Chyba każdy fan przebierającego się w „roboczy” strój Bruce’a Wayne’a ma swój ulubiony aspekt postaci Batmana. Dla niektórych będzie on jednym z najlepszych na świecie detektywów, dla innych bohaterem zmagającym się z groźnymi, czasem wręcz przerażającymi przeciwnikami. Sam należę do grupy czytelników, dla których Zamaskowany Krzyżowiec jest przede wszystkim postacią tragiczną, spowitą mrokiem, bez przerwy balansującą na granicy szaleństwa. Bardziej od otoczenia Wayne’a (jego adwersarzy i zagadek, jakie musi rozwiązać w danym epizodzie swoich przygód) interesuje mnie stan umysłu bohatera oraz fakt, że pod pewnymi względami jest on niepokojąco podobny do tych, z którymi walczy. [więcej w najnowszym numerze ArtPapieru]
sobota, 18 stycznia 2014
#343 - Batman: Techniki zastraszania [Tony S. Daniel]
sobota, 12 maja 2012
#231 - Batman: Zabójczy żart [Alan Moore & Brian Bolland]
Po dwóch dekadach od wydania TM-Semic, Egmont wznawia "Zabójczy żart" Alana Moore'a (scenariusz) i Briana Bollanda (rysunki), proponując czytelnikom wersję z nowymi kolorami oraz nowym, o wiele bardziej dopracowanym tłumaczeniem. Historia jest raczej dobrze znana, mimo to niewątpliwie należy jej się nowe, porządne wydanie. "Zabójczy żart", przez niektórych uważany za komiks genialny, jeden z najlepszych o Batmanie, przez innych za jedynie przeciętny, dyskredytowany nawet przez samego scenarzystę, już dawno wszedł do kanonu przygód Mrocznego Rycerza i należy do tych pozycji, które po prostu wypada przeczytać, niezależnie od tego, ile jest prawdy, a ile trwającej od lat legendy w dość powszechnej opinii o jego genialności. [więcej na stronie Alei Komiksu, a przy okazji, tekst o Zabójczym żarcie to dwusetna recenzja na tym blogu]
czwartek, 17 września 2009
#38 - Spawn/Batman [Frank Miller & Todd McFarlane]

Przypuszczam, że jestem jedną z ostatnich zainteresowanych komiksem osób w Polsce, która zdecydowała się sprawdzić wspólne przygody Batmana i Spawna. To znaczy nie licząc tych, którzy w swojej mądrości postanowili w ogóle tego nie czytać. Minęło kilka ładnych lat od wydania tej historii w naszym kraju, a powodem, dla którego piszę o niej dopiero teraz, jest fakt, że dosłownie wszystkie opinie o Spawn/Batman były negatywne. Czasem jednak żeby uwierzyć, trzeba zobaczyć coś strasznego na własne oczy. Moment masochizmu nastąpił w moim przypadku kilka dni temu. Dzisiaj żałuję, ale przecież sam się o to prosiłem.
O fabule nie można napisać niczego dobrego, a właściwie nie można o niej napisać czegokolwiek. Historyjka dla dwunastolatków, w której tytułowi bohaterowie najpierw biją się po głowach, a potem łączą siły w celu dołożenia komuś innemu. Jestem tylko ciekaw, co by było, gdyby TM-Semic wypuścił ten komiks w okolicach 1998 roku, kiedy to Spawn wciąż był czymś świeżym, a ja miałem dwanaście lat i uważałem twórczość McFarlane'a z a coś niesamowitego. Niektóre jego scenariusze z tamtego okresu do dziś wydają mi się czymś interesującym, ale może to tylko sentyment. W każdym razie teraz jestem za dużym chłopcem na akceptowanie takich bzdur. Szkoda tylko, że autorem scenariusza jest Frank Miller, który zdecydowanie miał możliwość napisania czegoś lepszego - niestety, jest to kolejny kiepski komiks jego autorstwa. A rysunki? Przykro mi bardzo, ale czasy entuzjastycznych ocen prac McFarlane'a również minęły; ilustracje w Spawn/Batman niczym mnie nie zachwyciły. Po prostu są poprawne, tyle na ich temat. Nie dostrzegam już w nich tego, co widziałem dekadę temu.
Mówiąc krótko (i delikatnie), jest to bardzo słaby komiks, którego moim skromnym zdaniem nie należy dotykać. Na koniec pozwolę sobie zacytować dialog głównych bohaterów, prowadzony podczas radosnego okładania się po swoich zamaskowanych twarzach. Rozmowa pokazuje dobitnie, jaki scenariusz popełnił Miller:
Spawn: Idiot. You're an idiot. I'll tear you apart.
Batman: In your dreams.
S: Break you in half. I'll break you in half.
B: Sloppy fighter. Stupid fighter. No discipline.
S: Talking trash. You're talking trash. It won't help you.
B: No discipline. Stupid fighter. Stupid punk.
S: Had it. You've had it. You're done.
B: Just warming up you stupid punk.
(tutaj następują liczne onomatopeje - napięcie rośnie, bohaterowie uderzają się nawzajem z jeszcze większym zapałem nie przed chwilą, a po wszystkim głośno dyszą)
B: Give it up, punk. You're finished. Just look at you. You're finished.
S: Look at you. You can't even get up. You're the one who's finished.
Oczywiście komiks oferuje też inne atrakcje - wszystkie podobne do zacytowanej powyżej. Ja odpadam.
poniedziałek, 7 września 2009
#29 - All-Star Batman & Robin the Boy Wonder [Frank Miller & Jim Lee]

Przeczytany kilka miesięcy temu "All-Star Superman" Morrisona kompletnie mnie powalił, z kolei komiks "All-Star Batman & Robin the Boy Wonder" to już zupełnie inna bajka - też mnie powalił, ale w inny sposób. Podczas lektury nie mogłem wytrzymać ze śmiechu. Jak to mówią, śmiech to zdrowie, szkoda tylko, że intencje Franka Millera wyglądają na nieco odmienne. Wydaje mi się, że przynajmniej do pewnego momentu czytelnik miał traktować jego wersję Batmana zupełnie serio. Niestety, to raczej niemożliwe.

Zaprezentowana tu wizja Bruce'a Wayne'a jest tak przerysowana, że aż ciężko nie parskać śmiechem. Zresztą, nie tylko główny bohater jest "trochę dziwny" w porównaniu do tego, co można było przeczytać wcześniej, ale po kolei: jeśli znany Ci dotychczas Człowiek-Nietoperz to według Ciebie miękki cieciunio niepotrzebnie bojący się o życie swoich wrogów, poczekaj na to, co zaserwował tutaj Miller. Batman z "All-Star..." to zarozumiały psychopata atakujący przestępców krzycząc jednocześnie "Ha ha ha ha ha!" (patrz rysunek poniżej) i wyraźnie napawający się ich bólem, rzucający w nich koktajlami Mołotowa i powodujący otwarte złamania tylko dlatego, że ich widok sprawia mu przyjemność. Nie żeby to było najdziwniejsze w jego zachowaniu. Historia skupia się na początkach współpracy gacka i dwunastoletniego Dicka Graysona, który traci rodziców (precyzyjniej: ktoś ich morduje) i zostaje porwany przez Batmana. Mroczny Rycerz chce się nim zaopiekować, ale smarkacz trochę go denerwuje (na przykład śmieje się z Batmobilu albo zaczyna płakać z powodu utraty matki i ojca), w związku z czym dostaje po głowie, zresztą nie po raz ostatni. Kiedy docierają do Jaskini Nietoperza (dodam, że jadą tam od #2 do #4 zeszytu), następuje scena, która moim zdaniem powinna przejść do klasyki komiksu - poważnie. Batman chce zostawić przyszłego Robina samego, a kiedy dzieciak pyta, co ma jeść, słyszy: "Your food will present itself". Chwilę później jego oczom ukazują się szczury i nietoperze. Żeby było jeszcze zabawniej, Alfred daje Dickowi normalne jedzenie (czyli takie, które nie biega ani nie lata po jaskini), za co dostaje ostrą reprymendę od swojego pracodawcy.

Dziwne? W tym komiksie wszystko jest dziwne: karykaturalne i patetyczne dialogi, narracja, zachowanie postaci, ich wygląd. Prawie wszyscy są twardzielami - kobiety też, z tą różnicą, że dodatkowo mają duże piersi i atrybuty w stylu kabaretek i szpilek, w których zwalczają przestępczość Gotham. Ja rozumiem, że to miała być "mocna" opowieść, ale scenarzysta gdzieś w tym wszystkim nie zauważył, że całość jest niedorzeczna. Nie wierzę, że od początku chciał, żeby wyglądało to właśnie tak, a nawet jeśli... "All-Star Batman & Robin the Boy Wonder" nie sprawdza się ani jako niezamierzona parodia (bo czytelnik śmieje się zamiast brać historię na poważnie), ani jako parodia napisana celowo (bo to, z czego się śmiałem, tak naprawdę wcale nie jest zabawne, jedynie głupie i sztuczne). W dodatku nie ma tutaj żadnego ciekawego pomysłu na fabułę, mamy tylko jakieś snucie się po ulicy, naparzanie policjantów i przestępców oraz intrygę, której mimo najlepszych chęci nie mogę nazwać pasjonującą.
Wygląda na to, że po kilku epizodach Miller powiedział "Whatever" albo "Fuck it" i - widząc, że nie ma już odwrotu od tego, co stworzył - zaczął chałturzyć celowo. Tak na oko nastąpiło to gdzieś przy #7 zeszycie, a konfrontacja Batmana z Halem Jordanem w odcinku #9 przebija chyba wszystko. Tutaj śmiałem się już stanowczo zbyt głośno, ale uwierzcie mi, nie dało się inaczej. Muszę przyznać, że na swój absurdalny sposób seria jest mistrzostwem świata i jeśli ktoś chce przeczytać komiks, przy którym co kilka stron będzie myślał "Nie wierzę, że to może być aż tak głupie", to zapraszam. Jak dotąd ukazało się dziesięć zeszytów, na jedenasty czytelnicy czekają już od dłuższego czasu, o ile można stwierdzić, że ktoś naprawdę na to czeka.
Jeszcze jedno - Jim Lee. Jim Lee jest gościem, który od zawsze kojarzył mi się z kolorowo ubranymi mutantami, czymś, co zupełnie nie pasuje do mroku opowieści z udziałem Batmana, który tak lubię. Moje obawy zostały potwierdzone przez kilka opinii innych fanów Mrocznego Rycerza, a potem przeczytałem "Batman: Hush" i stwierdziłem, że Jim jednak daje radę. Jego podejście do rysowania uszatego zupełnie mi nie przeszkadza, a kolory nałożone na szkice nie psują efektu. Mogę nawet zaryzykować stwierdzenie, że rysunki poniekąd ratują ten przegięty komiks.

poniedziałek, 6 października 2008
#9 - Mroczny Rycerz

Krótko o filmie "Mroczny Rycerz". Już kiedyś, gdzieś o tym pisałem, ale nie zaszkodzi wrzucić mojej opinii i tu. Na samym dole mały spoiler, czyli najlepsza scena w filmie - nie widziałeś, nie odpalaj.
Jakiś czas temu wybraliśmy się do kina na najnowszy film o Batmanie i mogę powiedzieć tylko jedno - polecam. Mój entuzjazm może wynikać z tego, że uwielbiam postać Nietoperza, ale nawet mimo to "Początek" nie przypadł mi do gustu (filmów Schumachera nie chce mi się komentować) tak bardzo jak "Mroczny Rycerz". Może przesadzam, ale póki co myślę, że obok "Sin City" jest to najlepsza ekranizacja komiksu, jaką widziałem (chociaż nie widziałem zbyt wielu, przyznaję), z tym że "Miasto Grzechu" to całkiem inna bajka - to było przeniesienie komiksu na ekran dosłownie obrazek po obrazku, a w przypadku Batmana mamy całkiem nową historię.
Film trwa 152 minuty, podczas których ani razu nie sprawdzałem, która jest godzina - to naprawdę niespotykane. Poza tym nie lubię ekranizacji komiksów, bo zwykle wydają mi się śmieszne - o ile postacie takie jak Batman wyglądają normalnie na ilustracjach, to kiedy patrzę na nich w ruchu, na tych pajaców w śmiesznych kostiumach i pelerynach, to wygląda to jakoś tak karykaturalnie... a oglądając ten film w ogóle tak nie myślałem, co też o czymś świadczy.
Oczywiście nie nastawiaj się na żaden poważny film, film z głębokim przesłaniem, film dydaktyczny itd. To czysta rozrywka, tak miało być od początku i efekt został osiągnięty. A sztuczka z ołówkiem jest sama w sobie warta ceny biletu. Idź do kina i przekonaj się sam.


