Pokazywanie postów oznaczonych etykietą brian k. vaughan. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą brian k. vaughan. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 25 sierpnia 2013

#323 - Co tam czytam? [2]

Co tam czytam? to mój nowy eksperyment, efekt chęci podzielenia się z Wami wrażeniami z lektury komiksów, niekoniecznie w formie pełnoprawnych recenzji (aczkolwiek etykieta recenzje znajdzie się w każdym z takich wpisów, żebym sztucznie zwiększył sobie statystyki, a jakże). Kilka mniej lub bardziej entuzjastycznych zdań, szybkie opinie, czasem o jednej pozycji, czasem o kilku naraz, o serii lub o pojedynczym zeszycie. Taki jest plan.

Co tam w serii Saga?

Saga to stosunkowo nowa (do tej pory ukazało się 13 zeszytów) seria pisana przez Briana K. Vaughana i rysowana przez Fionę Staples. Gdybym chciał Was do niej zachęcić, określiłbym ją jako "Gwiezdne Wojny z ruchaniem i wulgaryzmami", chociaż nie wiem, czy brzmi to jak bodziec do sięgnięcia po tę historię. Gdybym z kolei chciał Was do niej zniechęcić, nie bez złośliwości nazwałbym ją "Modą na sukces w kosmosie". Czego bym nie stwierdził, obie frazy odpowiadają faktycznemu stanowi rzeczy i wcale wzajemnie się nie wykluczają. Z jednej strony mamy tutaj rozmach i epickość tułaczki po nieprzebytej przestrzeni kosmicznej, z drugiej, banalny początek z punktem wyjścia w postaci odwiecznej wojny dwóch ras. To jeszcze nie wszystko. Zdarza się tak, że dwoje wrogo nastawionych do siebie żołnierzy, Alana i Marko, zakochuje się w sobie, dezerteruje i ma dziecko. A potem ścigają ich niemal wszyscy, począwszy od ich własnych armii, pragnących ukarać ich za zdradę i spłodzenie mieszańca, po zatrudnionych przez poszczególne frakcje, śmiertelnie groźnych najemników. Rozpoczyna się wielka ucieczka. Czytelnik nie musi zastanawiać się, czy Hazel, córka głównych bohaterów, przeżyje, ponieważ okazjonalnie pojawia się w komiksie jako dorosły narrator. Pytanie tylko, co z resztą i czy w operze mydlanej Vaughana zwyciężą dobro i miłość, czy na przykład strzelający z mechanicznej ręki robot?

Wbrew pozorom czyta się to świetnie, z uwzględnieniem faktu, że to nie jest ani Y: the Last Man ani Ex Machina. Tamte serie, napisane przez tego samego scenarzystę, zawierały (nawet jeśli tylko gdzieś w tle) poważniejsze treści, natomiast w Sadze póki co panuje czysta, niczym nieskrępowana rozrywka. Niektóre pomysły śmieszą, inne są głupie, ale mimo to Vaughan cały czas trzyma poziom. Potrafi tworzyć interesujące postacie, dodaje do tego dobre, brzmiące autentycznie dialogi, dorzuca świat, gdzie może się wydarzyć dosłownie wszystko i... wygrywa. Nie mam pojęcia, do czego to wszystko zmierza, jednak na razie świetnie się bawię. Nie trzyma mnie przy tym żadna wielka tajemnica. W Y: The Last Man chciałem wiedzieć, co było powodem zagłady mężczyzn, w jeszcze nie dokończonej przeze mnie serii Ex Machina od samego początku w powietrzu wisi katastrofa i w czasie lektury bez przerwy zastanawiałem się, jaki będzie marny koniec burmistrza. Tutaj tego nie ma. Wiem, że Hazel przeżyje, a odpowiedź na pytanie, czy to samo uda się jej rodzicom, średnio mnie interesuje. Nawet nie wiem, czy planowo ma to być zamknięty cykl, czy coś bez z góry zaplanowanej liczby zeszytów. Po prostu czytam z szerokim uśmiechem na twarzy, podziwiając przy tym świetne rysunki. Parę razy sam nie miałem pojęcia, dlaczego tracę czas na komiks, w którym bohaterowie podróżują do miejsca zwanego Rocketship Forest, skąd mają zamiar opuścić planetę dzięki rosnącej na drzewie rakiecie, albo co mnie obchodzi, że przez kilka odcinków jednym z ich największych problemów jest niezapowiedziana wizyta rodziców ojca Hazel... albo to, że Marko miał kiedyś narzeczoną, a teraz ma wściekłą, pragnącą zemsty byłą narzeczoną... ale i tak czytałem dalej, będę czytał i polecam. Bo w tym wypadku "Moda na sukces w kosmosie" wcale nie jest obraźliwym stwierdzeniem.

poniedziałek, 1 kwietnia 2013

#290 - Tom Strong [Alan Moore & Chris Sprouse]

Czytaliście może serię Promethea? Jeśli tak i jeśli chcielibyście wiedzieć, z czym się je Toma Stronga, inny komiks Alana Moore'a (tym razem odpuszczę sobie truizmy o jego szaleństwie i geniuszu), weźcie wszystko, co było w Promethei, czyli kuriozalnych superbohaterów oraz ich przeciwników razem z całym opisem konstrukcji wszechświata, z apokalipsą i niszczącym umysł finałowym zeszytem, po czym odejmijcie tę bardziej poważną część. Macie Toma Stronga, czyli pulpę i czystą zabawę autora Strażników. Zresztą, kto zna Prometheę, ma już za sobą jeden gościnny występ głównych bohaterów serii o kolejnej wariacji Supermana, człowieku niemal niepokonanym, o nieprzeciętnej sile oraz inteligencji. Moore bawił się już w takie coś pisząc scenariusze do Supreme, ale tam, pomimo wszechobecnej pulpy, istniało jednak poważniejsze przesłanie. Tutaj tego nie ma. Zbliżamy się więc do Ligi Niezwykłych Dżentelmenów, serii, gdzie celem autora też była głównie dobra zabawa, jednak tam występowała również erudycja i niesamowite pomysły na wykorzystanie mniej lub bardziej znanych postaci stworzonych przez innych ludzi. W przygodach Toma Stronga nie ma także tego. Chcę przez to powiedzieć, że jeżeli ktoś ma ochotę sięgnąć po tę serię, nie powinien oczekiwać niczego innego niż komiksu, w którym scenarzysta najwidoczniej chciał odpocząć od skomplikowanych wątków i ważnych treści. Mam wrażenie, że część jego czytelników może jednak spodziewać się po nim czegoś więcej, przez co po lekturze odczują lekki zawód. Tak jak ja.

Nie zrozumcie mnie źle, Tom Strong to naprawdę dobry komiks, przypuszczam, że spełniający wszystkie założenia swoich twórców. Pierwszy tom Toma (tak, wiem, wyjątkowo słaba gra słowna) zdołał mnie zachwycić przede wszystkim prostotą i nieskrępowaną wyobraźnią Moore'a, na początku wprowadzającego czytelnika w swój pulpowy świat, z wychowywanym w nietypowych warunkach, skazanym na wyjątkowość głównym bohaterem, jego żoną i córką, mechanicznym lokajem Pneumanem i Solomonem, pomocnikiem będącym obdarzonym ludzką inteligencją gorylem. Czuć w tym frajdę autora z pisania tak prostych rzeczy. Na początku Strong walczy między innymi z Modular Manem, istotą pragnącą opanować świat za pomocą mechanicznych, zwielokrotnionych kopii samego siebie, później musi stawić czoło atakowi armii pochodzącej z alternatywnej rzeczywistości, w której główną potęgą są Aztekowie, ściera się z nazistkami oraz udaje w przymusową podróż w czasie do początków ziemi, by na samym końcu paść ofiarą kolejnej intrygi swojego największego wroga. Zbiór pierwszych siedmiu zeszytów to świetna rzecz i gdyby seria utrzymywała tak wysoki poziom aż do końca, byłbym zachwycony. Szkoda, że później zwykle nie jest już aż tak dobrze.

W kolejnych odsłonach serii Moore i Sprouse, przy częstym udziale innych scenarzystów i rysowników, bawią się w liczące osiem stron miniatury, nieraz interesujące i zabawne, jednak najczęściej z jakiegoś powodu zabrakło w nich uroku i lekkości pierwszego tomu. W niektórych momentach pytałem sam siebie, ileż można? Zrozumiałem już wcześniej, że to ma być wyłącznie zabawa i pastisz, często niedorzeczny i z przymrużeniem oka, tylko że w paru miejscach autorzy trochę przedobrzyli. Nie wspominając o tym, że zdarzało się im przynudzać swoim eksploatowaniem jednego pomysłu (pulpa do potęgi) oraz o fakcie, że od pewnego momentu mimo wszystko zrobił się ze mnie wspomniany w pierwszym akapicie czytelnik oczekujący czegoś więcej, bo Moore to ktoś, kogo na to stać. Wiem, że marudzę, ale nie do końca bez powodu.

Ulgę przynosi czwarty tom Toma (przepraszam, naprawdę musiałem), ze świetną historią przedstawiającą postać o imieniu Tom Stone, alternatywną wersją głównego bohatera. Moore pokazuje, co mogłoby się stać, gdyby statek zabierający rodziców Stronga oraz ich czarnoskórego pomocnika na wyspę, gdzie mieli przeprowadzić swój eksperyment polegający na nietypowym wychowaniu dziecka, wypłynął tylko trochę później. Zmieniłoby się dosłownie wszystko. Czytając tę opowieść, znowu żałowałem, że seria nie utrzymuje takiego poziomu przez cały czas. Reszta czwartego tomu, cały piąty i większość szóstego to ponownie gościnne występy innych scenarzystów i rysowników. Pojawia się kilka znanych nazwisk, znów jest nierówno i momentami jednostajnie. Zdarzają się historie intrygujące, zdarzają się zabawne, ale niestety są też takie, których mogłoby nie być, a z powodu ich braku czytelnik niczego by nie stracił. Z kolei finał to powrót współpracy Moore'a i Sprouse'a, jak również powrót Promethei. Dobrze było ponownie przeżyć znaną z tamtej serii apokalipsę, tym razem z perspektywy Stronga. Dobre zakończenie serii.

Tom Strong jest komiksem trochę rozczarowującym, ale i tak wartym przeczytania. To w końcu Alan Moore, nawet nieco gorsza niż zazwyczaj forma (może inaczej: nieco inne, mniej satysfakcjonujące mnie podejście) i wsparcie w postaci mniej genialnych kolegów po fachu nie mogło pozbawić jego historii paru niezaprzeczalnych zalet. Niemniej ciekawą rzeczą jest różnorodność warstwy graficznej, uzyskana nie tylko za pomocą udziału dużej liczby rysowników. Sam Chris Sprouse pokazuje, że zmiany kreski nie stanowią dla niego większego problemu. Nie wspominając o tym, że niektórzy czytelnicy będą zapewne zdziwieni patrząc na twórcę tak poważnych rzeczy jak Strażnicy , V jak Vendetta czy Prosto z piekła, który pisał scenariusze do Toma Stronga tylko i wyłącznie po to, by dobrze się zabawić. I, mogę się z Wami założyć, robił to z uśmiechem na ustach. Jest w tej serii sporo pomysłów, dzięki którym uśmiech udziela się także czytelnikowi.

środa, 9 maja 2012

#228 - Ex Machina: Fact v. Fiction [Brian K. Vaughan & Tony Harris]

Szybko wracam do serii Ex Machina, bo szybko przeczytałem trzeci tom, który czekał na mojej półce. Teraz nastąpi dłuższa przerwa, przed recenzjami kolejnych muszę je po prostu kupić. Ale to, co już miałem u siebie, włącznie z Fact v. Fiction, zachęciło mnie wystarczająco, żeby to zrobić.

Ex Machina wygrywa spokojem, świetnym i pomysłowym pokazywaniem pozornie nudnych przygód rozmawiającego z maszynami burmistrza Nowego Jorku. W pierwszym tomie był to między innymi obraz Lincolna z dodatkiem w postaci wielkiego napisu nigger, w drugim kwestia kontrowersji związanych z udzieleniem przez głównego bohatera ślubu homoseksualnej parze, teraz Mitchell Hundred boryka się z osobami zarabiającymi na przepowiadaniu przyszłości, którzy, jego zdaniem, robią to bezprawnie. Gdybym przeczytał, że komiks Vaughana porusza takie tematy, mógłbym się zniechęcić, ale autor serii pokazuje, że nie jest pierwszym lepszym scenarzystą i wie, jak wykorzystać takie pomysły. A na stronach Ex Machina podobnych, na pierwszy rzut oka nieciekawych rzeczy jest więcej. Też nie zawodzą, w dodatku wprowadzają do historii świeżość tak odróżniającą ten komiks od innych.

Oczywiście jest i akcja, przedstawiona równie dobrze i dorzucona do polityki w odpowiednich proporcjach. Ostatnio trochę ponarzekałem na obecność w opowieści Vaughana sił nadprzyrodzonych, tym razem również mógłbym, ale tego nie zrobię. Jeśli chcecie wiedzieć, dlaczego, przeczytajcie Fact v. Fiction. W każdym razie i tym razem burmistrz Hundred musi walczyć, nie tylko słowami, nie tylko w gabinetach i nie tylko ze zwykłymi ludźmi. A także, jak okazuje się w dwóch ostatnich epizodach, nie tylko u siebie w mieście. Po raz pierwszy w czasie swojej kadencji Mitchell opuszcza Nowy Jork. Niespodziewanie okazuje się, że jego matka ma kłopoty i potrzebuje pomocy. Ale niezależnie od tego, co jest miejscem akcji Ex Machina, seria cały czas wypada świetnie, od pomysłów, przez narrację i dialogi, aż po rysunki.

środa, 2 maja 2012

#225 - Ex Machina: Tag [Brian K. Vaughan & Tony Harris]

Tag, drugi tom serii Ex Machina nie wprowadza zbyt wielu zmian. Chciałem dostać trochę więcej, niż ostatnio, dostałem właściwie to samo, ale nie mam zamiaru narzekać. Vaughan w dalszym ciągu buduje swój komiks na tych samych fundamentach, co wcześniej, czyli: mniej superbohaterstwa, więcej polityki. Co prawda czytelnik znajdzie tu większą ilość akcji w porównaniu do The First Hundred Days, ale główny bohater komiksu to wciąż przede wszystkim burmistrz Nowego Jorku, polityk podejmujący mniej lub bardziej ważne decyzje, rozmawiający z doradcami oraz próbujący zyskiwać coraz większe poparcie ludzi, nawet jeśli czasem idzie pod prąd albo postępuje wbrew opinii publicznej. Te wszystkie pozornie nudne problemy i dylematy, jak na przykład prośba dwóch mężczyzn o udzielenie im ślubu (miałby go udzielić oczywiście burmistrz) wychodzą scenarzyście naprawdę świetnie i wiarygodnie. Czytając Tag miałem wrażenie, że tak właśnie mogłaby wyglądać kariera polityczna istniejącego w rzeczywistym świecie człowieka z nadprzyrodzonymi zdolnościami. Wielu innych twórców może zazdrościć Vaughanowi lekkości oraz naturalności towarzyszącej prowadzeniu kolejnych wątków Ex Machina.

Z samą akcją bywa różnie. Dobrze, że jest, bo przecież nie można opierać całej serii na długich konwersacjach za zamkniętymi drzwiami gabinetów, a z drugiej strony, czasami komiks idzie nie w tym kierunku, jakiego się spodziewałem. To niekoniecznie wada, jednak podobało mi się początkowe założenie, że Mitchell Hundred w niewyjaśniony sposób zyskuje umiejętność rozmawiania z maszynami, przez jakiś czas bawi się w zamaskowanego herosa, po czym zostaje burmistrzem Nowego Jorku i na tym koniec z bajką o superbohaterze. Tymczasem w Tag pojawia się przeciwnik dysponujący nadprzyrodzonymi zdolnościami tak samo jak główny bohater, co niezbyt odpowiada moim oczekiwaniom związanym z tą serią. Mimo to nie mogę napisać, że Vaughanowi coś nie wyszło. Wyszło bardzo dobrze, zresztą tak jak ostatnio i bardzo chętnie sięgnę po trzeci tom, czekający już na mojej półce, oraz, w swoim czasie, po wszystkie pozostałe.

niedziela, 11 marca 2012

#213 - Ex Machina: The First Hundred Days [Brian K. Vaughan & Tony Harris]

Nigdy nie zapomniałem, jak dobrym scenarzystą jest autor serii Y: The Last Man (od której, tak przy okazji, zacząłem swoją zabawę w recenzowanie komiksów na tym blogu). Po prostu zrobiłem sobie dłuższą przerwę od jego komiksów i dopiero niedawno sięgnąłem po Ex Machina, kolejną wariację na temat opowieści superbohaterskich. Jej główny bohater, Mitchell Hundred, swego czasu przeżył dziwny wypadek, po którym zyskał możliwość rozmawiania z maszynami. Później wykorzystywał swoje możliwości, by pomagać innym właśnie jako superbohater, co było różnie przyjmowane, zarówno przez władze jak i przez najzwyklejszych ludzi. Zwykle odbierano to w negatywny sposób, choć częściowe powstrzymanie ataków na World Trade Center przysporzyło mu wielu zwolenników. Na początku 2002 roku Hundred zrezygnował i postanowił zająć się karierą polityczną, a po krótkim czasie został burmistrzem Nowego Jorku. Wkrótce potem zaczyna się akcja komiksu, który wbrew pozorom wcale nie jest aż tak superbohaterski, na jaki wygląda.

Ciekawe jest właśnie to, że seria Ex Machina stawia nadprzyrodzone umiejętności głównego bohatera na drugim planie. Od czasu do czasu zdarza mu się powstrzymać zamachowca, rozkazując jego pistoletowi, żeby się zaciął, ale Mitchell Hundred jest przede wszystkim politykiem. Boryka się z opinią publiczną, protestami (na przykład spowodowanymi umieszczeniem w muzeum obrazu przedstawiającego Abrahama Lincolna i opatrzonego napisem nigger), trudnymi warunkami pogodowymi, wpływami różnych organizacji albo tym, czy w udzielonym wywiadzie nie użył przypadkiem niewłaściwego słowa, za które dziennikarze będą mogli wieszać na nim psy. Vaughanowi udało się świetnie przedstawić tę stronę działalności Mitchella, jednak poza tym burmistrzowi Nowego Jorku zdarza się też wkroczyć do akcji osobiście.

W The First Hundred Days, oprócz wspomnianych protestów i kłopotów z opadami śniegu, mamy do czynienia z morderstwami kierowców pługów. Kilku ginie, reszta boi się pracować, przez co drogi w całym Nowym Jorku stają się nieprzejezdne, a póki co nie wiadomo, kto chce na tym skorzystać. Jakby tego było mało, Hundred ma problemy z dawnym przyjacielem, który pomagał mu w czasach, kiedy obecny burmistrz działał jako The Great Machine. Dawny przyjaciel chce przekonać go, by porzucił karierę polityczną i znów zajął się ratowaniem ludzi jako superbohater. Wygląda na to, że nie cofnie się przed niczym, by Mitchell wreszcie go posłuchał.

Ex Machinę czyta i ogląda się świetnie. Narracja, jak zawsze w przypadku scenariuszy Vaughana, jest rewelacyjna, budowanie napięcia to klasa sama w sobie. Komiksowi niczego nie brakuje, chyba, że ktoś oczekiwał większej ilości wybuchów i strzelanin, a nie polityki. Dla mnie to bardzo interesująca odmiana. Dostałem dokładnie to, czego się spodziewałem, choć nie ukrywam, że w drugim tomie chciałbym dostać trochę więcej. Póki co zdecydowanie polecam.

piątek, 10 października 2008

#10 - Pride of Baghdad [Brian K. Vaughan & Niko Henrichon]


Scenariusz do komiksu "Pride of Baghdad" (wydanego w Polsce przez Mucha Comics jako "Lwy z Bagdadu") napisał Brian K. Vaughan, autor omawianej przeze mnie wcześniej serii "Y : The Las Man". Serii, która jest naprawdę świetna i która zdecydowanie zachęca do sięgnięcia po pozostałe prace tego pana. No więc sięgnąłem, ale - niestety - "Pride of Baghdad" rozczarowuje. I to mimo scenariusza Vaughana oraz napisu "Vertigo" na okładce. Inwestycja w serię opowiadającą o zagładzie mężczyzn jest sto razy bardziej opłacalna.

Przy okazji pisania o "The Eaters" narzekałem na prostą fabułę. Tutaj jest jeszcze prostsza - lwy uciekają z zoo w Bagdadzie, rozmawiają, walczą, idą dalej i giną z rąk amerykańskich żołnierzy. Koniec. Może opisałem to w nazbyt złośliwy sposób. Może jestem ignorantem, ale wydaje mi się, że cała ta otoczka (to znaczy naloty na wyżej wymienione miasto, wojna, walka o wolność) to tylko przykrywka, mająca ukryć fakt, że tak naprawdę mamy do czynienia z niezbyt skomplikowaną i niezbyt ambitną historyjką. Gdyby nie dodająca powagi, oparta na prawdziwych zdarzeniach rama opowieśći (a tak przy okazji: sama uciekczka lwów oraz ich śmierć też jest oparta na faktach), pewnie niemal każdy czytelnik krzyknąłby "What the fuck?!". A tak mamy komiks poruszający niezwykle istotne tematy i nagrodę IGN za najlepszą powieść graficzną 2006 roku.

"Pride of Baghdad" należy do kategorii "przeczytać i zapomnieć". Niby nie ma się do czego przyczepić, bardzo dobre rysunki oraz kolorystyka, historia się klei, jak to u Vaughana mamy ciekawe postacie i dialogi, a mimo to... nie ma się czym zachwycać. Może gdyby był to pierwszy komiks tego autora, jaki miałem w rękach, napisałbym, że jest nieźle. Ale w porównaniu do przygód Yoricka Browna jest po prostu zbyt przeciętnie. Chwila lektury, po której opowieść o lwach odchodzi w niepamięć i właściwie nie ma czego wspominać ani o czym pisać.

sobota, 4 października 2008

#6 - Y: The Last Man



Obiecałem podsumowanie i słowa dotrzymam, chociaż właściwie nie ma o czym pisać. Po przeczytaniu wszystkich 60 zeszytów stwierdzam, że ostatnim razem nie wyraziłem swojej opinii za wcześnie - "Y: The Last Man" jest naprawdę świetnym i dopracowanym komiksem, a zakończenie udowodniło, że również przemyślanym i zaplanowanym od początku do końca. Finał jest smutny, bo nie lubię rozstawać się z bohaterami, do których się przywiązałem. Pozostało mi sprawdzić kolejne komiksy Briana K. Vaughana (ostatnio przeczytałem "Pride of Baghdad", o czym wkrótce napiszę) i cieszyć się, że miałem okazję zapoznać się z przygodami Yoricka Browna. Ponownie zachęcam, żebyś sięgnął po ten komiks - akurat takich zachęt nigdy za wiele.

poniedziałek, 22 września 2008

#1 - Y: The Last Man



Na początek chciałem napisać kilka słów o serii "Y: The Last Man". W Stanach była publikowana przez Vertigo od września 2002 do stycznia 2008, całość liczy 60 numerów. Aktualnie jestem w okolicach czterdziestego i już mogę napisać, że dawno tak dobrze się nie bawiłem. Polecam. A jeśli nie masz dostępu do oryginalnych zeszytów/masz dostęp, ale nie jesteś w stanie czytać komiksów po angielsku, to wydawnictwo Manzoku zaczęło wydawać "Y: The Last Man" jako "Y: ostatni z mężczyzn". Tom pierwszy nosi tytuł "Zaraza" i kosztuje 29,90 zł. Słyszałem różne opinie na temat tłumaczenia, ale sam niczego nie sprawdziłem, więc się nie wypowiadam. Nie jest to zakręcona historia Vertigo w stylu miniserii "Enigma" lub "Flex Mentallo", a raczej coś bardziej przystępnego i lekkostrawnego, więc jeśli nie przepadasz za chorymi komiksami, możesz spać spokojnie.

O co chodzi? W roku 2002 plaga, której przyczyny pozostają tajemnicą, zabiła wszystkie ssaki z chromosomem Y. Na świecie pozostały jedynie kobiety i zmieniło się o wiele więcej rzeczy, niż moglibyśmy podejrzewać (choćby brak kapłanów lub znaczne uszczuplenie czy wręcz wyeliminowanie armii większości krajów - to przykłady pierwsze z brzegu). Wbrew pozorom nie jest to komiksowa wersja "Seksmisji" ani głupia, pornograficzna historyjka o tym, jak ostatni mężczyzna na świecie nie ma kłopotów z podrywaniem dziewczyn. To trzymająca w napięciu seria z wieloma zaskakującymi zwrotami akcji, a przerwa w lekturze naprawdę nie należy do przyjemności.



Ostatni mężczyzna? Zgadza się - jak wskazuje nazwa komiksu, komuś udało się przeżyć. Tym kimś jest Yorick Brown, magik-amator, niezbyt dojrzały i niezbyt odpowiedzialny młody chłopak, który musi przetrwać w nowym świecie i pogodzić się z tym, że być może jest ostatnią nadzieją ludzkości. Nadzieją, która nie jest zbyt bezpieczna, ponieważ wiele kobiet wcale nie tęskni za poprzednim stanem rzeczy, a ich naturalną reakcją na widok mężczyzny jest wyciągnięcie pistoletu. Yorick posiada małpę o imieniu Ampresand, która jest samcem i jakimś cudem przetrwała tak samo jak jej właściciel. Razem wyruszają w podróż, aby dowiedzieć się, co spowodowało zagładę i dlaczego akurat im nic się nie stało.

Po drodze przeżywają całe mnóstwo przygód... ale to powinieneś sprawdzić sam. Do czego zachęcam. A po przeczytaniu całości podsumuję swoje wrażenia.

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...