Kiedy po lekturze przeciętnych „Technik zastraszania” zapoznałem się z komiksem „Superman i Ludzie ze Stali”, kolejną pozycją spod szyldu Nowego DC Comics, byłem zaskoczony dwiema rzeczami. Po pierwsze, zdziwiło mnie, że można stworzyć gorszą fabułę od tej, którą przedstawił Tony S. Daniel w swojej opowieści o Batmanie. Po drugie, nie mogłem uwierzyć, że mam do czynienia z historią napisaną przez Granta Morrisona – scenarzystę wprawdzie kontrowersyjnego, jednak w mojej opinii z reguły stającego na wysokości zadania. Zaskoczenie było tym większe, że przecież „All-Star Superman” tego samego autora był rewelacyjną opowieścią, wypełnioną po brzegi świetnymi pomysłami. Tymczasem ostatni syn planety Krypton z „The New 52” okazał się zaledwie cieniem herosa uwiecznionego na kartach wyżej wymienionego tytułu. [więcej w najnowszym numerze ArtPapieru]
poniedziałek, 31 marca 2014
#352 - Superman: Kuloodporny [Grant Morrison & Rags Morales]
środa, 23 maja 2012
#238 - Hellblazer: Rare Cuts [Jamie Delano, Grant Morrison, Garth Ennis, David Lloyd, Sean Phillips, Richard Piers Rayner & Mark Buckingham]
Zgodnie z informacją zamieszczoną na okładce, Rare Cuts to sześć niepublikowanych wcześniej w zbiorczych wydaniach epizodów z przygodami Johna Constantine'a, do scenariuszy Delano, Morrisona i Ennisa. Jeśli tak, to zakładam, że tom drugi, The Devil You Know, został złożony później, bo historia Newcastle: A Taste of Things to Come znajduje się zarówno tam, jak i w Rare Cuts. W każdym razie dla kogoś takiego jak ja, w ślimaczym tempie zapoznającego się z serią Hellblazer zgodnie z chronologią (nie licząc Dangerous Habits Ennisa, zbioru przeczytanego lata temu), ten tom to możliwość zobaczenia trochę innej wersji tego komiksu niż ta, do jakiej zdążył przyzwyczaić mnie Jamie Delano. Co nie zmienia faktu, że jego scenariusze i tak są tu najlepsze, zwłaszcza Dead-Boy's Heart. W In Another Part of Hell trochę przeszkadzał mi momentami głupkowaty i groteskowy humor. Morrison się nie popisał, jego dwa zeszyty o szale ogarniającym niewielkie miasto są średniakami. Jeśli chodzi o Ennisa, w This is Diary of Danny Drake pokazał dobrą historię, nie odbiegając od poziomu Delano. Teraz kolej na niego, już od następnego tomu autor Kaznodziei przejmie w Hellblazerze rolę stałego scenarzysty. Jeśli chodzi o ilustracje, wszyscy rysownicy pojawiali się w serii już wcześniej, więc dotychczasowi czytelnicy powinni wiedzieć, czego się spodziewać.
Rare Cuts to krótkie wydanie zbiorcze, do szybkiego przeczytania, zawierające historie przejściowe, co niekoniecznie oznacza, że słabe. Stały poziom i atmosfera serii zostały zachowane. Żegnamy Delano, przechodzimy przez średnią opowieść Morrisona, witamy Ennisa i przygotowujemy się na jego dłuższy pobyt na stronach tego komiksu. Jedno z pierwszych zdań na tylnej okładce Dangerous Habits, kolejnej części, brzmi: John Constantine is dying.
środa, 16 maja 2012
#233 - Doom Patrol: Planet Love [Grant Morrison & Richard Case]
Już na samym początku Planet Love, ostatniego tomu serii Doom Patrol do scenariuszy Granta Morrisona, czytelnik ma do czynienia z, jakżeby inaczej, atakiem absurdalności. Ze wszystkich stron. Cliff Steele, czyli Robotman, wraca do ludzkiej postaci, tyle że na razie nie wiadomo, z jakiego powodu. Po chwili odkrywa, że światem rządzą insekty, a zaraz potem, że wcale nie jest robotem, to wszyscy inni są robotami, a on sam to jedyna istota ludzka na Ziemi. Pierwsze strony tego zbioru burzą całą dotychczasową konstrukcję Doom Patrol, i nawet jeśli robią to jedynie na moment, Morrison świetnie pozbył się wrażenia powtarzalności, jakie towarzyszyło mi podczas lektury Magic Bus. To, co następuje potem, jest już bardziej standardowe, oczywiście jak na tę serię: dziwni bohaterowie muszą pokonać jeszcze jednego dziwnego przeciwnika, jednak scenarzysta umiejętnie wywiązał się z trudnego zadania zakończenia tej nietypowej serii. Niby znowu postawił na skrajne nagromadzenie chorych pomysłów, ale w przeciwieństwie do wcześniejszej części, w ogóle nie odczułem znudzenia. Morrison dał czytelnikom dobry finał. Dodatkowo na samym końcu znajduje się jeszcze historia Judgement Day z komiksu Doom Force Special #1, ale nie należy do głównej serii, a poza tym, niestety, znacząco zaniża wysoki poziom tego tomu i nic by się nie stało, gdyby jej tu nie było.
Pamiętam, że recenzując pierwszy tom Doom Patrol, Crawling From The Wreckage, w październiku 2009 roku (nie jestem zbyt szybki, jeśli chodzi o kompletowanie serii), byłem zachwycony. W trakcie czytania reszty zachwyt zdążył kilka razy zniknąć. Czasami Morrison przesadzał z raczej bezcelowym wrzucaniem do scenariuszy wszystkiego, co absurdalne, samemu kopiąc sobie dołek i sprawiając, że nastawiony na taką fabułę czytelnik robił się trudnym do zaskoczenia i usatysfakcjonowania, wybrednym odbiorcą. Przynajmniej tak było z czytelnikiem piszącym tę recenzję. Wydaje mi się, że gdyby wyszły z tego jakieś cztery tomy zamiast sześciu, końcowe wrażenie byłoby dużo lepsze. Historia stałaby się mniej rozwleczona, pozostałyby same najlepsze pomysły, okrojone z nadmiaru zbędnych rzeczy. Ale mimo kilku wad cały Doom Patrol to nadal kawał dobrego, łamiącego niemal wszelkie standardy i zaskakującego nawet po tak wielu latach komiksu. Konwencje typowej opowieści superbohaterskiej rzadko mają tu rację bytu. Polecam wszystkim, o ile ktoś nie wymiotuje, widząc na okładce nazwisko Morrisona. Teraz chyba kolej na The Invisibles, następną serię tego autora, którą skompletuję pewnie jakoś w 2015 roku.
wtorek, 1 maja 2012
#224 - Doom Patrol: Magic Bus [Grant Morrison & Richard Case]
Przedostatni tom Doom Patrol Granta Morrisona jest częścią, po przeczytaniu której przeszło mi całe wrażenie zaskoczenia. Na stronach czterech poprzednich wydań zbiorczych scenarzysta bez przerwy zaskakiwał, wykorzystując pozornie najgłupsze pomysły i z niedorzecznych elementów tworząc dobry komiks, ale w Magic Bus brakuje czegoś nowego. To nadal ciekawa lektura, tyle że całą recenzję mógłbym właściwie zamknąć w słowach: to samo po raz piąty. I wszystko byłoby w porządku, ale po tej serii oczekiwałem czegoś więcej. Nieustający strumień dziwnych i absurdalnych wydarzeń powtórzony w kolejnym tomie może w końcu trochę znudzić. Teraz moja ogólna ocena serii będzie w dużej mierze zależeć od tego, co znajdzie się w Planet Love, ostatniej części. Na szczęście finałowy epizod Magic Bus pozwala przypuszczać, że jeszcze może być interesująco i trochę inaczej niż do tej pory. Mam nadzieję na dobre zakończenie bardzo ciekawej serii, a nie tylko następną powtórkę.
niedziela, 29 stycznia 2012
#201 - Animal Man: Deus ex Machina [Grant Morrison, Cgas Truog & Paris Cullins]
Wszystkie problemy, dziwne sytuacje oraz niewyjaśnione wątki z życia głównego bohatera serii Animal Man wreszcie dobiegają końca. Na kilkunastu ostatnich stronach tomu Deus ex Machina czytelnik odnajdzie jeden z najbardziej zaskakujących i nietypowych finałów, jakie tylko jest w stanie sobie wyobrazić, oczywiście jeżeli nie dowiedział się o wszystkim już wcześniej, na przykład z jakiejś recenzji. Ja wiedziałem, jednak i tak bawiłem się bardzo dobrze. Nie chcę za dużo zdradzać, napiszę tylko, że w ostatnim epizodzie Animal Man dostanie wszystkie odpowiedzi, jakich oczekiwał, choć niekoniecznie takie, jakie mu się spodobają. Nie mam pojęcia, w jaki sposób Morrison uzyskał zgodę na zrealizowanie pomysłu tak dziwnego, łamiącego wszystkie możliwe standardy, ale dobrze, że mu się to udało. Dzięki temu możecie mieć pewność, że nie zapomnicie o tym komiksie, nawet jeżeli Waszym zdaniem ostatecznie wcale nie była to seria rewelacyjna. Moim zdaniem też nie, ale ani trochę nie żałuję, że przeczytałem całość.
Zanim czytelnik dotrze do finału, w którym Animal Man spotyka sprawcę wszystkich swoich nieszczęść, będzie musiał przedrzeć się (czasem dosłownie, chwilami bywa ciężko) przez osiem innych epizodów. Poprzednie dziwne wydarzenia, postacie przypominające duchy, obrona praw zwierząt i dawni przeciwnicy, wszystko schodzi na dalszy plan w momencie, kiedy główny bohater wraca do domu i odnajduje zwłoki swojej żony i dzieci. Nagle Animal Man siłą rzeczy przestaje być komiksem rodzinnym, już nie będzie odcinków poświęconych remontowi domu. Następuje załamanie, a potem chęć odnalezienia morderców. Jeszcze później wieloletnia tułaczka w celu odnalezienie jakiegokolwiek sensu i wspomniany wcześniej, zaskakujący finał.
Jeśli ktoś nie lubi scenariuszy Granta Morrisona, pewnie uzna tę serię za kolejny bełkotliwy komiks. Finał będzie genialnym posunięciem dla jednych, idiotycznym i bardzo wygodnym (bo usprawiedliwiającym wszelkie niedorzeczności) wyjściem z sytuacji dla drugich. Osobiście polecam, o ile już wcześniej nie doszliście do wniosku, że autor Animal Mana nie robi opowieści dla Was. To i tak nie jest najdziwniejsza z jego historii, ale w takiej sytuacji mimo wszystko po nią nie sięgajcie.
czwartek, 26 stycznia 2012
#198 - Doom Patrol: Musclebound [Grant Morrison & Richard Case]
"Anyone can paint. It's just a matter of ignoring the critics. Or setting fire to them".
Czytając Morrisona i jego Doom Patrol naprawdę można wymięknąć, zwłaszcza, że czwarty tom nadal zaskakuje, nawet jeśli zna się treść trzech poprzednich i mniej więcej wie, czego należy oczekiwać. Tym razem okładka (najbardziej niedorzeczna z dotychczasowych) przedstawia zbiór dziewięciu zeszytów, w których można znaleźć między innymi konkluzję historii o Pentagonie, poprzedzoną opowieścią The Secret Origin of Flex Mentallo, czyli wreszcie wiadomo, skąd wzięła się ta dziwna postać. Później następuje krótki epizod o Erneście Franklinie, mordercy z umysłem dziecka, zabijającym ludzi z brodami. Ernest chce dopaść Nilesa Cauldera, dowódcę grupy Doom Patrol, a Morrison jest jednym z nielicznych scenarzystów, którzy z tak idiotycznego pomysłu potrafią zrobić dobry komiks. Idiotycznych (czasami tylko pozornie) pomysłów jest w tym zbiorze o wiele więcej, więcej niż we wcześniejszych. Mr. Evans, Sex Men, a na końcu New New New Brotherhood of Dada z kilkoma nowymi, jeszcze bardziej zaskakującymi (naprawdę!) osobami w swoich szeregach... to trzeba przeczytać samemu, oczywiście jeżeli ktoś nie poddał się już wcześniej. Chciałbym napisać, że jeśli dotrwał aż do Musclebound, już nic go nie zdziwi, ale musiałbym skłamać. A Mr. Nobody, The Love Glove, Agent "!" i Alias the Blur będą kontynuowali swoją wyprawę także w kolejnym tomie i sam nie wiem, czego się po nim spodziewać. Mimo strachu jestem wielkim fanem. No i te okładki...





sobota, 21 stycznia 2012
#196 - Animal Man: Origin of the Species [Grant Morrison, Chas Truog & Tom Grummett]
Jak wspominałem wcześniej, w drugim tomie Animal Mana jest o wiele dziwniej niż w pierwszym. Nie aż tak dziwnie jak w trzecim albo jak w serii Doom Patrol Granta Morrisona, o której też piszę i której kolejne części czytam z rosnącym przerażeniem, ale z drugiej strony znajdują się tu pomysły, jakich trudno szukać w jakimkolwiek innym komiksie. Poprzedni zbiór był jeszcze w miarę normalny, nawet pomimo historii o kojocie i wszystkich niedorzeczności związanych z tytułową postacią oraz przedstawieniem codziennego życia superbohatera, jednak w Origin of the Species autor The Invisibles rozkręcił się na całego. Prawie. Bo tak naprawdę zrobił to dopiero w tomie finałowym.
Wcześniej scenarzysta dawał czytelnikowi pewne wskazówki zapowiadające to, co nastąpi w następnych odcinkach. To zresztą stały element komiksów Morrisona. Tajemnicza postać ukryta w krzakach, napisy pojawiające się na monitorze, choć nikt nie siedzi przy klawiaturze i tak dalej. Wiele z tych zagadek wyjaśnia się tutaj, na niektóre odpowiedzi trzeba będzie jeszcze zaczekać do kolejnego tomu, pojawiają się też nowe pytania. Morrison miesza ze sobą różne rzeczywistości, dorzuca kosmitów, złych ludzi polujących na dobre delfiny,
sporą ilość bardzo dziwnych i (znowu) niedorzecznych superbohaterów i superłotrów, tajną organizację, goszczącego w domu Animal Mana, tajemniczego Jamesa Highwatera, o którym nadal niewiele wiadomo, choć w Origin of the Species nie pojawia się po raz pierwszy. W następnych częściach odegra jedną z kluczowych ról w tym komiksie, na razie przyczynia się do zwiększenia ilości zadawanych przez czytelnika pytań. A wszystko to przy bardzo istotnym udziale nietypowej dla takich opowieści rodzinnej atmosfery. Przecież oprócz misji ratowania małp z zaszytymi oczami Animal Man ma także żonę i dwoje dzieci, scenarzysta ani przez chwilę nie pozwala nam o tym zapomnieć.
Pisanie po raz kolejny, że Morrison ma pokręcone pomysły chyba mija się z celem. W każdym razie Animal Man to jeszcze jeden komiks, który to potwierdza. Z drugiej strony, pierwszy tom tej serii był początkiem, ten jest rozwinięciem, a naprawdę niestandardowe rzeczy można znaleźć dopiero w kończącym trylogię Deus ex Machina. Okładka Origin of the Species to mała podpowiedź tego, co można tam znaleźć, a ja nie wspomnę o tym nawet w recenzji następnego tomu, żeby nie psuć nikomu przyjemności z odkrycia tego w czasie lektury.
piątek, 13 stycznia 2012
#192 - Doom Patrol: Down Paradise Way [Grant Morrison, Richard Case & Kelley Jones]
Komiksy Granta Morrisona są bardzo często zbiorem jego najdziwniejszych pomysłów i do tego faktu zdążyłem się już przyzwyczaić. Ale nawet mimo to, czytając trzeci tom Doom Patrol, należący do tej samej ligi szaleństwa, co The Filth i Flex Mentallo wymienionego wyżej autora, nie da się uniknąć zaskoczenia. To kolejne nawarstwienie chorych wydarzeń i postaci, upchanie ich na strony rysunkowej historii w takiej ilości, że więcej chyba się już nie dało. Biorąc do ręki Down Paradise Way jest się czego bać, a uczucie to wcale nie mija w czasie lektury. Ani po niej.
Co tym razem? Na pewno wiele rzeczy, których się nie spodziewałem. W Doom Patrol można oczekiwać jedynie maksymalnej dawki surrealizmu. Już na samym początku Morrison wprowadza jedną z ciekawszych postaci w całej serii. Jest nią Danny the Street, zaś słowo postać właściwie nie ma sensu, ponieważ Danny jest żywą ulicą. Przemieszcza się, porozumiewa z ludźmi za pomocą liter ułożonych z dymu albo napisów umieszczonych w oknach sklepów. Jest również Mr. Jones, niezrównoważony strażnik normalności (oraz jego The Men from N.O.W.H.E.R.E, zabójcy o specyficznym sposobie wypowiadania zdań), a co może być bardziej nienormalnego niż ulica posiadająca własne uczucia? Jeśli dołączymy do tego przechodniów z grupy Doom Patrol, na pewno będzie bardzo dziwnie.
To jednak dopiero wstęp. W kolejnych epizodach pojawia się między innymi (zresztą po raz pierwszy w ogóle) Flex Mentallo, przebudzona Rhea, wizyta na obcej planecie, a także zapowiedź czegoś większego, co nadejdzie dopiero w kolejnym tomie. Wszystko podane w sosie naprawdę chorej atmosfery, która dla członków Doom Patrol jest chlebem powszednim i która bardzo mi odpowiada. Zdaję sobie sprawę, że dla wielu czytelników komiksy Morrisona mogą być bełkotem nie do przejścia, jednak po raz kolejny muszę stwierdzić, że według mnie coś w tym jest. Nie chodzi mi o drugie dno czy poważne przesłanie, ale o dobrą zabawę w czasie czytania jego historii. A tej miałem bardzo dużo. I nie kojarzę innej superbohaterskiej opowieści obrazkowej, która przypominałaby przygody Doom Patrol i była ciągle świeża, choć od premiery minęło więcej niż dwadzieścia lat.
"I'm not complaining, but sometimes it would be nice to just stop a bank robbery or foil a criminal mastermind. You know, like the regular super-guys".
"Nonsense, Cliff! It's essential that we leave such feeble-minded pursuits to the musclebound cretins who enjoy them. Our work is far more important".
środa, 28 grudnia 2011
#185 - Doom Patrol: The Painting That Ate Paris [Grant Morrison & Richard Case]
To cały ja. Podoba mi się początek jakiejś serii, chcę jak najszybciej sprawdzić, co będzie dalej, mijają dwa lata i nadal nie ruszyłem kolejnych tomów. Z Doom Patrol jest podobnie. W październiku 2009 zachwycałem się Crawling From The Wreckage, a drugą część sprawdziłem dopiero niedawno (z tą różnicą, że tym razem zaopatrzyłem się we wszystkie brakujące wydania zbiorowe). Na szczęście jest równie pojebana, jak pierwsza. Może nawet jeszcze bardziej.
Zeszyty wchodzące w skład The Painting That Ate Paris pierwotnie ukazywały się na przełomie lat 1989 i 1990. Prawie całe moje życie później nadal są świeże, oryginalne i zaskakujące. Fakt, że Grant Morrison znowu przedstawia idiotyczne (często pozornie) i niemożliwie pokręcone pomysły, ale potrafi zrobić to w taki sposób, że jestem jego fanem, choć jak na razie przeczytałem jedynie ułamek tego, co napisał.
Jeśli chodzi o przygody Doom Patrol, seria to jazda po bandzie, od początku do końca. Same osoby tworzące grupę (między innymi kaleka na wózku inwalidzkim, ludzki mózg w ciele robota, schizofreniczka z 64 znanymi osobowościami, dziewczynka z twarzą małpy, potrafiąca ożywiać wytwory własnej wyobraźni) to antyteza ekipy superbohaterskiej, całkowite zaprzeczenie standardowych postaci występujących w tego typu komiksach. Oczywiście ich przeciwnicy są równie dziwni oraz nietypowi. Przed nadejściem Granta Morrisona był to na przykład Animal-Vegetable-Mineral Man, w Crawling From The Wreckage wymyślony świat Orqwith i jego Scissormen, stanowiący odpowiednik naszej inkwizycji, koszmary wymyślone przez Dorothy, a także Red Jack, sadystyczny kolekcjoner motyli, uważający się za Boga. 
Myśleliście, że drugi tom Doom Patrol będzie mniej popieprzony? Pudło.
Na dzień dobry grupa musi zmierzyć się z Bractwem Zła przemianowanym na Bractwo Dada, dowodzonym przez dziwną postać o imieniu Mr. Nobody. Reszta Bractwa to Fog, człowiek wchłaniający swoje ofiary, które po wchłonięciu nie pozwalają mu dojść do słowa, Sleepwalk, kobieta mogąca korzystać ze swoich mocy tylko wtedy, gdy lunatykuje, Frenzy, gość z dwoma kołami od roweru na plecach oraz Quiz, przeciwniczka głównych bohaterów z każdą nadnaturalną umiejętnością, o której nie pomyśli jej rywal. Bractwo weszło w posiadanie obrazu mogącego pożerać całe miasta. Obraz pożera Paryż, a Doom Patrol musi wejść do jego wnętrza, przebyć masę ukrytych w nim odmiennych rzeczywistości, a następnie pokonać to, co ukrywa się w środku, coś znacznie bardziej niebezpiecznego niż Bractwo Dada.
To tak na dobry początek.
Później bywa jeszcze dziwniej. Na przykład walka z Kultem Nienapisanej Księgi, nasyłającym na swoje ofiary coraz bardziej nietypowych zabójców. Na samym końcu tomu okazuje się, że nowe mechaniczne ciało Cliffa Steele (Robotmana) zdołało rozwinąć samoświadomość i postanowiło zniszczyć chowany w jego środku mózg. To akurat najmniej ciekawy epizod w całym komiksie, ale pokazuje równie dobrze jak cała reszta, że w Doom Patrol szaleństwo jest wszechobecne. Najbardziej podobał mi się odcinek, w którym Robotman wchodzi do umysłu rannej Crazy Jane, poznając wiele z jej 64 osobowości. We wnętrzu jej głowy może z nimi rozmawiać, współpracować lub walczyć. Nie wszystkie są nastawione do niego przyjaźnie.
Rysownikiem serii nadal jest Richard Case. Od Crawling From The Wreckage niewiele się zmieniło, kreska jest znośna, jednak w przeciwieństwie do scenariusza nie przetrwała próby czasu. Okładkami zajął się za to Simon Bisley i nawet po dwóch dekadach ogląda się jego prace z przyjemnością.
Co dalej? Nie wiem. Boję się, ale chcę to przeczytać i przeczytam. Tym razem na pewno nie będę zwlekał przez dwa lata, kolejny tom Doom Patrol, Down Paradise Way, już czeka na mnie na półce.
niedziela, 4 września 2011
#168 - Animal Man [Grant Morrison, Chas Truog & Tom Grummett]
Osoba, która o komiksach nie wie zbyt wiele, za to jest przekonana, że wszystkie opowieści obrazkowe (a szczególnie te o ludziach w trykotach) są prymitywne i ograniczone, spojrzy na okładkę Animal Mana i podejrzewam, że stwierdzi jedynie: "Tak, miałem rację". Teraz pewnie należałoby zaprzeczyć, napisać, że wcale tak nie jest, ale może najpierw kilka faktów.
Buddy Baker, bardziej znany jako Animal Man, pojawił się po raz pierwszy w 180 numerze Strange Adventures, w 1965 roku. Potrafi przejmować cechy zwierząt, które znajdują się w okolicy, może na przykład latać jak ptak albo pływać jak ryba. Oczywiście to nie jedyne możliwości, jest ich o wiele więcej. Każda zdolność może zostać przywłaszczona jedynie na krótki okres czasu. Buddy może robić to wszystko, ponieważ znalazł się kiedyś w pobliżu wybuchającego statku kosmicznego. Walczy ze złem w obcisłym stroju z wielką literą A na klacie.
Nie brzmi to zbyt poważnie, prawda? Jako jedna z wielu tak niedorzecznych postaci, Animal Manowi nie udało się zyskać wielkiej popularności. Dopiero w 1988 roku, między innymi po tym, jak DC zobaczyło, co Alan Moore zrobił z serią Swamp Thing, a także w ramach tak zwanej "brytyjskiej inwazji", możliwość pisania scenariuszy z przygodami Buddy'ego Bakera otrzymał mający wówczas 28 lat Grant Morrison.
Jego panowanie trwało przez 26 odcinków i, co tu dużo mówić, zmieniło wiele. W TPB zatytułowanym po prostu Animal Man znalazły się zeszyty #1-9, będące dopiero wstępem, jeszcze w miarę normalnym, do bardzo nietypowego i bardzo zaskakującego finału.
Nie mam zamiaru bawić się w dawanie lekcji historii, zresztą nie czuję się kompetentny. Wolę napisać, jak seria sprawdza się dzisiaj, po 23 latach od premiery pierwszego numeru.
Buddy Baker, mieszkający z żoną i dwójką dzieci, postanawia zająć się karierą superbohatera, tym razem na poważnie. Nie ma ukrytej tożsamości ani predyspozycji, by traktowano go poważnie, jednak nie chce odpuszczać. Angażuje się w walkę o prawa zwierząt, odzwierciedlając tym samym poglądy samego scenarzysty, który na szczęście nie postawił na nudne i nachalne moralizowanie. Na początku Morrison miał zamiar napisać jedynie czteroczęściową miniserię o - między innymi - ludziach eksperymentujących na małpach. Po tym, jak poproszono go, by pisał dalej, pojechał po bandzie, co, jak zauważył we wstępie, wkrótce stało się jego znakiem firmowym. Jechanie bo bandzie zaczyna się w piątym zeszycie, konkretnie w opowieści The Coyote Gospel.
Jej głównym bohaterem jest kojot. A dokładnie ten kojot. W komiksie występuje jako postać ze świata kreskówek, mająca już dość nieustannych walk w swoim świecie. Postanawia sprzeciwić się Bogu, za co ten zsyła go do prawdziwego świata, z prawdziwymi ludźmi oraz prawdziwym bólem, skazując go na wieczne cierpienie. Kojot podróżuje, co chwilę doznając poważnych obrażeń i regenerując się, by opowiedzieć innym o swojej przeszłości oraz o zamiarze obalenia Boga.
Ten dziwny odcinek, najdziwniejszy ze wszystkich w tym tomie, to wstęp do tego, co rozkręciło się na dobre dopiero później. Morrison zaczyna zadawać pytania, co twórca ma prawo zrobić z wytworami swojej wyobraźni, zaś odpowiedzi spróbował udzielić w ostatnim zeszycie swojego runu, o którym napiszę przy innej okazji. Reszta to ciekawa i przyjemna, choć czasem niedorzeczna lektura, gdzie walki z różnej maści superłotrami mieszają się na przykład z odcinkiem w znacznej części poświęconym remontowi domu Buddy'ego. Te rzeczy mogą bawić, niemniej tworzą specyficzną i fajną atmosferę w komiksie, która zmieni się diametralnie w kolejnym tomie. Na mniej fajną. W Animal Manie już nie będzie tak wesoło.
Zawsze lubiłem okładki Briana Bollanda. Niektóre z obecnych w tym tomie są wręcz śmieszne (jak ta do pierwszego zeszytu), jednak większość robi dobre wrażenie. Jeśli chodzi o ilustracje do samych opowieści, moim zdaniem nie przetrwały próby czasu. Są do bólu zwykłe, bez czegokolwiek, co mogłoby je wyróżnić w 2011 roku. Historię warto poznać z innego powodu, dla scenariusza, zobaczenia, jak Morrison zmienił losy Animal Mana oraz przyczynił się do zmiany wizerunku komiksu superbohaterskiego. Kolejne Trade'y są dużo bardziej nowatorskie i pokręcone, ale trzeba zacząć właśnie od tego. Trzeba i warto.
poniedziałek, 17 stycznia 2011
#132 - Flex Mentallo [Grant Morrison & Frank Quitely]
O The Filth pisałem, że choć bardzo mi się spodobał, nie jest to komiks dla każdego, a już na pewno nie dla czytelnika, który oczekuje przede wszystkim lekkich, łatwych i przyjemnych opowieści. Alan Moore to wariat, ale przecież nie jedyny wśród scenarzystów, tyle że każde dzieło autora Strażników zawsze było dla mnie strawne pomimo panującego na wielu stronach szaleństwa, natomiast nie mogę napisać tego samego na temat Granta Morrisona. Lubię jego komiksy, jednak niejednokrotnie następują w nich momenty, których moim zdaniem nie da się czytać, nawet w chwalonym przeze mnie The Filth. Osoba chcąca sięgnąć po Flex Mentallo, czteroczęśćiową miniserię posiadającą logo Vertigo na okładce, musi przygotować się na bardzo ciężką przeprawę, kwintesencję tego, co w komiksach twórcy The Invisibles najbardziej chore i nieprzystępne. Nie będzie łatwo.
Okładka nie kłamie i naprawdę zapowiada to, co znajduje się w środku. Tak jest, główny bohater komiksu to przesadnie napakowany, wysoki koleś biegający po ulicach w takim właśnie ubraniu, czasem w płaszczu, czasem bez. Jego wygląd i umiejętności sprawiają, że czytelnik może początkowo pomylić miniserię z parodią historii superbohaterskich albo naiwną opowieścią dla dzieci, ale Flex Mentallo nie jest ani jednym, ani drugim. To udziwnione do granic wizje Morrisona, który nie mógł pisać scenariusza na trzeźwo, jednak obawiam się, że wcale nie robił sobie jaj.
Chętnie zdradziłbym, o co w tym wszystkim chodzi, ale byłoby to jak recenzowanie The Filth i poinformowanie wszystkich, co znajduje się na końcu schizofrenicznej ścieżki głównego bohatera. Nic z tego. Poza tym nie jestem przekonany, czy w ogóle istnieje coś takiego jak jedyne słuszne streszczenie tego komiksu i odnalezienie jego sensu. Chyba nie. Za dużo pokręconych postaci oraz wątków, zbyt wiele szaleństwa. Wyobraźcie to sobie sami: Flex Mentallo w swoim skąpym stroju, z mocą o nazwie Muscle Mystery oraz napisem Hero of the Beach zapalającym się nad jego głową po rozbrojeniu bomby, która tak naprawdę wcale nie jest bombą... a to dopiero kilka pierwszych stron komiksu. Dalej bywa jeszcze bardziej groteskowo.
Obok niesamowitych i momentami komicznych przygód Flexa czytamy o człowieku przedstawiającym się jako Wallace Sage. Wallace wrzucił w siebie zbyt dużą ilość rzeczy, z którymi raczej nie powinno się mieć do czynienia nawet w minimalnych ilościach (a o których scenarzysta prawdopodobnie wie całkiem sporo) i, zamiast spokojnie czekać na śmierć, dzwoni do jednego z Samarytan i dzieli się z nim opowieściami przerywanymi całą masą narkotycznych wizji. Wallace to również twórca Flexa Mentallo, który pierwotnie był bohaterem komiksu jego autorstwa, teraz jednak żyje naprawdę, biega po ulicach, rozbraja bomby i prowadzi śledztwo...
Niezawodny Frank Quitely to jedyna znacząca ostoja normalności w tej miniserii. Po pierwsze, jest dobry jak zawsze (choć bez fajerwerków, które można było zobaczyć na przykład w WE3), a po drugie sprawia, że wszystko jest dużo przystępniejsze. Gdyby ilustracje były tak pokręcone, jak scenariusz, pewnie odłożyłbym ten komiks po mozolnym przeczołganiu się przez parę stron, a tak...
...a tak: jeżeli po przeczytaniu powyższej recenzji czujesz się zachęcony do sięgnięcia po Flex Mentallo, nie wahaj się i jak najszybciej skombinuj sobie wszystkie cztery zeszyty (o ile wiem, wydanie zbiorcze nie istnieje). Diagnoza: jesteś chory, ale może to i dobrze. Reszcie odradzam. Nie dotykać. Poważnie. A jeśli chodzi o mnie, ta miniseria to pierwszy komiks Granta Morrisona, po który sięgnąłem, i może nie byłem zachwycony, ale na tyle zaintrygowany, że później zabrałem się za kolejne. Czyli moim skromnym zdaniem coś w tym jednak jest.
środa, 28 lipca 2010
#94 - The Filth [Grant Morrison & Chris Weston]
Może zabrzmi to dziwnie, ale naprawdę nie obejrzałem w swoim życiu wielu filmów. Dlaczego o tym wspominam? Ponieważ wśród tych, które miałem okazję zobaczyć i które lubię najbardziej, znajdują się 12 Małp oraz Drabina Jakubowa (oba na podium). Co łączy je z komiksem The Filth autorstwa Granta Morrisona i Chrisa Westona? We wszystkich trzech przypadkach główni bohaterowie nie wiedzą, czy to, co dzieje się wokół nich, jest prawdą, czy tylko iluzją. Nie mają pojęcia, czy zwariowali, czy może są jednymi z nielicznych, którzy widzą całą prawdę. Taka tematyka zawsze mnie interesowała, dlatego - choć nie bez obaw - sięgnąłem po kolejną miniserię wydaną przez Vertigo.Tak właściwie to sięgnąłem po nią już dawno, przebrnąłem przez pierwszy zeszyt i stwierdziłem, że chwilowo nie mam ochoty na coś aż tak zwariowanego. Potrzebowałem odpowiedniego nastroju, który w końcu nadszedł i dopiero wtedy pozwoliłem, by szalone wizje Morrisona zmiotły mnie z powierzchni ziemi. Wcześniej dotarły do mnie wszelkie możliwe komentarze, od entuzjazmu i zachwytów, przez narzekania na niestrawny bełkot, po zniesmaczenie chorymi pomysłami. Słyszałem, że komiks jest wtórny względem The Invisibles, ale póki co i tak znam jedynie TPB Say You Want a Revolution, więc nie było to dla mnie żadną przeszkodą. Najwyżej ponarzekam w przyszłości, że Niewidzialni strasznie przypominają The Filth. A co do opinii czytelników, którzy poznali tę opowieść przede mną, mogę zgodzić się z każdą z nich - jestem zachwycony, jestem zdezorientowany (choć nie mogę z czystym sumieniem pisać o bełkocie i bezsensownym scenariuszu) i jestem zniesmaczony. To nie jest łatwa i przyjemna historyjka w sam raz na niedzielne popołudnie. Nie tylko dlatego, że czytelnik znajdzie tu masę wulgaryzmów, wszechobecną pornografię, faceta strzelających czarną spermą czy latające plemniki wielkości ludzkiej głowy - tak naprawdę to tylko czubek góry lodowej. Grant Morrison dodał do tych pomysłów tuziny jeszcze bardziej chorych (choć pozbawionych wulgarności) wątków, przyprawił całość paranoją i schizofrenią, a potem wrzucił do miksera. Parafrazując pewną reklamę: i tak powstał The Filth, koktajl, który wielu zwymiotuje już po pierwszym łyku. Ja wypiłem całość i chciałem jeszcze.
Pisząc o All-Star Superman zachwycałem się ilością pomysłów, jakie autor scenariusza zmieścił na pozornie niewielkiej przestrzeni pomiędzy przednią i tylną okładką. Tutaj jest mniej strawnie, ale dla mnie o wiele ciekawiej. Wszystko kręci się wokół żałosnego gościa imieniem Greeg Feely, który przegrał swoje życie i prawdopodobnie jest mniej charyzmatyczny od kosza na śmieci. Istnieją tylko dwie trzymające go przy życiu rzeczy: pornografia oraz kot (na szczęście nie miesza ze sobą tych dwóch zainteresowań). Aż pewnego dnia Greg dowiaduje się, że tak naprawdę jest członkiem tajnej organizacji o nazwie The Filth... i tu zaczyna się koktajl. Poprawnie narysowany i genialnie opowiedziany. Sposób, w jaki Morrison najpierw wplątuje głównego bohatera w kompletnie niedorzeczne przygody, a później coraz bardziej miesza mu w głowie, raz przekonując, że to wszystko jest prawdą, by po chwili doprowadzić go do wniosku, że oszalał, zasługuje na moje głośne oklaski. A po drodze czytelnik zbiera kolejne elementy układanki wraz z Gregiem, mając mglistą świadomość, że na końcu może czekać na niego jedynie kupa gówna. W pewnym sensie tak właśnie się stanie, ale polecam zobaczyć to samemu.Na osobną pochwałę zasługuje sposób, w jaki wydano The Filth - jakbyśmy trzymali w rękach nie komiks, a jakieś lekarstwo. W środku są nawet informacjie dotyczące sposobu zażywania podczas ciąży, przeciwwskazań, dawkowania i skutków ubocznych. Robi wrażenie, a te ostatnie mogą być naprawdę groźne.
niedziela, 11 października 2009
#51 - Doom Patrol: Crawling From The Wreckage [Grant Morrison & Richard Case]

Pamiętasz, jak wszystkie inne dzieciaki uznawały Batmana i Supermana za wzory do naśladowania? Cóż, jeśli ty mogłeś identyfikować się jedynie z ludzkim mózgiem w metalowym ciele lub z gościem owiniętym bandażami, i jeśli wyrosłeś na dziwaka, witamy w domu. Jesteś wśród przyjaciół.
Grant Morrison
Dziwny, dziwniejszy, najdziwniejszy... gdybym miał opisać Doom Patrol Morrisona jednym słowem, potrzebowałbym przymiotnika znajdującego się o kilka stopni wyżej niż "najdziwniejszy". Mówiąc najprościej, Crawling From The Wreckage jest wszystkim tym, czego nie spodziewasz się po komiksie, w którym występują takie postacie jak ludzki mózg w ciele robota lub mała dziewczynka o małpiej twarzy. Osoba, która nie zbada gruntu przed sięgnięciem po tę historię, będzie nieźle zaskoczona, ponieważ Doom Patrol zdaje się krzyczeć z każdej strony (choćby z okładki), że mamy do czynienia z banalną rzeczą z serii "superbohaterowie z supermocami leją superłotrów z supermocami". Grant Morrison zburzył te ramy i postawił w ich miejsce coś zupełnie niespotykanego, świeżego nawet dziś, ponad dwie dekady po ukazywaniu się zeszytów tej serii na amerykańskim rynku.

Wspomagany głównie przez ilustracje Richarda Case'a (naturalnie warstwa graficzna zestarzała się i to bardzo, ale nie aż tak, jak choćby pierwsze odcinki Hellblazera czy Animal Mana, również pisane przez Granta; rysunki Case'a da się zdzierżyć, nie jest tak źle), szalony Morrison stworzył chory i surrealistyczny świat, z chorymi głównymi bohaterami. Nie dziwię się dzieciakom, które wolały bawić się w Batmana i Supermana, odstawiając grupę Doom Patrol do lamusa. Jej członkowie nie są kimś, kogo chce się udawać i kogo się podziwia. To banda godnych pożałowania, dysfunkcjonalnych istot, które ratują świat przed równie niedorzecznymi problemami. Gdzie im tam do umięśnionego, prawego i paradującego w wyprasowanym kostiumie Supermana.
Doom Patrol tworzą: Niles Caulder, przywódca grupy, kaleka jeżdżący na wózku inwalidzkim; Robotman, czyli ocalony z wypadku ludzki mózg znajdujący się w ciele robota; Crazy Jane, schizofreniczka mająca 64 znane osobowości; Rebis, będąca/będący połączeniem kobiety, mężczyzny oraz istoty znanej jako Negative Spirit; Dorothy Spinner, dziewczynka o niezbyt wyjściowej twarzy i zdolności ożywiania wyobrażonych przyjaciół oraz Joshua, jedyny typowy (ale czy na pewno?) superbohater, który nie chce jednak korzystać ze swych mocy, woląc wspomagać Doom Patrol wyłącznie wiedzą medyczną. Członkowie Doom Patrol są dziwni, nietypowi i niezbyt dobrze radzą sobie sami z sobą, a przecież muszą dodatkowo walczyć z równie niekonwencjonalnymi przeciwnikami. Grant Morrison zaadaptował kilka postaci ze starszych wersji komiksu, dołożył parę swoich i przedstawił całość w taki sposób, że po lekturze czułem się jak pewien duchowny, który w Crawling From The Wreckage został zmiażdżony spadającą z nieba lodówką.

Wystarczy kilka stron, aby przekonać się, że w świecie Morrisona rządzi abstrakcja i brak jakichkolwiek reguł. W omawianym TPB Doom Patrol musi zmierzyć się między innymi z inwazją Orqwith, miasta stworzonego przez grupę filozofów, którzy zapisali jego historię w pewnej książce, powołując je do życia oraz sprawiając, że ten inny świat przenika do naszego. Orqwith jest broniony przez Scissormen, istoty będące odpowiednikami inkwizycji i wycinające znaną nam rzeczywistość. Dalej mamy dziwacznego kolekcjonera motyli, Red Jacka, który uważa się za Boga, żywi bólem więzionych przez niego stworzeń, a raz na sto lat odwiedza nasz świat - czasem w celu mordowania prostytutek z Whitechapel, czasem w celu wzięcia ślubu. W odcinku podsumowującym Crawling From The Wreckage, wytwory wyobraźni Dorothy postanawiają wziąć odwet za to, że zostali przez nią zamordowani wyobrażonym pistoletem. A ponoć dalej jest jeszcze ciekawiej...
Zamiast pisać, że polecam, powiem tak: gdybym oceniał omawiane przez siebie komiksy, dałbym temu TBP 10/10, no, w najgorszym wypadku 9. Kupujcie bez dyskusji, chyba, że przedstawiony poziom abstrakcji przekracza Wasze normy. Ja jestem usatysfakcjonowany.

poniedziałek, 21 września 2009
#41 - WE3 [Grant Morrison & Frank Quitely]

To już kolejny, po All-Star Superman, opisywany przeze mnie komiks duetu Grant Morrison i Frank Quitely, chociaż w tym akurat przypadku to rysownik powinien być przedstawiony jako pierwszy. WE3 nie robi takiego wrażenia jak opowiedziane na nowe dzieje Clarka Kenta, jednak mimo to jest świetną lekturą, polecaną przeze mnie z czystym sumieniem. Ma wszystko, czego potrzebuje dobra opowieść obrazkowa, a właściwie prawie wszystko. Już wyjaśniam, co mam na myśli.

Chodzi mi przede wszystkim o scenariusz, którego nie mogę nazwać jednoznacznie dobrym. Historia wciąga, jest naprawdę świetnie poprowadzona i zagrzewa miejsce w pamięci, ale z drugiej strony została oparta na niezbyt skomplikowanym pomyśle, co z jakiegoś powodu trochę mnie drażni. Poza tym nie wiem, czy gdyby narysował to ktoś o klasę gorszy od Franka Quietly'ego, nadal byłoby tak dobrze. Może po prostu się czepiam i szukam dziury w całym, w końcu po zakończeniu lektury byłem zadowolony nie tylko z ilustracji. Pozostaje jednak wrażenie, że skoro napisał to Grant Morrison, można oczekiwać troszkę więcej.
Niezależnie od powyższych narzekań, WE3 wciąga jak diabli. Eksperyment zmieniający spokojne zwierzęta domowe w niezwykle groźnych zabójców wymyka się spod kontroli, kiedy trójka podrasowanych i już-nie-tak-miłych stworzeń wydostaje się na wolność. Śmiertelne niebezpieczeństwo musi zostać zażegnane, co niestety - niestety zwłaszcza dla ludzi - oznacza prawdziwą rzeźnię. Morrison nie napisał bowiem kolejnej części Folwarku Zwierzęcego, a dynamiczny i przykuwający uwagę komiks akcji obfitujące w niesamowite i porażające sceny. Historia wzbudza zainteresowanie już od samego początku, kiedy widzimy atak zwierząt na wyznaczony im cel, jeszcze zanim wymknęły się spod kontroli. Obserwujemy nieświadomych ludzi oraz zbliżających się zabójców, a wszędzie panuje przeraźliwa cisza. Jakiekolwiek dialogi rozpoczynają się dopiero po kilkunastu stronach, onomatopeje występują w ilościach śladowych, narratora nie stwierdzono. Nie ma właściwie żadnych dźwięków, ani podczas rozmów ludzi, ani później, kiedy dochodzi do strzelaniny. Większość historii opowiadana jest za pomocą wbijających w fotel rysunków Quietly'ego, który sprawił, że przemoc robi spore wrażenie (to raczej rzadkość w czasach, kiedy jest jej pełno w komiksach, książkach, filmach i codziennych wiadomościach), a całość jest niezwykle interesująca. Początkowy moment, kiedy gość dostaje gradem kul sprawił, że szczęka opadła mi do samej podłogi - ilustracja zamieszczona niżej nie oddaje wrażenia, jakie zrobi obejrzenie jej w trakcie lektury, z kontekstem i w większym rozmiarze. Nie pamiętam, kiedy ostatnio tak bardzo spodobał mi się pojedynczy rysunek.

Cisza występująca tam, gdzie powinno aż huczeć potęguje wrażenie bezduszności oraz bezsensu całej masakry i krwi, której leje się tu bardzo dużo. Ponadto, pomimo faktu, że przez większość opowieści ofiarami są ludzie, scenariusz skonstruowany jest w taki sposób, że czytelnikowi bardziej żal jest zwierząt. Bo to one są tu prawdziwymi ofiarami eksperymentu mającego zmniejszać liczbę zabitych żołnierzy w czasie wojen. Widząc ich cierpienie oraz to, jak zabijają nie z własnej woli, ale dlatego, że zostały w ten sposób zaprogramowane, czytelnik zżywa się z nimi bardziej niż z jakąkolwiek inną postacią. Od razu pojawia się w głowie pytanie, czy etycznie jest ratować ludzkie życia kosztem takiego traktowania zwierząt; pytanie może i proste, ale bez oczywistej odpowiedzi. Morrison skłania do zadania go sobie nienachalnie, poprzez łatwy w odbiorze komiks akcji. Właśnie dlatego miałem problem z narzekaniem na scenariusz - niby jest prosty i składający się głównie z rzezi, ale jak się jednak okazuje, gdzieś w tym wszystkim czai się drugie dno. Polecam sprawdzenie, bo nawet jeśli historia Was nie urzeknie, ilustracje po prostu muszą to zrobić.

piątek, 11 września 2009
#33 - All-Star Superman [Grant Morrison & Frank Quitely]

Nie będę chyba zbyt oryginalny, jeśli stwierdzę, że nie lubię Supermana - większość przeczytanych przeze mnie komiksów z jego udziałem wydaje mi się zbyt sztampowa, a klasyczny wizerunek naszego bohatera to śmieszny harcerzyk w niebieskich kalesonach. W wyniku mojego uprzedzenia (trwającego chyba jeszcze od czasów TM-Semic) nie poświęcałem należytej uwagi przygodom ostatniego syna planety Krypton, ale zawsze znajdzie się parę wyjątków, dla których warto zmienić zwyczaj. Niejednokrotnie przekonałem się, że genialny scenarzysta potrafi stworzyć niesamowity komiks, nawet jeśli jego bohaterem jest ktoś taki jak Clark Kent. Jednym z takich wyjątków jest historia napisana przez Granta Morrisona, którą narysował Frank Quitely - All-Star Superman. Jest to jednocześnie powód, dla którego postaram się poszukać innych wartościowych opowieści o tej postaci, ponieważ, jak się okazuje, jednak warto. Po przeczytaniu 12-zeszytowej historii Morrisona stwierdzam, że zdecydowanie warto.
Grant Morrison (wspominam tu o nim po raz pierwszy) to autor scenariuszy, którego należy się bać. Jego opowieści są tak dziwne, że nie wierzę w możliwość pisania ich bez udziału twardych narkotyków, w szczególności tych wywołujących halucynacje. Żarty żartami (chociaż, kto wie?), ale sens jego niektórych prac zupełnie do mnie nie dociera (chodzi mi na przykład o The Mystery Play), z kolei przy innych zastanawiam się, czy są dziełem szalonego geniusza czy po prostu szaleńca (tego typu przemyślenia miały miejsce zwłaszcza podczas przygody z komiksem Flex Mentallo). Gość bywa bardzo nieprzystępny i trudny w odbiorze, niemniej jednak wysiłek włożony w czytanie jego opowieści (o których postaram się tu sukcesywnie pisać) często jest wynagradzany. Jeśli jeszcze nie znasz twórczości Granta, polecam jednak zapomnieć o tym, co stwierdziłem przed chwilą i sięgnąć po All-Star Superman, przy którym zamiast zastanawiać się, o co tu chodzi, można powrócić do dzieciństwa i bezpretensjonalnego akceptowania perypetii pań i panów w zabawnych kostiumach.

Może porównanie nie jest zbyt trafne, ale czytając All-Star Superman, myślałem to samo, co przy oglądaniu niektórych skeczy Monty Pythona: "Gdybym ja na to wpadł, uznałbym to za kiepski i nieciekawy pomysł". A jednak śmiałem się z takich odpałów jak samoobrona przed owocami i podobnie było podczas lektury dzieła Morrisona. Co prawda nie śmiałem się, ale byłem bardzo zadowolony. Ilość pomysłów, jakie autor zmieścił w tych dwunastu zeszytach naprawdę powala, a większość z nich jest tak chora i wykręcona, że przedstawienie ich w sposób sprawiający czytelnikowi przyjemność zakrawa na prawdziwy wyczyn. Zdaje się, że Grant postanowił wpakować do swojej historii dosłownie wszystko, co przyjdzie mu do głowy, choćby nie wiem jak niedorzecznego (na przykład zagrożenie ze strony kwadratowej Ziemi) i zaprezentowanie tego tak, że wkręcamy się w wir wydarzeń zamiast myśleć, że tak właściwie to wszystko nie ma sensu. Wyszło znakomicie. Jestem pewny, że nie tylko ja bawiłem się jak dziecko. Morrison w pełni wykorzystał potencjał "All-Starów", czyli pełną dowolność w interpretacji znanych już losów dawno przestarzałych lub dawno uformowanych bohaterów. Frank Miller nie podołał, za to szalony Szkot nie tylko pokazał pazury, ale wręcz nie zawahał się ich użyć.
Na tylnej okładce pierwszego z dwóch TPB można przeczytać, że All-Star Superman zabiera Człowieka ze Stali jednocześnie z powrotem do korzeni i w przyszłość. Chyba nie można ująć tego w lepszy sposób.

Jakby mało było genialnego scenariusza, warstwa wizualna w pełni mu dorównuje. Frank Quitely pokazał, na co go stać - ilustracje są proste i przystępne, zupełnie jak fabuła (łatwa w odbiorze mimo popieprzonych pomysłów). Nie ma tu fajerwerków, które byłyby zupełnie nie na miejscu. Jest czytelnie i bardzo kolorowo, przez co pozostajemy w przekonaniu, że wróciliśmy do dzieciństwa. Do czasów, kiedy komiksy superbohaterskie wcale nie wydawały się głupie i prostackie... z tą różnicą, że All-Star Superman rzeczywiście taki nie jest. Jest wszystkim tym, czym powinny być opowieści obrazkowe z tamtego okresu. To najlepsza jak dotąd historia z udziałem Supermana, jaką czytałem - przekonująca mnie do sięgnięcia po kolejne.
A zaczyna się od tego, że w wyniku intrygi Lexa Luthora nasz bohater staje się silniejszy niż kiedykolwiek, ale jednocześnie jego organizm nie może poradzić sobie z nadmiarem energii, w związku z czym... Superman umiera. Musi więc przygotować bliskich oraz resztę świata na swoje odejście. Gwarantuję, że będziesz się świetnie bawił sprawdzając, co zrobi.






