Pokazywanie postów oznaczonych etykietą garth ennis. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą garth ennis. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 11 lipca 2013

#314 - Hellblazer: Damnation's Flame [Garth Ennis & Steve Dillon]

Się zdziwiłem, ale ten tom jest o wiele, wiele lepszy niż denerwujący stałymi patentami Ennisa Tainted Love. Od Fear and Loathing również. Trudno mi podjąć decyzję, czy mogę postawić go na równi z Dangerous Habits, ale jeśli jednak nie, to właśnie zbiór Damnation's Flame znalazłby się wyżej. Czteroczęściowa psychodeliczna podróż Constantine'a po alternatywnej wersji Nowego Jorku (opustoszałe ulice, czerwone niebo, wypływająca z budynków krew i znaki drogowe powycinane na skórze wisielców), odbywana w towarzystwie jednego z byłych prezydentów Stanów Zjednoczonych to świetna rzecz i co najważniejsze: nic nie razi tu ennisowską wtórnością, w każdym razie w czasie lektury w ogóle tego nie odczuwałem. Pewnie mógłbym napisać, że przecież voodoo było też w Kaznodziei, ale byłoby to całkowicie niepotrzebne czepianie się. Po najlepszej części tego tomu zostają już bardziej standardowe dla tego scenarzysty (ale za to z udziałem dwóch innych rysowników), rozwlekłe rozmowy przy stole zapełnionym alkoholem, ale w ich wypadku jest zupełnie jak z początkiem tego zbioru: nie miałem powodów do narzekania.

Pominąłem Bloodlines, a do przeczytania zostały mi jeszcze tomy Rake at the Gates of Hell i Son of Man (nie liczyłbym na to, że zajmę się nimi wkrótce), ale póki co występy Ennisa w Hellblazerze to dwa celne strzały i dwa pudła. Czyli mogło być gorzej, mogło również być lepiej i zobaczymy, co dalej. Delano zrobił dla tej serii ciekawsze rzeczy, sam Ennis też bywał bardziej w formie, ale nie jest źle, tyle że prawdę mówiąc zabrałbym się już za wydania zbiorcze autorstwa Ellisa i Azzarello. Sam nie wiem, czy ruszać resztę, słyszałem, że niespecjalnie warto i że nawet Milligan, którego uwielbiam, wypadł strasznie. Zobaczymy, pewnie i tak zanim dotrę do jego wersji Constantine'a, minie z pół dekady.

środa, 3 lipca 2013

#311 - Hellblazer: Tainted Love [Garth Ennis & Steve Dillon]

Tainted Love, kolejny tom Hellblazera napisany przez Gartha Ennisa i narysowany przez Steve'a Dillona. O tym drugim napisałem wcześniej chyba wszystko, co było do napisania, już dawno mnie znudził i od czasu, kiedy miałem w rękach ostatni zilustrowany przez niego komiks, nic się nie zmieniło. Przynajmniej nie przeszkadza na tyle, żeby psuć mi ewentualną przyjemność obcowania z chorą wyobraźnią autora Kaznodziei. Ewentualną, bo jak wiadomo, z jego pomysłami też bywa różnie, na przykład poprzedni zbiór przygód Constantine'a był kiepski. Tym razem wyszło lepiej, aczkolwiek nie mogę stwierdzić, że jestem zachwycony.

W Tainted Love główny bohater upada na samo dno, po rozstaniu się z Kit w Fear and Loathing zaczyna pić, zostaje bezdomnym, zapomina o swoich magicznych zdolnościach i po prostu trwa, czekając, aż wykończy go alkohol albo zimno. Czytelnik oczywiście wie, że John w końcu z tego wyjdzie, pytanie tylko: jak? W międzyczasie spotyka na swojej drodze kilka dodatkowych problemów, jak choćby króla wampirów. I tutaj zacznie się moje narzekanie. Finał tej historii trochę za bardzo przypomina mi wątek ze święconą wodą z tomu Dangerous Habits. Okoliczności są trochę inne, ale pomysł scenarzysty został oparty na tym samym patencie. Później znowu czuję, że mam do czynienia z powtórką: tytułowa opowieść o przyzwanym demonie, zresztą całkiem niezła, kojarzy się z tym, co Ennis napisał do Rare Cuts. Reszta Tainted Love to właściwie wycieczka po ulubionych wątkach tego autora: poza wampirem i demonem jest sporo przemocy, długie rozmowy przy kieliszku, II wojna światowa, religia i zły kapłan, który niczym Jessie Custer wydziera się na Boga i demoluje krzyż, a potem podpala kościół, co z kolei wielokrotnie miało miejsce w True Faith. Nie jestem wielkim fanem tego scenarzysty i nie czytałem wszystkiego, co wydał (może w pozostałych scenariuszach błyszczy pomysłowością - jeśli tak, niech ktoś da mi znać, w których dokładnie), ale w komiksach, które znam, tego rodzaju rzeczy pojawiają się zawsze. Za każdym razem występuje co najmniej jedna z wyżej wymienionych, zrealizowana w bardzo podobny sposób. I chociaż Tainted Love nie jest złym tomem (czyta się dobrze, wszystko gra, scena z żyletką daje radość i szczęście), w czasie lektury zadawałem sobie pytanie: ileż można? To wszystko już było, wiele razy, a jeśli ktoś czytał Preachera przed Hellblazerem, sytuacja wygląda tak: to wszystko już było, wiele razy, w dodatku na dużo wyższym poziomie. Ennis wałkowany po raz kolejny może stać się w oczach czytelnika więźniem samego siebie i nudzić pomysłami, które paradoksalnie są jego znakiem firmowym odróżniającym go od innych scenarzystów. I tak samo jest również tutaj. To dobry komiks, ale byłby o wiele ciekawszy, gdybym zapoznał się z nim przed pozostałymi historiami tego autora. Niestety, na to już za późno, więc trochę kręcę nosem, ale ogólnie źle nie jest. Na pewno dużo lepiej niż w Fear and Loathing.

środa, 25 lipca 2012

#248 - Hellblazer: Fear and Loathing [Garth Ennis & Steve Dillon]

Nigdzie nie mogłem znaleźć tomu Bloodlines, więc od razu przeskoczyłem do Fear and Loathing (przeczytałem ten komiks w polskiej wersji, ale żeby nie mieszać w spisie recenzji oraz nie pisać raz o wydaniach oryginalnych, innym razem o przetłumaczonych, pozostanę przy angielskich tytułach). Bloodlines mam gdzieś na płycie, w formie skanów, ale od kilku lat już nie czytam komiksów ściągniętych z Internetu, więc poczekam, aż trafię na papierowe wydanie zbiorcze.

Ze wszystkich tomów serii Hellblazer, jakie przeczytałem do tej pory, Fear and Loathing niestety przekonuje mnie najmniej. W Dangerous Habits Ennis napisał spójną, długą i dobrą historię, tutaj oddał kilka pojedynczych, dużo cichszych strzałów: najpierw Constantine rozprawia się z dzieciakiem próbującym namówić jego siostrzenicę do praktykowania czarnej magii, potem obchodzi swoje czterdzieste urodziny, aż wreszcie scenarzysta przechodzi do głównego wątku, czyli walki z, jak opisano to na okładce, "szalonymi rasistami". Gdzieś pomiędzy tym wszystkim czytamy o podstępie głównego bohatera, który doprowadza do upadku pewnego anioła, co przypomina beta wersję pomysłów, jakie czytelnicy mieli okazję widzieć w Kaznodziei... tyle że to właśnie Kaznodzieję czytałem najpierw i teraz to, co znalazło się w serii Hellblazer odczułem jako powtórkę z rozrywki, nieważne, że to scenariusze z Fear and Loathing były pisane wcześniej. Tak czy inaczej, Ennis wałkował podobne pomysły w różnych komiksach. Czytając to, trochę się wynudziłem. Oglądając też, bo Dillon już dawno znużył mnie jako rysownik, dając kilku bohaterom zbyt mało różniące się twarze i czasem sprawiając wrażenie, że w kółko rysuje Custera lub jego rodzeństwo. Nagle doszły jeszcze bluzgi, których nie było przedtem, też kojarzące się z Kaznodzieją. Same w sobie nie przeszkadzają, za to przeszkadza świadomość, że Delano, poprzedni scenarzysta, nie potrzebował tuzinów kurew, żeby zbudować nastrój horroru i stworzyć interesującą historię. Poza tym stawiał Constantine'a przed ciekawszymi problemami niż pokazane w niezbyt porywający sposób rozstanie z kobietą. Fear and Loathing nie jest beznadziejnym tomem, ale niestety, powtórzę to jeszcze raz, dla mnie najbardziej rozczarowującym z dotychczasowych. Tym bardziej, że po Dangerous Habits Ennis dostał ode mnie naprawdę spory kredyt zaufania. Mam nadzieję, że Tainted Love będzie lepszą opowieścią i że można ją dorwać łatwiej niż Bloodlines.

wtorek, 10 lipca 2012

#246 - Hellblazer: Dangerous Habits [Garth Ennis & William Simpson]

Dangerous Habits Ennisa i Simpsona to pierwszy tom Hellblazera, jaki przeczytałem, zdaje się, że niedługo po polskiej premierze, czyli mniej więcej cztery lata temu. Spodobało mi się na tyle, że zacząłem od początku, czyli od Original Sins do scenariuszy Dealano, a teraz, po latach i przeczytaniu Rare Cuts, powróciłem do przygód Constantine'a wymyślanych przez autora Kaznodziei.

Kiedy Ennis przejmował rolę głównego scenarzysty serii, wiedział, że musi wpaść na coś dobrego. Dorobek Delano był spory, nie wspominając o tym, że stał na wysokim poziomie, więc głupio byłoby obniżyć poprzeczkę. Ennis postanowił zacząć z grubej rury: główny bohater umiera. Najlepszy w pomyśle z jego nieuchronną śmiercią jest fakt, że nie dopadły go demony ani starzy wrogowie. Constantine, od dziecka palący tony papierosów, dowiaduje się, że umiera na raka płuc. Kiedy już uda mu się pożegnać pierwsze napady strachu i godzi się z ironią całej sytuacji (bezczelny i cyniczny magik pokonany przez najzwyklejsze papierosy), próbuje coś z tym zrobić, głównie dzięki swoim znajomościom. Przy okazji udaje mu się rozwścieczyć samego diabła, co sprawia, że wizja bliskiej śmierci staje się jeszcze bardziej przerażająca. Constantine wie, że od tej pory w piekle czeka go specjalne traktowanie.

W końcu nadchodzi pora pożegnań. Główny bohater co prawda wpada na pomysł uniknięcia śmierci, ale wydaje się on tak nieprawdopodobny do zrealizowania, że woli odwiedzić kilka bliskich osób i przed swoim odejściem spłacić parę starych długów. A potem próbuje zrealizować przekręt, za wymyślenie którego Ennisowi należą się spore brawa. Według mnie Dangerous Habits to bardzo dobre wejście tego scenarzysty do świata Hellblazera. Ennis dobrze wyczuł postać Constantine'a, zresztą tego typu bohaterowie, cyniczne, aroganckie, tchórzliwe i nieczułe sukinsyny z obecnym gdzieś w głębi, ale rzadko dochodzącym do głosu dobrym sercem, wydają się być dla niego jednymi z najodpowiedniejszych. Poza tym czytelnicy mogą tu zobaczyć, na jakie pomysły wpadał Ennis przed stworzeniem Kaznodziei, serii, którą chyba mogę nazwać bezpośrednim spadkobiercą pracy Gartha przy Hellblazerze.

Scenarzysta zaznacza we wstępie, że choć William Simpson zna się na swojej pracy, bardziej nadaje się do innego typu historii, ale z drugiej strony warstwa graficzna wcale nie odbiega od tego, co można było zobaczyć w poprzednich tomach. Jako wizualizacja scenariusza daje radę, ale nie jest powalająca i zdążyła się już zestarzeć. To można zaakceptować, szkoda tylko, że porównując wygląd Constantine'a na poszczególnych kadrach Dangerous Habits, można odnieść wrażenie, że jednym z efektów chorowania na raka płuc jest co chwilę zmieniająca się twarz. Tak jakby w filmie jednego bohatera grało kilku aktorów.

środa, 23 maja 2012

#238 - Hellblazer: Rare Cuts [Jamie Delano, Grant Morrison, Garth Ennis, David Lloyd, Sean Phillips, Richard Piers Rayner & Mark Buckingham]

Zgodnie z informacją zamieszczoną na okładce, Rare Cuts to sześć niepublikowanych wcześniej w zbiorczych wydaniach epizodów z przygodami Johna Constantine'a, do scenariuszy Delano, Morrisona i Ennisa. Jeśli tak, to zakładam, że tom drugi, The Devil You Know, został złożony później, bo historia Newcastle: A Taste of Things to Come znajduje się zarówno tam, jak i w Rare Cuts. W każdym razie dla kogoś takiego jak ja, w ślimaczym tempie zapoznającego się z serią Hellblazer zgodnie z chronologią (nie licząc Dangerous Habits Ennisa, zbioru przeczytanego lata temu), ten tom to możliwość zobaczenia trochę innej wersji tego komiksu niż ta, do jakiej zdążył przyzwyczaić mnie Jamie Delano. Co nie zmienia faktu, że jego scenariusze i tak są tu najlepsze, zwłaszcza Dead-Boy's Heart. W In Another Part of Hell trochę przeszkadzał mi momentami głupkowaty i groteskowy humor. Morrison się nie popisał, jego dwa zeszyty o szale ogarniającym niewielkie miasto są średniakami. Jeśli chodzi o Ennisa, w This is Diary of Danny Drake pokazał dobrą historię, nie odbiegając od poziomu Delano. Teraz kolej na niego, już od następnego tomu autor Kaznodziei przejmie w Hellblazerze rolę stałego scenarzysty. Jeśli chodzi o ilustracje, wszyscy rysownicy pojawiali się w serii już wcześniej, więc dotychczasowi czytelnicy powinni wiedzieć, czego się spodziewać.

Rare Cuts to krótkie wydanie zbiorcze, do szybkiego przeczytania, zawierające historie przejściowe, co niekoniecznie oznacza, że słabe. Stały poziom i atmosfera serii zostały zachowane. Żegnamy Delano, przechodzimy przez średnią opowieść Morrisona, witamy Ennisa i przygotowujemy się na jego dłuższy pobyt na stronach tego komiksu. Jedno z pierwszych zdań na tylnej okładce Dangerous Habits, kolejnej części, brzmi: John Constantine is dying.

sobota, 5 grudnia 2009

#72 - The Punisher Volume 3 [Garth Ennis & Steve Dillon]

Na zły początek...
KaeReL i Rysovek rozjebali...


Dopiero zabierając się za ten tekst zauważyłem, że dotychczas nie było tutaj ani słowa na temat Gartha Ennisa. Jeden z bardziej szalonych i, niestety, nierównych scenarzystów wreszcie doczekał się pierwszego - i pewnie nie ostatniego - wpisu, a konkretniej recenzji jego podejścia do postaci Punishera. Swego czasu udało mi się dorwać kilka zeszytów serii The Punisher MAX, również napisanej prze Gartha i, strasznie zachęcony, postanowiłem przeczytać całość. Potem okazało się, że wypada znać wydarzenia zaprezentowane w dwóch poprzedzających wersję MAX edycjach (trzeciej i czwartej), zabrałem się więc do czytania trójki.

Początek wydawał mi się rewelacyjny - czysta akcja bez zbędnej zamułki, coś niezbyt absorbującego i jednocześnie pozwalającego się rozerwać. Frank robił to, czego od niego oczekiwałem - mordował przestępców bez cienia litości, przestępcy starali się mu przeszkodzić, a wszystko przyprawione było specyficznym, chorym poczuciem humoru Ennisa i przyciągającymi uwagę postaciami. Potem było nieco dziwniej, pojawił się na przykład ksiądz mordujący spowiedników (jak widać autorowi ciężko jest rozstać się z pewnymi tematami), a jedna z postaci straciła wszystkie kończyny w wyniku starcia z niedźwiedziami, ale tego typu wydarzenia nie są niczym nietypowym dla twórczości Gartha, no i gdzieś po drodze miał miejsce znakomity gościnny występ Daredevila, jeden z lepszych pomysłów w Volume 3. Dalej działo się wiele, a jednak napięcie opadało, pojawili się nowi bohaterowie podobni do wspomnianego księdza, Punisher potrafił przeżyć nawet spacer w ulewie ołowiu i robił widowiskową rozpierduchę, ale mimo wszystko czegoś zabrakło. Już nie było tak świetnie jak na początku, najwyżej znośnie. Dało się wytrzymać, w końcu przeciętny Ennis to wciąż całkiem przyjemna lektura, której można wybaczyć nawet liczne (wytknięte choćby tutaj) błędy scenariuszowe i robienie z Franka ultratwardziela, dla którego nie istnieje ból nie do zniesienia czy zbyt niebezpieczna akcja. Do pewnego momentu czytelnik marszczy czoło jedynie od czasu do czasu, będąc umiarkowanie zadowolonym.


Główny problem pojawia się razem z wkroczeniem postaci o pseudonimie The Russian. Być może moja ocena jest nieco skażona tym, że czytałem już co nieco z Volume 4, gdzie działy się jeszcze gorsze rzeczy, niemniej tutaj też jest źle. Tak jak z powodu niektórych wydarzeń i bohaterów Kaznodzieja miał problemy z utrzymaniem klimatu, tak The Punisher Ennisa pod koniec pada na pysk, właśnie z powodu Russiana. Niedorzeczność tej postaci burzy atmosferę i zmienia komiks w karykaturę, którą początkowo nie miał być, a w każdym razie wcale się na to nie zanosiło. Owszem, było kilka groteskowych, typowych dla autora wydarzeń, tyle że tamte epizody sprawiały wrażenie pasujących do całości. Na koniec mamy jeszcze pewne ugryzienie w nogę (szczegóły po kliknięciu w podany wyżej link) i żegnam się z miniserią mając przeświadczenie, że oczekiwałem czegoś całkowicie innego.

Każdy, kto czytał choćby Kaznodzieję (a zakładam, że większość zainteresowanych komiksem zetknęła się z tym tytułem przynajmniej na chwilę), wie, jak rysuje Dillon. Rysuje niby nieźle, ale nie tak, żebym piał z zachwytu. Dodatkowym problemem jest to, że bardzo często postacie są do siebie strasznie podobnie i gdyby Frank miał na niektórych obrazkach nieco inną fryzurę, zastanawiałbym się, czy przypadkiem nowym Punisherem nie został Jesse Custer. Jakoś nie zachwyciłem się tymi rysunkami, zresztą nigdy nie byłem jakimś wielkim entuzjastą prac Dillona.

The Punisher Volume 3 to bardzo dobry początek, po którym następuje spadek w dół aż do momentu, kiedy ta miniseria przestaje być czymkolwiek ciekawym. Volume 4 jest czymś jeszcze gorszym (przynajmniej na razie, dotychczas przeczytałem jedynie cztery odcinki), więc mam nadzieję, że przebrnę przez to w miarę szybko i bezboleśnie, bo wiem, że MAX daje radę.

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...