych jest mnóstwo, ale część z nich dałoby się bez bólu wyciąć - nie zapadają w pamięć i nie są niezbędne dla całości historii. Mimo tej drobnej wady (która być może dla reszty czytelników wcale nie jest wadą), "Transmetropolitan" zasługuje na dwa kciuki w górę i moją szczerą rekomendację.

Kilka ładnych miesięcy temu oglądałem wywiad z Warrenem Ellisem. Rozmowa dotyczyła przygód prezentowanego przeze mnie niezbyt uprzejmego dziennikarza z przyszłości i w jednym z komentarzy ktoś stwierdził mniej więcej coś takiego: "Jak postąpiłby w tej sytuacji Spider Jerusalem? - dla każdego z nas nadejdzie chwila, w której będzie musiał zadać sobie to pytanie". Autor wpisu miał rację - a jeśli nie czytaliście "Transmetropolitan", to nawet nie macie pojęcia, jak wielką.

Do następnego razu. I pamiętajcie, że czasem...

niedziela, 16 sierpnia 2009

#23 - Hard Boiled [Frank Miller & Geof Darrow]


Ostatnia recenzja pojawiła się tu 23 marca, więc chyba nie przesadzę, kiedy stwierdzę, że dawno mnie nie było. Miałem napisać o filmie "Watchmen", o serii "Transmetropolitan" oraz o #3 i #4 "Ziniolu" (w międzyczasie doszedł piąty), ale na jakiś czas po prostu zabrakło mi zapału i chęci. Zdarza się. Teraz powracam, nic nie zapowiadając i niczego nie obiecując. Zresztą chyba nie mam nawet komu obiecywać, że się poprawię. I dobrze.

Dzisiaj o komiksie "Hard Boiled", wydanym w naszym pięknym kraju przez Egmont. Wydanym dosyć dawno, bo w październiku zeszłego roku, ale to nie jest najistotniejsze. W końcu nie piszę tu tylko i wyłącznie o nowościach. Jeśli chodzi o "Hard Boiled", tym, co przede wszystkim rzuca się w oczy, jest najprawdopodobniej nazwisko autora scenariusza oraz jakość wydania - twarda oprawa, duży format. Wydaje mi się, że większość osób, które wcześniej nie słyszały o tym komiksie, bardziej przyciągnie napis "Frank Miller", nie zaś "Geof Darrow". A powinno być na odwrót. Owszem, można przypuszczać, że autor "Sin City" szczegółowo opisał wszystko, co można zobaczyć na ilustracjach, ale osobiście postawiłbym raczej na szaloną inwencję twórczą rysownika. Nie znam szczegółów i nie wiem jak było, ale to chyba najbardziej możliwa wersja. Pisząc o "Fables" stwierdziłem, że nie poświęcam należytej uwagi rysunkom, bardziej skupiając się na scenariuszu, ale w przypadku "Hard Boiled" nie potrafię podejść do sprawy w typowy dla siebie sposób.

Słyszałem/czytałem różne opinie o fabule tego komiksu, od słów takich jak "rewelacja" po stwierdzenia w rodzaju "scenariusz pisany na kolanie". Kierowałbym się raczej ku tej drugiej ocenie, pamiętając jednocześnie, że mój pogląd jest zniekształcony przez wiele podobnych historii, tyle że "Hard Boiled" ukazywało się w latach 1990-1992 i to właśnie ta opowieść mogła być wzorem dla tych, które poznałem o wiele później. Dziecko Millera i Darrowa czytane na początku 2009 roku może wydawać się wtórne, jednak to tylko złudzenie. Mimo wszystko fakt pozostaje faktem - scenariusz pewnie nie był pisany na kolanie, ale zupełnie mnie nie wciągnął. Całość można przeczytać w 20 minut, bowiem historia sprowadza się do tego: główny bohater, Carl Seltz, dowiaduje się, że jest cyborgiem - ta-daa! Potem zaczyna się wielka rozpierducha.

Moje streszczenie jest oczywiście nieco przejaskrawione i zjadliwe - na pewno można dodać więcej szczegółów, a podczas lektury zostać wciągniętym w opowieść. Mnie to po prostu nie spotkało. Za to nie odkryję Ameryki, kiedy powiem, że wciągają ilustracje (w pełni zasłużony Eisner dla Darrowa). Geof Darrow jest pierdolnięty - i uwierzcie, że po długim (o wiele dłuższym niż czytanie) przeglądaniu "Hard Boiled", słowo na "p" jest eufemizmem. Zdarza mi się czytać zeskanowane komiksy, ale nie wyobrażam sobie, żebym miał to robić w tym przypadku. Byłaby to profanacja. Ilustrator przedstawił wizję Franka Millera w każdym szczególe - narysował każdy pocisk, każdą rysę na ścianie, puszkę na ulicy, każdy detal ubioru postaci, a nawet pchły na psie. Jak już wspomniałem, "Hard Boiled" można przeczytać w 20 minut, ale oglądać przez wiele godzin, co chwilę odnajdując jakiś nowy element, zwłaszcza na większych rysunkach, w które komiks obfituje. Uczta dla oczu.

To właśnie dla tej uczty warto mieć ten komiks na półce, a nie na dysku twardym. Tego nie da się opisać, to trzeba zobaczyć samemu. Mam do czynienia z jedną z nielicznych opowieści obrazkowych, do których będę powracać tylko po to, by pooglądać ilustracje, nic nie czytając. I założę się, że patrząc na "Hard Boiled", jeszcze wiele razy znajdę coś, czego nie dostrzegłem wcześniej.

środa, 1 lipca 2009

#101: Spawn: The Animated Series

Wspominałem wcześniej, że swego czasu Spawn był dla mnie czymś niesamowitym. Swego czasu, czyli w 1997 roku, kiedy chodziłem do czwartej klasy podstawówki, co zresztą wiele wyjaśnia. Może i pozostałe pozycje wydawane przez TM-Semic nie zawsze należały do najgrzeczniejszych (a poza tym nie miałem wtedy pojęcia o takich rzeczach jak choćby Weapon X), ale dopiero historia zaprezentowana przez Todda McFarlane'a zrobiła na mnie tak piorunujące wrażenie. Chowałem ten komiks przed rodzicami, a w wyobraźni czułem szpony wyrywającego moje serce Violatora. Trwało to w najlepsze przez kilka pierwszych numerów, a potem opowieść zamieniła się w pieprzoną telenowelę, nudną i niemożliwą do strawienia, zaś główny bohater został smutnym filozofem użalającym się nad swoim marnym życiem po śmierci i - co gorsza - robiącym to w niemal każdym odcinku. A kiedy seria przestała się ukazywać, w ogóle nie żałowałem, ponieważ chodziłem po nią do kiosku wyłącznie z przyzwyczajenia.

Jestem prawie pewny, że po raz pierwszy przeczytałem o Spawn: The Animated Series w trzecim numerze polskiej edycji tego komiksu. Oczywiście było mi bardzo smutno, że jestem zbyt młody, by móc obejrzeć tę mroczną rzeźnię tylko dla dorosłych, ale przecież istniały ciekawsze rzeczy, których jeszcze nie mogłem robić z powodu wieku, a na które miałem ochotę, więc po niedługim czasie chęć obejrzenia tej kreskówki odeszła w zapomnienie. A potem, po latach, pojawiła się okazja kupienia edycji kolekcjonerskiej, wydanej z okazji dziesiątej rocznicy powstania filmu. Cztery płyty DVD (jedna z dodatkami), trzy sezony po sześć odcinków i ogromna ciekawość, jak odbiorę ten serial teraz, gdy minęło tyle czasu od chwili, kiedy olałem komiks.

Można powiedzieć, że kreskówka wzięła z opowieści obrazkowej to, co było w niej najlepsze i podniosła to kilka poziomów wyżej, ale niestety nie zniwelowała wad oryginalnego scenariusza. Mamy więc mroczny, przytłaczający klimat oraz przemoc, która robi o wiele większe wrażenie niż ta przedstawiona na papierze. Już pierwszy odcinek rozpoczyna się mocnym wejściem, a potem jest już tylko gorzej (czyli - z perspektywy widza - lepiej). Trup ściele się gęsto, a świetnie podłożone głosy i dźwięk tylko potęgują atmosferę przebywania w piekle na ziemi. Twórcy serialu postawili na jedno: brak jakichkolwiek ograniczeń; od samego początku wiedzieli, że nie robią filmu animowanego dla dzieci. Krew, mocny język i seks wypełniają po brzegi trzy z czterech płyt DVD i nawet jeśli odbiorca doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że pokazywanie jak najbrutalniejszych scen jest tu celem samym w sobie, i tak siedzi wbity w fotel. Paradoksalnie, wrażenie jest jest jeszcze większe właśnie dzięki temu, że mamy do czynienia z serialem animowanym, tak jakby widz sam nie wierzył, że takie rzeczy można pokazać w kreskówce. Gdyby grali tutaj prawdziwi ludzie, w porządku, widziałem sporo krwawych filmów, ale to? Kiedy oglądałem kolejne epizody Spawn: The Animated Series, cały czas wydawało mi się, że w zwyczajnym filmie to wszystko byłoby o wiele łatwiejsze do przełknięcia. Co nie znaczy, że nie oglądałem tego z niekłamaną przyjemnością.

Z początku wszystko jest mniej więcej tak, jak w komiksie, a później następują coraz bardziej znaczące zmiany. To dobrze, ponieważ po pierwsze - mimo znajomości pierwowzoru, czasem nie wiedziałem, co będzie dalej, a po drugie - zawsze istniała nadzieja, że w ten sposób kreskówka pozbędzie się patosu znanego z papierowej wersji opowieści. Tak się jednak nie stało. Nadal obserwujemy Spawna płaczącego nad swoim losem i nie ma w tym niczego fajnego. Kolejna wada to nieodparte wrażenie, że cała historia brnie donikąd, powtarzając komiksowe wałkowanie tych samych wątków bez końca, bez celu i bez przeświadczenia, że gdzieś tam czeka coś więcej. Ponadto, po osiemnastym odcinku akcja urywa się, pozostawiając większość pytań bez odpowiedzi. I jak tu być zadowolonym z takiej sytuacji? Na szczęście ponoć nadchodzi kontynuacja, trochę późno, ale jednak.

Mimo wymienionych wad, Spawn: The Animated Series to bez wątpienia kawał dobrej oraz imponującej roboty. Kreskówka, jakiej nie widziałem nigdy wcześniej i pewnie nie zobaczę aż do premiery kolejnych odcinków. Na pewno warto sprawdzić, choć nie zdziwię się, jeśli ta mroczna, dołująca i niemal całkowicie pozbawiona jasnych kolorów oraz pozytywnych bohaterów animacja odrzuci Was od ekranów telewizora i pozostawi niezadowolonymi.

poniedziałek, 1 czerwca 2009

#99 - The Extremist [Peter Milligan & Ted McKeever]

The Extremist to czteroczęściowa miniseria z ukochanego przeze mnie wydawnictwa Vertigo, której pierwszy numer ukazał się we wrześniu 1993 roku, czyli niemal dokładnie siedemnaście lat przed powstaniem tej recenzji (6 września 2010). Szmat czasu, a mimo to komiks wciąż zaskakuje i chwyta za jaja oraz serce. Tylko cztery krótkie zeszyty, a tyle skrajnych emocji odczuwanych przez czytelnika. Tak niewiele stron i tak ogromna ilość rewelacyjnych, nierzadko zaskakujących pomysłów. Opowieść, której pochłonięcie może zająć jeden wieczór, ale której przeżywanie trwa o wiele dłużej. Jeśli kogoś to nie przekonuje, mogę dodać jeszcze takie słowa jak seks, przemoc, lateks i cycki, jednak mam nadzieję, że nie było to konieczne.

O jednym z moich komiksowych ulubieńców, Peterze Milliganie, napisałem już niejeden tekst, ale nigdy nie znalazł się tu jakikolwiek akapit poświęcony Tedowi McKeeverowi. Jego brzydkie, nieestetyczne i brudne ilustracje kochasz lub nienawidzisz, przy czym większość ludzi zdaje się wybierać tę drugą możliwość. Rozumiem ich, jednak osobiście uwielbiam niepodrabialny styl tego rysownika, jego pozornie wymagające niewielkich umiejętności prace, sprawiające, że nie da się go pomylić z żadnym innym autorem. Widzisz charakterystyczną kreskę i od razu wiadomo, kto maczał w tym palce. Nie podoba się? W porządku, nie musi, ale ja jestem zachwycony i naprawdę nie wiem, co mogłoby bardziej pasować do genialnego, chorego, a także niemożliwie brudnego scenariusza Petera Milligana. Czasami można odnieść wrażenie, że McKeever nie rysuje kolejnych obrazków, tylko wydala je z siebie lub zwraca, tak jak zwraca się treść pokarmową z żołądka. I bardzo dobrze. Jeśli nie czytaliście, nie możecie domyślać się, jak bardzo pasuje to do przytłaczającej atmosfery opowieści.

Uogólniając, komiks porusza dwie kwestie: ludzi noszących strój Ekstremisty oraz samego stroju i tego, jak wpływa on na osobowość postaci, która ma go na sobie. Okazuje się, że założenie specyficznego skórzanego ubrania może zarówno więzić, jak i dawać wolność, choć często związaną z zepsuciem i odrzuceniem wszelkich zasad moralnych. The Extremist opowiada także o poszukiwaniu swojego prawdziwego "ja" (znów kłania się temat tożsamości), o tym, jak niewiele może wiedzieć o sobie dwoje mieszkających razem ludzi, a także... jak niewiele człowiek może wiedzieć o sobie samym. I wierzcie mi, ten akapit nie wyczerpał tematu. Tak naprawdę kilka napisanych przeze mnie krótkich zdań o tym, co można znaleźć pomiędzy okładkami, to tylko kropla w morzu, ponieważ, jak już wspominałem, mnogość wątków i smaczków powala.

Kim jest Ekstremista (i nie mam tutaj na myśli człowieka znajdującego się pod skórzaną maską, chodzi o samą ideę tej postaci)? To członek tajnego stowarzyszenia - ilość związanych z nim informacji, jakie poznajemy przez cały czas trwania opowieści, jest kolejnym ciekawym pomysłem Milligana - zajmujący się między innymi eliminowaniem ludzi niewygodnych dla tej sekretnej grupy. A teraz: kim jest obecny Ektremista? To Judy, osoba zupełnie nowa i niedoświadczona w tym fachu, zakładająca czarny strój tylko po to, by odnaleźć mordercę jej męża, poprzedniego Ekstremisty. I nie napiszę niczego więcej, bo w przypadku tego komiksu nie da się wspominać o fabule, nie zdradzając zbyt wielu szczegółów.

Opowieść, mimo niewielkiej objętości, jest złożona i przemyślana w taki sposób, że nie wyobrażam sobie, by nie zrobiło to na czytelniku wrażenia. Ciekawe pomysły, żywi bohaterowie, obrzydliwość i kontrowersja (co ważne, pozbawiona tanich chwytów i takich rzeczy jak na przykład pokazywanie przemocy dla samego pokazywania przemocy), a także celowo zaburzona chronologia, mająca na celu utrzymanie odbiorcy w napięciu aż do samego finału - to wszystko sprawia, że The Extremist jest miniserią, którą da się zachwycać jeszcze długo po przeczytaniu całości. Tak właśnie było ze mną i tak będzie z Wami, a jeśli nie, mogę się tylko bardzo zdziwić.

piątek, 1 maja 2009

#98 - American Virgin [Steven T. Seagle & Becky Cloonan]

Na początku zapowiadało się interesująco: logo Vertigo i ciekawa, dość nietypowa historia Adama Chamberlaina propagującego wstrzemięźliwość seksualną przed ślubem. Główny bohater przemawia do tłumów, zachęcając ludzi, by poszli jego śladem i wybrali czystość. Sam Bóg przemówił do niego i stwierdził, że dziewczyna Adama, Cassandra (należąca do Korpusu Pokoju i obecnie przebywająca w Afryce) jest jedyną kobietą, z którą może być, a on będzie czekał na nią choćby całą wieczność. Kiedy schodzi ze sceny, poznajemy resztę rodziny amerykańskiego prawiczka, niestety nie tak doskonałą, jak on, jednak najgorszym momentem i punktem wyjścia całej serii jest to, co główny bohater ujrzy w telewizji pod koniec pierwszego zeszytu serii: śmierć Cassandry, która została pozbawiona głowy przez terrorystów. Cały świat Adama Chamberleina obraca się w gruzy, a szokujące wydarzenie zdaje się niszczyć wszystko, w co wierzył. Decyduje się wyruszyć do Afryki, by odnaleźć zabójców swojej dziewczyny...

Mogłoby być ciekawie? Mogłoby, ale niestety nie jest. Spodziewałem się interesującej przemiany głównego bohatera, konfrontacji jego poglądów z otaczającym go światem oraz śledzenia tego, jak wzajemnie na siebie wpływają. Niby to wszystko tu jest, ale stanowi tylko pretekst, by pokazać rzeczy, o jakich wspominałem już w recenzji It's a Bird..., komiksu z dużo lepszym scenariuszem tego samego autora: klubów dla gejów, skórzanych masek, cycków, transwestytów i tego, jak Adam Chamberlain niby chce, ale jednocześnie wcale nie chce zadupczyć. Niby jest kontrowersja, akcja, krew, seks, przemoc, poważna tematyka i humor, ale przedstawione w kompletnie nieinteresujący sposób. Tak jakby komuś zabrakło dobrych pomysłów i stwierdził: "Hej, umalujmy naszego prawiczka i poślijmy go do klubu dla gejów, gdzie mogą znajdować się ludzie, którzy zamordowali jego dziewczynę, a w środku niech obmaca go gruby, wąsaty, ubrany w lateks homoseksualista z własną salą tortur w piwnicy". Napisałem to już wcześniej, teraz mogę tylko powtórzyć: w Kaznodziei Garth Ennis potrafił szokować i budzić szczery niesmak, a jednocześnie robić to tak, że czytelnik pozostawał zachwycony (w każdym razie częściej niż rzadziej), za to w American Virgin te wszystkie rzeczy pokazywały, że sama kontrowersja nie wystarczy, bo szokować też trzeba umieć, a niesmak można budzić w paradoksalnie dobrym stylu.

O rysunkach też nie mogę napisać niczego dobrego - nie podobają mi się. Bywa, że prostota działa na korzyść komiksu, ale nie tutaj. Jest jakoś tak zbyt cukierkowo, miło i przyjemnie; mam skojarzenia z opowieścią obrazkową, która mogłaby zostać opublikowana w jakimś kiepskim magazynie dla młodzieży, z takimi ilustracjami, żeby nieprzyzwyczajeni do komiksowego medium czytelnicy nie poczuli się zagubieni i dostali coś łatwego w odbiorze. Krótko mówiąc, nie będę rozglądał się za kolejnymi pracami Becky Cloonan - seria Americac Virgin skutecznie zniechęciła mnie do dalszych poszukiwań.

Nie dziwię się, że opowieść zakończyła swój żywot wcześniej, niż planowali sami twórcy. Było kilka dobrych i całkiem niezłych momentów, ale przeważyła kaszanka, kiepskie pomysły i nieciekawi bohaterowie. Ani to zabawne, ani - mimo szczerych chęci scenarzysty - szokujące. Zawiodłem się tym bardziej, że mam do czynienia z pozycją ze stajni Vertigo. Niestety, nawet w tak dobrej (właściwie mojej ulubionej) stajni można wdepnąć w nieposprzątane łajno.

środa, 1 kwietnia 2009

#97 - Face [Peter Milligan & Duncan Fegredo]

O Face wspomniałem po raz pierwszy pisząc recenzję The Eaters, prawie dwa lata temu, gdy w adresie tego bloga nie figurowało jeszcze słowo komiksofilia, a jakże ambitny zwrot comic books keep my dick hard. Może i nie byłem zabawny, ale już wtedy wiedziałem, że Peter Milligan i Duncan Fegredo to mistrzowski duet, którego dzieła są w stanie rzucić mnie na kolana. Dokładnie rok po recenzji The Eaters (teraz zastanawiam się, czy zrobiłem to przypadkiem, ale pewnie nie) napisałem laurkę ich Enigmie - dodam, że laurkę w pełni zasłużoną. W moim prywatnym rankingu ten pokręcony komiks wciąż stoi na podium. Nie mogę napisać tego samego o Face, jednak nie każę Wam czekać na podsumowanie i od razu zapewnię, że według mnie jest to komiks rewelacyjny. Jeśli więc nie znacie tej pozycji, a do tej pory zgadzaliście się z moimi opiniami, zdobądźcie ją jak najszybciej, nawet jeżeli nie przepadacie za horrorami. Bo nie da się zaprzeczyć, że ten one-shot z Vertigo może przestraszyć, a już na pewno trzymać w napięciu.

Jeśli chodzi o ilustracje, mógłbym napisać dokładnie to samo, co w recenzji Enigmy: są świetne. W dodatku kolory nałożyła tutaj ta sama osoba, czyli Sherylin van Valkenburgh. Jak dotąd zawsze mogłem napisać kilka ciepłych słów o rysunkach Duncana Fegredo, jednak dużo zależy właśnie od kolorów. Te znajdujące się w Face są o wiele mroczniejsze niż w Millennium Fever, doskonale pasując do panującej w komiksie atmosfery. Całość robi ogromne wrażenie oraz pokazuje, że praca ilustratora nie jest wyłącznie tłem dla scenariusza Milligana, a raczej pełnoprawnym partnerem w zbrodni i jednym z głównych atutów komiksu.

Pozornie scenariusz nie jest zbyt skomplikowany: jedna wyspa, czworo bohaterów; David, słynny chirurg plastyczny, jego żona Rebecca oraz Andrew Sphinx, światowej sławy malarz wraz ze swoim lokajem. Na początku wszystko wydaje się proste - zadaniem Davida jest zrobienie malarzowi operacji plastycznej. Ponieważ Sphinx nie jest przeciętnym zjadaczem chleba, a "największym żyjącym artystą" (poza tym woli spędzać czas z dala od ludzi; jego ostatnia znana fotografia ukazała się ponad dwadzieścia lat temu), może dyktować warunki i decyduje, że to chirurg wraz se swoją żoną muszą wybrać się do niego, nie odwrotnie. Mają spędzić na rajskiej wyspie około sześciu miesięcy; Rebecca ukończy swoją zaniedbaną powieść, David zajmie się tym, w czym jest najlepszy, Andrew Sphinx, który z powodu braku natchnienia przestał malować wiele lat temu, zmieni twarz i powstanie niczym feniks z popiołów, a w efekcie wszyscy rozstaną się szczęśliwsi niż przed spotkaniem. Taki jest plan, ale, jak łatwo zgadnąć, wszystko się komplikuje. Wychodzi na jaw, że plany Davida i jego żony różnią się od planów Sphinxa oraz jego bezgranicznie posłusznego lokaja. Wtedy zaczyna się prawdziwy koszmar.

Milligan jak zwykle porusza temat tożsamości, zadaje pytania, jakie znaczenie ma ludzka twarz, czym jest sztuka i czy chirurgia plastyczna może być za nią uznawana. Najważniejsze jest jednak to, że tworzy interesujące postacie z krwi i kości, dodając im kilka obsesji oraz obaw, które, choć wydają się niewielkie i mało znaczące, tak naprawdę kierują ich życiem. Face to jedna z opowieści o bohaterach odciętych od świata, znajdujących się w miejscu, z którego niełatwo uciec i zmuszonych do radzenia sobie w ekstremalnych warunkach, czasami dzięki przekraczaniu granic własnej wytrzymałości i niebezpiecznym zbliżaniu się do popadnięcia w obłęd. Aż do dramatycznego finału czytelnik nie ma pojęcia, czy występujące w komiksie postacie wyjdą z tego bez szwanku, czy może wszystko zostało od początku do końca wyreżyserowane przez szaleńca.

Jeśli jeszcze nie wiecie, przekonajcie się sami.

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...