sobota, 5 grudnia 2009

#72 - The Punisher Volume 3 [Garth Ennis & Steve Dillon]

Na zły początek...
KaeReL i Rysovek rozjebali...


Dopiero zabierając się za ten tekst zauważyłem, że dotychczas nie było tutaj ani słowa na temat Gartha Ennisa. Jeden z bardziej szalonych i, niestety, nierównych scenarzystów wreszcie doczekał się pierwszego - i pewnie nie ostatniego - wpisu, a konkretniej recenzji jego podejścia do postaci Punishera. Swego czasu udało mi się dorwać kilka zeszytów serii The Punisher MAX, również napisanej prze Gartha i, strasznie zachęcony, postanowiłem przeczytać całość. Potem okazało się, że wypada znać wydarzenia zaprezentowane w dwóch poprzedzających wersję MAX edycjach (trzeciej i czwartej), zabrałem się więc do czytania trójki.

Początek wydawał mi się rewelacyjny - czysta akcja bez zbędnej zamułki, coś niezbyt absorbującego i jednocześnie pozwalającego się rozerwać. Frank robił to, czego od niego oczekiwałem - mordował przestępców bez cienia litości, przestępcy starali się mu przeszkodzić, a wszystko przyprawione było specyficznym, chorym poczuciem humoru Ennisa i przyciągającymi uwagę postaciami. Potem było nieco dziwniej, pojawił się na przykład ksiądz mordujący spowiedników (jak widać autorowi ciężko jest rozstać się z pewnymi tematami), a jedna z postaci straciła wszystkie kończyny w wyniku starcia z niedźwiedziami, ale tego typu wydarzenia nie są niczym nietypowym dla twórczości Gartha, no i gdzieś po drodze miał miejsce znakomity gościnny występ Daredevila, jeden z lepszych pomysłów w Volume 3. Dalej działo się wiele, a jednak napięcie opadało, pojawili się nowi bohaterowie podobni do wspomnianego księdza, Punisher potrafił przeżyć nawet spacer w ulewie ołowiu i robił widowiskową rozpierduchę, ale mimo wszystko czegoś zabrakło. Już nie było tak świetnie jak na początku, najwyżej znośnie. Dało się wytrzymać, w końcu przeciętny Ennis to wciąż całkiem przyjemna lektura, której można wybaczyć nawet liczne (wytknięte choćby tutaj) błędy scenariuszowe i robienie z Franka ultratwardziela, dla którego nie istnieje ból nie do zniesienia czy zbyt niebezpieczna akcja. Do pewnego momentu czytelnik marszczy czoło jedynie od czasu do czasu, będąc umiarkowanie zadowolonym.


Główny problem pojawia się razem z wkroczeniem postaci o pseudonimie The Russian. Być może moja ocena jest nieco skażona tym, że czytałem już co nieco z Volume 4, gdzie działy się jeszcze gorsze rzeczy, niemniej tutaj też jest źle. Tak jak z powodu niektórych wydarzeń i bohaterów Kaznodzieja miał problemy z utrzymaniem klimatu, tak The Punisher Ennisa pod koniec pada na pysk, właśnie z powodu Russiana. Niedorzeczność tej postaci burzy atmosferę i zmienia komiks w karykaturę, którą początkowo nie miał być, a w każdym razie wcale się na to nie zanosiło. Owszem, było kilka groteskowych, typowych dla autora wydarzeń, tyle że tamte epizody sprawiały wrażenie pasujących do całości. Na koniec mamy jeszcze pewne ugryzienie w nogę (szczegóły po kliknięciu w podany wyżej link) i żegnam się z miniserią mając przeświadczenie, że oczekiwałem czegoś całkowicie innego.

Każdy, kto czytał choćby Kaznodzieję (a zakładam, że większość zainteresowanych komiksem zetknęła się z tym tytułem przynajmniej na chwilę), wie, jak rysuje Dillon. Rysuje niby nieźle, ale nie tak, żebym piał z zachwytu. Dodatkowym problemem jest to, że bardzo często postacie są do siebie strasznie podobnie i gdyby Frank miał na niektórych obrazkach nieco inną fryzurę, zastanawiałbym się, czy przypadkiem nowym Punisherem nie został Jesse Custer. Jakoś nie zachwyciłem się tymi rysunkami, zresztą nigdy nie byłem jakimś wielkim entuzjastą prac Dillona.

The Punisher Volume 3 to bardzo dobry początek, po którym następuje spadek w dół aż do momentu, kiedy ta miniseria przestaje być czymkolwiek ciekawym. Volume 4 jest czymś jeszcze gorszym (przynajmniej na razie, dotychczas przeczytałem jedynie cztery odcinki), więc mam nadzieję, że przebrnę przez to w miarę szybko i bezboleśnie, bo wiem, że MAX daje radę.

4 komentarze:

Anonimowy pisze...

Dillon to kiepski rysownik.
nie wiem dlaczego ten gość dostaje angaże przy fajnych tytułach.
napisze w najbliższym czasie recenzje MAX-ów już po odejściu tego partacza. bo to wtedy Punisher Ennisa to jest prawdziwy mocny komiks.
peace tha fuck out

Paweł Lasecki pisze...

Ja już napisałem.
http://a-linea.pl/blog/?p=188
Jak dla mnie - Ennis dobrym jest. Dillon może i miał lepsze i gorsze momenty, ale ogólnie nie szczypie w oczy. A Punisher w wykonaniu Ennisa to samo dobre - niezależnie od konwencji (czy jajcarskie historie o detektywie Soap, czy ryjące psychę opowieści o Nickym Cavella).

Howgh.

tO mY: pisze...

Ja za Dillonem nie przepadam- ciężko na czymś oko zawiesić, a niektóre ennisowskie rozwiązania scenariuszowe przepadają przy takim stylu rysowania.

Maxów jeszcze nie ugryzłem, ale Pogromca to po Batmanie mój ulubieniec, więc kiedyś na pewno.

Jak Maxy maja się (tzn. poziomowo, scenariuszowo, klimatowo) do starego Pogromcy Portacio i innych, tzn z naszej epoki 90/91 by timisemik?

Bane pisze...

Też jeszcze nie czytałem Maxów, więc nie powiem. Sprawdziłem kilka numerów, które miażdżyły, ale tych parę zeszytów to za mało.

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...