Pokazywanie postów oznaczonych etykietą egmont. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą egmont. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 31 marca 2014

#352 - Superman: Kuloodporny [Grant Morrison & Rags Morales]

Kiedy po lekturze przeciętnych „Technik zastraszania” zapoznałem się z komiksem „Superman i Ludzie ze Stali”, kolejną pozycją spod szyldu Nowego DC Comics, byłem zaskoczony dwiema rzeczami. Po pierwsze, zdziwiło mnie, że można stworzyć gorszą fabułę od tej, którą przedstawił Tony S. Daniel w swojej opowieści o Batmanie. Po drugie, nie mogłem uwierzyć, że mam do czynienia z historią napisaną przez Granta Morrisona – scenarzystę wprawdzie kontrowersyjnego, jednak w mojej opinii z reguły stającego na wysokości zadania. Zaskoczenie było tym większe, że przecież „All-Star Superman” tego samego autora był rewelacyjną opowieścią, wypełnioną po brzegi świetnymi pomysłami. Tymczasem ostatni syn planety Krypton z „The New 52” okazał się zaledwie cieniem herosa uwiecznionego na kartach wyżej wymienionego tytułu. [więcej w najnowszym numerze ArtPapieru]

sobota, 18 stycznia 2014

#343 - Batman: Techniki zastraszania [Tony S. Daniel]

Chyba każdy fan przebierającego się w „roboczy” strój Bruce’a Wayne’a ma swój ulubiony aspekt postaci Batmana. Dla niektórych będzie on jednym z najlepszych na świecie detektywów, dla innych bohaterem zmagającym się z groźnymi, czasem wręcz przerażającymi przeciwnikami. Sam należę do grupy czytelników, dla których Zamaskowany Krzyżowiec jest przede wszystkim postacią tragiczną, spowitą mrokiem, bez przerwy balansującą na granicy szaleństwa. Bardziej od otoczenia Wayne’a (jego adwersarzy i zagadek, jakie musi rozwiązać w danym epizodzie swoich przygód) interesuje mnie stan umysłu bohatera oraz fakt, że pod pewnymi względami jest on niepokojąco podobny do tych, z którymi walczy. [więcej w najnowszym numerze ArtPapieru]

poniedziałek, 29 kwietnia 2013

#296 - Fantasy Komiks #19

19 numer "Fantasy Komiks" wyszedł naprawdę dobrze, tym bardziej smuci więc umieszczona we wstępie wiadomość o kolejnej negatywnej zmianie. Tym razem wydawany przez Egmont magazyn z dwumiesięcznika staje się kwartalnikiem. Na tej samej stronie można przeczytać, że "zapaść rynku czytelniczego pogłębia się" oraz "w obecnej sytuacji jest to jedyne rozwiązanie, umożliwiające publikację na polskim rynku kolejnych części rozpoczętych przez nas serii". Nie wiem już, co jeszcze musieliby zrobić wydawcy, żeby ich antologia nie traciła na popularności, bo, przynajmniej w teorii, na chwilę obecną "Fantasy Komiks" ma wszystko, czego mu trzeba, zakładając, że jego celem jest pokazywanie komiksu środka, jaki ma trafiać do masowego odbiorcy. [więcej na stronie Alei Komiksu]

czwartek, 27 września 2012

#259 - Blueberry 3 [Jean-Michel Charlier & Moebius]

Trzeci z wydanych w ramach cyklu "Plansze Europy" tom serii Blueberry Jeana-Michela Charliera (scenariusz) i Jeana Girauda (ilustracje), to trzy powiązane ze sobą wspólną fabułą albumy: Chihuahua Pear, Człowiek wart 500 000 $ i Trumienna ballada. Fanom westernów nie trzeba tłumaczyć, że przygody porucznika Mike'a S. Blueberry'ego to klasyka, pewnie wiedzą to nie od dziś, natomiast jeśli chodzi o resztę, zwłaszcza o czytelników nastawionych sceptycznie do historii rozgrywających się na Dzikim Zachodzie, chciałbym zapewnić, że to po prostu świetny komiks, niezależnie od tego, czy preferuje się dany gatunek, czy nie. [więcej na stronie Gildii Komiksu]


niedziela, 2 września 2012

#253 - Kriss de Valnor: Wyrok Walkirii [Yves Sente & Giulio de Vita]

Biję się z myślami, siadając do napisania tej recenzji. Czytając w zeszłym roku, że Kriss nie zapomina o niczym, byłem rozczarowany tym, co zaproponował mi Sente, autor scenariusza. Głównie z powodu odebrania jednej z moich ulubionych komiksowych bohaterek tego, co pozostawało dla wyobraźni czytelników, a także przez wrażenie, że jeśli już chciało się opisać jej przeszłość, dałoby się zrobić to dużo lepiej. Teraz przeczytałem Wyrok Walkirii, drugi tom podserii Thorgala z Kriss de Valnor w roli głównej, i z jednej strony ucieszyłem się, że nie było aż tak źle, jak oczekiwałem, a z drugiej towarzyszyło mi uczucie, że mimo to i tak dałem się nabrać. Co z tego, że tym razem subtelniej. [więcej na stronie Gildii Komiksu]


niedziela, 17 czerwca 2012

#241 - Kajtek i Koko: Kajtek i Koko w Londynie [Janusz Christa]

Album Kajtek i Koko w Londynie, czwarty tom Klasyki Polskiego Komiksu z historiami obrazkowymi Janusza Christy, składa się z trzech części: zbioru osiemdziesięciu humorystycznych pasków zatytułowanego Dni Gdańska oraz dwóch dłuższych opowieści: fantastycznej Zwariowanej wyspy i detektywistycznego Londyńskiego kryminału. [więcej na stronie Gildii Komiksu]


sobota, 12 maja 2012

#231 - Batman: Zabójczy żart [Alan Moore & Brian Bolland]

Po dwóch dekadach od wydania TM-Semic, Egmont wznawia "Zabójczy żart" Alana Moore'a (scenariusz) i Briana Bollanda (rysunki), proponując czytelnikom wersję z nowymi kolorami oraz nowym, o wiele bardziej dopracowanym tłumaczeniem. Historia jest raczej dobrze znana, mimo to niewątpliwie należy jej się nowe, porządne wydanie. "Zabójczy żart", przez niektórych uważany za komiks genialny, jeden z najlepszych o Batmanie, przez innych za jedynie przeciętny, dyskredytowany nawet przez samego scenarzystę, już dawno wszedł do kanonu przygód Mrocznego Rycerza i należy do tych pozycji, które po prostu wypada przeczytać, niezależnie od tego, ile jest prawdy, a ile trwającej od lat legendy w dość powszechnej opinii o jego genialności. [więcej na stronie Alei Komiksu, a przy okazji, tekst o Zabójczym żarcie to dwusetna recenzja na tym blogu]


środa, 9 maja 2012

#229 - Kajtek i Koko: Opowieści Koka [Janusz Christa]

Album Opowieści Koka, ósmy tom z twórczością Janusza Christy w ramach cyklu Klasyka Polskiego Komiksu, składa się z trzech opowieści. W dwóch pierwszych (Arktyczna wyprawa i Przemytniczy szlak) marynarz Koko, tym razem bez udziału Kajtka, opisuje swoje samotne przygody, najpierw mające miejsce we wspomnianej wcześniej, skutej lodem krainie, a potem na statku, w towarzystwie niebezpiecznych przemytników. W trzeciej, najkrótszej historii biorą udział obaj tytułowi bohaterowie. Opowieść Na wakacjach przedstawia humorystyczne wydarzenia związane z letnim wypoczynkiem. Całość była pierwotnie publikowana na łamach Wieczoru wybrzeża w latach 60-tych zeszłego stulecia. [więcej na stronie Gildii Komiksu]


czwartek, 15 marca 2012

#214 - Fantasy Komiks #14

W czternastym tomie Fantasy Komiks czytelnicy muszą pożegnać się z dwoma seriami, którymi są Rozbitkowie z Ythaq i Sloka. Obie towarzyszyły im od bardzo dawna, pierwsza z wymienionych od samego początku istnienia magazynu. Sloki nie za bardzo mi szkoda, od zawsze był to dla mnie przeciętny (nawet jak na tę antologię) cykl i jego zniknięcie (jedynie tymczasowe, ciąg dalszy ma pojawić się już w drugiej połowie tego roku) nie jest dla mnie wielką stratą. Bardziej szkoda mi Rozbitków z Ythaq, czyli komiksu, który pomimo licznych wad i przeciętności cechującej niemal całą zawartość Fantasy Komiks, wyraźnie zawyżał ogólny poziom. Sam finał jest średni, Arleston pisał już lepsze odcinki, z mniejszą ilością głupich pomysłów, jednak na tle reszty (nie mam na myśli czternastego numeru, ale całość tego, co przeczytałem we wszystkich tomach, które posiadam) trudno nie uznać Rozbitków... za główny atut antologii fantasy. Oby zapowiadany cykl Jeźdźcy smoków okazał się godnym następcą. [więcej na stronie Alei Komiksu]

niedziela, 19 lutego 2012

#207 - Fantasy Komiks #13

Trzynasty tom Fantasy Komiks otwiera Sloka, seria, której nie darzyłem sympatią już wcześniej, zanim przerwałem regularne czytanie magazynu. Pierwsza część opowieści Łuki krwi to moim zdaniem przeciętna historia, pełna walk, akcji oraz wojennych intryg, pod pewnymi względami podobna do Rozbitków z Ythaq, ale pozbawiona interesujących pomysłów i lekkości tamtego cyklu. Obyło się bez większych zgrzytów, ale to za mało, żebym dołączył do wspomnianych we wstępie czytelników uznających Slokę za jedną z ich ulubionych serii. Z drugiej strony, w magazynie trafiały się już o wiele gorsze komiksy, ten przynajmniej nie wypada poniżej przeciętnej. [więcej na stronie Alei Komiksu]

wtorek, 14 lutego 2012

#206 - Fantasy Komiks #12

Czytanie Fantasy Komiks przerwałem na tomie siódmym, akurat w momencie, kiedy magazyn zdrożał, a Egmont postanowił ograniczyć ilość jego stron. Minął ponad rok, niedawno sięgnąłem po dwunastą odsłonę antologii "najlepszych komiksów fantasy" i od razu poczułem się, jak w domu. Rzeczywiście, zmiany dotyczą jedynie objętości oraz ceny, poziom i pomysł na zawartość pozostały te same. To dobrze, bo już od lektury pierwszego numeru podobało mi się założenie wydawcy Fantasy Komiks i chęć pokazywania czytelnikowi pulpowej fantastyki, świetnej do przekartkowania i zapomnienia. Ewentualnie do zachęcenia młodszych odbiorców, pokazania im komiksu łatwego w odbiorze, czyli takiego, po jaki raczej należy sięgnąć na początku swojej przygody z opowieściami obrazkowymi (co nie znaczy, że nie można lubić takich opowieści także później). [więcej na stronie Alei Komiksu]

sobota, 22 stycznia 2011

#133 - Komiksy z Kaczogrodu, tom 1: Życie i czasy Sknerusa McKwacza [Don Rosa]

Gdyby nie liczne rekomendacje odnalezione w Internecie, pewnie przeszedłbym obok tego komiksu obojętnie, bo co mnie niby obchodzą jakieś kaczki Disneya. Już dawno z tego wyrosłem. Okazuje się, że zrobiłbym duży błąd i przegapił bardzo fajną opowieść o życiu postaci, którą zna i pamięta z dzieciństwa chyba każdy z nas. To tak jakby nie sięgnąć po Bone'a, bo główny bohater wygląda niepoważnie. Dodam jeszcze, że cena okładkowa pierwszego tomu Komiksów z Kaczogrodu to jedyne 19,99zł za 223 strony, więc nic, tylko brać - nawet jeśli ktoś nie będzie zadowolony, nie straci fortuny. Ale nie wierzę, żeby znalazło się wielu malkontentów; jeśli tylko w czasie lektury czytelnik nie będzie zadręczał się myślami, że przecież już od dawna nie jest dzieckiem i w ogóle nie powinien czegoś takiego czytać, będzie dobrze, a nawet bardzo dobrze. W tym przypadku nagroda Eisnera to nie przypadek.

Jak już wspominałem, Sknerusa McKwacza, postać stworzoną przez Carla Barksa, zna chyba każdy, ale ile osób wie, jak doszedł do swojej fortuny? Ja nie wiedziałem, byłem jedynie świadomy, że kąpie się w pieniądzach we wnętrzu ogromnego skarbca. Scenarzysta i rysownik, Don Rosa, potraktował zagadnienie bardzo poważnie, więc można mieć pewność, że Życie i czasy... dostarczą wielu ciekawych informacji, w dodatku takich, które nie zostały wyssane z palca. Cytując autora komiksu: "Możecie być pewni, że jeżeli kaczor wspomniał coś na temat swojej młodości w trzecim dymku na piątym kadrze na siódmej stronie w drugiej historyjce w którymś wydaniu z 1957 roku, to - o ile była to historia Barksa - fakt ten znajdzie odzwierciedlenie w Życiu i czasach". W dalszej części wstępu Rosa pisze: "Jednym słowem, jest to klasyczne studium przypadku obsesji maniakalnej". Ujmując tu inaczej, czytelnik dostaje pasję w czystej postaci.

Komiks podzielony jest na dwanaście rozdziałów i rozpoczyna się opowieścią o młodości głównego bohatera. Później nadchodzi czas na jego liczne podróże i nieudane próby zdobycia bogactwa, by w końcu przekonać się, w jaki sposób dopiął swego. Po drodze czytelnik spotyka wiele barwnych postaci, również takich, z którymi zetknął się już wcześniej, ale niekoniecznie wiedział, skąd pochodzą i jakie były ich początki. "Przekonaj się, skąd się wziął Kaczogród i na własne oczy zobacz, jak skończyło się pierwsze spotkanie Sknerusa i Kaczora Donalda!". Życie i czasy... to powrót do beztroskiego dzieciństwa, przyjemny tym bardziej, że nie chodzi tu wyłącznie o sentyment. Pierwszy tom Komiksów z Kaczogrodu to po prostu kawał dobrze opowiedzianej i narysowanej przygodowej historii, a także poznawanie na nowo bohaterów, których błędnie uznawałem za doskonale mi znanych. Po przeczytaniu tych dwunastu rozdziałów zyskują dodatkową głębię, Don Rosa zdołał pokazać, że wcale nie są płaskie i papierowe, jak mogłoby się wydawać; wszystkie mają własną, interesującą i często bardzo burzliwą przeszłość. Przekonaj się sam. Dwie dychy to naprawdę śmieszny pieniądz za coś tak dobrego.

piątek, 19 listopada 2010

#122 - Fantasy Komiks #7

O tym, że Fantasy Komiks wcale nie sprzedaje się tak dobrze, jak chciałby Egmont, wspominałem już wcześniej, a siódmy numer magazynu najwidoczniej potwierdza tę niezbyt optymistyczną sytuację. Właściwie nie wiadomo, czego powinniśmy oczekiwać w przyszłym miesiącu - pierwsza zapowiedź mówi o tym, że FK #8 ukaże się 6 grudnia, druga, umieszczona pod koniec tego tomu, jako datę wypuszczenia następnej części wymienia 15 grudnia. To jeszcze nic, być może prosty błąd wynikający jedynie z niedopatrzenia. Inna sprawa, że po lekturze każdego z poprzednich numerów czytelnik wiedział, kiedy będzie mógł przeczytać kolejny epizod zamieszczonych w nim serii. Tym razem dostaje tylko trzykrotne: "Koniec częśći (...). Część (...) ukaże się w jednym z kolejnych tomów Fantasy Komiks". Jestem ciekaw, co dalej, i czy w kolejnej odsłonie magazynu przypadkiem nie zobaczymy jakiejś nowej formuły, dopasowanej do niezadowalających wyników sprzedaży.

Jeśli chodzi o sam siódmy numer, stały czytelnik raczej nie znajdzie tu żadnej niespodzianki, może poza wymienioną w poprzednim akapicie. Rozbitkowie z Ythaq i Lasy Opalu utrzymują poziom, do którego zdążyły przyzwyczaić odbiorców. Pierwsza seria powoli odkrywa coraz więcej kart, w drugiej można przeczytać ten sam stek mniej lub bardziej znośnych bzdur, co zawsze. Jeśli ktoś jeszcze nie zdążył ich zaakceptować (bądź polubić), nie liczyłbym na zmianę zdania. Za to druga część Zarazy trzyma niezły poziom, oczywiście jak na opowieści, które publikuje FK. To dość ciekawa i w miarę spokojna historia, nie ma w niej zwrotów akcji znanych z Rozbitków z Ythaq, ale z drugiej strony jest pozbawiona głupich pomysłów, na jakie natknie się każdy, kto przerzuci kartki, by dotrzeć do serii Lasy Opalu.
Podsumowując, wyszedł z tego całkiem niezły numer, na pewno lepszy od poprzedniego. Zobaczymy, co w ósmym Fantasy Komiks... i kiedy w ogóle będzie można kupić następny tom.

środa, 10 listopada 2010

#120 - Fantasy Komiks #6

O czym tu pisać? Recenzje poprzednich numerów nakreśliły już poziom i charakter magazynu, a Kingpin w jednym z wpisów na swoim blogu trafił w sedno - Fantasy Komiks to rzeczywiście szmira i słabizna. Od siebie dodam (zresztą po raz kolejny), że mimo wszystko da się to czytać. Warunek jest jeden: czytelnik nie może podchodzić do tego na poważnie. Poświęcić wieczór na tanią rozrywkę za 19,99zł, czasem parsknąć śmiechem, kilka razy z zażenowaniem przewrócić oczami, przekartkować i zapomnieć. Można też pytać samego siebie: "Czemu właściwie dalej kupuję ten syf?"; osobiście nie potrafiłbym odpowiedzieć, więc nawet nie próbuję się nad tym zastanawiać. Na pewno w niczym by mi to nie pomogło, Egmontowi tym bardziej.

W szóstym numerze na pierwszy ogień idzie nowa seria zatytułowana Sloka. Mówiąc krótko, jak dla mnie lipa. Jeśli chodzi o rysunki, może być (ilustratorem jest ten sam gość, który zajmuje się warstwą graficzną w serii Rozbitkowie z Ythaq), ale scenariusz, czyli fuzja elementów science fiction i fantasy oraz głupkowatego humoru i pełnej powagi nie wyszła, przynajmniej moim zdaniem, najlepiej. Poczekam na kolejną część, która ponoć ukaże się w ósmym tomie, jednak na razie nie oczekuję rewelacji.

O pozostałych seriach wspominałem już wcześniej i właściwie wszystko wiadomo (o ile ktoś to czytał i czyta w tej chwili) - w FK #6 znaleźć można kolejne części Legendy oraz Lasów Opalu. Ta pierwsza to najlepszy komiks w tym numerze, można ją przełknąć nawet bez wspomnianego wcześniej przewracania oczami. Co do trzeciej z prezentowanych tu opowieści, wciąż jest taka sobie, a momentami wręcz naiwna do bólu, ale jakoś nie zwymiotowałem w czasie lektury - chyba przez to, że zdążyłem się do niej przyzwyczaić i wiedziałem, co mnie czeka. I tak jest dużo lepiej, niż na samym początku, który był naprawdę koszmarny. Mimo wszystko wydaje mi się, że szósty tom wyszedł nieco gorzej niż poprzednie, a może w czasie pochłaniania kolejnych opowieści miałem po prostu trochę gorszy humor. Bo bez pozytywnego nastawienia czytelnika, Fantasy Komiks to faktycznie straszny chłam; jeśli przed lekturą wyłączy się logiczne myślenie, można przeżyć.

sobota, 11 września 2010

#103 - Fantasy Komiks #5

No proszę - jeszcze wczoraj, pisząc o przyszłości wciąż całkiem nowego magazynu Egmontu, założyłem, że "jakoś to idzie", a zaraz potem przeczytałem wywiad z Tomaszem Kołodziejczakiem, który na pytanie "Czy Fantasy Komiks, czyli stosunkowo tani magazyn z dużą ilością komiksów, może być remedium na czytelnictwo i sprzedaż komiksów?" odpowiada: "Brakuje nam klientów, ale niedużo. Dajemy pismu jeszcze czas. Jeśli utrzyma się na rynku, to zajmie stałe miejsce na półkach wybranych kiosków. Wtedy według tego modelu możemy kreować kolejne tytuły. Wszystko rozstrzygnie się jesienią". Czyli jednak wcale nie jest tak różowo i wciąż nic nie wiadomo.

Na razie cieszmy się tym, co mamy, czyli piątym numerem. W środku znajdziemy dalszy ciąg Rozbitków z Ythaq (jest dobrze: akcja, akcja i kilka nowych wątków, choć takie rzeczy jak zmutowany dziadyga krzyczący "Cha, cha, cha, cha, cha!", gdy wyrastają mu skrzydła, zalatuje mi pomysłami rodem z naiwnych komiksów tworzonych przeze mnie na świetlicy w podstawówce) oraz finał pierwszej podserii Samuraja (szkoda, że mimo widowiskowych i dobrze narysowanych scen bitewnych, ostatni odcinek rozczarowuje; sprawia wrażenie kończonego na szybko).
Zazwyczaj nie wspominam o humorystycznych jednoplanszówkach - albo są żenujące, albo zapominam je zaraz po przeczytaniu. W piątym numerze pojawiła się jakaś nowa seria stanowiąca krótkie przerywniki pomiędzy albumami, ale... już nie pamiętam jej tytułu. Serio. I tak nie byłem nią zachwycony.
Jednak jest jeszcze coś interesującego - seria Zaraza, pierwsza znacząca nowość od pierwszej części Samuraja w Fantasy Komiks #2 (a w następnym numerze kolejny niepublikowany dotąd w FK cykl - Sloka). Komiks opowiada o zmaganiach dwóch wrogich plemion, łączących siły, by pokonać dziesiątkującą ich chorobę. Na razie, zarówno scenariuszowo i graficznie, Zaraza nie zaniża poziomu magazynu, ale też nie wzbudza mojego entuzjazmu. Mimo wszystko, zdążyłem się już przekonać, że niektóre z prezentowanych w nim tytułów potrzebują czasu, by się rozkręcić; mam nadzieję, że ten nie jest wyjątkiem.

piątek, 10 września 2010

#102 - Fantasy Komiks #4

Fantasy Komiks wciąż daje radę. Kiedy piszę te słowa, na półce czeka napoczęty piąty tom, a tymczasem kilka zdań o czwartym: w ciągu kilkumiesięcznej obecności magazynu na polskim rynku zdążyłem przyzwyczaić się do formuły wybranej przez Egmont... i polubić ją. Nie mam pojęcia, ilu czytelników ma podobne zdanie, ale jak na razie zapowiedzi sięgają siódmego numeru, więc chyba jakoś to idzie. I bardzo dobrze.

Tym razem z okładki spoglądają na nas bohaterowie Lasów Opalu, serii, którą wcześniej uznawałem za najgorszą z prezentowanych dotychczas w Fantasy Komiks. I tu kolejne zdziwienie związane z magazynem: jest lepiej, nadal naiwnie, ale tym razem przebrnąłem przez opowieść bez częstego uderzania otwartą dłonią w czoło. Dalszy ciąg cyklu zobaczymy w szóstym tomie i jeśli nie okaże się gorszy, będzie naprawdę nieźle, zwłaszcza w porównaniu z tragicznym początkiem.
Trzecia część Samuraja nie zaskoczyła mnie ani pozytywnie, ani negatywnie; to wciąż ten sam, dobrze narysowany komiks z fabułą, która... po prostu jest, ale trawi się ją bez bólu i zgrzytania zębami. Gdyby każda seria publikowana w magazynie miała taki poziom, spokojnie wystarczyłoby to, żeby mnie zadowolić.
Najlepszym komiksem w czwartym numerze jest według mnie kontynuacja Legendy - może to lekki sentyment do Księcia Nocy, a może po prostu fakt, że Swolfs dał radę wycisnąć z tak oklepanego pomysłu (w Fantasy Komiks właściwie nie ma innych) tyle, ile się dało. Nietrudno zgadnąć, jaki będzie finał, ale i tak chętnie przekonam się sam.

Czwarty numer sprawdza się tak, jak poprzednie, może oprócz pierwszego, który mnie rozczarował. Mógłbym ponarzekać, bo wad jest sporo, ale przecież i tak kupuję kolejne tomy tej taniej pulpy, a to chyba o czymś świadczy. Piątka już czeka na dokończenie.

czwartek, 1 lipca 2010

#92 - Fantasy Komiks #3

Zarówno o formule Fantasy Komiks, jak i o tym, czym właściwie jest ten magazyn, pisałem przy okazji dwóch poprzednich numerów, nie widzę więc powodu, żeby z każdym kolejnym tomem wałkować to od nowa. Będzie jak z późniejszymi TPB serii Invincible: krótko i konkretnie.

Przy trzecim wydaniu wiadomo już, o co chodzi i z czym to się je, a sama zawartość magazynu tylko potwierdza moją wcześniejszą opinię: jest dobrze, oczywiście na tyle, na ile pozwala pomysł Egmontu na Fantasy Komiks.
Tym razem nie dostajemy żadnej nowej historii, w środku znaleźć można jedynie kontynuacje Rozbitków z Ythaq, Samuraja oraz Legendy, która powróciła po krótkiej nieobecności w FK #2. Fajnie, że nie ma Lasów Opalu, moim zdaniem najgorszej z dotychczasowych serii. Powróci w czwartym wydaniu (które, o ile dobrze kojarzę, pojawi się w sprzedaży już jutro), razem z Legendą i Samurajem.

A tymczasem czytelnik dostaje to, co już doskonale zna, o ile przeczytał wcześniejsze numery magazynu. Jeśli nie, to naprawdę wystarczy sprawdzić dwie poprzednie recenzje i zaznajomić się z ogólnymi założeniami poszczególnych serii, a osoba, która nie urodziła się wczoraj, będzie mogła bez większych problemów zgadnąć, jak mniej więcej wyglądają dalsze losy głównych bohaterów. Musiałbym pogadać z jakimś dzieciakiem, który za wiele nie przeczytał i za wiele nie obejrzał, bo być może dla takiego odbiorcy jest to faktycznie coś nowego i zaskakującego. Dla mnie nie, co nie zmienia faktu, że poziom został utrzymany, a poza tym - i pewnie będę to pisał przy każdym kolejnym numerze Fantasy Komiks - nie chodzi tu przecież o żadne odkrywcze rzeczy, a o przyjemniejsze spędzenie czasu na kibelku, w pociągu, czy gdzie tam czytacie te niezobowiązujące bzdury.

wtorek, 27 kwietnia 2010

#86 - Fantasy Komiks #2

Zdziwiłem się, ale jest lepiej. Oczywiście nie jest to zasługą samego magazynu, którego forma nie uległa przecież zmianie od poprzedniego numeru (jest za to ankieta, ale o niej napiszę później), a raczej zamieszczonych w nim historii oraz mojego nastawienia. Ostatnio spodziewałem się czegoś lepszego i nie byłem zadowolony z zawartości Fantasy Komiks, ale teraz wiedziałem dokładnie, co mnie czeka. I nie zawiodłem się, a że poza tym wszystkim zamieszczone w drugim tomie opowieści wydały mi się trochę ciekawsze niż ostatnio, to swoją drogą. Już wiem, że kolejny numer również zagości na mojej półce i to on ostatecznie zdecyduje, czy jeszcze świeży magazyn Egmontu wygra walkę o mój portfel. Na razie wszystko wskazuje na to, że tak się stanie.

W FK #2 dostajemy kontynuacje Rozbitków z Ythaq i Lasów Opalu, a zamiast Legendy (która powróci za miesiąc) jest coś nowego, czyli pierwszy tom Samuraja.
Tym razem to Rozbitkowie z Ythaq jest komiksem, który najbardziej przypadł mi do gustu. Kilka ciekawych pomysłów, zwłaszcza wątek ze wspomnianą ostatnio niegrzeczną panią, pozwoliły na czerpanie umiarkowanej przyjemności z lektury. Nie jest świetnie, ale moim zdaniem odczuwalnie lepiej, a konkretniej: tak jak miało być, czyli niezbyt ambitnie, jednak wystarczająco rozrywkowo, żeby strawić to bez bólu. Ciekaw jestem tylko, czy takie okrzyki jak na przykład "Kurza pacha!" czy (moje ulubione) "A niech to chili z badyli!" (what the fuck?) są inwencją tłumaczki, czy może w oryginale brzmiały równie głupio. Tak czy inaczej, według mnie jest to najlepsza opowieść z tych zamieszczonych w drugim tomie, choć na forum Gildii czytałem sporo wypowiedzi stwierdzających coś całkowicie odwrotnego.
Lasy Opalu, największe ścierwo z poprzedniego numeru, o dziwo również wchodzi lepiej niż przed miesiącem. Wciąż jest to przewidywalne, wciąż opiera się na pomyśle przeruchanym wcześniej na sto tysięcy sposobów (przypominam: "Darko, syn zwykłego optyka, okazuje się zbawcą ze starej przepowiedni"), wciąż występują patetyczne teksty w stylu "Jeśli chłopak umrze, zniknie nadzieja na triumf sprawiedliwości", ale drugi epizod znacząco przewyższa to, co miałem nieprzyjemność przeczytać ostatnio. Może rzeczywiście jest lepiej, a może tak bardzo chciałem czegoś ciekawszego, że aż wmówiłem sobie, że faktycznie jest ciekawiej.
Nowa opowieść, Samuraj (scenariusz: Di Giorgio, rysunki: Genêt) to również przyzwoite i dobrze narysowane czytadło. Nie grzeszące oryginalnością, ale nieźle zrealizowane i stojące na mniej więcej takim samym poziomie jak Rozbitkowie z Ythaq. Wydaje mi się, że gdyby poszło do pierwszego numeru zamiast Lasów Opalu, debiut magazynu wyszedłby Egmontowi nieco lepiej.
O kilku humorystycznych jednoplanszówkach nawet nie wspominam, bo tak naprawdę jest to pierdółka, która ma niewielkie znaczenie dla ogólnego odbioru Fantasy Komiks. Niby mogłoby być lepiej, ale gdyby nie było ich wcale, pewnie nawet bym tego nie zauważył.

Na koniec ankieta - dobrze, że jest. Jak widać Egmont sprawdza, czy czytelnicy FK sięgnęli po magazyn ponieważ lubią komiksy, czy może bardziej dlatego, że interesują się fantasy (w uproszczeniu). Wydaje mi się, że wydawnictwu chodzi bardziej o ten drugi rodzaj odbiorców, bo na samych czytelnikach obrazkowych opowieści chyba się nie dorobią. Poza tym pojawiła się bardzo ciekawa opcja, a mianowicie możliwość prezentowania w każdym numerze "po połowie albumów sześciu różnych serii" zamiast trzech w całości. I chyba takie coś odpowiadałoby mi najbardziej.

PS. Ostatnio napisałem, że "z dawnego zainteresowania fantasy pozostała u mnie jedynie fascynacja Światem Dysku Pratchetta oraz planszówką Magiczny Miecz (pamięta ktoś?)." Zapomniałem o Sapkowskim!

Edit: teraz widzę, że zamieściłem jakąś inną okładkę, z napisem "172 strony komiksu!", podczas gdy na moim magazynie jest "168 stron komiksu!". W sumie nieważne, tylko chwalę się, żem spostrzegawczy.

poniedziałek, 5 kwietnia 2010

#82 - Fantasy Komiks #1

Zakładam, że o Fantasy Komiks słyszał już niemal każdy odwiedzający mojego bloga, ale na wszelki wypadek napiszę skrótowo o co chodzi: nowy miesięcznik Egmontu prezentujący, co za niespodzianka, komiksy fantasy, główne atuty: trzy albumy w każdym numerze, 160 stron, 19,99zł. Pomysł wydał mi się świetny, chociaż z dawnego zainteresowania fantasy pozostała u mnie jedynie fascynacja Światem Dysku Pratchetta oraz planszówką Magiczny Miecz (pamięta ktoś?), w którą zdarza mi się pograć raz na ruski rok. Byłem przekonany, że Fantasy Komiks z miejsca przypadnie mi do gustu, bo zawsze uważałem, że opowieści obrazkowe będące czystą rozrywką i nie udające ambitnych dzieł są równie potrzebne, jak prawdziwe ambitne dzieła. Nie wziąłem tylko pod uwagę, że historyjki do poczytania na kibelku lub w pociągu też dzielą się na dobre i kiepskie, a zawartość nowego magazynu Egmontu niestety stoi bliżej tego drugiego określenia. I chociaż przed kupnem pierwszego numeru wyobrażałem już sobie całą półkę zapełnioną kolejnymi rocznikami FK, teraz już wiem, że jeśli następne dwa wydania również mi się nie spodobają, po prostu zrezygnuję z tego pomysłu.

Oczywiście nie oczekiwałem żadnych fajerwerków, ale jednak nastawiłem się na coś trochę lepszego. Gdybym miał szesnaście lat, być może byłbym zachwycony, tyle że od tamtego czasu widziałem nieco więcej, w związku z czym całość wydaje mi się zbyt wtórna, żebym był zadowolony nawet przy nastawieniu na odmóżdżającą rozrywkę. Pomijając humorystyczne jednoplanszówki umieszczone pomiędzy poszczególnymi albumami (bo też nie ma o czym się rozpisywać), dostajemy trzy opowieści - Rozbitkowie z Ythaq, Legendę oraz Lasy Opalu.
Scenariusz do pierwszego albumu napisał Scotch Arleson, autor "słynnych serii o świecie Troy", których nie znam, ale widząc poziom opowieści, raczej nie mam czego żałować. Zaskoczyło mnie jedynie zakończenie, ale żeby do niego dotrzeć, należało przebrnąć przez masę nieciekawych wątków oraz rysunków, które są niezłe, jednak pomniejszony format Fantasy Komiks nieco przeszkadza w odbiorze. Rozbitkowie z Ythaq to komiks prezentujący przygody trójki bohaterów, którzy rozbili się na nieznanej planecie i próbują się z niej wydostać. Nie za bardzo obchodzi mnie, czy dadzą radę. Pięć minut po skończeniu lektury nie pamiętałem już imion najważniejszych postaci, chociaż jedna pani wyglądała całkiem fajnie i była dość niegrzeczna. Pierwsze rozczarowanie.
Legenda to komiks autorstwa Swolfsa, którego Książę Nocy był dla mnie niezłą opowieścią, chociaż nie wiem, jak odebrałbym ją po latach. Drugi album w Fantasy Komiks jest moim zdaniem najlepszym w całym magazynie - przechodzi się przez niego gładko, jest nieźle narysowany, da się to strawić. Nie znaczy to wcale, że Legenda wymiata, bo mimo powyższych pochwał mamy tu do czynienia z rażącym oczy schematem: jakieś królestwo, uzurpator kontrolowany przez złego doradcę i mordujący króla wraz z rodziną, poza niemowlakiem, prawowitym następcą tronu, któremu udaje się przeżyć i wychowuje się w lesie. Fascynujące.
Trzeci album, Lasy Opalu, również został napisane przez Arlestona i również nie zachwyca. Wyobraźcie sobie, że "Darko, syn zwykłego optyka, okazuje się zbawcą ze starej przepowiedni". Boję się, że zanim Darko zbawi świat, wytrwałych czytelników Fantasy Komiks czeka jeszcze sporo przygód takich jak pojedynek na śmierdzące nogi. Może się mylę, ale czytając takie historie mam nieodparte wrażenie, że takie coś może pisać każdy, tyle że większość pozbyłaby się podobnego scenariusza po przepuszczeniu go przez filtr samokrytyki.

Mimo powyższych słów trzymam kciuki za powodzenie Fantasy Komiks, bo taki magazyn jest potrzebny. Tanie i łatwe w odbiorze opowieści obrazkowe mogą zachęcić i przyciągnąć nowych (przypuszczam, że przede wszystkim młodszych) czytelników do tego medium, a fantasy ma chyba nadal wielu entuzjastów, więc przy dobrej promocji może się to udać. Tylko żeby sam poziom tych tanich i łatwych w odbiorze opowieści był wyższy - nawet jeżeli to tylko pulpa, nie chcę mieć wrażenia, że kpi się z mojej inteligencji. Uczucie czytania tego samego po raz nie wiadomo który również nie sprawia przyjemności. Kupię jeszcze drugi i trzeci numer, potem podejmę decyzję, czy moje dwudziestozłotówki nie powinny trafiać do kogoś innego.

sobota, 19 września 2009

#40 - Big Guy i Rusty Robochłopiec [Frank Miller & Geof Darrow]


Wreszcie scenariusz Millera, o którym mogę napisać coś pozytywnego. Jak dotąd nie miał na tym blogu szczęścia, omawiany przeze mnie Hard Boiled nie powalał, z kolei All-Star Batman & Robin the Boy Wonder to całkowita porażka. O Spawn/Batman nawet nie chce mi się wspominać. Teraz jest nieco inaczej, i dobrze, bo właściwie lubię scenariusze tego pana. Nie żeby Big Guy i Rusty Robochłopiec był jakąś genialną pozycją, na pewno nie, ale zawsze lubię, kiedy ludzie mają dystans do medium, w obrębie którego tworzą. Ten komiks to jeden wielki polew ze starych, absurdalnie wzniosłych komiksów oraz filmów z Godzillą. Może nie arcyzabawny, ale urzekający swoją celową naiwnością i głupotą. Pomijając Godzillę, o której nie mam zielonego pojęcia (obejrzenie jednego filmu na pewno nie zamieniło mnie w znawcę tematu) oraz "pełne patosu komiksy z lat 70.", których też się jakoś strasznie nie naczytałem, spodobało mi się tu jedno, zwłaszcza w przypadku wielkiego robota Big Guya: pamiętam jak dziś, kiedy w podstawówce, po jakiejś superbohaterskiej nawalance z TM-Semic, szliśmy rysować swoje pierwsze i jak dotąd ostatnie, żałosne komiksy, tworząc (a właściwie odtwarzając) bohaterów takich jak wielkie potwory i jeszcze większe roboty, zupełnie bez koncepcji, ale z uśmiechami na pyskach. Miller musiał mieć taki sam uśmiech i wielką frajdę, a ja przypomniałem sobie, że kiedyś sam uważałem przygody takich postaci za coś wspaniałego, zaś wielki latający robot był dla mnie szczytem kreatywności. I chyba nie tylko dla mnie - wydaje mi się, że po odkopaniu starych zeszytów niejeden czytelnik znalazłby na marginesach nieudolnie naszkicowanych braci Big Guya.


Big Guy i Rusty Robochłopiec to historia wielkiego, największego Zła, efektu nieudanego eksperymentu japońskich naukowców, które przyjęło formę ogromnego gada. Zło przemierza ulice Tokio niszcząc, mordując i zamieniając niewinnych ludzi w swoich mniejszych pobratymców. Po wysłaniu dosłownie wszystkiego, co posiada japońska armia, okazuje się, że ostatnią nadzieją będzie Rusty Robochłopiec, niewielki latający robot. Niestety, nie wszystko idzie po myśli bohatera, trzeba więc wezwać pomoc z Ameryki. I teraz zaczyna się oczekiwana zabawa, bo o ile pierwsza połowa komiksu nie jest tym, na co miałem ochotę, po nadejściu Big Guya radość z lektury była dla mnie o wiele większa. Monumentalny Big Guy jest tak dobry i uczciwy, że mógłby zostać nazwany harcerzykiem przez samego Supermana. Jak wspominałem, scenariusz nie jest mistrzostwem, ale wypowiedzi robota w połączeniu z podniosłą i przesadzoną narracją dają radę - na tyle, żeby komiks zasłużył na pochwałę.

Geof Darrow znów stanął na wysokości zadania i zadziwia przedstawianiem szczegółów, nie robi już jednak tak dużego wrażenia jak w przypadku Hard Boiled. Jego prace widzę kolejny raz, odpadł więc element zaskoczenia. Po drugie, specyfika scenariusza (miejscem akcji są głównie ulice Tokio) utemperowała różnorodność i nie dała rysownikowi zbyt wielkiego pola do popisu. I wreszcie trzecia rzecz: w odróżnieniu od Hard Boiled, ciężar całej historii nie spoczywał już na barkach Darrowa; ilustrator nie musiał ratować komiksu tworząc świetne rysunki do marnego scenariusza, przez co nie jest tutaj "gwiazdą", którą był wcześniej. Ale wolę zgraną pracę zespołową niż kiedy coś jest dobre tylko w połowie. Dodatkowo (nie zauważyłem tego jako pierwszy) niezwykle szczegółowe rysunki Darrowa w połączeniu z zamierzonym patosem oraz tandetnością opowieśći tworzą dodatkowy i bardzo ważny element komiczny.

Na końcu czeka nas kolejna ciekawa atrakcja, a właściwie jeden ze śmieszniejszych żartów w całym komiksie: fikcyjne okładki przedstawiające poprzednie przygody głównych bohaterów. Niedorzeczność przeciwników automatycznie podnosi kąciki ust - nie chcę ich opisywać, polecam sprawdzenie tego na własne oczy.


Chciałem jeszcze dodać, że naprawdę nie widzę sensu w wydawaniu tak małych objętościowo komiksów w twardej oprawie, ale... ostatecznie i mimo wszystko kupiłem polską wersję, tak jak Hard Boiled, również nie będący jakąś cegłą. Może i jestem mądry po szkodzie, ale chyba nie zrobiłbym tak po raz kolejny - raczej porównałbym ceny z wydaniami oryginalnymi i wybrał tańszą, czyli - jak podejrzewam - zagraniczną wersję, w miękkiej oprawie. Ale to już następnym razem.

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...