Czytając drugą część antologii The Very Best OFF zacząłem się w pewnej chwili zastanawiać, czy to kwestia zamieszczonych w niej komiksów, czy to ja zmieniłem się w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy do tego stopnia, że odgrzewane fragmenty Ziniola bawią mnie dużo mniej niż ostatnio. Potem dotarłem do strony 115, na której Dominik Szcześniak, redaktor naczelny, wyjaśnia: "Faktycznie, z najlepszego materiału wyprztykaliśmy się w vol. 1. Rarytasy i kawałki ze stron B gromadzą jednak rzeczy być może stokroć ważniejsze, bo pokazujące duszę zina". Zresztą, dopisek "Rarities and B-sides" mówi sam za siebie. Więc tak, w czasie lektury rzeczywiście zadałem sobie pytanie, znowu cytując Szcześniaka, "The best of? Naprawdę?", ale z drugiej strony musiałem nastawić się na to, że najlepsze w sensie czysto komiksowym rzeczy zostały opublikowane w części pierwszej, a druga to bardziej ciekawostki, materiał może nie tak dobry, ale wartościowy w inny sposób, zwłaszcza dla fanów. Jak strony B muzycznych singli na winylach lub taśmach. Bo antologia znowu została wydana w formie przypominającej kasetę magnetofonową. [więcej na stronie Gildii Komiksu]
środa, 21 listopada 2012
#271 - Ziniol - The Very Best OFF: Greatest Hits vol. 2 Rarities and B-Sides
wtorek, 31 lipca 2012
#251 - Ziniol #52
Fajnie, że Szcześniak jest aż tak niezdecydowany, że ponownie zdecydował się wznowić Ziniola, nawet jeśli pod postacią "jednostrzału", a dalszy ciąg znowu zależy od tego, jak chętnie czytelnicy zagłosują portfelami. Ja niezmiennie głosuję, nie tylko z poczucia obowiązku albo przez to, że mierzi mnie prawie całkowity brak magazynów komiksowych w naszym kraju (w czwartym Bicepsie chłopaki z ATY napisali, że po zakończeniu wydawania Ziniola, Kolektywu i Kartonu zostali na placu boju sami, a dla mnie zabrzmiało to bardzo smutno). Głównym powodem jest fakt, że Ziniol zawsze był dla mnie czymś dobrym. W #52 numerze jest inaczej, niż wtedy, gdy czytałem ostatnie papierowe wydanie tego magazynu, jeszcze publikowane przez Timofa; po pierwsze, ten "jednostrzał" to rzut niewielkiej ilości materiału, który traktuję jak sondę sprawdzającą, czy warto wracać. Po drugie, mamy tu wyłącznie materiał komiksowy, cała publicystyka pozostaje na stronie internetowej. Szkoda, jednak rozumiem. Względy praktycznie. I tak trudno nie podziwiać Dominika Szcześniaka za to, że w ogóle mu się chce, nawet pomimo wcześniejszych (niezasłużonych) niepowodzeń, i że publikuje na papierze jakikolwiek magazyn. Nawet mający trzydzieści kilka stron, które można przeczytać dosłownie w parę minut. Ale z drugiej strony, tak naprawdę trudno mi wymienić bardziej znaczącą wadę numeru #52 niż właśnie objętość. Niewielka objętość drażni, bo dobrych rzeczy chciałoby się więcej.
We wcześniejszych wydaniach Ziniola najbardziej przemawiała do mnie publicystyka, wspominałem już kilka razy, że krótkie opowieści obrazkowe, nawet jeśli są ciekawe, rzadko zostają w mojej pamięci na dłużej. Tu jest podobnie, ale to wina wyłącznie mojego podejścia. Szcześniak dał radę i bez problemu mogę powiedzieć, że #52 Ziniol, pomimo skromniejszego wydania, wcale nie odbiega poziomem od wcześniejszych. Założyciel magazynu znowu dobrze się spisał, zarówno jako scenarzysta (trochę życiówek, przede wszystkim w znanych z Internetu przygodach Leszka, trochę abstrakcyjnego humoru w historii z rysunkami Rusteckiego, bardzo fajny wstęp, również w postaci komiksu z samym redaktorem Szcześniakiem w roli głównej), motor napędowy całej akcji oraz organizator zbierający do magazynu takich scenarzystów i rysowników jak Daniel Grzeszkiewicz (świetna okładka), Grzegorz Pawlak, Hubert Ronek, wspomniany już Marcin Rustecki, Piotr Nowacki, Łukasz Kowalczuk i Nikodem Cabała. Wszyscy spisali się dobrze, jeśli chodzi o scenariusze, najlepiej sam Dominik Szcześniak, biorący na siebie napisanie większości historii, a jeśli chodzi o ilustracje, jak zawsze niezawodny Nowacki, niechlujny Rustecki (choć niejedna praca na stronie Ziniola była według mnie o wiele bardziej dopracowana i ciekawsza) oraz realistyczny Pawlak. Jest wysoki poziom i różnorodność.
Na koniec odniosę się do jeszcze jednej rzeczy, która trochę mnie poruszyła. Wymieniony wyżej Piotr Nowacki przeczytał recenzję tego numeru Ziniola na stronie Alei Komiksu i stwierdził, że treści jest tu jak na lekarstwo. 10 lat temu na forum Produktu, po ukazaniu się każdego numeru, pojawiało się conajmniej kilkanaście postów, z których każdy zawierał więcej informacji, odczuć, opinii, analizy niż Twoja recenzja. Szkoda, że nie było wtedy Alei Komiksu, bo moglibyście przeklejać te posty i mielibyście kilkanaście recenzji Produktu w jednym tylko miesiącu. Szkoda, bo zinów czy magazynów od dawna nikt już w komiksowej sieci nie recenzuje. Nie wspominając o tym, że na forach też ludziom nie chce się już wymieniać opinii, tak jak to bywało kilka lat temu. Przeczytałem to i pomyślałem, że z jednej strony moglibyśmy (my, recenzenci) bronić się, na zasadzie "co tu recenzować, skoro to ledwie trzydzieści parę stron do przeczytania w czasie pięciominutowej przerwy w pracy" albo stwierdzać, że Ziniol to przecież nie Produkt, nie tylko, jeśli mówimy na temat samej objętości. Ale to zwykłe pierdolenie, w taki sposób da się usprawiedliwić niemal wszystko. I z jednej strony nie ma czego usprawiedliwiać, bo przecież nikt nie ma złych intencji, a z drugiej, skoro często sami narzekamy (ja narzekam) na kulejącą polską prasę komiksową, to może warto bardziej skupić się na jej omawianiu na stronach czy blogach. Na lepszym omawianiu. Poświęcaniu jej większej uwagi, nawet jeśli do tej pory i tak była dość duża, lub jeśli każdy z nas uważa, że jest wystarczająca. Zwłaszcza, jeśli jest co polecać. W wypadku Ziniola jest. Problem nie polega na tym, że te magazyny są słabe, po prostu mało kto chce je czytać. Jedna czy dwie recenzje raczej i tak tego nie zmienią, ale z drugiej strony, co komu szkodzi bardziej się przyłożyć i napisać więcej niż kilka zdań?
sobota, 5 listopada 2011
#174 - Ziniol - The Very Best OFF: Greatest Hits vol. 1 1998-2005
Pierwsza część The Very Best OFF to najlepsze, zdaniem autorów, komiksy, które wcześniej znalazły się w kserowanej odsłonie Ziniola. Ziniol, na początku Zinio, to najpierw czterdzieści numerów zina, później 10 numerów magazynu wydawanego przez Timofa, obecnie zaś "jedynie" często aktualizowany blog z mnóstwem krótkich opowieści obrazkowych, ilustracji, recenzji, newsów (ponad 200 odcinków działu "Kibicujemy") i wieloma innymi ciekawostkami. [więcej na stronie Gildii Komiksu]
niedziela, 27 lutego 2011
#138 - Ziniol #10
Nie wiem, czy ludzka dusza naprawdę waży 21 gramów, ale szerokość wszystkich dziesięciu numerów nowego Ziniola to mniej więcej 9 centymetrów. Trochę się tego uzbierało. Całkiem sporo dobrych tekstów i komiksów. Jeśli chodzi o mnie, mógłbym posiadać nawet kilka metrów tych grzbietów, każdy z inną liczbą, ale to już koniec, przynajmniej na razie. Ten Ziniol jest ostatni, zostaje tylko (i aż, bo znajdującym się na niej materiałem dałoby się obdzielić kilka innych magazynów i blogów) strona internetowa. Ciągle mam nadzieję, że jeszcze coś kiedyś wyjdzie, jednak póki co to by było na tyle. Miałem wspomnieć o tym, że bardzo mi przykro z powodu śmierci magazynu, a więc: bardzo mi przykro. Losy periodyku powinny potoczyć się inaczej, kibicowałem inicjatywie od samego początku (to znaczy nie licząc kserowanej odsłony), ale niestety Ziniol nie doczekał się wystarczającej liczby kibicujących. Na szczęście redakcja wciąż chce działać w elektronicznej formie, a na pożegnanie zostawiła swoim czytelnikom kolejny dobry numer. Gdyby nie był ostatni, w poprzednim zdaniu dopisałbym: czyli nic nowego.
Po antologii greckiego komiksu wracamy na bardziej znany grunt, ze stałymi działami takimi jak Grzebiąc pod ziemią, pRzYpAdKoWy felieton czy Kącik Otoczaka. Nawiasem mówiąc, rozumiem obecność tego ostatniego na łamach magazynu (niewątpliwie był potrzebny), ale mimo to nigdy nie zdołałem przekonać się do jego prac. Akurat w Ziniolu wolałem te bardziej przystępne, których na szczęście znowu nie zabrakło. Są krótkie formy autorów z różnych krajów, choć tym razem głównie z Polski, jest dosyć, hmm, intrygujący fragment komiksu Mój Syn, recenzowanego w magazynie już wcześniej, oczywiście jest Dominik Szcześniak, a także Grzegorz Pawlak, Piotr Nowacki, Maciej Pałka, Rafał Trejnis (ilustrujący kolejny epizod Fotostory), jest również Tomasz Kleszcz. Jeśli chodzi o poziom opowieści, jest dobrze, jak zwykle.
Publicystyka nie obniża poprzeczki, a w dodatku jest jej więcej niż ostatnio, co bardzo mi odpowiada. Oprócz wspomnianych wyżej tekstów zainteresowało mnie podsumowanie Najlepsze komiksy roku 2010, które pewnie jeszcze nie raz pomoże mi podjąć decyzję w czasie kombinowania, co by tu wrzucić do internetowego koszyka. W numerze zamieszczono także dwie recenzje (książki 45-89 Comics Behind The Iron Curtain oraz objazdowej wystawy Czas na komiks). W kolejnych odsłonach magazynu (wiem, w tej chwili nie ma na co liczyć) chętnie zobaczyłbym jeszcze więcej stron z publicystyką, nawet kosztem opowieści obrazkowych.
Gdyby nie okładka i wstępniak, niedoinformowany czytelnik mógłby się nie zorientować, że ma do czynienia z numerem pożegnalnym. Redakcja i autorzy po prostu zrobili swoje i zrobili to dobrze. Jak zwykle, po raz kolejny, ale jednocześnie po raz ostatni na papierze... a może jednak nie?
W następnym odcinku (najprawdopodobniej):
???
piątek, 4 lutego 2011
#134 - Ziniol #9
Przypuszczam, że do sporej liczby czytelników dotarła już wiadomość o końcu papierowego Ziniola. Dziesięć numerów to jak na razie wszystko, ale ponieważ jak zwykle mam zaległości, zajmę się dziewiątym i udam, że jeszcze nie czytałem kolejnego, który zrecenzuję wkrótce i na pewno wspomnę o tym, że bardzo mi przykro z powodu śmierci magazynu. Tymczasem...
Dziewiąty Ziniol jest inny od poprzednich. Praktycznie brakuje w nich komiksów polskich, jest za to masa greckich, którym poświęcone jest niemal całe wydanie. W porównaniu do wcześniejszego numeru, trochę brakuje mi tu publicystyki - pomiędzy okładkami znajdziemy jedynie drugą część pRzYpAdKoWego felietonu Jakuba Jankowskiego, parę akapitów o twórczości Marco Mendesa oraz najobszerniejszy tekst, Krótka historia komiksu w Grecji. Ten ostatni jest bardzo ciekawy, jednak zgadzam się ze słowami autora Eliasa Tabakeasa, że "tak skrótowy przegląd dziejów nie może być (...) wyczerpujący", a poza tym czasem z interesującego artykułu zmienia się w listę nazwisk ludzi, które nic mi nie mówią, zaś ilustracje niezbyt dopasowane do treści (chyba, że to ja czegoś tu nie zrozumiałem) wcale nie ułatwiają połapania się, o czym akurat pisze autor. Mimo to publicystyka daje radę i naprawdę chciałoby się chociaż trochę więcej.
Co do komiksów, niezależnie od tego, czy zostaną uznane za dobre, czy kiepskie, stanowią podróż po - jak mniemam - nieznanym większości czytelników świecie greckich opowieści obrazkowych, podróż, w którą nie mógłbym się udać bez dziewiątego Ziniola. Z samym poziomem historii jest różnie, zresztą jak zwykle. Trafiają się dobre rzeczy i takie, o których zapomniałem zaraz po lekturze. Redakcja postarała się o jak największą różnorodność tematyczną i stylów rysowania, co jest najlepszym pomysłem, na jaki mogła wpaść. Wspomnę jeszcze tylko, że kto czytał poprzednie numery i był z nich zadowolony, teraz też nie powinien się zawieść.
Na koniec: jednak wspomnę o przedwczesnej śmierci Ziniola. Co prawda nie śledzę wszystkich stron i blogów, ale jakoś nie natknąłem się na żadną recenzję antologii greckiego komiksu. Zresztą, w ogóle niewiele osób wspominało/wspomina o magazynie, tak jakby nigdy nie istniał. Może przestał istnieć między innymi przez to? Na pewno nie dlatego, że był kiepski.
niedziela, 10 października 2010
#114 - Ziniol #8
Dawno temu, kiedy w Bielsku istniał jeszcze sklep z komiksami, w którym mogłem natknąć się na recenzowany właśnie magazyn, gdy Stachursky nie był jeszcze Żółtą Magnetyczną Gwiazdą i nie tworzył (a przynajmniej tak przypuszczam) pod wpływem tak wielkiej ilości twardych narkotyków, Ziniol miał większą objętość, większy format i większy nakład. Obecnie ma 100 stron, nową szatę graficzną, jest tańszy oraz, co najważniejsze, nie poddał się mimo niewystarczającej ilości czytelników. Pokazuje to prężnie działający blog (mnóstwo recenzji i ciekawostek), jak również najważniejsza rzecz, czyli wszystko, co można znaleźć pomiędzy okładkami. Mój opóźniony zapłon jak zwykle sprawia, że kupuję dany numer Ziniola w momencie, gdy nowszy czeka już od jakiegoś czasu w sklepach internetowych, jednak - nawiązując do tego, o co Dominik Szcześniak poprosił we wstępie - i tak daję odpowiedź zwrotną.Co mogę napisać? Po raz kolejny dawać do zrozumienia, że to dobry magazyn? Tak uważam, więc naprawdę szkoda, że zamiast rozwijać skrzydła, nie może sobie pozwolić na ekspansję i zamiast tego jest skazany na "grzebanie w ziemi". Widać, że ludzie odpowiedzialni za jego zawartość piszą o komiksach z pasją i po prostu chce im się to robić, niezależnie od nakładu czy zmniejszonej objętości Ziniola - i chwała im za godną podziwu determinację. Nie zmienia to niestety faktu, że potencjalny czytelnik uznaje starania redakcji za coś zbędnego. Potrafię to zrozumieć - zamiast czytać o komiksach, być może woli poczytać same komiksy, a informacji o nich nie brakuje na stronach oraz forach internetowych, przy czym są dostępne zupełnie za darmo. Prawdziwe, racjonalne i jednocześnie smutne. Mimo to nadal będę polecał Ziniola, wciąż chcę mieć coś takiego na swojej półce i cały czas wolę leżeć na kanapie i czytać artykuły (nie bez znaczenia jest fakt, że są to bardzo dobre artykuły) oraz opowieści wydrukowane na kartkach papieru, móc przewracać strony, a nie schodzić w dół używając myszki w czasie ślęczenia przed monitorem. Ziniol jest mi potrzebny, szkoda tylko, że tak niewiele osób podziela moje zdanie.
Ósmy numer to, jak zwykle, zbiór ciekawych komiksów (tyle, że tym razem odczuwalnie lepszych niż ostatnio, za co należą się brawa) oraz interesujących artykułów, wywiadów i recenzji. Nie będę wymieniał wszystkiego z osobna - przeczytałem całość z uśmiechem na pysku, a najbardziej przypadł mi do gustu tekst o Panu Naturalnym Roberta Crumba, utwierdzający mnie w przekonaniu, że olanie pisania o tej historii było słuszną decyzją. Na pewno nie osiągnąłbym tak zadowalającego efektu. Jedyna wada zawartości Ziniola to, moim zdaniem, większa niż dotychczas ilość literówek i błędów ortograficznych (na przykład "świerzy podmuch" w komiksie o Napoleonie), ale natłok zalet sprawia, że po lekturze aż nie chce się o tym pamiętać.
wtorek, 18 maja 2010
#89 - Ziniol #7
Siódmy numer Ziniola ukazał się juz jakiś czas temu, ale mimo to na pewno nie zaszkodzi napisać o nim kilku krótkich zdań, nawet ze sporym opóźnieniem. Bo jak zwykle jest to numer na poziomie.Dla mnie najciekawszym tekstem w siódmej odsłonie magazynu jest ten traktujący o grupie Doom Patrol, którą swego czasu bardzo się zachwycałem (i oczywiście od tamtej pory nie przeczytałem żadnego z kolejnych Trade'ów, ale co się odwlecze...). Można tu przeczytać nie tylko o runie Morrisona, ale także o dużo wcześniejszych przygodach tych nietypowych bohaterów. Poza tym w numerze znajduje się rozmowa z Andrzejem Janickim (szkoda, że to jedyny wywiad w tym Ziniolu, nie zapominajmy jednak o stronie internetowej kwartalnika), podsumowanie dwóch dekad komiksu w wolnej Polsce napisane przez Karola Konwerskiego, teksty o polskich zinach (zarówno tych aktualnych, jak i prekursorskich) oraz artykuł zatytułowany Kto zabił polski komiks? - od pewnego czasu bardzo popularne pytanie. Całość stanowi bardzo ciekawą lekturę pozbawioną zgrzytów.
Jeśli chodzi o komiksy, zaprezentowano prace kilku autorów goszczących już wcześniej w magazynie (np Nick Abadzis, panowie od Morfium) oraz kilka nieznanych stałemu czytelnikowi kwartalnika nazwisk i są to rzeczy niezłe, aczkolwiek idealnie pasują do nich słowa napisane przez Dominika Szcześniaka we wspomnianym artykule Kto zabił polski komiks? - "Takich, które mogłyby podbić świat jest niewiele. Takich, o których zapomina się chwilę po przeczytaniu - mnóstwo". I faktycznie, lekturę siódmego Ziniola mam już dawno za sobą, a teraz, po ponownym przejrzeniu magazynu, da się zauważyć, że w głowie pozostało jedynie wrażenie miło spędzonego czasu, ale same krótkie historyjki wyleciały z pamięci. Mimo to ciężko napisać o tych komiksach, że są kiepskie. Po prostu nie należą do "takich, które mogłyby podbić świat", ale też nie na takie się nastawiałem.
Jakiś czas temu na stronie magazynu można było przeczytać, iż "tylko cud może sprawić, że drukowany Ziniol nie będzie 96-stronicowym kwartalnikiem o niewielkim nakładzie. A my w cuda nie wierzymy". A ja na to - wielka szkoda, jeśli do tego dojdzie, ale moja wypowiedź znajdująca się na dole podlinkowanego wpisu jest nadal aktualna.
piątek, 23 października 2009
#57 - Ziniol #6

Ziniol do pewnego momentu był z numeru na numer wyraźnie lepszy, aż do piątego wydania, kiedy moim zdaniem osiągnął swój stały i przede wszystkim wysoki poziom (co wcale nie jest jednoznaczne z tym, że przestał się rozwijać). Mimo niskiego nakładu trzyma się bardzo dobrze i nie został sezonowym magazynem komiksowym, a jakiś czas temu jego czytelnicy mogli nabyć Ziniola numer 6.
Po pierwsze, cieszę się, że wróciły recenzje - w śladowych ilościach, ale zawsze. Nie narzekam, bo szczerze mówiąc od mojego ostatniego wpisu o Ziniolu zacząłem czytać opinie o komiksach na stronie magazynu, więc ich mniejsza ilość na papierze jest mniej odczuwalna. W numerze mamy też rozmowy z Jeffem Lemire'm (Opowieści z Hrabstwa Essex przeczytane, napiszę o nich prawdopodobnie wkrótce), Brianem Bollandem, Igorem Baranko oraz Olafem Ciszakiem - wszystkie są bardzo interesujące i za wszystkie należą się Ziniolowi dwa kciuki w górę. Jeśli chodzi o pozostałe teksty, najbardziej spodobał mi się ten o Garthu Ennisie (przede wszystkim zachęcił mnie do sprawdzenia kilku jego nowszych rzeczy, na przykład serii The Boys) oraz komiksie Camelot 3000. Poza tym magazyn wymienia najciekawsze historie o Green Arrow (deem, jak to odmienić? "Green Arrowie" brzmi trochę kulawo) oraz omawia serię Torpedo.
Ziniolowe komiksy również dają radę - mamy tu między innymi zakończenie pierwszego sezonu Fotostory (trochę szkoda, że sezon nie okazał się zamkniętą historią i znów trzeba będzie czekać na ciąg dalszy), Abadzisa, Lemire'a oraz Igora Baranko. Nowością są liczne komiksy rosyjskie, zachęcające przede wszystkim bardzo udanymi rysunkami. Przy okazji, zauważyliście, że Diagnoza: Melancholia Andrija Tkalenko opiera się dokładnie na tym samym dowcipie, który wpisał do swojego dziennika Rorschach w Strażnikach?
O tym, że według mnie jest to kolejny udany numer Ziniola, wspominałem już na samym początku. Teraz napiszę tylko, że już czekam na następny, oby jeszcze lepszy (chociaż wystarczyłoby, gdyby był tylko i aż tak samo dobry).
niedziela, 30 sierpnia 2009
#25 - Po łebkach [1]
1) Planetary [Warren Ellis & John Cassaday]

O "Planetary" wspominałem już wcześniej, twierdząc, że mi się podoba. Po skończeniu całości mogę tylko polecić tę serię - pomysły z zeszytów #19, #20 i #21 są świetne (według mnie to najlepsze odcinki), więc warto do nich dobrnąć, co zresztą wcale nie będzie jakieś nieprzyjemne - po drodze czeka nas naprawdę sporo dobrych rzeczy.
2) Tytus, Romek i A'Tomek: Księgi II-XIII

Polecę hurtowo, ale od postu dotyczącego Księgi I minęło trochę czasu. Poza tym wcale nie chodziło mi o pisanie o każdej Księdze z osobna, to mija się z celem. Dlaczego? Ponieważ potwierdza się to, co stwierdziłem w lutym - kupuję ten komiks tylko i wyłącznie z sentymentu i szczerze mówiąc od kilku Ksiąg w ogóle przestałem go czytać. Nabywam, żeby mieć klasykę w dobrym stanie, odkładam sobie na półkę i tak jest dobrze. Niektóre historie, w tym te z "Tytusa, Romka i A'Tomka" za bardzo się zestarzały, żeby jeszcze mnie bawiły; wolę zostawić sobie dobre wspomnienia z dzieciństwa i nie czytać tego od nowa. Próbowałem i nie wyszło z tego nic dobrego.
3) Star Wars 7/2009

Kolejny komiks kupowany z sentymentu, ale nie do samych "Gwiezdnych Wojen" - nigdy nie byłem ich wielkim fanem i nawet nie oglądałem nowszych części. Chodzi o sentyment do zeszytów, a że niewiele ich na naszym rynku... "Star Wars" kupuję, czytam i odkładam, zwykle zapominając, czego dotyczyła dana historia, chociaż niektóre są rzeczywiście niezłe. Prosta rozrywka. Gdybym był fanem, na pewno miałbym większą wiedzę dotyczącą "Gwiezdnych Wojen", a wtedy mógłbym docenić niuanse przedstawianych tu opowieści (których może być całkiem sporo, ale nie potrafię ich dostrzec) i automatycznie byłbym bardziej zadowolony.
4) Ziniol #3-#5

Poprzednia opinia na temat "Ziniola" podtrzymana - wciąż warto. Magazyn cały czas się rozwija, nawiązuje kontakt z kolejnymi ciekawymi postaciami świata komiksu i prezentuje bardzo wysoki poziom. Jedyne, co mi się nie podoba, to fakt, że od numeru #5 z "Ziniola" zniknęły recenzje - zostały w całości przeniesione na jego cybernetyczne uzupełnienie, ale ja wolałbym móc otworzyć sobie papierowy magazyn i sprawdzić, co ukazało się w danym okresie, zamiast ślęczeć przed monitorem. Nie lubię takiego czytania, więc siłą rzeczy strona "Ziniola" jest przeze mnie pomijana - po prostu nie potrafię przeglądać długich tekstów siedząc przed komputerem. Ponadto strona kiedyś zniknie, w przeciwieństwie do recenzji umieszczonych w magazynie.
Wkrótce numer #6, o którym postaram się napisać bardziej szczegółowo.
poniedziałek, 24 listopada 2008
#13 - Ziniol

Chciałem napisać coś na temat świeżo przeczytanej polskiej wersji "From Hell", ale doszedłem do wniosku, że to nie dla przeciętnych śmiertelników takich jak ja. Muszę się zebrać w sobie, ale i tak wątpię, czy uda mi się wnieść cokolwiek do tematu - mogę zachwycać się genialną fabułą, opowiadać o wrażeniach wyniesionych z lektury, ale i tak będzie to coś w stylu "tańca łowców mew". Zamiast tego napiszę o innym przedsięwzięciu Timofa, może nie tak doniosłym, ale wciąż bardzo ważnym.
"Ziniol", bo o nim mowa, to magazyn komiksowy ukazujący się na naszym rynku od czerwca tego roku. I bardzo dobrze, bo sytuacja, w której w Polsce nie było tego typu wydawnictwa nie podobała się chyba nikomu. Choćby przez to należy wspierać "Ziniola", ale to nie jedyny i nie najważniejszy powód. Najważniejszy powód jest taki, że "Ziniol" jest po prostu dobry i rozwija się z numeru na numer. Drugi zniszczył pierwszy, a jak widziałem zapowiedzi trzeciego, to aż boję się, co (i kto) będzie w czwartym. I nie mów, że nie jarasz się, że okładkę narysował Norm Breyfogle. Pomijam fakt, że geniusz z niego żaden, ale chyba niewielu jest takich, którzy nie czują sentymentu do tych starych, śmierdzących Batmanów z TM-Semic, na tragicznym papierze i z przeciętnymi rysunkami Norma. To były komiksy!
Pewnie, są liczne wady (zwłaszcza długie, analityczne teskty), ale jeśli będą systematycznie eliminowane, to nie widzę problemu. Jeszcze nigdy nie dostrzegałem aż tak szybkich postępów jak te "Ziniola", także trzymam kciuki i głosuję portfelem. Smutne jest tylko to, że w numerze #2 nakład zmniejszył się z 1000 do 500, a cena wzrosła z 20 do 25 złotych. Mam nadzieję, że przy trójce nie będzie podobnych jaj. Nie chcę, żeby jedyny polski magazyn komiksowy (mówię oczywiście o tych "ukazujących się na papierze) zdechł z braku poparcia. Zwłaszcza, że ma potencjał.


