Pokazywanie postów oznaczonych etykietą marvel. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą marvel. Pokaż wszystkie posty

sobota, 19 stycznia 2013

#279 - Iron Man: Extremis [Warren Ellis & Adi Granov]

Bez bawienia się w trzymanie kogoś w napięciu napiszę od razu, że Iron Man: Extremis dał mi to, czego spodziewałem się po Wielkiej Kolekcji Komiksów Marvela, czyli dobrą rozrywkę. Nie wiem, na ile mój pozbawiony świeżego podejścia, przeżerany od dzieciństwa przez opowieści obrazkowe mózg jest jeszcze w stanie wchłaniać podobne rzeczy, bo mam wrażenie, że wszystko to już gdzieś widziałem, ale i tak bawiłem się całkiem nieźle. Wyszło tak, że niedawno czytałem inną historię z Iron Manem w roli głównej, Pięć koszmarów, gdzie chodziło generalnie o to samo: zły, pozbawiony zasad moralnych człowiek dostaje w swoje ręce nową technologię, Tony Stark próbuje go pokonać i ledwo uchodzi z życiem, ale ostatecznie - wiadomo - wymyśla coś jeszcze lepszego i staje do walki po raz drugi. Pewnie za parę miesięcy, po przeczytaniu kolejnej setki komiksów, już nawet nie będę odróżniał Pięciu koszmarów od Extremis, ale to nieważne. Warren Ellis odwalił solidną, rzemieślniczą robotę, co prawda nie umywającą się do takich rzeczy jak Transmetropolitan czy Planetary, ale sprawdzającą się bardzo dobrze jako czytadło. Adi Granov nie do końca przekonuje mnie swoimi przypominającymi fotografie rysunkami, ale to znowu mój gust, prawda wygląda tak, że warstwa graficzna tej historii to pod wieloma względami coś niesamowicie imponującego. W kategorii przerobionych ostatnio komiksów, o których nawet nie warto za bardzo się rozpisywać, które wkrótce i tak zapomnę, bo wcześniej czytałem dziesiątki podobnych i przeczytam dziesiątki podobnych w przyszłości, ten jest na pewno jednym z najmniej wartych zapomnienia. Porządny produkt. Lubiącym takie rzeczy mogę tylko polecać, odradzam jedynie czytelnikom szukającym ambitnego arcydzieła. Nie ten adres.

niedziela, 6 stycznia 2013

#277 - Astonishing X-Men: Obdarowani [Joss Whedon & John Cassaday]

Nigdy nie ukrywałem, że nie jestem jakoś specjalnie zainteresowany komiksami Marvela. Nie ignoruję ich celowo, tak po prostu wychodzi. Mam inne priorytety i, choć co jakiś czas obiecuję sobie, że nadrobię związane z nimi zaległości, jakoś nigdy mi się to nie udaje. Ostatnia recenzja komiksu z tego wydawnictwa pojawiła się na moim blogu w 2009 roku, także sami widzicie, jak to wygląda. Jednak wolę DC, a konkretnie Vertigo, herosi Marvela zawsze kojarzyli mi się z bandą kolorowych, dziecinnych trykociarzy. Bardziej dziecinnych od reszty. Zdaję sobie sprawę, że niesłusznie i że wiem o tych postaciach tyle, co nic. Z pomocą w poszerzaniu wiedzy przyszła Wielka Kolekcja Hachette, o której napisano już tak wiele, że powodzenia, jeśli ktoś chciałby to wszystko najpierw znaleźć, a potem przeczytać. Powodzenia z odszukiwaniem rzetelnych informacji (których, swoją drogą, było bardzo niewiele głównie dzięki Hachette) pośród akapitów pełnych narzekania i bicia piany. Jeśli chodzi o mnie, nigdzie się nie wypowiadałem, szkoda mojego czasu na podobne dyskusje. Wolałem spokojnie zaczekać. Kupiłem numer pierwszy, Spider-Mana Straczynskiego i Romity, zamówiłem prenumeratę, wiedząc o tym, że dalsze tomy Kolekcji mogą nigdy się nie ukazać. Ale w końcu się ukazały. I bardzo dobrze. Na pierwszy ogień poszli Astonishing X-Men Whedona i Cassadaya.

Jeszcze kilka słów o Spider-Manie. Nagrodę w postaci mojego uznania za najlepszą recenzję otrzymuje Tomasz Kleszcz: Przychodzi zły koleś znikąd, dysponuje zajebistą mocą, ale Peter i tak go pokonuje, koniec historii. I tyle wystarczy. Ten komiks był słaby, bardzo słaby. Mam wrażenie, że znudziłby mnie, nawet gdybym czytał go jako czternastolatek. Bajka do szybkiego przekartkowania i zapomnienia, niezależnie od licznych pochwał, jakie dostała. Czyli moje śmieszne uprzedzenia w stosunku do Marvela tylko się potwierdziły. I, być może, gdybym nie zamówił prenumeraty przed lekturą Spider-Mana (pomijając fakt, że w ciągu ostatnich miesięcy zdążyłem zupełnie o niej zapomnieć), w ogóle nie sięgnąłbym po resztę. A tu proszę, okazuje się, że zrobiłbym błąd, bo Astonishing X-Men to całkiem fajny komiks.

Joss Whedon sprawił, że przestałem uśmiechać się na widok herosów ubranych w kolorowe kalesony i zostałem wciągnięty w jego historię. Zrobił to na wysokim poziomie, przede wszystkim dzięki dobrym dialogom. Sam pomysł też jest ciekawy: Kavita Rao, wybitny genetyk, ogłasza, że wynaleziono lekarstwo na mutację. Nietrudno zgadnąć, że wśród X-Men i generalnie wśród mutantów taka informacja wywołuje ogromne zamieszanie. Jedni chcą się wyleczyć, niektórzy wolą nie dopuścić do tego, by lek stał się dostępny dla wszystkich zainteresowanych, jeszcze inni obawiają się, że prędzej czy później rząd sprawi, że jego działaniu będą musieli poddać się wszyscy mutanci, nawet wbrew swojej woli. Ten prosty pomysł jest świetnym punktem wyjścia do poprowadzenia fabuły, w której najbardziej interesujące są interakcje pomiędzy członkami X-Men, grupy, w której nie wszyscy lubią się nawzajem i gdzie nie brakuje osób dbających przede wszystkim o własne interesy, często sprzeczne z interesami reszty.

Nie jest to rzecz genialna, jednak czyta się to bardzo dobrze. Ogląda też, choć John Cassaday mógłby nie przesadzać z tymi oszczędnymi tłami. Bywa to irytujące. Poza tym pamiętam, że kiedy czytałem Planetary, jego ilustracje podobały mi się dużo bardziej. Albo tylko zapamiętałem je jako lepsze. Tutaj kreska sprawdza się głównie tam, gdzie Cassaday rysował postacie. Jak już wspomniałem, tła bardzo często po prostu nie ma i mimo wszystko nie zgadzam się ze wstępem, gdzie jest mowa o braku śladów lenistwa.

Komiks jest świetnie wydany, twarda oprawa, dobry papier, dodatki w postaci alternatywnych okładek, informacji o Whedonie oraz o X-Men. Dodatków jest może niewiele, ale czy mi się zdaje, czy w polskich wersjach amerykańskich komiksów najczęściej nie ma ich wcale? No właśnie. Po lekturze Obdarowanych mam nadzieję, że w Wielkiej Kolekcji Komiksów Marvela będzie więcej właśnie takich opowieści, a mniej rzeczy podobnych do Spider-Mana z pierwszego tomu.

sobota, 5 grudnia 2009

#72 - The Punisher Volume 3 [Garth Ennis & Steve Dillon]

Na zły początek...
KaeReL i Rysovek rozjebali...


Dopiero zabierając się za ten tekst zauważyłem, że dotychczas nie było tutaj ani słowa na temat Gartha Ennisa. Jeden z bardziej szalonych i, niestety, nierównych scenarzystów wreszcie doczekał się pierwszego - i pewnie nie ostatniego - wpisu, a konkretniej recenzji jego podejścia do postaci Punishera. Swego czasu udało mi się dorwać kilka zeszytów serii The Punisher MAX, również napisanej prze Gartha i, strasznie zachęcony, postanowiłem przeczytać całość. Potem okazało się, że wypada znać wydarzenia zaprezentowane w dwóch poprzedzających wersję MAX edycjach (trzeciej i czwartej), zabrałem się więc do czytania trójki.

Początek wydawał mi się rewelacyjny - czysta akcja bez zbędnej zamułki, coś niezbyt absorbującego i jednocześnie pozwalającego się rozerwać. Frank robił to, czego od niego oczekiwałem - mordował przestępców bez cienia litości, przestępcy starali się mu przeszkodzić, a wszystko przyprawione było specyficznym, chorym poczuciem humoru Ennisa i przyciągającymi uwagę postaciami. Potem było nieco dziwniej, pojawił się na przykład ksiądz mordujący spowiedników (jak widać autorowi ciężko jest rozstać się z pewnymi tematami), a jedna z postaci straciła wszystkie kończyny w wyniku starcia z niedźwiedziami, ale tego typu wydarzenia nie są niczym nietypowym dla twórczości Gartha, no i gdzieś po drodze miał miejsce znakomity gościnny występ Daredevila, jeden z lepszych pomysłów w Volume 3. Dalej działo się wiele, a jednak napięcie opadało, pojawili się nowi bohaterowie podobni do wspomnianego księdza, Punisher potrafił przeżyć nawet spacer w ulewie ołowiu i robił widowiskową rozpierduchę, ale mimo wszystko czegoś zabrakło. Już nie było tak świetnie jak na początku, najwyżej znośnie. Dało się wytrzymać, w końcu przeciętny Ennis to wciąż całkiem przyjemna lektura, której można wybaczyć nawet liczne (wytknięte choćby tutaj) błędy scenariuszowe i robienie z Franka ultratwardziela, dla którego nie istnieje ból nie do zniesienia czy zbyt niebezpieczna akcja. Do pewnego momentu czytelnik marszczy czoło jedynie od czasu do czasu, będąc umiarkowanie zadowolonym.


Główny problem pojawia się razem z wkroczeniem postaci o pseudonimie The Russian. Być może moja ocena jest nieco skażona tym, że czytałem już co nieco z Volume 4, gdzie działy się jeszcze gorsze rzeczy, niemniej tutaj też jest źle. Tak jak z powodu niektórych wydarzeń i bohaterów Kaznodzieja miał problemy z utrzymaniem klimatu, tak The Punisher Ennisa pod koniec pada na pysk, właśnie z powodu Russiana. Niedorzeczność tej postaci burzy atmosferę i zmienia komiks w karykaturę, którą początkowo nie miał być, a w każdym razie wcale się na to nie zanosiło. Owszem, było kilka groteskowych, typowych dla autora wydarzeń, tyle że tamte epizody sprawiały wrażenie pasujących do całości. Na koniec mamy jeszcze pewne ugryzienie w nogę (szczegóły po kliknięciu w podany wyżej link) i żegnam się z miniserią mając przeświadczenie, że oczekiwałem czegoś całkowicie innego.

Każdy, kto czytał choćby Kaznodzieję (a zakładam, że większość zainteresowanych komiksem zetknęła się z tym tytułem przynajmniej na chwilę), wie, jak rysuje Dillon. Rysuje niby nieźle, ale nie tak, żebym piał z zachwytu. Dodatkowym problemem jest to, że bardzo często postacie są do siebie strasznie podobnie i gdyby Frank miał na niektórych obrazkach nieco inną fryzurę, zastanawiałbym się, czy przypadkiem nowym Punisherem nie został Jesse Custer. Jakoś nie zachwyciłem się tymi rysunkami, zresztą nigdy nie byłem jakimś wielkim entuzjastą prac Dillona.

The Punisher Volume 3 to bardzo dobry początek, po którym następuje spadek w dół aż do momentu, kiedy ta miniseria przestaje być czymkolwiek ciekawym. Volume 4 jest czymś jeszcze gorszym (przynajmniej na razie, dotychczas przeczytałem jedynie cztery odcinki), więc mam nadzieję, że przebrnę przez to w miarę szybko i bezboleśnie, bo wiem, że MAX daje radę.

niedziela, 22 listopada 2009

#68 - X-Force #116-#129 [Peter Milligan & Michael Allred]


X-Force autorstwa Petera Milligana to, mówiąc najprościej, mutanci zachowujący się tak, jak zachowywaliby się, gdyby superbohaterowie istnieli naprawdę. Zapomnijcie o szlachetnym i bezinteresownym ratowaniu niewinnych, ci goście to odpowiednik gwiazdeczek znanych z tego, że są znane, o których żaden inteligentny człowiek nie chciałby nawet słyszeć, ale doskonale wiemy, kim są i jak wyglądają, ponieważ są dosłownie wszechobecni. Także X-Force posiadają swoją własną sieć restauracji oraz tony zabawek-podobizn członków grupy i przychodzą tam, gdzie warto się pojawić, w związku z czym zdążenie na występ w popularnym talk-show bywa ważniejsze niż uratowanie kogoś przed śmiercią. Jakiekolwiek skrupuły mają nieliczni, reszta walczy wyłącznie o swoją pozycję, niejednokrotnie kopiąc dołki pod kolegami z zespołu. Witamy w świecie współczesnych mutantów, którzy, choć tak nietypowi dla komiksu, dla niemal każdego będą dziwnie znajomi - jednym będą kojarzyć się z kiepskimi (a mimo to uwielbianymi przez tłumy) muzykami, innym z występującymi wyłącznie w telenowelach aktorzynami, którzy swoją popularnością biją na głowę aktorów mających na koncie wiele wartościowych filmów... analogii jest sporo, a każda sprowadza się do bezwstydnych rzemieślników wolących bankiety i sławę od przyzwoitości i tworzenia rzeczy naprawdę wartościowych.

Oczywiście Milligan to nie nowicjusz, który wszystkich członków grupy przedstawił w jednakowy sposób - każda postać ma swoją własną przeszłość, charakter (świetnie nakreślony, jak zwykle w przypadku tego scenarzysty), marzenia i ambicje. Nie każdemu podoba się taki a nie inny profil X-Force, zespołu będącego własnością bogatego i zarozumiałego gnojka, stworzonego tylko po to, żeby zarobić jeszcze więcej pieniędzy. Tutaj nawet śmierć uczestnika ekipy jest czymś, co można świetnie sprzedać, na przykład tworząc nowy rodzaj figurek przedstawiający denata. Zmarli mutanci są zastępowani nowymi, wybieranymi na castingach, a stałym elementem działalności naszych gwiazdeczek jest branie udziału w konferencjach prasowych. Raz na jakiś czas komuś udaje się opamiętać, ktoś chce się jawnie przeciwstawić albo przynajmniej przestać brać udział w wewnątrzgrupowym wyścigu szczurów, ale w finale i tak ujrzymy kolejne obłudne oświadczenie zaprezentowane w mediach. Niektórzy mutanci nawet nie udają, że nie zależy im jedynie na rozgłosie i dobrej zabawie, wiedzą bowiem, że śmiertelność w ekipie jest przerażająco wysoka (nigdy nie wiadomo, czy dana osoba dożyje do końca odcinka), więc zamiast filozofować wykorzystują czas, jaki im został.


W praniu prezentuje się to trochę zabawnie i trochę smutno (zwłaszcza jeśli odniesiemy zachowanie bohaterów do prawdziwych gwiazd), ale niezmiennie świetnie. X-Force Milligana i Allreda to nadal stare, sensacyjne i łatwo przyswajalne przygody mutantów, zapewniające przede wszystkim świetną zabawę. Wyróżnia je to, że przedstawione zostały w całkiem nowej oprawie (choć nie graficznej, ale o tym za chwilę), moim zdaniem czyniąc wydarzenia dużo bardziej prawdopodobnymi. Podzielam pogląd Gartha Ennisa: gdyby superbohaterowie istnieli naprawdę, byliby draniami. Może nie wszyscy, tak jak nie wszyscy członkowie X-Force są godni pogardy (nie ma tu pójścia na łatwiznę i nawet największy łajdak może zaprezentować się z dobrej strony, o ile wcześniej nie wypadnie z gry), ale większość.

Z całą nowoczesnością scenariusza kontrastują rysunki, od staroszkolnych i pełnych uroku dymków na okładkach, po ilustracje w środku. Nie jest to aż taka podróż w czasie jak w Supreme: The Story of the Year Moore'a (recenzja wkrótce, choć na pierwszy ogień pójdą jego Lost Girls), ale na pewno coś, czego nie spodziewałbym się po takiej fabule. Cały ten kontrast jak najbardziej służy serii, dodając jej swoistego uroku. Nie ma graficznego silenia się na efekty specjalnie i gwiazdorstwo będące cechą bohaterów komiksu, co czyni te kilkanaście zeszytów jeszcze bardziej wyjątkowymi i godnymi polecenia.

poniedziałek, 16 listopada 2009

#66 - Captain America: Out of Time [Ed Brubaker & Steve Epting]

Na zły początek...
Dzisiejszy wpis jest pod pewnym względem wyjątkowy: po raz pierwszy w historii tego bloga recenzja nie została napisana przeze mnie (cześć, tu Bane). Kilka słów o Kapitanie Ameryce skreślił Brodex, który być może nie wpadł tu po raz ostatni i jeszcze da o sobie znać w bliższej lub dalszej przyszłości...


Gdyby ktoś parę lat temu powiedział mi, że swoją pierwszą recenzję komiksową poświęcę Kapitanowi Ameryce, to zaśmiałbym się szyderczo, a następnie strzelił kawalarza w pysk. Dla mnie Kapitan Ameryka był od zawsze sztandarowym przykładem gej-patetycznej postaci (zaraz za Supermanem), która została stworzona w innej epoce, wyraża ideał chamerykańskiego żołnierza, patrioty z krwi i kości, i ma zachęcić dzieciaki do zaciągnięcia się do armii, bo może też dostaną taki obciachowy kostium jak Steve Rogers. Jednak teraz zmieniłem zdanie, a jest to zasługą pana Eda Brubakera. Obecność scenarzysty, którym całe środowisko się zachwyca, skłoniła mnie do sięgnięcia po pierwsze 6 numerów piątego volume'u przygód Kapitana Beznadziejny Strój. Out of Time jest naprawdę dobrą historią, która wciąga i po prostu chcesz więcej. Rysunki Steve’a Eptinga świetnie pasują do klimatu budowanego przez Eda, nie potrafię tego wytłumaczyć, ale dla mnie daje to taki efekt jak film w obrazkach. Akcja zagęszcza się z numeru na numer, dialogi dają radę, a poszczególne wątki są budowane tak, iż widać, że coś kryje się pod skorupą tego, co ujawniane jest krok po kroku. Klimat komiksu wcale nie jest tak „superbohaterski” jak się spodziewałem sięgając po niego, lecz raczej sensacyjno-szpiegowski. Oczywiście są w nim naziści, rosyjscy naukowcy i tym podobne postacie, przy czym nie jest to jakoś sztucznie karykaturalne, ale pomyślane naprawdę fajnie, czyniąc lekturę prawdziwą zabawą. Jak dotąd jaram się bardzo i nie pozostaje mi nic jak tylko czytać dalej przygody Kapitana Ameryki wychodzące spod pióra rewelacyjnego Edka.

sobota, 31 października 2009

#60 - Toxin [Peter Milligan & Darick Robertson]

Na zły początek...
Zwykle liczba dziennych odwiedzin na Komiksofilii oscyluje w okolicach 30, 40, dlatego nieźle się zdziwiłem, kiedy w środę osiągneła... 359. Nie mam pojęcia, dlaczego akurat wtedy nastąpiła taka pielgrzymka, ale dziękuję wszystkim gościom i oczywiście zapraszam z powrotem.


Jeśli chodzi o scenariusze związane z bohaterami w maskach, Peter Milligan nie może narzekać na brak doświadczeń - stworzył ich już całkiem sporo, ale osobiście znam więcej tych, przy których mógł pozwolić sobie na całkowitą swobodę. Pisząc miniserię Toxin musiał trzymać się pewnej konwencji i nie mógł zaszaleć na całego, byłem więc ciekaw, jak z tego wybrnie. Bo trzeba przyznać, że - przynajmniej dla mnie - Milligan i postacie takie jak Spider-Man to dość dziwna mieszanka.

Czytelnicy (zwłaszcza ci pamiętający czasy TM-Semic) wiedzą zapewne, kim jest Venom, wiedzą też, że czarny symbiont zrodził jeszcze większego potwora - krwiożerczego Carnage'a, który też wydał na świat potomka - owym potomkiem jest właśnie tytułowy Toxin. Świeży, nieukształtowany i jeszcze nie tak groźny jak jego tatuś, symbiont używa ciała Pata Mulligana jako swojego nosiciela. Każdy taki pasożyt musi w kimś zamieszkać, za to nie każdy człowiek byłby z tego zadowolony. Mulligan należy do tych, którym nowa sytuacja zdecydowanie się nie uśmiecha. Przerażony całym zajściem zostawia żonę i dziecko, nie chcąc narażać ich na niebezpieczeństwo, odchodzi też z policji, do której do tej pory należał i stara się zapanować nad swoim nieproszonym gościem. Jednocześnie chęć niesienia pomocy każe mu wciąż uganiać się za przestępcami, nawet mimo pozbycia się odznaki. Tyle że kiedy Pat staje się Toxinem, jego metody działania są nieco mniej konwencjonalne niż zwykle, a i przeciwnicy do zwyczajnych nie należą.


Milligan zdecydowanie wyszedł obronną ręką i wrzucił do Toxina tyle dziwnych elementów, ile tylko zdołał. Nie jest to dzieło życia tego scenarzysty, ale warto się z nim zapoznać. Mamy tu całkiem sporo atrakcji, takich jak na przykład wciąż wałkowany (ale - jak dotąd - nigdy nudny) motyw osobowości. Pat Mulligan prowadzi liczne dialogi ze swoim symbiontem, a obie osobowości, pasożyt i nosiciel, bez przerwy próbują na siebie wpłynąć i walczą o strefy wpływu. Nasz były policjant jest dobry i prawy, z kolei Toxin jeszcze nie potrafi odróżniać dobra od zła, za to lubi sobie poszaleć. I kiedy Mulligan ma ochotę aresztować złapanego przestępcę, symbiont wolałby urwać mu głowę i wszystkie kończyny. Wzajemne objaśnianie sobie swojego podejścia do życia, pobieranie od siebie lekcji i negocjacje pomiędzy tymi osobami w jednej postaci to najlepszy element scenariusza. Pat próbuje wychować Toxina tak, jak wychowuje się niesforne dziecko, żałując jednocześnie, że opuścił własnego syna. Poza tym mamy jeszcze kilka wykręconych wątków i postaci, na czele z głównym przeciwnikiem - nie wiem, czy jego obecność należy uznać za zaletę, bo kiedy zobaczyłem go po raz pierwszy, nie mogłem przestać się śmiać; facet ma brzytwy zamiast rąk. Na szczęście scenarzysta sam zaprezentował to tak jak należy - jako coś niedorzecznego. Nie podobał mi się za to wątek związany z odejściem od żony: Pat Mulligan spotyka się z nią jako Larry (postać, w którą potrafi przemienić się Toxin) i zdaje się nie mieć pretensji, że Gina bardzo szybko zbliża się do nowego przyjaciela, najwyraźniej nie pamiętając o mężu. Według mnie większość ludzi byłaby na jego miejscu wściekła, ale nie - Pat jest w siódmym niebie, ponieważ może się z nią widzieć; zero pretensji. Nie wydaje mi się to zbyt wiarygodne.

Podsumowując, komiks daje radę - także rysunkowo, chociaż Robertson bardziej przypadł mi do gustu ilustrując komiks Transmetropolitan. Tutaj wykonał dobrą robotę, nic poza tym. Cała sześcioczęściowa miniseria to sprawnie opowiedziana superbohaterska historia, typowa rzecz z tymi charakterystycznymi dla Milligana udziwnieniami, za które uwielbiam wiele jego scenariuszy. I chociaż Toxin nie zalicza się do uwielbianych przeze mnie komiksów, na pewno jest jednym z tych, które polecam (ale jako psychofan Petera Milligana i tak nie jestem obiektywny).

środa, 7 października 2009

#48 - Ghost Rider 2099 [Len Kaminski, Chris Bachalo, Kyle Hotz, Ashley Wood]


Czy to ja się zestarzałem, czy ten komiks rzeczywiście zaczyna się bardzo dobrze, a potem leci na pysk?

Pierwszy raz zetknąłem się z Ghost Riderem 2099 dzięki wydawnictwu TM-Semic, w komiksie Mega Marvel 4/96. Założę się, że prawie każdy z Was zna tę postać z dokładnie tego samego źródła. Październik 1996 roku, miałem więc dziesięć lat i, co tu dużo mówić, historia Lena Kaminskiego zrobiła na mnie spore wrażenie. Z perspektywy czasu nadal uważam ten komiks za dobry; może nie jest to klasyk na miarę innych pozycji zaprezentowanych we wspomnianym wyżej kwartalniku, jak choćby Weapon X czy Daredevil Franka Millera, ale na pewno bardzo solidna robota. Niezwykle interesujący główny bohater, Ghost Rider przyszłości, był bezczelnym buntownikiem, nie szanował władzy, mógł bez większych problemów rozpieprzyć pół miasta, kamuflował się jak Predator i miał świetne cięte riposty. Poza tym, jeśli już mowa o cięciach, obciął Jeterowi ręce i nogi, co było chyba najbrutalniejszą komiksową sceną, jaką wtedy widziałem. Rysunki Chrisa Bachalo uważałem i nadal uważam za świetne. Co do odbioru całości, przypominam ponownie, że miałem dziesięć lat...

Jakiś czas temu przeczytałem ciąg dalszy, do samego końca, czyli do #25 zeszytu. I zepsułem sobie całe wrażenie. Kolejni ilustratorzy nie spełnili moich oczekiwań, scenariusz zawiódł jeszcze bardziej i tak się zastanawiam, czy ta opowieść była kiepska od samego początku, a okres pomiędzy 1996 a 2009 rokiem zrobił swoje w kwestii mojego odbioru scenarusza, czy może pierwsze odcinki naprawdę dawały radę, a potem zaczęło się psuć.


Wątki następujące po tym, co opublikowało TM-Semic, to niby kontynuacja sprawdzonej formuły: Ghost Rider nadal rozwala, ma prawie wszystkich w dupie i poza siłą ognia, oferuje też cięty język, ale jakoś przestało to do mnie przemawiać. Nie interesuje mnie już walka głównego bohatera z systemem, a po usunięciu tej otoczki, zostaje samo mordobicie. Jeśli okładanie się po mordach jest dobrze zrealizowane, to mówię "Czemu nie? Od czasu do czasu jak najbardziej", w końcu nie ma niczego złego w umiarkowanych dawkach prostej i niezbyt wymagającej rozrywki. Warunek jest tylko jeden: opowieść, nawet polegająca na ciągłej nawalance, musi być przedstawiona w interesujący sposób. A Ghost Rider 2099 zwyczajnie mnie znudził. Szkoda, bo liczyłem na kontynuację dobrej historii, a zamiast tego zacząłem krzywo patrzeć na komiks, który lubiłem w dzieciństwie. Jestem bardzo ciekaw, jak inni odebrali swego czasu Mega Marvela 4/96, zwłaszcza Ci, którzy nie byli wtedy dziesięciolatkami. W końcu wiek odbiorcy całkowicie przekształca punkt widzenia.

poniedziałek, 28 września 2009

#46 - Marvels: 10th Anniversary Edition [Kurt Busiek & Alex Ross]


Patrząc na komiksy, o których piszę na tym blogu, łatwo zauważyć, że moje zainteresowania sięgają głównie w stronę opowieści obrazkowych z logiem Vertigo. Nie tylko, ale przede wszystkim. Fakt, zaniedbuję niektóre obszary tego medium, niekoniecznie przez ignorancję. Chodzi tu bardziej o brak czasu na czytanie wszystkiego, co chciałbym poznać; przecież nie samymi komiksami człowiek żyje, a poza przyjemnościami pojawiają się także nudne obowiązki. Z tego względu wiem bardzo niewiele o niektórych rzeczach, na przykład o tym, co wydaje Marvel. Jestem całkowicie zielony, zarówno jeśli chodzi o ich aktualną jak i starszą ofertę. Na Komiksofilii piszę o tym wydawnictwie po raz pierwszy - niech to poprze moje słowa. Nie jestem z tego powodu zadowolony, ale na pewno cieszę się, że wreszcie przeczytałem Marvels, świetną historię napisaną przez Kurta Busieka, a narysowaną przez Alexa Rossa. Takie rzeczy tylko utwierdzają mnie w przekonaniu, że powinienem znaleźć więcej czasu na ofertę Marvela.

Do Marvels podchodziłem sceptycznie. Komiks ten od razu skojarzył mi się z Kingdom Come, nie tylko za sprawą tego samego rysownika. Chodziło też o nagromadzenie bohaterów i epickość całości. Miałem złe przeczucia, bo Kingdom Come nie przypadło mi do gustu. W tej chwili nie mam tej historii w domu, ale zapamiętałem ją jako patetyczną, nudną i ciężkostrawną słabiznę z ilustracjami, które bardziej pasowałyby do obrazów, nie potrafiącymi oddać ruchu, zbyt statycznymi. Marvels podświadomie potraktowałem jako odpowiednik tamtej opowieści, tyle że z innego wydawnictwa. Mimo to zaryzykowałem i kupiłem (zachętą była spora zniżka), czego w ostatecznym rozrachunku nie żałuję. Może wrażenia wyniesione z lektury Kingdom Come byłyby teraz inne - tego nie wiem, wiem natomiast, że komiks Marvels wzbudził zupełnie inne, o wiele pozytywniejsze emocje.


Wbrew pozorom nie jest to historia o superbohaterach, którzy, owszem, pojawiają się przez wszystkie cztery części w tle, ale stanowią tylko pretekst do zaprezentowania problemów zwykłych ludzi. I tak, kiedy odbywa się niezwykle widowiskowy pojedynek Human Torcha z Namorem, Kurt Busiek kieruje naszą uwagę w stronę gapiów zastanawiających się nad tym, jak duże będą zniszczenia oraz ilu zwykłych ludzi ucierpi na poczynaniach postaci obdarzonych nadzwyczajnymi mocami. Posunięcie proste i genialne, pozwalające czytelnikowi śledzić dobrze znane i schematyczne sytuacje z zupełnie innej perspektywy. Tytułowi Marvels są tym, czym w Pikniku na skraju drogi była wizyta obcej cywilizacji, albo zombie w The Walking Dead - ważną częścią świata przedstawionego, ale jednocześnie tylko tłem pozwalającym ukazać ludzkie działania wobec zaistniałej sytuacji. Głównym bohaterem jest tu fotograf Phil Sheldon oraz jego rodzina; obserwujemy ich losy na tle przemijających lat oraz niezwykle zmiennych stanowisk ludzi wobec superbohaterów - od uwielbienia, poprzez błagalne wołanie o pomoc, aż do, występującej chyba najczęściej na kartach komiksu, skrajnej nienawiści.

Jeśli chodzi o skrytykowane przeze mnie wcześniej ilustracje Alexa Rossa, tutaj też jest inaczej niż w przypadku Kingdom Come. Praca włożona w powstanie tego komiksu, a zwłaszcza jej efekty, zwalają z nóg. Marvels to piękny album, co do tego nie ma żadnej wątpliwości. Zniknęło wrażenie statyczności, pojawiło się za to uczucie opadającej szczęki. Poprzednio nie podobał mi się pomysł tego typu malarskich ilustracji w komiksie, ale tutaj wyszło znakomicie. Ross wywiązał się z powierzonego mu zadania z niesamowitym efektem, pokazując środkowy palec moim zupełnie niepotrzebnym wątpliwościom.


Osobną sprawą są materiały dodatkowe, stanowiące aż połowę 10th Anniversary Edition. Czego tu nie ma: wypowiedzi twórców, artykuły, miażdżące galerie, rozpisany scenariusz. Najbardziej zainteresowały mnie teksty ukazujące pracę Rossa oraz prezentujące liczne ukryte na kartach komiksu smaczki, z których sporej części nigdy bym nie dostrzegł, przede wszystkim przez moją nieznajomość bohaterów Marvela (na przykład domyślałem się, że Busiek puszcza do czytelnika oko, kiedy na samym końcu powstaje ostatnie zdjęcie, ale musiałem wejść na Google, żeby sprawdzić, kim jest znajdujący się na nim chłopiec). Nie wyjaśniono tam wszystkich nawiązań, ale na tyle sporo, żeby jeszcze bardziej docenić pracę scenarzysty i rysownika. A podanie numerów, w których pierwotnie miały miejsce opowiadane po raz kolejny w Marvels wydarzenia (oraz pokazanie starych ilustracji w konfrontacji z ich nową interpretacją Alexa Rossa) sprawiło, że aż odpaliłem DC++ i ściągnąłem kilka z tych starych wydań (na przykład The Amazing Spider-Man #121 i #122) w celu porównania obu wersji. Dla niezorientowanej z historią Marvela osoby, dopiero dodatki pokazują, że mamy do czynienia z przedstawieniem jej w pigułce, w dużo lepszej formie i z zupełnie innej perspektywy. To komiks, z którym definitywnie powinno się zapoznać.

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...