Pokazywanie postów oznaczonych etykietą vertigo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą vertigo. Pokaż wszystkie posty

piątek, 27 września 2013

#329 - Co tam czytam? [4]

Co tam czytam? to mój nowy eksperyment, efekt chęci podzielenia się z Wami wrażeniami z lektury komiksów, niekoniecznie w formie pełnoprawnych recenzji (aczkolwiek etykieta recenzje znajdzie się w każdym z takich wpisów, żebym sztucznie zwiększył sobie statystyki, a jakże). Kilka mniej lub bardziej entuzjastycznych zdań, szybkie opinie, czasem o jednej pozycji, czasem o kilku naraz, o serii lub o pojedynczym zeszycie. Taki jest plan.

Co tam w serii Fables?

Przed chwilą sprawdziłem, kiedy ostatnio wspominałem o Baśniach, i okazało się, że dokładnie cztery lata i dwanaście dni temu. Trochę minęło. W tym czasie zmienił się świat, zmieniłem się również ja i moje życie, ale nikogo to nie obchodzi, a poza tym to nie blog o tym. O serii Willinghama i Buckinghama wspominam po raz kolejny, ponieważ mozolnie nadrabiam zaległości, dzięki czemu w tej chwili jestem tuż po setnym zeszycie. Jeszcze do niedawna sporo narzekałem na Fables, nawet w sierpniowym tekście o Invincible i w rozmowach ze znajomymi. Dlaczego? W komiksie Kirkmana niemal od początku bohaterowie mieli przed sobą główny cel, ważne zadanie do wykonania. Kiedy problem został już rozwiązany, scenarzysta nie zastosował prostego wyjścia w postaci pojawienia się nowego, jeszcze silniejszego przeciwnika i tym samym sprawił, że jego historia utrzymała wysoki poziom. W Baśniach, kiedy pokonano Adwersarza, zastosowano właśnie to najprostsze wyjście: nowy, jeszcze silniejszy przeciwnik. Nuda. Tak w każdym razie wspominałem Fables po dłuższej przerwie, tymczasem kiedy wróciłem do czytania, okazało się bardzo szybko, że autorzy nadal dają radę. Owszem, to nie Invincible, gdzie pomysły Kirkmana zachwycają właściwie co chwilę, są słabsze momenty, ale to ciągle dobra seria i przyjemna lektura. Nudy właściwie nie ma, Willingham zawsze może odejść od głównego wątku i wykorzystać postacie z drugiego albo trzeciego planu, których ma w zanadrzu całe mnóstwo. Podsumowując, nadal zostaję przy tym komiksie, chciałbym już być na bieżąco. Mam też nadzieję, że kiedy najnowszy wróg Baśniowców także zostanie pokonany, kolejne wyzwanie będzie bardziej interesujące od nowego, jeszcze silniejszego nieprzyjaciela.

czwartek, 18 lipca 2013

#316 - Sweet Tooth: Wild Game [Jeff Lemire]

I już po wszystkim. Zgodnie z wcześniejszymi zapowiedziami, Wild Game rzeczywiście jest ostatnim tomem serii Sweet Tooth. Serii towarzyszącej mi od września 2009, kiedy przeczytałem pierwszy zeszyt i, co widać po recenzji, byłem nim bardzo zafascynowany, aż do wczoraj. Po drodze okazało się, że komiks autora Opowieści z Hrabstwa Essex wcale nie jest aż tak wspaniały, jak sugerowałyby to początkowe odcinki oraz teksty na ostatnich stronach okładek. Głównym problemem było stosowanie ciągle tego samego patentu, polegającego na tym, że Lemire stawiał czytelnika przed nową zagadką, po czym kilka zeszytów dalej prezentował jej rozwiązanie, najczęściej oparte na "niespodziewanym" zwrocie akcji: ktoś z pozoru dobry tak naprawdę był zły, schronienie tak naprawdę było pułapką i tak dalej, do znudzenia. Nie muszę dodawać, że z biegiem czasu tego rodzaju pomysły stawały się coraz mniej zaskakujące. W Unnatural Habitats, poprzednim tomie, doszła do tego jeszcze niezbyt przekonująca mnie odpowiedź na pytanie, skąd wzięła się plaga, która zdziesiątkowała ludzi, a następnie doprowadziła do powstania hybryd. Czasami narzekałem też na nierówną kreskę, ale w ostatnich wydaniach zbiorczych przestało to być problemem. Z drugiej strony, seria pomimo częstego braku polotu ciągle miała w sobie coś fascynującego, coś więcej niż przyciągające mnie do niej, zwykłe przyzwyczajenie. Ciekawy świat, interesujący bohaterowie, dość nietypowe spojrzenie na postapokalipsę, atmosfera dziwności tak charakterystyczna dla wielu tytułów spod szyldu Vertigo. Czytając kolejne tomy, ciągle miałem bardzo mieszane uczucia. Kiedy czwarty z nich, Endangered Species, okazał się wreszcie tym, co miałem nadzieję znaleźć w Sweet Tooth już na samym początku, następujący po nim Unnatural Habitats ponownie zatarł dobre wrażenie. W dodatku okazało się, że to już prawie finał. A przecież Lemire stworzył komiks już od pierwszych odcinków sugerujący, że sprawdzi się najlepiej w postaci niekończącej się serii drogi. Tak czy inaczej, nadszedł czas na podsumowanie. Jak wyszło? Cały czas nie mogłem się zdecydować, co myśleć o przygodach Gusa i Jepperda, więc czy zbiór Wild Game pomógł mi ostatecznie stwierdzić, czy było warto?

Przyznaję, że podchodziłem do tego tomu dość sceptycznie. W ogóle nie oczekiwałem, że coś jeszcze zdoła mnie tu zaskoczyć, tym bardziej, że sama okładka zdaje się przynajmniej częściowo zdradzać, jaki los czeka głównego bohatera. Mimo wszystko muszę przyznać, że Lemire wyszedł z zakończenia swojej serii z klasą i nawet jeśli w momentach, kiedy tajemnice przestawały być tajemnicami, ponownie czułem się nie do końca usatysfakcjonowany, rozwiązał to tak, że odpowiedzi nie powodowały uderzania otwartą dłonią w czoło. Nawet wspomniany przy okazji recenzowania Unnatural Habitats wątek ingerencji starożytnych bogów został doprowadzony do końca w taki sposób, że pomysł autora nie drażni. Siedem z ośmiu wchodzących w skład Wild Game zeszytów to po prostu kontynuacja, dokładnie taka, jakiej spodziewał się każdy stały czytelnik serii. Ostatni odcinek to coś bardzo przypominającego zakończenie Y: The Last Man: autor przenosi nas o kilka lat w przyszłość, przedstawiając dalszy ciąg wydarzeń sprzed kilku stron w postaci retrospekcji. Pewnie jestem strasznie miękki, ale tego rodzaju prosty zabieg ponownie (czytając komiks Vaughana i widząc dotykający moich "dobrych znajomych" upływ czasu miałem tak samo) chwycił mnie za serce i wzruszył. Poza tym naprawdę nie lubię pożegnań z bohaterami, do których się przyzwyczaiłem, nawet jeśli to jedynie rysunkowe postacie żyjące wyłącznie na papierze. Najważniejsze jest jednak to, że cały tom Wild Game wypadł bardzo dobrze, Lemire stanął na wysokości zadania. Szkoda, że nie trzymał takiego poziomu przez cały czas.

Sweet Tooth to sześć tomów, z czego Out of the Deep Woods, otwierający serię, był tylko niezły, ale jednocześnie intrygujący, przez co zachęcał do sprawdzenia reszty. A reszta to dwa dobre wydania zbiorcze (Endangered Species i Wild Game) i trzy, których nie mogę uznać za do końca udane. Teoretycznie rachunek jest prosty, z drugiej strony nadal nie potrafię zdecydowanie stwierdzić, że Lemire napisał i narysował komiks, którego lektura była dla mnie stratą czasu. Nie polecam go wszystkim, to rzecz mocno nierówna, jednak czytelnicy lubiący postapokalipsę oraz ci tak jak ja zakochani w Vertigo powinni po niego sięgnąć, nawet pomimo wielu, naprawdę wielu wątpliwości oraz wad, o jakich pisałem w tej recenzji oraz we wszystkich poprzednich. Autor dał mi trochę okazji do pastwienia się nad rzeczami, które mu nie wyszły, ale kończąc finałowy, czterdziesty zeszyt, i tak pomyślałem: "Szkoda, że to już koniec". I chyba właśnie to zdanie najlepiej podsumowuje moje uczucia do tej serii.

czwartek, 11 lipca 2013

#314 - Hellblazer: Damnation's Flame [Garth Ennis & Steve Dillon]

Się zdziwiłem, ale ten tom jest o wiele, wiele lepszy niż denerwujący stałymi patentami Ennisa Tainted Love. Od Fear and Loathing również. Trudno mi podjąć decyzję, czy mogę postawić go na równi z Dangerous Habits, ale jeśli jednak nie, to właśnie zbiór Damnation's Flame znalazłby się wyżej. Czteroczęściowa psychodeliczna podróż Constantine'a po alternatywnej wersji Nowego Jorku (opustoszałe ulice, czerwone niebo, wypływająca z budynków krew i znaki drogowe powycinane na skórze wisielców), odbywana w towarzystwie jednego z byłych prezydentów Stanów Zjednoczonych to świetna rzecz i co najważniejsze: nic nie razi tu ennisowską wtórnością, w każdym razie w czasie lektury w ogóle tego nie odczuwałem. Pewnie mógłbym napisać, że przecież voodoo było też w Kaznodziei, ale byłoby to całkowicie niepotrzebne czepianie się. Po najlepszej części tego tomu zostają już bardziej standardowe dla tego scenarzysty (ale za to z udziałem dwóch innych rysowników), rozwlekłe rozmowy przy stole zapełnionym alkoholem, ale w ich wypadku jest zupełnie jak z początkiem tego zbioru: nie miałem powodów do narzekania.

Pominąłem Bloodlines, a do przeczytania zostały mi jeszcze tomy Rake at the Gates of Hell i Son of Man (nie liczyłbym na to, że zajmę się nimi wkrótce), ale póki co występy Ennisa w Hellblazerze to dwa celne strzały i dwa pudła. Czyli mogło być gorzej, mogło również być lepiej i zobaczymy, co dalej. Delano zrobił dla tej serii ciekawsze rzeczy, sam Ennis też bywał bardziej w formie, ale nie jest źle, tyle że prawdę mówiąc zabrałbym się już za wydania zbiorcze autorstwa Ellisa i Azzarello. Sam nie wiem, czy ruszać resztę, słyszałem, że niespecjalnie warto i że nawet Milligan, którego uwielbiam, wypadł strasznie. Zobaczymy, pewnie i tak zanim dotrę do jego wersji Constantine'a, minie z pół dekady.

środa, 3 lipca 2013

#311 - Hellblazer: Tainted Love [Garth Ennis & Steve Dillon]

Tainted Love, kolejny tom Hellblazera napisany przez Gartha Ennisa i narysowany przez Steve'a Dillona. O tym drugim napisałem wcześniej chyba wszystko, co było do napisania, już dawno mnie znudził i od czasu, kiedy miałem w rękach ostatni zilustrowany przez niego komiks, nic się nie zmieniło. Przynajmniej nie przeszkadza na tyle, żeby psuć mi ewentualną przyjemność obcowania z chorą wyobraźnią autora Kaznodziei. Ewentualną, bo jak wiadomo, z jego pomysłami też bywa różnie, na przykład poprzedni zbiór przygód Constantine'a był kiepski. Tym razem wyszło lepiej, aczkolwiek nie mogę stwierdzić, że jestem zachwycony.

W Tainted Love główny bohater upada na samo dno, po rozstaniu się z Kit w Fear and Loathing zaczyna pić, zostaje bezdomnym, zapomina o swoich magicznych zdolnościach i po prostu trwa, czekając, aż wykończy go alkohol albo zimno. Czytelnik oczywiście wie, że John w końcu z tego wyjdzie, pytanie tylko: jak? W międzyczasie spotyka na swojej drodze kilka dodatkowych problemów, jak choćby króla wampirów. I tutaj zacznie się moje narzekanie. Finał tej historii trochę za bardzo przypomina mi wątek ze święconą wodą z tomu Dangerous Habits. Okoliczności są trochę inne, ale pomysł scenarzysty został oparty na tym samym patencie. Później znowu czuję, że mam do czynienia z powtórką: tytułowa opowieść o przyzwanym demonie, zresztą całkiem niezła, kojarzy się z tym, co Ennis napisał do Rare Cuts. Reszta Tainted Love to właściwie wycieczka po ulubionych wątkach tego autora: poza wampirem i demonem jest sporo przemocy, długie rozmowy przy kieliszku, II wojna światowa, religia i zły kapłan, który niczym Jessie Custer wydziera się na Boga i demoluje krzyż, a potem podpala kościół, co z kolei wielokrotnie miało miejsce w True Faith. Nie jestem wielkim fanem tego scenarzysty i nie czytałem wszystkiego, co wydał (może w pozostałych scenariuszach błyszczy pomysłowością - jeśli tak, niech ktoś da mi znać, w których dokładnie), ale w komiksach, które znam, tego rodzaju rzeczy pojawiają się zawsze. Za każdym razem występuje co najmniej jedna z wyżej wymienionych, zrealizowana w bardzo podobny sposób. I chociaż Tainted Love nie jest złym tomem (czyta się dobrze, wszystko gra, scena z żyletką daje radość i szczęście), w czasie lektury zadawałem sobie pytanie: ileż można? To wszystko już było, wiele razy, a jeśli ktoś czytał Preachera przed Hellblazerem, sytuacja wygląda tak: to wszystko już było, wiele razy, w dodatku na dużo wyższym poziomie. Ennis wałkowany po raz kolejny może stać się w oczach czytelnika więźniem samego siebie i nudzić pomysłami, które paradoksalnie są jego znakiem firmowym odróżniającym go od innych scenarzystów. I tak samo jest również tutaj. To dobry komiks, ale byłby o wiele ciekawszy, gdybym zapoznał się z nim przed pozostałymi historiami tego autora. Niestety, na to już za późno, więc trochę kręcę nosem, ale ogólnie źle nie jest. Na pewno dużo lepiej niż w Fear and Loathing.

wtorek, 25 grudnia 2012

#273 - Sweet Tooth: Unnatural Habitats [Jeff Lemire & Matt Kindt]

Czytałem ostatnio, że Sweet Tooth ma się zakończyć na czterdziestym zeszycie, czyli, ponieważ tom piąty zbiera epizody ##26-32, kolejny powinien być jednocześnie ostatnim. Jeff Lemire stanowczo twierdzi, że tak miało być od początku i Vertigo wcale nie kazało mu zamykać wszystkich wątków przedwcześnie (wydawnictwo, nawet jeżeli anuluje którąś ze swoich serii, nie ma w zwyczaju bezpardonowego "ucinania" jej w połowie, za to prosi autorów o możliwie jak najszybszy finał), na przykład z powodu słabej sprzedaży. Scenarzysta doszedł do wniosku, że co prawda mógłby ciągnąć przygody Gusa o wiele dłużej, ale nie miałoby to większego sensu i po prostu nadszedł już czas na zakończenie. Mam wątpliwości, czy wyjdzie to jego komiksowi na dobre; Sweet Tooth to typowa seria drogi, gdzie dążenie do celu oraz nowe pytania są dużo ciekawsze niż sam cel i odpowiedzi. Wyobrażałem sobie, że bohaterowie mogliby podróżować przez dziwne, postapokaliptyczne miejsca na stronach dziesiątek zeszytów, zaś Lemire miałby możliwość ciągłego zaskakiwania, bo, w przeciwieństwie do choćby Kirkmana i jego Żywych Trupów, ma do dyspozycji o wiele mniej ograniczony świat. Po The Walking Dead już nie oczekuję większych niespodzianek, w Sweet Tooth może zdarzyć się wszystko.

Syndrom pytań ciekawszych niż odpowiedzi widać choćby w rozwiązaniu głównej zagadki z Endangered Species, poprzedniego, dotychczas najlepszego tomu serii. Rozwiązanie przedstawione w Unnatural Habitats nie satysfakcjonuje, Lemire za często używa tego samego schematu i sposobu na podchodzenie czytelnika: ktoś z pozoru dobry okazuje się zły, schronienie okazuje się pułapką, grupa niebezpiecznych ludzi okazuje się grupą przyjaciół. Tak jest i tym razem, więc o ile wcześniej byłem naprawdę ciekawy, co zdarzy się dalej, piąte wydanie zbiorcze w kwestii zaspokajania tej ciekawości poszło po najmniejszej linii oporu. Zresztą, w tej serii ma to miejsce nie po raz pierwszy. Dlatego właśnie oczekiwałem, że autor będzie zajmował się nią jak najdłużej, bo tych kilka tajemnic, jakie wciąż pozostały nierozwiązane, podtrzymuje wszystko przy życiu. Przypuszczam, że szybki finał może to zepsuć. Widać to już w Unnatural Habitats, z gościnnym udziałem Matta Kindta w roli rysownika, gdzie Lemire powoli daje do zrozumienia, skąd wzięły się dziwne hybrydy zwierząt i ludzi. To rozwiązanie też nie wydaje mi się dobre, podpowiem tylko, że najprawdopodobniej w grę wcale nie wchodzi nauka, tylko nieopatrznie obudzeni starożytni bogowie, którzy następnie doprowadzili do niemal całkowitej zagłady ludzkości. Nie kupuję tego i mam nadzieję, że to jednak fałszywy trop.

Sweet Tooth jest serią bardzo nierówną. O ile czwarte wydanie zbiorcze było pierwszym, jakie mogłem uznać za dobre, po prostu dobre, bez kredytu zaufania czy pobłażliwości związanej z oczekiwaniem, że później będzie lepiej, tak Unnatural Habitats burzy moją wcześniejszą satysfakcję. Znowu dostałem do ręki przyzwoite czytadło, któremu brakuje naprawdę wiele do zasłużenia na wszystkie pochwały, jakimi zasypywany jest komiks Lemire'a.

niedziela, 25 listopada 2012

#272 - Scalped: Trail's End [Jason Aaron & R.M. Guéra]

Jeśli chodzi o komiksy, ostatnie dwa lata były chyba najlepszymi w moim życiu, głównie dzięki wielokrotnie wychwalanej przeze mnie serii Scalped. Serii, która była i wciąż jest niczym objawienie, pokazujące niemal każdym epizodem, jak niemożliwe staje się możliwe. Wreszcie przeczytałem Trail's End, ostatni tom, więc teraz przyjdzie mi chwalić Scalped po raz ostatni. Z jednej strony czuję ulgę, bo ileż razy można pisać to samo, a z drugiej, wiecie, jak to jest, cykl Aarona i Guéry wiele razy dosłownie wypruwał mi flaki, odbierając możliwość porównania ich komiksu do czegokolwiek innego, tyle razy niecierpliwie czekałem na każdą kolejną część, później czytając tę serię ze szczęką leżącą gdzieś na podłodze i to były dobre uczucia. Niecierpliwość, oczekiwanie, brak wiary w to, że Scalped ciągle trzyma tak samo wysoki poziom. Czasem paradoksalnie dobre, bo w tych sześćdziesięciu zeszytach autorzy zawarli taką ilość nieprzyjemnych i dołujących wątków, że lektura bywała wręcz masochistycznym doświadczeniem. A teraz to już koniec, piękny finał godny tak niesamowitego tytułu, ale wiem, że po przeczytaniu całości czegoś zabraknie na zawsze. Chyba, że pisząc kolejne scenariusze Aaron przebije samego siebie, czego z całego serca mu życzę.

Trail's End przenosi nas w czasie o kilka miesięcy po finale Knuckle Up, czyli (jak zwykle ostrzegam tych, którzy jeszcze nie czytali wcześniejszych części, w tym wypadku dziewiątego tomu, że kolejne zdania w tym akapicie mogą zepsuć im kilka niespodzianek, więc radzę go pominąć i przejść do następnego): Red Crow siedzi w więzieniu i czeka na wyrok, całkowicie świadomy, że niemal na pewno spędzi tam resztę swojego życia, zaś rezerwat Prairie Rose powoli odbija się od dna. Dash opuszcza FBI i po nieskutecznych poszukiwaniach mordercy swojej matki staje się grzecznym, chodzącym do kościoła chłopcem. Sielanka. Czyżby? Okazuje się jednak, że nie bardzo. Ostatnie strony Knuckle Up (oraz pierwsze strony dziesiątego tomu) sugerują, że wszystko jest już jasne, a Trail's End będzie tylko spokojnym pozamykaniem niektórych wątków, ale tak naprawdę nic się jeszcze nie skończyło. Zapomnijcie o hamulcach na finiszu i sentymentalnym pożegnaniu ciągnącym się przez pięć zeszytów. Przyszłość Dasha nadal nie jest pewna, adwokat Red Crowa chce wygrać proces poprzez wyjawienie kilku czarnych wydarzeń z jego awanturniczego życia, tym samym pozbawiając byłego agenta FBI wiarygodności. Uzależnienie od heroiny, zamordowanie Diesela... trochę się tego uzbierało. Poza tym osoba, która zamordowała jego matkę, wciąż jest wolna i nie ma zamiaru poprzestać na jednym zabójstwie.

Dzieje się. Działo się właściwie przez całą serię, a niemal każdy z pomysłów scenarzysty wbijał mnie w fotel. Moim ulubionym tomem pozostał trzeci, Dead Mothers, ale cała seria jest zaskakująco równa, zaś Aaron pisze w taki sposób, że wydarzenia, które w innych komiksach byłyby tylko następną tragedią, śmiercią kolejnej postaci przyjmowaną przez czytelników najwyżej ziewnięciem, tutaj trzymają w napięciu i poruszają. Pewnie już o tym pisałem (pewnie więcej niż raz), ale wygląda to tak, jakby scenarzysta wiedział dokładnie, co zrobić i w jakiej chwili, umiał nacisnąć tak, żeby zabolało, żeby wzruszyć, przestraszyć czy rozbawić (choć akurat zabawnych elementów nie było w tej serii zbyt wiele, a jeśli już, to miały czarny kolor), a następnie wyważył całość tak, żeby każdy element idealnie ze sobą współgrał. I, chociaż chwalenie Scalped w dziewięciu poprzednich recenzjach oraz w tej, ostatniej, polegało głównie na powtarzaniu tych samych superlatyw, tak naprawdę mógłbym i chciałbym chwalić ten komiks bez końca. I będę polecał go każdemu, kto spyta, co dobrego czytałem, nieważne, czy będzie to teraz, tuż po finale całej historii, czy za kilka lat. Nie sądzę, żeby Scalped i niesamowite wrażenie, jakie pozostawiła opowieść Aarona i Guéry, kiedykolwiek się zestarzały.

Dziewięć najczęściej powalających tomów pozwoliło przypuszczać, że zakończenie będzie nie wiadomo jak niesamowite i genialne, więc czy finał na pewno spełnia oczekiwania? Moje w stu procentach, ale raczej nie należę do ludzi płaczących, że "to nie tak miało być", "chciałem, żeby wszystko skończyło się inaczej", "ten, który zginął, miał przeżyć, a tamtego, który przeżył, miała przecież spotkać zasłużona kara" i tak dalej. Nigdy nie narzekałem na zakończenie, na przykład, Kaznodziei, choć w tej kwestii słyszałem wiele głosów rozczarowania. Mógłbym napisać, że pojawiające się w tych wszystkich komiksach osoby to przecież wyłącznie bohaterowie z papieru i jakie ma znaczenie, co się z nimi stanie, ale akurat postacie ze Scalped są tak dalekie od papierowych i pozbawionych głębi, jak to tylko możliwe. Chodzi mi bardziej o to, że pomimo wyobrażeń, jakie oczywiście miałem na temat ostatnich stron serii, los Dasha i reszty leżał w rękach Aarona. Zrobił z nimi, co chciał, czasami wbrew mojej wizji, ale jak zwykle stanął na wysokości zadania. I jeśli jego bohaterowie są ludzcy, tak jak w przypadku prawdziwych ludzi nie zawsze spotyka ich to, czego się spodziewamy lub czego byśmy sobie życzyli. Ale nie chcę, żeby ten ostatni akapit brzmiał jak ukryte rozczarowanie, bo wcale tak nie jest. Po raz, niestety, ostatni, tym razem już naprawdę: Scalped jest komiksem genialnym i ocierającym się o doskonałość. Wbijałem Wam to do głowy w tych dziesięciu recenzjach nie bez przyczyny. Jeśli jeszcze nie czytaliście tego komiksu, zróbcie to. Zróbcie to jak najszybciej. Nie przychodzi mi do głowy ani jeden powód odkładania tego na później.

niedziela, 16 września 2012

#258 - Scalped: Knuckle Up [Jason Aaron & R.M. Guéra]

Scalped powoli się kończy. Jeszcze pięć zeszytów, ostatni, dziesiąty tom zapowiedziany jest na październik. Czekam z niecierpliwością, chociaż boję się tego finału. Nie dlatego, że biorę pod uwagę możliwość rozczarowania się Trail's End, Aaron pozbawił mnie wątpliwości, że może nie dać rady, chodzi po prostu o to, że zakończenie jego serii może mnie poruszyć i zdołować dwa razy bardziej, niż oczekuję. Bo Scalped jest bardzo poruszającą lekturą, wgryzającą się we flaki, czasem sprawiającą ból i pozostającą w pamięci na bardzo długo. Ciekawe, czy na finiszu scenarzysta przejdzie samego siebie. Przedostatnia część, Knuckle Up, znowu potwierdza jego geniusz.

Zamieszczone na okładkach cytaty chwalące dany komiks często są wyssanymi z palca bzdurami, ale w przypadku Scalped nic nie jest przesadzone. Ta seria naprawdę oferuje więcej dobrego w jednym zeszycie niż wiele innych opowieści obrazkowych w ciągu całego roku. Nie wiem, jak Aaron to robi, teoretycznie wiele rzeczy w tej serii to pomysły typowe również dla innych, podobnych opowieści, ale tutaj autentycznie interesują mnie losy bohaterów, a czytając Knuckle Up znowu nie umiałem odłożyć Scalped z powrotem na półkę, nawet kiedy miałem do załatwienia coś teoretycznie ważniejszego. Musiałem sprawdzić, co jest na kolejnej stronie, potem na kolejnej i tak aż do finałowego kadru, wywracającego wszystko do góry nogami. Na ten moment czekałem od Indian Country, pierwszego tomu, właściwie od pierwszego zeszytu, w którym czytelnik dowiadywał się, że główny bohater jest agentem FBI.

W każdym serialu o z góry zaplanowanej liczbie odcinków nadchodzi w końcu pora na zamykanie poszczególnych wątków. Knuckle Up to właśnie ten tom. Oczywiście Aaaron z niczym się nie spieszy, w końcu to jeszcze nie ostatnia część, ale powoli zabiera się do podsumowania całości. I chociaż jak na razie nie zdradza wszystkiego i nie cechuje go pośpiech, akcja po raz kolejny biegnie do przodu jak szalona, nie pozwalając czytelnikowi nawet na chwilę oddechu. Po wydarzeniach z You Gotta Sin To Get Saved odmieniony Red Crow postanawia pozbyć się pewnych rzeczy ze swojego rezerwatu. Między innymi narkotyków, co nie podoba się kilku wytwarzającym i sprzedającym je osobom, wcześniej wspieranym przez Red Crowa, nagle opuszczonych i ściganych przez jego ludzi. Niektórzy z nich nie mają zamiaru poddać się bez walki. Tymczasem Bad Horse, ciężko ranny i pozbawiony głosu w wyniku postrzału, próbuje odnaleźć Catchera, mordercę swojej matki, przy okazji mając na głowie sporo innych kłopotów, między innymi z Shunką, ochroniarzem Red Crowa. Prędzej czy później musiało dojść do ich starcia, tak samo jak do wtargnięcia FBI na teren kasyna. Reszta w Trail's End, już w... dopiero w październiku.

Nie mogę się doczekać końca, chociaż wolałbym, żeby ta seria nie kończyła się nigdy.

środa, 25 lipca 2012

#248 - Hellblazer: Fear and Loathing [Garth Ennis & Steve Dillon]

Nigdzie nie mogłem znaleźć tomu Bloodlines, więc od razu przeskoczyłem do Fear and Loathing (przeczytałem ten komiks w polskiej wersji, ale żeby nie mieszać w spisie recenzji oraz nie pisać raz o wydaniach oryginalnych, innym razem o przetłumaczonych, pozostanę przy angielskich tytułach). Bloodlines mam gdzieś na płycie, w formie skanów, ale od kilku lat już nie czytam komiksów ściągniętych z Internetu, więc poczekam, aż trafię na papierowe wydanie zbiorcze.

Ze wszystkich tomów serii Hellblazer, jakie przeczytałem do tej pory, Fear and Loathing niestety przekonuje mnie najmniej. W Dangerous Habits Ennis napisał spójną, długą i dobrą historię, tutaj oddał kilka pojedynczych, dużo cichszych strzałów: najpierw Constantine rozprawia się z dzieciakiem próbującym namówić jego siostrzenicę do praktykowania czarnej magii, potem obchodzi swoje czterdzieste urodziny, aż wreszcie scenarzysta przechodzi do głównego wątku, czyli walki z, jak opisano to na okładce, "szalonymi rasistami". Gdzieś pomiędzy tym wszystkim czytamy o podstępie głównego bohatera, który doprowadza do upadku pewnego anioła, co przypomina beta wersję pomysłów, jakie czytelnicy mieli okazję widzieć w Kaznodziei... tyle że to właśnie Kaznodzieję czytałem najpierw i teraz to, co znalazło się w serii Hellblazer odczułem jako powtórkę z rozrywki, nieważne, że to scenariusze z Fear and Loathing były pisane wcześniej. Tak czy inaczej, Ennis wałkował podobne pomysły w różnych komiksach. Czytając to, trochę się wynudziłem. Oglądając też, bo Dillon już dawno znużył mnie jako rysownik, dając kilku bohaterom zbyt mało różniące się twarze i czasem sprawiając wrażenie, że w kółko rysuje Custera lub jego rodzeństwo. Nagle doszły jeszcze bluzgi, których nie było przedtem, też kojarzące się z Kaznodzieją. Same w sobie nie przeszkadzają, za to przeszkadza świadomość, że Delano, poprzedni scenarzysta, nie potrzebował tuzinów kurew, żeby zbudować nastrój horroru i stworzyć interesującą historię. Poza tym stawiał Constantine'a przed ciekawszymi problemami niż pokazane w niezbyt porywający sposób rozstanie z kobietą. Fear and Loathing nie jest beznadziejnym tomem, ale niestety, powtórzę to jeszcze raz, dla mnie najbardziej rozczarowującym z dotychczasowych. Tym bardziej, że po Dangerous Habits Ennis dostał ode mnie naprawdę spory kredyt zaufania. Mam nadzieję, że Tainted Love będzie lepszą opowieścią i że można ją dorwać łatwiej niż Bloodlines.

wtorek, 10 lipca 2012

#246 - Hellblazer: Dangerous Habits [Garth Ennis & William Simpson]

Dangerous Habits Ennisa i Simpsona to pierwszy tom Hellblazera, jaki przeczytałem, zdaje się, że niedługo po polskiej premierze, czyli mniej więcej cztery lata temu. Spodobało mi się na tyle, że zacząłem od początku, czyli od Original Sins do scenariuszy Dealano, a teraz, po latach i przeczytaniu Rare Cuts, powróciłem do przygód Constantine'a wymyślanych przez autora Kaznodziei.

Kiedy Ennis przejmował rolę głównego scenarzysty serii, wiedział, że musi wpaść na coś dobrego. Dorobek Delano był spory, nie wspominając o tym, że stał na wysokim poziomie, więc głupio byłoby obniżyć poprzeczkę. Ennis postanowił zacząć z grubej rury: główny bohater umiera. Najlepszy w pomyśle z jego nieuchronną śmiercią jest fakt, że nie dopadły go demony ani starzy wrogowie. Constantine, od dziecka palący tony papierosów, dowiaduje się, że umiera na raka płuc. Kiedy już uda mu się pożegnać pierwsze napady strachu i godzi się z ironią całej sytuacji (bezczelny i cyniczny magik pokonany przez najzwyklejsze papierosy), próbuje coś z tym zrobić, głównie dzięki swoim znajomościom. Przy okazji udaje mu się rozwścieczyć samego diabła, co sprawia, że wizja bliskiej śmierci staje się jeszcze bardziej przerażająca. Constantine wie, że od tej pory w piekle czeka go specjalne traktowanie.

W końcu nadchodzi pora pożegnań. Główny bohater co prawda wpada na pomysł uniknięcia śmierci, ale wydaje się on tak nieprawdopodobny do zrealizowania, że woli odwiedzić kilka bliskich osób i przed swoim odejściem spłacić parę starych długów. A potem próbuje zrealizować przekręt, za wymyślenie którego Ennisowi należą się spore brawa. Według mnie Dangerous Habits to bardzo dobre wejście tego scenarzysty do świata Hellblazera. Ennis dobrze wyczuł postać Constantine'a, zresztą tego typu bohaterowie, cyniczne, aroganckie, tchórzliwe i nieczułe sukinsyny z obecnym gdzieś w głębi, ale rzadko dochodzącym do głosu dobrym sercem, wydają się być dla niego jednymi z najodpowiedniejszych. Poza tym czytelnicy mogą tu zobaczyć, na jakie pomysły wpadał Ennis przed stworzeniem Kaznodziei, serii, którą chyba mogę nazwać bezpośrednim spadkobiercą pracy Gartha przy Hellblazerze.

Scenarzysta zaznacza we wstępie, że choć William Simpson zna się na swojej pracy, bardziej nadaje się do innego typu historii, ale z drugiej strony warstwa graficzna wcale nie odbiega od tego, co można było zobaczyć w poprzednich tomach. Jako wizualizacja scenariusza daje radę, ale nie jest powalająca i zdążyła się już zestarzeć. To można zaakceptować, szkoda tylko, że porównując wygląd Constantine'a na poszczególnych kadrach Dangerous Habits, można odnieść wrażenie, że jednym z efektów chorowania na raka płuc jest co chwilę zmieniająca się twarz. Tak jakby w filmie jednego bohatera grało kilku aktorów.

środa, 23 maja 2012

#238 - Hellblazer: Rare Cuts [Jamie Delano, Grant Morrison, Garth Ennis, David Lloyd, Sean Phillips, Richard Piers Rayner & Mark Buckingham]

Zgodnie z informacją zamieszczoną na okładce, Rare Cuts to sześć niepublikowanych wcześniej w zbiorczych wydaniach epizodów z przygodami Johna Constantine'a, do scenariuszy Delano, Morrisona i Ennisa. Jeśli tak, to zakładam, że tom drugi, The Devil You Know, został złożony później, bo historia Newcastle: A Taste of Things to Come znajduje się zarówno tam, jak i w Rare Cuts. W każdym razie dla kogoś takiego jak ja, w ślimaczym tempie zapoznającego się z serią Hellblazer zgodnie z chronologią (nie licząc Dangerous Habits Ennisa, zbioru przeczytanego lata temu), ten tom to możliwość zobaczenia trochę innej wersji tego komiksu niż ta, do jakiej zdążył przyzwyczaić mnie Jamie Delano. Co nie zmienia faktu, że jego scenariusze i tak są tu najlepsze, zwłaszcza Dead-Boy's Heart. W In Another Part of Hell trochę przeszkadzał mi momentami głupkowaty i groteskowy humor. Morrison się nie popisał, jego dwa zeszyty o szale ogarniającym niewielkie miasto są średniakami. Jeśli chodzi o Ennisa, w This is Diary of Danny Drake pokazał dobrą historię, nie odbiegając od poziomu Delano. Teraz kolej na niego, już od następnego tomu autor Kaznodziei przejmie w Hellblazerze rolę stałego scenarzysty. Jeśli chodzi o ilustracje, wszyscy rysownicy pojawiali się w serii już wcześniej, więc dotychczasowi czytelnicy powinni wiedzieć, czego się spodziewać.

Rare Cuts to krótkie wydanie zbiorcze, do szybkiego przeczytania, zawierające historie przejściowe, co niekoniecznie oznacza, że słabe. Stały poziom i atmosfera serii zostały zachowane. Żegnamy Delano, przechodzimy przez średnią opowieść Morrisona, witamy Ennisa i przygotowujemy się na jego dłuższy pobyt na stronach tego komiksu. Jedno z pierwszych zdań na tylnej okładce Dangerous Habits, kolejnej części, brzmi: John Constantine is dying.

niedziela, 20 maja 2012

#235 - Sweet Tooth: Endangered Species [Jeff Lemire]

W czwartym tomie Sweet Tooth wreszcie coś zaczyna się ruszać. Endangered Species to bez wątpienia najlepsza z dotychczasowych części serii, dzięki której w końcu przestałem zastanawiać się, co mnie przy niej trzyma, poza przyzwyczajeniem i lekką ciekawością. Warto było zostać i czekać, teraz mam nadzieję, że będzie już tylko lepiej.

W zeszytach #18-25, wchodzących w skład tego wydania zbiorczego, Lemire wprowadza zmiany, w jednym epizodzie pokazując inny niż dotychczas układ kadrów, a do kolejnego zapraszając rysowników (Nate Powell, Matt Kindt i Emi Lenox) mających zająć się zilustrowaniem retrospekcji. To ciekawy powiew świeżości, ale sam główny autor też nie pozostaje w tyle i świetnie daje sobie radę, dając czytelnikom bardzo dobre okładki oraz środek opowieści, coraz mniej irytując mnie widoczną od czasu do czasu niedbałością, o której wspominałem wcześniej. Ale najlepsza w Endangered Species jest fabuła, w końcu, nagle i niespodziewanie, o wiele bardziej interesująca niż do tej pory. Już wiem, że kolejnego tomu nie kupię tylko z przyzwyczajenia i następnym razem nie potraktuję Sweet Tooth jak serii, którą czytam, bo zacząłem od samego początku, nie zrezygnowałem po pierwszej części, a teraz tak jakoś głupio mi przestać.

Nadal mógłbym narzekać na kilka irytujących pomysłów czy patentów, ciągle mam obawy, że rozwiązanie kilku tajemnic okaże się niedorzeczne. Nie przemawiają do mnie teorie mówiące o tym, że ktoś zdołał przepowiedzieć katastrofę, a ktoś inny jest groźnym demonem z przepowiedni. W ogóle nie pasuje mi to do postapokaliptycznego świata, który stworzył Lemire, więc chciałbym, żeby teorie pozostały teoriami. Nie chcę się później rozczarować, ale póki co wreszcie mogę z czystym sumieniem polecić tę serię.

W Endangered Species główni bohaterowie kierują się w stronę Alaski, gdzie, zgodnie z ich wiedzą, czeka na nich tajemnica pochodzenia Gusa. Oczywiście w czwartym tomie w ogóle tam nie docierają, po drodze trafiając do wielkiego kompleksu należącego kiedyś do ludzi nazywających swoją grupę Project Evergreen. Ukryte wewnątrz tamy miejsce przypomina raj zaopatrzony praktycznie we wszystko, nie tylko w jedzenie, ale także w ogromną bibliotekę. Trochę przypomina to Żywe Trupy, gdzie bohaterowie kilka razy też odnajdywali takie miejsca, tylko po to, by przekonać się, że perspektywa spokoju to tylko złudzenie. Tu jest podobnie, czuje się, że niebezpieczeństwo wisi w powietrzu, nie tylko poza tamą, gdzie czekają bandyci, ale także w środku. W końcu nie wiadomo, dlaczego poprzedni mieszkańcy odeszli oraz czym tak naprawdę był Project Evergreen. Lemire skonstruował scenariusz w taki sposób, że bardzo chętnie się tego dowiem, bo finał Endangered Species wcale nie rozwiązuje zagadki, za to stanowi zapowiedź interesującego konfliktu, jaki najprawdopodobniej będzie miał miejsce wewnątrz grupy głównych bohaterów.

środa, 16 maja 2012

#233 - Doom Patrol: Planet Love [Grant Morrison & Richard Case]

Już na samym początku Planet Love, ostatniego tomu serii Doom Patrol do scenariuszy Granta Morrisona, czytelnik ma do czynienia z, jakżeby inaczej, atakiem absurdalności. Ze wszystkich stron. Cliff Steele, czyli Robotman, wraca do ludzkiej postaci, tyle że na razie nie wiadomo, z jakiego powodu. Po chwili odkrywa, że światem rządzą insekty, a zaraz potem, że wcale nie jest robotem, to wszyscy inni są robotami, a on sam to jedyna istota ludzka na Ziemi. Pierwsze strony tego zbioru burzą całą dotychczasową konstrukcję Doom Patrol, i nawet jeśli robią to jedynie na moment, Morrison świetnie pozbył się wrażenia powtarzalności, jakie towarzyszyło mi podczas lektury Magic Bus. To, co następuje potem, jest już bardziej standardowe, oczywiście jak na tę serię: dziwni bohaterowie muszą pokonać jeszcze jednego dziwnego przeciwnika, jednak scenarzysta umiejętnie wywiązał się z trudnego zadania zakończenia tej nietypowej serii. Niby znowu postawił na skrajne nagromadzenie chorych pomysłów, ale w przeciwieństwie do wcześniejszej części, w ogóle nie odczułem znudzenia. Morrison dał czytelnikom dobry finał. Dodatkowo na samym końcu znajduje się jeszcze historia Judgement Day z komiksu Doom Force Special #1, ale nie należy do głównej serii, a poza tym, niestety, znacząco zaniża wysoki poziom tego tomu i nic by się nie stało, gdyby jej tu nie było.

Pamiętam, że recenzując pierwszy tom Doom Patrol, Crawling From The Wreckage, w październiku 2009 roku (nie jestem zbyt szybki, jeśli chodzi o kompletowanie serii), byłem zachwycony. W trakcie czytania reszty zachwyt zdążył kilka razy zniknąć. Czasami Morrison przesadzał z raczej bezcelowym wrzucaniem do scenariuszy wszystkiego, co absurdalne, samemu kopiąc sobie dołek i sprawiając, że nastawiony na taką fabułę czytelnik robił się trudnym do zaskoczenia i usatysfakcjonowania, wybrednym odbiorcą. Przynajmniej tak było z czytelnikiem piszącym tę recenzję. Wydaje mi się, że gdyby wyszły z tego jakieś cztery tomy zamiast sześciu, końcowe wrażenie byłoby dużo lepsze. Historia stałaby się mniej rozwleczona, pozostałyby same najlepsze pomysły, okrojone z nadmiaru zbędnych rzeczy. Ale mimo kilku wad cały Doom Patrol to nadal kawał dobrego, łamiącego niemal wszelkie standardy i zaskakującego nawet po tak wielu latach komiksu. Konwencje typowej opowieści superbohaterskiej rzadko mają tu rację bytu. Polecam wszystkim, o ile ktoś nie wymiotuje, widząc na okładce nazwisko Morrisona. Teraz chyba kolej na The Invisibles, następną serię tego autora, którą skompletuję pewnie jakoś w 2015 roku.

wtorek, 1 maja 2012

#224 - Doom Patrol: Magic Bus [Grant Morrison & Richard Case]

Przedostatni tom Doom Patrol Granta Morrisona jest częścią, po przeczytaniu której przeszło mi całe wrażenie zaskoczenia. Na stronach czterech poprzednich wydań zbiorczych scenarzysta bez przerwy zaskakiwał, wykorzystując pozornie najgłupsze pomysły i z niedorzecznych elementów tworząc dobry komiks, ale w Magic Bus brakuje czegoś nowego. To nadal ciekawa lektura, tyle że całą recenzję mógłbym właściwie zamknąć w słowach: to samo po raz piąty. I wszystko byłoby w porządku, ale po tej serii oczekiwałem czegoś więcej. Nieustający strumień dziwnych i absurdalnych wydarzeń powtórzony w kolejnym tomie może w końcu trochę znudzić. Teraz moja ogólna ocena serii będzie w dużej mierze zależeć od tego, co znajdzie się w Planet Love, ostatniej części. Na szczęście finałowy epizod Magic Bus pozwala przypuszczać, że jeszcze może być interesująco i trochę inaczej niż do tej pory. Mam nadzieję na dobre zakończenie bardzo ciekawej serii, a nie tylko następną powtórkę.

piątek, 3 lutego 2012

#203 - Scalped: You Gotta Sin To Get Saved [Jason Aaron, R.M. Guéra, Davide Furno & Jason LaTour]

Jeszcze dwa tomy i wielki (mam nadzieję) finał, a jak na razie jestem po lekturze ósmego, You Gotta Sin To Get Saved. Dzieje się, jak zwykle. Losy kilku postaci nabierają całkiem nowego znaczenia, pozycja Red Crowa w rezerwacie Prairie Rose jest zagrożona, w dodatku nie przez kogoś, kogo można pokonać siłą, a przez osobę, którą Red Crow darzy ogromnym szacunkiem. Agent Nitz traci wszystko, ale nie wiadomo, czy w końcu nie powróci z jeszcze większą siłą, by dopaść właściciela kasyna. Do tego wszystkiego Catcher, morderca Giny Bad Horse i jego tajemnica, Falls Down porwany, a także ojciec Dasha, o którym wiadomo, że także odegra w tym wszystkim bardzo ważną rolę. Jeśli ktoś czytał poprzednie tomy Scalped, wie, że Aaron potrafi połączyć to wszystko w idealną albo niemal idealną całość. Mogę tylko napisać po raz kolejny (już nie wiem, który), że uwielbiam ten komiks. Na razie w ogóle nie czuje się, że to prawie koniec (chociaż kilka rzeczy wyraźnie to sugeruje), tak naprawdę nie mam pojęcia, jak będą wyglądały ostatnie odcinki tej serii. Scenariusz może podążyć dosłownie w każdym kierunku, zresztą przedtem kilka razy też było tak, że jedno wydarzenie zupełnie zmieniało całą historię.

Mimo całego uwielbienia You Gotta Sin To Get Saved jakoś nie przekonało mnie do końca. Może po genialnych poprzednich tomach (a genialne były moim zdaniem wszystkie oprócz High Lonesome, który był "tylko" bardzo dobry) spodziewałem się jeszcze więcej, a tymczasem w ósmym wydaniu zbiorczym trochę brakuje mi pierdolnięcia. Większość epizodów to rzeczy przegadane (nie żeby dialogom czegoś brakowało), nie podoba mi się wątek niespełnionej miłości, jaką Dino darzy Carol, porwany Falls Down i to, czego doświadcza w jaskini również nie przypadło mi do gustu. Ogólnie czegoś tu nie ma, choć nie jestem w stanie do końca sprecyzować, czego. Za to końcówka jak zwykle pozwala przypuszczać, że Scalped wciąż będzie świetną serią. Nawet pomimo nielicznych gorszych momentów.

niedziela, 29 stycznia 2012

#201 - Animal Man: Deus ex Machina [Grant Morrison, Cgas Truog & Paris Cullins]

Wszystkie problemy, dziwne sytuacje oraz niewyjaśnione wątki z życia głównego bohatera serii Animal Man wreszcie dobiegają końca. Na kilkunastu ostatnich stronach tomu Deus ex Machina czytelnik odnajdzie jeden z najbardziej zaskakujących i nietypowych finałów, jakie tylko jest w stanie sobie wyobrazić, oczywiście jeżeli nie dowiedział się o wszystkim już wcześniej, na przykład z jakiejś recenzji. Ja wiedziałem, jednak i tak bawiłem się bardzo dobrze. Nie chcę za dużo zdradzać, napiszę tylko, że w ostatnim epizodzie Animal Man dostanie wszystkie odpowiedzi, jakich oczekiwał, choć niekoniecznie takie, jakie mu się spodobają. Nie mam pojęcia, w jaki sposób Morrison uzyskał zgodę na zrealizowanie pomysłu tak dziwnego, łamiącego wszystkie możliwe standardy, ale dobrze, że mu się to udało. Dzięki temu możecie mieć pewność, że nie zapomnicie o tym komiksie, nawet jeżeli Waszym zdaniem ostatecznie wcale nie była to seria rewelacyjna. Moim zdaniem też nie, ale ani trochę nie żałuję, że przeczytałem całość.

Zanim czytelnik dotrze do finału, w którym Animal Man spotyka sprawcę wszystkich swoich nieszczęść, będzie musiał przedrzeć się (czasem dosłownie, chwilami bywa ciężko) przez osiem innych epizodów. Poprzednie dziwne wydarzenia, postacie przypominające duchy, obrona praw zwierząt i dawni przeciwnicy, wszystko schodzi na dalszy plan w momencie, kiedy główny bohater wraca do domu i odnajduje zwłoki swojej żony i dzieci. Nagle Animal Man siłą rzeczy przestaje być komiksem rodzinnym, już nie będzie odcinków poświęconych remontowi domu. Następuje załamanie, a potem chęć odnalezienia morderców. Jeszcze później wieloletnia tułaczka w celu odnalezienie jakiegokolwiek sensu i wspomniany wcześniej, zaskakujący finał.

Jeśli ktoś nie lubi scenariuszy Granta Morrisona, pewnie uzna tę serię za kolejny bełkotliwy komiks. Finał będzie genialnym posunięciem dla jednych, idiotycznym i bardzo wygodnym (bo usprawiedliwiającym wszelkie niedorzeczności) wyjściem z sytuacji dla drugich. Osobiście polecam, o ile już wcześniej nie doszliście do wniosku, że autor Animal Mana nie robi opowieści dla Was. To i tak nie jest najdziwniejsza z jego historii, ale w takiej sytuacji mimo wszystko po nią nie sięgajcie.

czwartek, 26 stycznia 2012

#198 - Doom Patrol: Musclebound [Grant Morrison & Richard Case]

"Anyone can paint. It's just a matter of ignoring the critics. Or setting fire to them".

Czytając Morrisona i jego Doom Patrol naprawdę można wymięknąć, zwłaszcza, że czwarty tom nadal zaskakuje, nawet jeśli zna się treść trzech poprzednich i mniej więcej wie, czego należy oczekiwać. Tym razem okładka (najbardziej niedorzeczna z dotychczasowych) przedstawia zbiór dziewięciu zeszytów, w których można znaleźć między innymi konkluzję historii o Pentagonie, poprzedzoną opowieścią The Secret Origin of Flex Mentallo, czyli wreszcie wiadomo, skąd wzięła się ta dziwna postać. Później następuje krótki epizod o Erneście Franklinie, mordercy z umysłem dziecka, zabijającym ludzi z brodami. Ernest chce dopaść Nilesa Cauldera, dowódcę grupy Doom Patrol, a Morrison jest jednym z nielicznych scenarzystów, którzy z tak idiotycznego pomysłu potrafią zrobić dobry komiks. Idiotycznych (czasami tylko pozornie) pomysłów jest w tym zbiorze o wiele więcej, więcej niż we wcześniejszych. Mr. Evans, Sex Men, a na końcu New New New Brotherhood of Dada z kilkoma nowymi, jeszcze bardziej zaskakującymi (naprawdę!) osobami w swoich szeregach... to trzeba przeczytać samemu, oczywiście jeżeli ktoś nie poddał się już wcześniej. Chciałbym napisać, że jeśli dotrwał aż do Musclebound, już nic go nie zdziwi, ale musiałbym skłamać. A Mr. Nobody, The Love Glove, Agent "!" i Alias the Blur będą kontynuowali swoją wyprawę także w kolejnym tomie i sam nie wiem, czego się po nim spodziewać. Mimo strachu jestem wielkim fanem. No i te okładki...













wtorek, 24 stycznia 2012

#197 - Scalped: Rez Blues [Jason Aaron, R.M. Guéra, Davide Furno & Danijel Zezelj]

Rez Blues to siódmy tom serii Scalped. Jeszcze trzy i koniec, a Jason Aaron ciągle zadaje nowe pytania, cały czas wprowadza nowych bohaterów i zaskakuje. Czyta się to świetnie. Ten zbiór to jeszcze jedna kombinacja wydarzeń teraźniejszych, epizodów o przeszłości poszczególnych postaci oraz historii dziejących się w tym samym czasie, co główny wątek, ale poświęconych osobom drugoplanowym, uzupełniających informacje o nich. The Gnawing, poprzedni tom, pochwaliłem za między innymi brak retrospekcji, ale formuła Rez Blues także sprawia, że Scalped nadal mogę tylko chwalić, zresztą nie po raz pierwszy i podejrzewam, że nie ostatni.

Pomijając powtarzającą się wadę w postaci gorszych (czasami o wiele gorszych) niż R.M. Guéra ilustratorów, siódmy tom tej serii znowu spełnia moje oczekiwania. Jeżeli chodzi o historie poboczne, na początek dostajemy krótką opowieść o dwojgu Indian walczących z głodem. Nie ma to nic wspólnego z głównym wątkiem, ale czyta się dobrze (niestety nie mogę napisać tej samej rzeczy o patrzeniu na rysunki), a zaraz potem okazuje się, że Shunka, jeden z najbardziej zaufanych ludzi Red Crowa, ma pewną zaskakującą chyba dla każdego czytelnika tajemnicę. Jeszcze później dowiadujemy się o kolejnej osobie z rezerwatu Prairie Rose współpracującej z FBI. Właśnie tutaj zaczyna się główny wątek.

Uzbierało się trochę problemów i rzeczy, z jakich tak dobry scenarzysta jak Aaron może zrobić ogromne zamieszanie. Carol, cały czas uzależniona od heroiny, jest w ciąży z Dashem, Dash też nie może powiedzieć, że nie ma już problemu z narkotykami, a w dodatku nieoczekiwanie spotyka się ze swoim znienawidzonym ojcem, który po latach wraca do rezerwatu i chce odnaleźć morderców Giny. Ale ojciec Dasha też nie ma do końca czystego sumienia, zresztą czy ma je którykolwiek z bohaterów Scalped?

Rez Blues to następne świetne wydanie zbiorcze mojej ulubionej serii. Po raz kolejny polecam. Poza paroma rysownikami wyciąłbym z tego wszystkiego także scenę, w której Carol i Dash stoją naprzeciwko siebie i prowadzą dialog, ale ich prawdziwe, niewypowiedziane myśli pojawiają się w ramkach. Jakoś mi to nie pasuje, kojarzy się z tanim romansem, a to nie pierwsze wykorzystanie takiego pomysłu przez Aarona. Nieważne, Scalped i tak jest mistrzostwem świata i na pewno pożałuję chwili, w której seria dobiegnie końca.

sobota, 21 stycznia 2012

#196 - Animal Man: Origin of the Species [Grant Morrison, Chas Truog & Tom Grummett]

Jak wspominałem wcześniej, w drugim tomie Animal Mana jest o wiele dziwniej niż w pierwszym. Nie aż tak dziwnie jak w trzecim albo jak w serii Doom Patrol Granta Morrisona, o której też piszę i której kolejne części czytam z rosnącym przerażeniem, ale z drugiej strony znajdują się tu pomysły, jakich trudno szukać w jakimkolwiek innym komiksie. Poprzedni zbiór był jeszcze w miarę normalny, nawet pomimo historii o kojocie i wszystkich niedorzeczności związanych z tytułową postacią oraz przedstawieniem codziennego życia superbohatera, jednak w Origin of the Species autor The Invisibles rozkręcił się na całego. Prawie. Bo tak naprawdę zrobił to dopiero w tomie finałowym.

Wcześniej scenarzysta dawał czytelnikowi pewne wskazówki zapowiadające to, co nastąpi w następnych odcinkach. To zresztą stały element komiksów Morrisona. Tajemnicza postać ukryta w krzakach, napisy pojawiające się na monitorze, choć nikt nie siedzi przy klawiaturze i tak dalej. Wiele z tych zagadek wyjaśnia się tutaj, na niektóre odpowiedzi trzeba będzie jeszcze zaczekać do kolejnego tomu, pojawiają się też nowe pytania. Morrison miesza ze sobą różne rzeczywistości, dorzuca kosmitów, złych ludzi polujących na dobre delfiny, sporą ilość bardzo dziwnych i (znowu) niedorzecznych superbohaterów i superłotrów, tajną organizację, goszczącego w domu Animal Mana, tajemniczego Jamesa Highwatera, o którym nadal niewiele wiadomo, choć w Origin of the Species nie pojawia się po raz pierwszy. W następnych częściach odegra jedną z kluczowych ról w tym komiksie, na razie przyczynia się do zwiększenia ilości zadawanych przez czytelnika pytań. A wszystko to przy bardzo istotnym udziale nietypowej dla takich opowieści rodzinnej atmosfery. Przecież oprócz misji ratowania małp z zaszytymi oczami Animal Man ma także żonę i dwoje dzieci, scenarzysta ani przez chwilę nie pozwala nam o tym zapomnieć.

Pisanie po raz kolejny, że Morrison ma pokręcone pomysły chyba mija się z celem. W każdym razie Animal Man to jeszcze jeden komiks, który to potwierdza. Z drugiej strony, pierwszy tom tej serii był początkiem, ten jest rozwinięciem, a naprawdę niestandardowe rzeczy można znaleźć dopiero w kończącym trylogię Deus ex Machina. Okładka Origin of the Species to mała podpowiedź tego, co można tam znaleźć, a ja nie wspomnę o tym nawet w recenzji następnego tomu, żeby nie psuć nikomu przyjemności z odkrycia tego w czasie lektury.

piątek, 13 stycznia 2012

#192 - Doom Patrol: Down Paradise Way [Grant Morrison, Richard Case & Kelley Jones]

Komiksy Granta Morrisona są bardzo często zbiorem jego najdziwniejszych pomysłów i do tego faktu zdążyłem się już przyzwyczaić. Ale nawet mimo to, czytając trzeci tom Doom Patrol, należący do tej samej ligi szaleństwa, co The Filth i Flex Mentallo wymienionego wyżej autora, nie da się uniknąć zaskoczenia. To kolejne nawarstwienie chorych wydarzeń i postaci, upchanie ich na strony rysunkowej historii w takiej ilości, że więcej chyba się już nie dało. Biorąc do ręki Down Paradise Way jest się czego bać, a uczucie to wcale nie mija w czasie lektury. Ani po niej.

Co tym razem? Na pewno wiele rzeczy, których się nie spodziewałem. W Doom Patrol można oczekiwać jedynie maksymalnej dawki surrealizmu. Już na samym początku Morrison wprowadza jedną z ciekawszych postaci w całej serii. Jest nią Danny the Street, zaś słowo postać właściwie nie ma sensu, ponieważ Danny jest żywą ulicą. Przemieszcza się, porozumiewa z ludźmi za pomocą liter ułożonych z dymu albo napisów umieszczonych w oknach sklepów. Jest również Mr. Jones, niezrównoważony strażnik normalności (oraz jego The Men from N.O.W.H.E.R.E, zabójcy o specyficznym sposobie wypowiadania zdań), a co może być bardziej nienormalnego niż ulica posiadająca własne uczucia? Jeśli dołączymy do tego przechodniów z grupy Doom Patrol, na pewno będzie bardzo dziwnie.

To jednak dopiero wstęp. W kolejnych epizodach pojawia się między innymi (zresztą po raz pierwszy w ogóle) Flex Mentallo, przebudzona Rhea, wizyta na obcej planecie, a także zapowiedź czegoś większego, co nadejdzie dopiero w kolejnym tomie. Wszystko podane w sosie naprawdę chorej atmosfery, która dla członków Doom Patrol jest chlebem powszednim i która bardzo mi odpowiada. Zdaję sobie sprawę, że dla wielu czytelników komiksy Morrisona mogą być bełkotem nie do przejścia, jednak po raz kolejny muszę stwierdzić, że według mnie coś w tym jest. Nie chodzi mi o drugie dno czy poważne przesłanie, ale o dobrą zabawę w czasie czytania jego historii. A tej miałem bardzo dużo. I nie kojarzę innej superbohaterskiej opowieści obrazkowej, która przypominałaby przygody Doom Patrol i była ciągle świeża, choć od premiery minęło więcej niż dwadzieścia lat.

"I'm not complaining, but sometimes it would be nice to just stop a bank robbery or foil a criminal mastermind. You know, like the regular super-guys".

"Nonsense, Cliff! It's essential that we leave such feeble-minded pursuits to the musclebound cretins who enjoy them. Our work is far more important".

wtorek, 10 stycznia 2012

#191 - Scalped: The Gnawing [Jason Aaron & R.M. Guéra]

Jeżeli po High Lonesome ktokolwiek zwątpił w tę serię, The Gnawing udowadnia mu, że był w błędzie. W ogromnym błędzie. Po lekkim, naprawdę mało znaczącym obniżeniu lotów, szósty tom Scalped jest powrotem do najwyższej formy. Tym razem nie ma przerywników, retrospekcji, odsuwania czytelnika od głównego wątku. Jest jedynie tu i teraz, Dash, cała reszta genialnych postaci stworzonych przez Aarona i banda skośnookich adwersarzy pragnących dopaść Red Crowa za jego nieposłuszeństwo. Nie ma też innych rysowników niż R.M. Guéra, po Indian Country i Casino Boogie wreszcie udało mu się narysować cały tom bez wsparcia gości, którzy w porównaniu do niego są popierdółkami. The Gnawing to ponownie krótki Trade (pięć zeszytów), ale stanowiący prawdziwą bombę.

Scenariusze Aarona potrafią sprawić, że czytelnikowi naprawdę zależy na losie występujących w komiksie postaci. Nie chodzi mi o to, że zależy mu na ich szczęściu, raczej nie potrafi oderwać oczu od opowieści ani przestać interesować się ich losem. I nieważne, czy chodzi o jednego z głównych bohaterów, czy o jakiegoś ćpuna, który przed chwilą pojawił się w historii po raz pierwszy i pewnie zginie kilka stron dalej. Autor konstruuje całość tak, że śledzę wszystkie wydarzenia z zapartym tchem. W The Gnawing ma to miejsce już od pierwszych stron. Pamiętacie Mr. Brassa, zabójcę, który narobił sporo kłopotów na terenie rezerwatu w The Gravel In Your Guts? Red Crow ma już tego dość, problemem jest jedynie to, że Brass ma za plecami bardzo silnych sprzymierzeńców. Jeśli ktoś postanowi się im sprzeciwić, niech liczy się z tym, że wywoła lawinę konsekwencji.

Red Crow postanawia się sprzeciwić i wywołuję tę lawinę. The Gnawing to kolejny tom Scalped zasługujący na ocenę 10/10, zaś lawina niszczy wszystko na swojej drodze od samego początku aż do finału. A kolejny tom, Rez Blues, to kontynuacja na równie świetnym poziomie.

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...