Pokazywanie postów oznaczonych etykietą top shelf. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą top shelf. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 16 października 2012

#263 - The League of Extraordinary Gentlemen Volume 3: Century: 2009 [Alan Moore & Kevin O'Neill]

No i doczekaliśmy finału. Mam wrażenie, że po lekturze roku 2009 czytelnicy rozczarowani poprzednimi częściami Stulecia i tak nie zmienią swojej opinii, że Liga Niezwykłych Dżentelmenów skończyła się na drugim tomie. Bo to właściwie te same wątki, ten sam sposób opowiadania, co w latach 1910 i 1969, nowi (albo uwspółcześnieni) bohaterowie i bliższe naszym czasom nawiązania do cudzej twórczości. Ja też tęsknię za młodym kapitanem Nemo, Niewidzialnym Człowiekiem i doktorem Jekyllem (oraz jego mroczną stroną), ale mimo to cały czas broniłem Century. A jak wygląda to po lekturze ostatniego zeszytu?

Wcześniej wspominałem o tym, że w nowym stuleciu Liga jest rozbita i nie radzi sobie za dobrze z przeciwnościami. W porównaniu z rokiem 2009 radziła sobie rewelacyjnie. Teraz właściwie już jej nie ma. Został sam długowieczny i zmieniający płeć Orlando, po zniknięciu Miny Murray i odejściu od Allana Quatermaina niezbyt zajęty ich wcześniejszą misją, czyli odnalezieniem i powstrzymaniem Antychrysta przed zniszczeniem świata. Na samym początku finałowej części Stulecia wraca z kolejnej wojny, odznaczony za bycie jedynym żołnierzem, który wyszedł cało z masakry na polu bitwy (armia nie wie, że spowodował ją sam Orlando). Po powrocie do dawnej kwatery głównej swojej grupy zostaje niespodziewanie odwiedzony przez Prospero, polecającego mu jak najszybciej reaktywować Ligę i odnaleźć Antychrysta, którego narodziny nie zostały udaremnione w roku 1969. Orlando jeszcze raz podejmuje się porzuconego wcześniej zadania.

Tutaj mała dygresja: może się powtarzam, ale naprawdę nie wiem, jak polski czytelnik ma rozumieć pewne wydarzenia lub nagłe pojawianie się niektórych postaci bez wcześniejszego przeczytania Black Dossier. Szkoda, że nie istnieje rodzima wersja tej części, bo brak znajomości zawartych tam wątków momentami naprawdę utrudnia śledzenie fabuły i na pewno w dużym stopniu przyczynia się do negatywnych opinii na temat Stulecia.

Jak wygląda finał? Pomimo całej mojej wcześniejszej obrony wchodzących w skład Century odcinków, muszę przyznać, że czytając o kończącym drugi tom starciu The League... z Marsjanami Wellsa byłem o wiele bardziej zaangażowany w lekturę i dużo bardziej interesowało mnie, co wydarzy się za chwilę. Pomijam fakt, że w Stuleciu dostrzegam znacznie mniej nawiązań i aluzji niż wcześniej, a rozumiem znacznie mniej, bo to nie wada komiksu, tylko mojego braku rozeznania w temacie. Gdybym nie zajrzał do Internetu, nawet nie wiedziałbym, kim jest pokazany w Lidze Antychryst. Nigdy nie czytałem tych książek ani nie oglądałem żadnego z filmów na ich podstawie. Moore, nie mając praw autorskich do wielu współczesnych pokazanych przez niego postaci, też musiał być bardziej ostrożny niż wcześniej i nie mógł podawać pewnych rzeczy w oczywisty sposób. Ale głównym problemem jest sam ostateczny przeciwnik, pozbawiony ikry i tak mało interesujący, że walka z kimś takim nie wydaje się odpowiednim zakończeniem tak dobrej serii.

Wystarczy wspomnieć (być może zdradzam ważne dla komiksu wydarzenie, więc jeśli ktoś nie chce mieć zepsutej niespodzianki, proszę nie czytać dalszej części tego zdania), że w pewnej chwili Antychryst Moore'a walczy z jednym z przeciwników strzelając błyskawicą ze swojego penisa. Naprawdę. Nie oskarżałbym tu scenarzysty o brak pomysłów, obstawiam, że robiąc z głównego przeciwnika swoich bohaterów kogoś tak niedorzecznego i kretyńskiego, być może chciał pokazać swoją opinię na temat wartości literackiej książek z jego udziałem. W pewnej chwili Oliver Haddo stwierdza: You know, you really are a tremendous disappointment to me. You're banal: a banal magician. A banal Antichrist... and I've run out of bodies to borrow. Nie zmienia to jednak faktu, że kończąca serię walka oraz jej wynik nie do końca spełniają moje oczekiwania.

Spodziewałem się po prostu czegoś o wiele bardziej hucznego, ale nadal obstaję przy tym, że Century to trzy świetne komiksy, a seria jest genialna jako całość. Szkoda, że to już koniec, choć z jednej strony Moore wspominał coś o Tales of The League of Extraordinary Gentlemen, więc, o ile to nadal aktualne, jest nadzieja, że jeszcze nie żegnamy się z niektórymi z bohaterów, a z drugiej, pewne słowa Olivera Haddo zdają się zostawiać otwartą furtkę do ewentualnej kontynuacji. Na pewno nie obraziłbym się, gdyby jednak powstała.

czwartek, 13 września 2012

#257 - Will You Still Love Me If I Wet The Bed? [Liz Prince]

Kupiłem ten komiks właściwie przypadkiem, przeglądając Allegro coś musiało przyciągnąć mnie do żółtej okładki, a może moją uwagę zwrócił bardziej dziwny tytuł? W opisie przeczytałem, że Will You Still Love Me If I Wet The Bed? było początkowo komiksowym dziennikiem Liz Prince, a później zmieniło się w jej (i tutaj wprowadził mnie w błąd cytat ze strony samego wydawcy, czyli Top Shelf) first solo graphic novel. Tak naprawdę trudno to nazwać powieścią graficzną, czytelnik ma do czynienia z liczącym jakieś 80 stron zeszycikiem o formacie 15 na 10 centymetrów, a znajdujące się w środku paski (po jednym na stronie) można przeczytać dosłownie w kwadrans. Kolejny cytat ze strony Top Shelf zapowiada połączenia Jamesa Kochalki, autora recenzowanego przeze mnie American Elf, oraz Jeffreya Browna. Pomysł jest zresztą dokładnie taki sam, jak w paskach Kochalki (z drugiej strony, jak wiele może być różnych podejść do tworzenia komiksowego dziennika?), z tą różnicą, że Liz Prince nie skupia się na wszystkim jednocześnie, a jedynie na swoim związku z Kevinem, opisując ich wspólną codzienność, dając przy tym czytelnikowi dużo radości. Na jakiś kwadrans.

Siłą tego rodzaju pasków jest często ich ilość. Czytając pierwszy tom American Elf, miałem przed sobą odcinki z około pięciu lat, po jednym za każdy dzień. W tym komiksie jest ich 71. To zdecydowanie za mało, żeby zdążyć dobrze poznać bohaterów, przyzwyczaić się do nich, wciągnąć się w ich relację. Same paski są dobre, narysowane prosto, często sprawiające wrażenie szybkich szkiców bez poprawek, co idealnie pasuje do tego rodzaju prezentacji krótkich momentów z życia Liz i Kevina, szkoda tylko, że jest ich tak niewiele. Autorka potrafi świetnie uchwycić interesujące momenty swojego związku, koncentrując się przy tym na humorze, jednak unikając wulgarności oraz prostackich żartów, Ignatz w kategorii debiut za 2005 rok wydaje się nagrodą w pełni zasłużoną (wydaje się, bo wiem tylko, co zrobiła Liz, nie mam pojęcia, jak wyglądała konkurencja), ale naprawdę chciałbym, żeby było tego więcej. Bo w takiej sytuacji trudno mi polecać Will You Still Love Me... jako osobny zakup, chociaż jeżeli zamawiacie jakieś komiksy i dorzucicie sobie te paski do koszyka, nie powinniście żałować. Bardzo lubię siłę prostoty i umiejętność pokazywania nudnych, codziennych rzeczy w interesujący sposób, a tego na pewno tu nie brakuje. Kto lubi podobne rzeczy, niech bierze przy okazji albo chociaż zajrzy na stronę autorki.

niedziela, 29 lipca 2012

#250 - American Elf Volume 1: The Collected Sketchbook Diaries of James Kochalka, October 26, 1998 to December 31, 2003 [James Kochalka]

James Kochalka to wzbudzający natychmiastową i całkowicie naturalną sympatię koleś ze śmieszną szparą między zębami, autor takich przebojów jak Wash Your Ass, Dragon Puncher czy Beyonce (proponuję posłuchać i obejrzeć, najlepiej zanim przeczytacie resztę recenzji - będziecie wiedzieć, z jakim typem człowieka macie do czynienia), a także niezwykle płodny twórca komiksów. Na wzmiankę o jego dziele życia (chyba mogę określić w ten sposób jego paski) po raz pierwszy natknąłem się tutaj i muszę przyznać, że początkowo nie potraktowałem serii American Elf poważnie. Niech będzie, gość rysuje siebie jako elfa. Elfy znudziły mi się już dawno. Tak myślałem. Później minęło kilka miesięcy, przypomniałem sobie o Kochalce i zajrzałem na jego stronę, przeczytałem ze trzy odcinki jego komiksowego dziennika i moje przypuszczenia potwierdziły się: nic wielkiego. A potem coś zaczęło mnie tam ciągnąć. Przejrzałem archiwa, śledziłem na bieżąco nowe paski, a po kilku tygodniach przyznaję bez bicia, że jestem wielkim fanem tego autora, jestem uzależniony od American Elf i nie mogłem nie zdobyć pierwszej części wydania zbiorczego tej serii, kompletującego paski z lat 1998-2003.

Kochalka przedstawia siebie jako elfa żyjącego we współczesnej Ameryce, żeby, jak sam stwierdził, pokazać magiczne momenty, jakie przeżywamy wszyscy nawet w ciągu najzwyklejszych, szarych dni. Prawda jest taka, że American Elf to w większości przypadków paski o pierdołach. O tym, że ich głupkowatego (w pozytywnym sensie, choć nie zawsze) autora cieszy jego własne odbicie w lustrze, fryzura po wyjściu spod prysznica lub liście na drzewach. O tym, że James ma brodę, później o tym, że zdecydował się ogolić, o tym, co jadł na kolację, o paście do zębów, która przypadkowo spadła na jego penisa i o tym, jak przybiega do pokoju, w którym siedzi jego żona, i krzyczy z radości, bo właśnie udało mu się ukończyć kolejną grę na konsolę. Oczywiście siłą rzeczy przewijają się również tematy dużo poważniejsze, jak zakup domu, strach Kochalki przed ojcostwem, aż w końcu narodziny jego syna, jednak dużo większa część tego zbioru to bzdury, mało ważne momenty codzienności. Sam James więcej niż raz przedstawia tu siebie jako sfrustrowanego elfa rozpaczającego nad bezsensem własnego życia. Jak zauważył we wstępie, osobno każdy pasek może być pozbawiony znaczenia, jednak zebrane razem zyskują siłę, tworząc jego pełny portret. I trudno się z tym nie zgodzić.

Składając te wszystkie pierdoły w całość, Kochalka tworzy unikalną autobiografię, której chyba nie dałoby się uzyskać w inny sposób. 365 odcinków rocznie (z około dwumiesięczną przerwą w 2000 roku, kiedy autora dopadły wątpliwości, czy jego dziennik ma jakikolwiek sens), każdy z mikroskopijną informacją o jego charakterze to coś, co sprawia, że poznajemy go naprawdę dobrze. Główny bohater American Elf to postać, która według mnie nadaje się do takich opowieści wprost idealnie. Osobiście nie lubię czytać o ludziach, którym wszystko wychodzi, radzą sobie z każdą przeciwnością losu i zawsze wiedzą, co zrobić. James nie radzi sobie prawie z niczym, jest niezdarny (żeby nie napisać, że cipowaty) i niepewny siebie, łatwo wpada w złość, łatwo się dołuje i równie łatwo udaje mu się odzyskać głupkowaty uśmiech. Dzięki tym cechom z niemal każdego dnia (niemal, bo naturalnie trafiają się tu i słabsze paski, co więcej, wyjęty z kontekstu niemal każdy mógłby być uznany za kiepski) udaje mu się wydobyć coś unikalnego, czego człowiek o innym charakterze nawet by nie zauważył.

Najlepiej opisuje to pasek narysowany w ciągu jednego z tych dni, kiedy Amy, żony Jamesa, nie ma w domu. Niemal od początku tworzenia serii American Elf Kochalka nie ma stałej pracy, utrzymuje się głównie z rysowania i grania koncertów. Kiedy jego żona wyjeżdża, James nie za bardzo wie, co ze sobą zrobić. Głównie gra na konsoli albo leży na kanapie i narzeka, że jest sam. We wspomnianym pasku jego znajoma widzi go w oknie i chce wiedzieć, jak radzi sobie bez Amy. James odpowiada, że właśnie zamówił pizzę, po czym jego znajoma pyta, jakim cudem zdołał samodzielnie wybrać numer na swoim telefonie. Tak, autor American Elf w ogóle nie radzi sobie z życiem, ale jednocześnie przez większość czasu wcale nie jest nieszczęśliwy i nie dobija czytelnika narzekaniem na rzeczywistość. Woli autoironię i głupkowaty uśmiech. W innym odcinku dostaje paczkę ciastek i już po chwili ma niewyraźną minę. Zapytany, co się stało, stwierdza, że zmęczył się trzymaniem ich w rękach, ale trzyma je dalej, bo nie ma pojęcia, co z nimi zrobić. Postać, która zawsze radzi sobie ze wszystkim w życiu nie stworzyłaby takich pasków. Dobrze, że istnieją tacy ludzie jak James Kochalka.

Autor serii American Elf jest również autorem stwierdzenia craft is the enemy. Widać to w jego ilustracjach. James rysuje szybko, często niedbale (czasem po ciemku, czasem po pijaku), jego głównym celem zdaje się być minimalizm i prostota. I chwała mu za to, takie podejście dodaje tym dziennikom naturalności. Kiedy Kochalka wspomina w przypisie, że rysował dany odcinek po kilku piwach, niezdarnie stawiając kreski, widać, że tak właśnie było, podobnie jak z odcinkami tworzonymi, kiedy Kochalka siedział w jadącym samochodzie lub w innych nietypowych sytuacjach. Z tych prostych, niewielkich kadrów aż bije pozytywna energia i radość tworzenia. To nie jest prostota wynikająca z braku odpowiednich umiejętności, kiedy James chce, potrafi pokazać coś bardziej złożonego, ale wzbudza sympatię, nawet jeżeli kolejny odcinek to cztery kadry, a na każdym znajduje się jego elfia twarz i czarne tło, zaś wypowiadane przez siebie słowa umieścił w koślawych dymkach.

Wprowadzając czytelników do swojego świata, Kochalka słusznie zauważa, że ludzkie życie nie ma fabuły typowej dla opowieści, stwierdza: The story of my life is not a story at all. I wbrew napisowi na okładce, należy pamiętać, że American Elf to żadna powieść graficzna. Mimo to jest dla mnie rzeczą genialną. Idealnym portretem autora, tworzoną na żywo (póki co już od 14 lat) autobiografią. Takiego efektu nie dałoby się osiągnąć tworząc pojedynczy komiks o swoim życiu. Powtarzam po raz kolejny, jestem fanem, chcę przeczytać całą resztę. To świetny komiks o bardzo ciekawym człowieku, bo jak tu nie lubić kogoś, kto nagrywa takie rzeczy jak Wash Your Ass, tańczy jak w Beyonce, a w krótkiej historii zatytułowanej I'm Sorry I'm an Idiot znajduje wodorosty, nakłada je sobie na głowę, na chwilę wybucha śmiechem, po czym wzdycha i zaczyna przepraszać czytelnika za swoją głupotę?

piątek, 18 maja 2012

#234 - The League of Extraordinary Gentlemen Volume 3: Century: 1969 [Alan Moore & Kevin O'Neill]

Już nie mogę się doczekać finałowego tomu tej serii. Nie tylko dlatego, że chcę wiedzieć, jak to wszystko się skończy, a w Century: 1969 Alan Moore sprawił, że chciałoby się jak najszybciej przeczytać dalszy ciąg, ale także przez to, że te bardziej współczesne przygody Ligi Niezwykłych Dżentelmenów pozostawiają niedosyt pod jednym, bardzo istotnym względem: są stanowczo zbyt krótkie. Moim zdaniem nie odbiegają poziomem od pierwszych odcinków, gdzie na korzyść scenariuszy wpływały przede wszystkim świeże pomysły autora. Teraz, kiedy wiadomo już od dawna, o co chodzi, znacznie trudniej zadowolić niektórych czytelników, ale wydaje mi się, że kiedy w końcu będzie można przeczytać zakończenie, a najlepiej wchłonąć całe Stulecie, tym razem bez robienia sobie przerw i dawkowania po kawałku, wszystko będzie wyglądało inaczej. Lepiej. Tego, że Moore nawiązuje do zupełnie innych źródeł, niż na początku serii, nie da się już zmienić, wynika to z konieczności oraz innego czasu akcji. Jeśli komuś bardziej podobały się wcześniejsze tomy albo dostrzegał więcej nawiązań i więcej rozumiał, wcale nie oznacza to, że Century: 1969 jest komiksem gorszym od poprzednich tomów The League... To tyle, jeśli chodzi o narzekających czytelników.

Jeśli chodzi o mnie, nadal jestem zachwycony. Przyznaję, ja też czułem się pewniej czytając pierwszą i drugą część, choć i tak na pewno nie zauważyłem nawet połowy nawiązań i smaczków, ale jeśli mimo to udało mi się przebrnąć przez Black Dossier bez uczucia całkowitego zagubienia, Stulecie nie wydaje się ani trochę groźne.

W roku 1969 główni bohaterowie kontynuują swoje zmagania z kolejnymi wcieleniami Olivera Haddo. Poza samym przeciwnikiem, któremu Mina Murray, Allan Quatermain i Orlando próbują przeszkodzić w zrealizowaniu rytuału pozwalającego na przejście do nowego ciała, w osiągnięciu celu przeszkadzają Lidze nowe czasy, nie zawsze łatwe do zrozumienia. Prawie wszyscy są w pewnym stopniu zdezorientowani, a ich przyzwyczajenie do życia w innej epoce, długowieczność i fakt, że nie zawsze przebywają w rzeczywistym wymiarze, obserwując aktualne wydarzenia, wcale nie są pomocne. Bywa strasznie i jednocześnie śmiesznie, a zabawa w czasie lektury jest przez cały czas świetna. The League of Extraordinary Gentlemen to genialna seria, teraz czekam na jej - mam nadzieję - genialny finał. Czas akcji: rok 2009.

wtorek, 17 kwietnia 2012

#220 - Lost Girls [Alan Moore & Melinda Gebbie]

Z okazji premiery Zagubionych dziewcząt pozwolę sobie na odgrzanie kotleta i ponowne umieszczenie na blogu mojej recenzji tego komiksu, napisanej 25 listopada 2009 roku. Jak ten czas leci.

Pisanie o niektórych komiksach nie należy do przyjemności, a Lost Girls należy właśnie do tych bardzo trudnych tytułów. Po pierwsze dlatego, że Alan Moore to wariat (przez jakiś czas często podlinkowywano ten tekst, więc też tak zrobię - Alan Moore to wariat), a po drugie mamy do czynienia z czymś niezwykle specyficznym. Z jednej strony można określić tę opowieść jako przemyślane dzieło geniusza, ze wszystkimi typowymi dla tego scenarzysty smaczkami oraz doskonałym dopasowaniem elementów, które w odpowiednim miejscu zaczynają współgrać w sposób całkowicie zaskakujący czytelnika. Niby dla każdego, kto naprawdę skupi się na lekturze zamiast oglądać specyficzne sceny, będzie wiadomo, że jest to celowa zabawa konwencją, w pewnych momentach posuwająca się nie tylko do delikatnego prowokowania odbiorcy, ale wręcz wystawiające jego poczucie dobrego smaku na ciężką próbę. Nie można odmówić Lost Girls wartości literackiej lub przynajmniej miana niezwykłej i wciągającej opowieści (niekoniecznie i na pewno nie wyłącznie dzięki tym elementom), ale należy też pamiętać o tej drugiej stronie, przez którą pisanie o wspólnym dziele Moore'a i Melindy Gebbie sprawia tyle trudności... Druga strona wygląda tak, że czytelnik musi nastawić się na historię, w której sperma i śluz leją się strumieniami, waginy i penisy (zarówno prawdziwe jak i sztuczne) występują w ilościach hurtowych, a jeśli na kimś nie robi to wielkiego wrażenia (w końcu musiał być jakiś powód, dla którego komiks zasłużył na określenie pornograficzny), mamy też takie dodatki jak zwierzęta (bynajmniej nie stojące spokojnie w tle), mocz, kazirodztwo, ekstremalne poniżanie lub orgie, w których udział biorą zarówno dorośli jak i dzieci, ewentualnie same dzieci. Zamieszczone ilustracje są całkowicie tendencyjne - nie pokazują kwintesencji Lost Girls, ale też nie przedstawiają czegoś, czego tam nie ma i czego nie bierze się pod uwagę oceniając całość. A że o jednoznaczną opinię nie jest w tym przypadku łatwo, na razie przejdę do konkretów...

Głównymi bohaterkami Lost Girls są trzy kobiety różniące się nie tylko charakterami, ale także wiekiem oraz statusem społecznym. Pomysł kojarzy się z Ligą Niezwykłych Dżentelmenów (której jeszcze nie czytałem, niemniej kojarzy się), gdzie Moore wykorzystał postacie znane z literatury. Tutaj jest identycznie, i, chociaż ich personalia nie są podane na talerzu od samego początku, myślę, że przedstawiając je nikomu nie zepsuję zabawy (sam znałem imiona kobiet jeszcze przed sięgnięciem po komiks): są to Alicja z Alicji w Krainie Czarów, Dorothy z Czarnoksiężnika z Krainy Oz oraz Wendy z Piotrusia Pana. Osoby znające twórczość szalonego Alana domyślają się pewnie, że obecność tych bohaterek daje mu ogromne pole do popisu w kwestii zabawy z czytelnikiem oraz bardziej budzącego zainteresowanie niż irytującego popisywania się erudycją. Ułatwieniem jest fakt, że wyżej wymienione postacie powinny być znane wszystkim, choćby ze słyszenia, także każdy zanurza się w świat Lost Girls z przynajmniej podstawową wiedzą na temat występujących w opowieści osób. Moore przedstawia ich dalsze losy, jednocześnie burząc przeszłość bohaterek i przedstawiając ją na swój własny sposób - w pornograficznej konwencji. Wszystko zostaje przedefiniowane, nie zdziwcie się więc, że na przykład Blaszany Drwal nie jest już postacią zapamiętaną po przeczytaniu/obejrzeniu Czarnoksiężnika z Krainy Oz, tym razem to rosły i bezduszny ("tak jakby nie miał serca" - kojarzycie?) facet z farmy, jeden z wielu, przed którym Dorothy rozkłada nogi. Kapitan Hak jest starszym panem z ręką zakrzywioną od artretyzmu, kochającym dzieci nie tak, jak powinno się je kochać, a Moore'owski odpowiednik Królowej z Alicji w Krainie Czarów to po prostu bardzo miła pani, która bardzo lubi orgie, w czasie których dzieje się bardzo dużo brzydkich rzeczy. I, tak jak wspominałem w pierwszym akapicie, z jednej strony nie można odmówić genialności ponownemu odkrywaniu starych bohaterów, a z drugiej są momenty, kiedy właściwie nie wiadomo co myśleć o wydarzeniach rozgrywających się na kartach komiksu. Bo o ile przerobienie takiego Kapitana Haka jest świetne, to moment, w którym wyskakuje z krzaków i spuszcza się na plecy Wendy (w momencie tego wydarzenia mamy do czynienia z jej dziecięcą wersją zabawiającą się z Piotrusiem, który zna magiczny język wróżek, czyli takie słowa jak fuck lub cunt) jest po prostu niesmaczny i ciężko obrócić to w żart, nawet jeśli doskonale rozumiem, że tańczę tak jak zagrał scenarzysta, zapewne oczekujący właśnie takiej reakcji z mojej strony.

Całość kręci się wokół wspólnych rozmów trzech kobiet - wymieniają się nawzajem krótkimi opowieściami dotyczącymi ich przeszłości (komiks liczy sobie trzydzieści rozdziałów po osiem stron każdy, wszystko podzielone zostało na trzy księgi), jednocześnie posuwając się coraz bardziej w swoich bezwstydnych zabawach. Alicja została przedstawiona jako najstarsza z bohaterek, jest też najbardziej wyuzdaną i najbogatszą z nich (pochodzi z arystokracji) oraz nie kryje swojej homoseksualnej orientacji. Jej zupełnym przeciwieństwem jest Dorothy, najmłodsza z trójki i wychowana na farmie, nieokrzesana i zawsze gotowa na niezobowiązującą przygodę z jednym z lokalnych dżentelmenów. Pośrodku stoi Wendy, pozornie dystyngowana, nieco otępiała matka i żona, której przeszłość zdradza wiele zaskakujących i sprzecznych z jej obecnym zachowaniem szczegółów... a wszystko naszpikowane zostało nawiązaniami, jak zwykle u Moore'a raczej ciężkimi do wyłapania w całości. Występują też opowieści wewnątrz opowieści - bohaterowie czytają wiele książek o wiadomej tematyce - oraz szczegóły, które można przeoczyć, jeśli będzie się nieuważnie przeskakiwało z kartki na kartkę; na przykład czasem warto obserwować nie tylko postacie, ale też rzucane przez nie cienie, mogące zupełnie zmienić odbiór danej sceny. Tego typu smaczków jest mnóstwo, tak jak mnóstwo jest pierdolenia (ciężko nazwać to inaczej) pokazanego bez żadnych zahamowań. Jeśli scenarzysta chciał udowodnić, że pornografia nie musi być głupia, łatwa w odbiorze i skupiona tylko na jednym, dopiął swego. Na pewno miał też zamiar szokować i raczej trudno będzie o czytelnika, który przebrnie przez wszystkie próby ze stoickim spokojem. Sam autor daje wskazówki, jak należy odbierać Lost Girls, na przykład kiedy jeden z bohaterów komentuje czytane na głos opowiadanie przedstawiające orgię, w której udział bierze cała rodzina - matka, ojciec oraz dwójka ich dzieci (pozwolę sobie nie tłumaczyć oryginalnego tekstu): "And then these children: how outrageous! How old can they be? Eleven? Twelve? It is quite monstrous... except that they are fictions, as old as the page they appear upon, no less, no more. Fiction and fact: only madmen and magistrates cannot discriminate between them", a po chwili: "You see, if this were real, it would be horrible. Children raped by their trusted parents. Horrible. But they are fictions. They are uncontaminated by effect and consequence. Why, they are almost innocent". Zaraz po tej wypowiedzi Moore pokazuje swoją przewrotność i zaczyna droczyć się z odbiorcą, kiedy ta sama postać, autor poprzednich zdań, dodaje: "I, of course, am real, and since Helena, who I just fucked, is only thirteen, I am very guilty". Czy wspominałem coś o wystawianiu czytelnika na próbę?

Nie należy zapomnieć o ilustracjach Melindy Gebbie, obecnej żony scenarzysty, która wykonała kawał dobrej roboty. Oglądając Lost Girls ma się wrażenie, że taka oprawa graficzna bardziej pasowałaby do jakiejś książki, a nie "jedynie" do komiksu; o ile pamiętam, w żadnej przeczytanej przeze mnie opowieści obrazkowej nie spotkałem się z czymś podobnym. Widać ogrom pracy włożony w każdą ze stron oraz koncept - styl Melindy zmienia się w zależności od tego, czy swoją opowieść snuje Alice, Dorothy czy Wendy, jest też inny kiedy nie mamy do czynienia z retrospekcjami. Chociaż zabrzmi to bardzo dwuznacznie, nie da się zaprzeczyć, że w czasie poznawania wszystkich trzydziestu rozdziałów naprawdę jest na co popatrzeć.

Podsumowując, wbrew pozorom Lost Girls nie jest komiksem dla fanów masturbacji, a wartościową i złożoną opowieścią autorstwa mistrza, dodatkowo świetnie zilustrowaną. Z drugiej strony nie należy zapomnieć, że jest to mająca szokować czytelnika pornografia, do której niektórzy będą bali się podejść, inni podejdą i nie dadzą rady przejść suchą nogą przez morze spermy (cóż za przenośnia); na pewno znajdą się też ludzie negujący jakiekolwiek pozytywne strony tego komiksu i widzący w nim tylko to, co niekoniecznie jest najważniejsze. Jeśli nie należysz do żadnej z tych grup, ośmielam się polecić, z adnotacją, że to naprawdę nie jest pozycja dla każdego i nawet przy optymistycznym podejściu można zrazić się w trakcie, mimo wszystko. Nietypowy tytuł, o którym ciężko było coś napisać, choć mam cichą nadzieję, że jednak wybrnąłem.

niedziela, 5 lutego 2012

#204 - The League of Extraordinary Gentlemen Volume 3: Century: 1910 [Alan Moore & Kevin O'Neill]

Po szaleństwie z Black Dossier nadszedł czas na coś bardziej normalnego, powrót do tych "zwyczajnych" przygód The League of Extraordinary Gentlemen, choć w roku 1910 czytamy już o całkiem innej Lidze. Nie gorszej, ale po prostu innej (piszę teraz o komiksie, nie o tym, jak obecni radzą sobie w nowych czasach i w porównaniu z poprzednikami). Niektórzy są już starzy i nie działają w ramach grupy (jak na przykład kapitan Nemo), inni, jak wiadomo, zmarli, a raczej zostali zabici, jeszcze inni jakoś nie wyglądają na starszych niż wcześniej. Doszli też nowi, Orlando, Thomas Carnacki oraz A. J. Raffles. Jeśli ktoś czytał Black Dossier, nie będzie to dla niego zaskoczeniem, pozostali mogą z początku być trochę zagubieni.

Carnacki ma wizje, w których widzi wielki kataklizm związany z Londynem, ale nie wie, co go spowoduje. Hipotez jest kilka, od pewnego tajemniczego kultu, przez seryjnego mordercę, aż po kometę, a Liga musi dowiedzieć się, co spowoduje zniszczenia i oczywiście wszystkiemu zapobiec. Szkoda tylko, że grupa czasy świetności ma już dawno za sobą i nie radzi sobie najlepiej z powierzonym im zadaniem. Jej wcześniejsza wersja też składała się z indywidualistów, podobnie jak w roku 1910, nie każdy chciał dobrowolnie do niej należeć, ale wtedy wszystko szło jakoś sprawniej. W Century główni bohaterowie robią niewiele, a to, co robią, nie zawsze im wychodzi. Ale żeby nie było niedomówień, taką Ligę też czyta się świetnie.

Fabuła idzie do przodu swoim rytmem (tym razem przez cały czas towarzyszy jej muzyka), nawiązania Moore'a do cudzej twórczości mają swoje źródła gdzie indziej, niż w poprzednich tomach, prawie wszystko jest inne, a jednocześnie to cały czas ten sam genialny komiks. Jego jedyna wada to fakt, że ma za mało stron. Chciałbym już przeczytać całość Stulecia, zamiast poznawać odcinki po kawałku, ale trzeba jeszcze poczekać na ostatnią część. Wiem, że jest na co czekać. Póki co muszę jeszcze przeczytać rok 1969.

środa, 25 listopada 2009

#69 - Lost Girls [Alan Moore & Melinda Gebbie]


Pisanie o niektórych komiksach nie należy do przyjemności, a Lost Girls (z pewnych względów po prostu musiał to być #69 tekst na blogu) należy właśnie do tych bardzo trudnych tytułów. Po pierwsze dlatego, że Alan Moore to wariat (przez jakiś czas często podlinkowywano ten tekst, więc też tak zrobię - Alan Moore to wariat), a po drugie mamy do czynienia z czymś niezwykle specyficznym. Z jednej strony można określić tę opowieść jako przemyślane dzieło geniusza, ze wszystkimi typowymi dla tego scenarzysty smaczkami oraz doskonałym dopasowaniem elementów, które w odpowiednim miejscu zaczynają współgrać w sposób całkowicie zaskakujący czytelnika. Niby dla każdego, kto naprawdę skupi się na lekturze zamiast oglądać specyficzne sceny, będzie wiadomo, że jest to celowa zabawa konwencją, w pewnych momentach posuwająca się nie tylko do delikatnego prowokowania odbiorcy, ale wręcz wystawiające jego poczucie dobrego smaku na ciężką próbę. Nie można odmówić Lost Girls wartości literackiej lub przynajmniej miana niezwykłej i wciągającej opowieści (niekoniecznie i na pewno nie wyłącznie dzięki tym elementom), ale należy też pamiętać o tej drugiej stronie, przez którą pisanie o wspólnym dziele Moore'a i Melindy Gebbie sprawia tyle trudności... Druga strona wygląda tak, że czytelnik musi nastawić się na historię, w której sperma i śluz leją się strumieniami, waginy i penisy (zarówno prawdziwe jak i sztuczne) występują w ilościach hurtowych, a jeśli na kimś nie robi to wielkiego wrażenia (w końcu musiał być jakiś powód, dla którego komiks zasłużył na określenie pornograficzny), mamy też takie dodatki jak zwierzęta (bynajmniej nie stojące spokojnie w tle), mocz, kazirodztwo, ekstremalne poniżanie lub orgie, w których udział biorą zarówno dorośli jak i dzieci, ewentualnie same dzieci. Zamieszczone ilustracje są całkowicie tendencyjne - nie pokazują kwintesencji Lost Girls, ale też nie przedstawiają czegoś, czego tam nie ma i czego nie bierze się pod uwagę oceniając całość. A że o jednoznaczną opinię nie jest w tym przypadku łatwo, na razie przejdę do konkretów...


Głównymi bohaterkami Lost Girls są trzy kobiety różniące się nie tylko charakterami, ale także wiekiem oraz statusem społecznym. Pomysł kojarzy się z Ligą Niezwykłych Dżentelmenów (której jeszcze nie czytałem, niemniej kojarzy się), gdzie Moore wykorzystał postacie znane z literatury. Tutaj jest identycznie, i, chociaż ich personalia nie są podane na talerzu od samego początku, myślę, że przedstawiając je nikomu nie zepsuję zabawy (sam znałem imiona kobiet jeszcze przed sięgnięciem po komiks): są to Alicja z Alicji w Krainie Czarów, Dorothy z Czarnoksiężnika z Krainy Oz oraz Wendy z Piotrusia Pana. Osoby znające twórczość szalonego Alana domyślają się pewnie, że obecność tych bohaterek daje mu ogromne pole do popisu w kwestii zabawy z czytelnikiem oraz bardziej budzącego zainteresowanie niż irytującego popisywania się erudycją. Ułatwieniem jest fakt, że wyżej wymienione postacie powinny być znane wszystkim, choćby ze słyszenia, także każdy zanurza się w świat Lost Girls z przynajmniej podstawową wiedzą na temat występujących w opowieści osób. Moore przedstawia ich dalsze losy, jednocześnie burząc przeszłość bohaterek i przedstawiając ją na swój własny sposób - w pornograficznej konwencji. Wszystko zostaje przedefiniowane, nie zdziwcie się więc, że na przykład Blaszany Drwal nie jest już postacią zapamiętaną po przeczytaniu/obejrzeniu Czarnoksiężnika z Krainy Oz, tym razem to rosły i bezduszny ("tak jakby nie miał serca" - kojarzycie?) facet z farmy, jeden z wielu, przed którym Dorothy rozkłada nogi. Kapitan Hak jest starszym panem z ręką zakrzywioną od artretyzmu, kochającym dzieci nie tak, jak powinno się je kochać, a Moore'owski odpowiednik Królowej z Alicji w Krainie Czarów to po prostu bardzo miła pani, która bardzo lubi orgie, w czasie których dzieje się bardzo dużo brzydkich rzeczy. I, tak jak wspominałem w pierwszym akapicie, z jednej strony nie można odmówić genialności ponownemu odkrywaniu starych bohaterów, a z drugiej są momenty, kiedy właściwie nie wiadomo co myśleć o wydarzeniach rozgrywających się na kartach komiksu. Bo o ile przerobienie takiego Kapitana Haka jest świetne, to moment, w którym wyskakuje z krzaków i spuszcza się na plecy Wendy (w momencie tego wydarzenia mamy do czynienia z jej dziecięcą wersją zabawiającą się z Piotrusiem, który zna magiczny język wróżek, czyli takie słowa jak fuck lub cunt) jest po prostu niesmaczny i ciężko obrócić to w żart, nawet jeśli doskonale rozumiem, że tańczę tak jak zagrał scenarzysta, zapewne oczekujący właśnie takiej reakcji z mojej strony.


Całość kręci się wokół wspólnych rozmów trzech kobiet - wymieniają się nawzajem krótkimi opowieściami dotyczącymi ich przeszłości (komiks liczy sobie trzydzieści rozdziałów po osiem stron każdy, wszystko podzielone zostało na trzy księgi), jednocześnie posuwając się coraz bardziej w swoich bezwstydnych zabawach. Alicja została przedstawiona jako najstarsza z bohaterek, jest też najbardziej wyuzdaną i najbogatszą z nich (pochodzi z arystokracji) oraz nie kryje swojej homoseksualnej orientacji. Jej zupełnym przeciwieństwem jest Dorothy, najmłodsza z trójki i wychowana na farmie, nieokrzesana i zawsze gotowa na niezobowiązującą przygodę z jednym z lokalnych dżentelmenów. Pośrodku stoi Wendy, pozornie dystyngowana, nieco otępiała matka i żona, której przeszłość zdradza wiele zaskakujących i sprzecznych z jej obecnym zachowaniem szczegółów... a wszystko naszpikowane zostało nawiązaniami, jak zwykle u Moore'a raczej ciężkimi do wyłapania w całości. Występują też opowieści wewnątrz opowieści - bohaterowie czytają wiele książek o wiadomej tematyce - oraz szczegóły, które można przeoczyć, jeśli będzie się nieuważnie przeskakiwało z kartki na kartkę; na przykład czasem warto obserwować nie tylko postacie, ale też rzucane przez nie cienie, mogące zupełnie zmienić odbiór danej sceny. Tego typu smaczków jest mnóstwo, tak jak mnóstwo jest pierdolenia (ciężko nazwać to inaczej) pokazanego bez żadnych zahamowań. Jeśli scenarzysta chciał udowodnić, że pornografia nie musi być głupia, łatwa w odbiorze i skupiona tylko na jednym, dopiął swego. Na pewno miał też zamiar szokować i raczej trudno będzie o czytelnika, który przebrnie przez wszystkie próby ze stoickim spokojem. Sam autor daje wskazówki, jak należy odbierać Lost Girls, na przykład kiedy jeden z bohaterów komentuje czytane na głos opowiadanie przedstawiające orgię, w której udział bierze cała rodzina - matka, ojciec oraz dwójka ich dzieci (pozwolę sobie nie tłumaczyć oryginalnego tekstu): "And then these children: how outrageous! How old can they be? Eleven? Twelve? It is quite monstrous... except that they are fictions, as old as the page they appear upon, no less, no more. Fiction and fact: only madmen and magistrates cannot discriminate between them", a po chwili: "You see, if this were real, it would be horrible. Children raped by their trusted parents. Horrible. But they are fictions. They are uncontaminated by effect and consequence. Why, they are almost innocent". Zaraz po tej wypowiedzi Moore pokazuje swoją przewrotność i zaczyna droczyć się z odbiorcą, kiedy ta sama postać, autor poprzednich zdań, dodaje: "I, of course, am real, and since Helena, who I just fucked, is only thirteen, I am very guilty". Czy wspominałem coś o wystawianiu czytelnika na próbę?


Nie należy zapomnieć o ilustracjach Melindy Gebbie, obecnej żony scenarzysty, która wykonała kawał dobrej roboty. Oglądając Lost Girls ma się wrażenie, że taka oprawa graficzna bardziej pasowałaby do jakiejś książki, a nie "jedynie" do komiksu; o ile pamiętam, w żadnej przeczytanej przeze mnie opowieści obrazkowej nie spotkałem się z czymś podobnym. Widać ogrom pracy włożony w każdą ze stron oraz koncept - styl Melindy zmienia się w zależności od tego, czy swoją opowieść snuje Alice, Dorothy czy Wendy, jest też inny kiedy nie mamy do czynienia z retrospekcjami. Chociaż zabrzmi to bardzo dwuznacznie, nie da się zaprzeczyć, że w czasie poznawania wszystkich trzydziestu rozdziałów naprawdę jest na co popatrzeć.


Podsumowując, wbrew pozorom Lost Girls nie jest komiksem dla fanów masturbacji, a wartościową i złożoną opowieścią autorstwa mistrza, dodatkowo świetnie zilustrowaną. Z drugiej strony nie należy zapomnieć, że jest to mająca szokować czytelnika pornografia, do której niektórzy będą bali się podejść, inni podejdą i nie dadzą rady przejść suchą nogą przez morze spermy (cóż za przenośnia); na pewno znajdą się też ludzie negujący jakiekolwiek pozytywne strony tego komiksu i widzący w nim tylko to, co niekoniecznie jest najważniejsze. Jeśli nie należysz do żadnej z tych grup, ośmielam się polecić, z adnotacją, że to naprawdę nie jest pozycja dla każdego i nawet przy optymistycznym podejściu można zrazić się w trakcie, mimo wszystko. Nietypowy tytuł, o którym ciężko było coś napisać, choć mam cichą nadzieję, że jednak wybrnąłem.

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...