Pokazywanie postów oznaczonych etykietą timof i cisi wspólnicy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą timof i cisi wspólnicy. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 10 czerwca 2014

#356 - Bohater [Flix]

Opowieści autobiograficzne mają to do siebie, że ich autorzy siłą rzeczy zawsze przedstawiają swoje życie do pewnego momentu, nie znając przyszłości. Można co prawda mówić o własnych doświadczeniach od narodzin aż do śmierci, a nawet po niej, tak jak choćby Kevin Spacey w „American Beauty”, ale jest oczywiste, że nie zrobi tego żaden prawdziwy człowiek. Flix, niemiecki twórca komiksów do tej pory znany rodzimemu czytelnikowi z albumów „Dziewczyny” i „Pamiętam, jak…”, spróbował jednak w „Bohaterze” tego dokonać. [więcej na stronie Booklips]

sobota, 27 kwietnia 2013

#295 - Przebudzone legendy: Oczy dla kruka [Adam Święcki]

Oczy dla kruka to czwarta część cyklu Przebudzone legendy, różniąca się od poprzednich zarówno wydawcą (wcześniej było to Studio Domino, teraz Timof i Cisi Wspólnicy) jak i podejściem do historii, która tym razem nie nawiązuje do wcześniejszych epizodów i jest niezależną opowieścią. [więcej na stronie Gildii Komiksu]

piątek, 12 kwietnia 2013

#294 - Nieskończona miłość, którą do ciebie czuję i inne historie [Paulo Monteiro]

Paulo Monteiro przygotował krótki zbiór swoich komiksowych opowieści połączonych, jak sam ujął to w swoim dzienniku, różnymi odcieniami miłości. Nieskończona miłość, którą do ciebie czuję i inne historie to rzecz bardzo niepozorna i wydaje mi się, że łatwo, zbyt łatwo będzie przejść obok niej obojętnie. W tych kilku historiach portugalskiego autora jest pewnego rodzaju, trudna do zdefiniowania magia oraz pozbawiona banału czy sztuczności poetyckość, a wszystko to sprawia, że przeoczenie tej pozycji byłoby błędem. [więcej na stronie Gildii Komiksu]

sobota, 10 marca 2012

#212 - Fotostory: Zanim zaczniemy [Dominik Szcześniak i Rafał Trejnis]

Serię Fotostory czytałem wcześniej w kolejnych numerach Ziniola i muszę przyznać, że choć zapamiętałem głównych bohaterów i kilka wątków, komiks Dominika Szcześniaka i Rafała Trejnisa nie utkwił mi w pamięci jako coś wyjątkowo ciekawego. Może przez moją awersję do bardziej rozbudowanych opowieści prezentowanych w krótkich odcinkach, na które zwykle trzeba długo czekać. Taka metoda publikacji często uniemożliwia mi wciągnięcie się w historię. Zbiorcze wydanie Fotostory uznałem za dobry pomysł na odświeżenie sobie serii bez wspomnianych przed chwilą niedogodności, ale nie nastawiałem się na zmianę swojej wcześniejszej opinii. Tym większe było moje zdziwienie, kiedy po przeczytaniu całego tomu okazało się, że to dobry komiks. O wiele lepszy, niż wynikałoby to z moich wspomnień. [więcej na stronie Gildii Komiksu]

poniedziałek, 1 sierpnia 2011

#161 - Wybryki Xinophixeroxa [Tony Sandoval]

Tony'ego Sandovala kojarzę jedynie z pierwszego numeru Bicepsu, nie czytałem wydanych u nas Trupa i sofy oraz Nokturno. Coś mi jednak mówi, że wkrótce przeczytam, a przynajmniej obejrzę. Dzięki Wybrykom Xinophixeroxa zrozumiałem swój błąd.

Wcześniej dotarło do mnie, że ten komiks to "pretekstowy scenariusz i rewelacyjne ilustracje". Rzeczywiście, recenzja mogłaby ograniczać się do tego jednego zdania. Jeżeli ktoś szuka dobrej, wciągającej fabuły pełnej ciekawych wątków, pełnokrwistych bohaterów i zaskakujących zwrotów akcji, źle trafił. Wygląda na to, że Sandoval chciał sobie po prostu porysować, wcale nie potrzebował ambitnego pomysłu, więc napisał krótką historię o pozornie zabawnym, ale tak naprawdę bardzo niebezpiecznym demonie, historię, która w ogóle mnie nie wciągnęła, która po prostu jest i na tym kończy się jej rola. Później naszkicował i pomalował to w taki sposób, że byłbym idiotą, gdybym żałował, że kupiłem ten komiks.

Autor łączy tu piękne, spokojne (na samym początku wręcz sielankowe) wiejskie widoki ze skrajnie brutalnymi scenami, przy oglądaniu których mniej wrażliwi mogą poczuć coś nieprzyjemnego w głębi żołądka. W obu tych odsłonach Sandoval daje czytelnikowi jedne z najlepszych ilustracji, jakie miałem przyjemność oglądać w ostatnim czasie. Nie towarzyszy temu wszystkiemu myśl, że scenariusz mógłby być choć trochę ciekawszy, bo przecież wcale nie o to chodziło. Tytułowy Xinophixerox robi swoje, zaraża ludzi, mieszkańcy wioski zaczynają chorować, mordują się nawzajem, w paru momentach jest naprawdę krwawo. Gdyby ktoś nie zauważył napisu Tylko dla dorosłych! na okładce i zasugerował się zabawnym imieniem oraz wyglądem demona, czeka go spore zaskoczenie. W środku znajdzie trochę bluzgów, ale przede wszystkim brutalność ponad normę, włącznie z kobietą gwałconą (i jednocześnie rozrywaną) przez demona, wszystko pokazane bez jakichkolwiek zahamowań. I, powtórzę to jeszcze raz, od początku do końca narysowane w taki sposób, że można zbierać szczękę z ziemi.

Cztelnika sięgającego po Wybryki Xinophixeroxa czeka dużo więcej oglądania niż czytania, jednak jeżeli tylko nie będziecie oczekiwać niesamowitej fabuły (albo nie zrażą Was te wszystkie flaki, macki, krew i cała reszta), dobra zabawa jest właściwie gwarantowana. W tym przypadku pretekstowy scenariusz to nie wada.

wtorek, 3 maja 2011

#150 - Zbyt cool, by dało się zapomnieć [Alex Robinson]

Siłą Wykiwanych, innego wydanego w Polsce komiksu Alexa Robinsona, było wymyślenie sześciu kompletnie różnych postaci, a następnie połączenie ich losów, dopracowując wszystko tak, że musiało to zrobić wrażenie na wielu czytelnikach. Na mnie zrobiło. Nie musiałem się zastanawiać, kiedy Timof zaproponował Zbyt cool, by dało się zapomnieć. W tej krótkiej opowieści o niewielkim formacie autor nie zastosował tego samego patentu, co poprzednio, więc miałem okazję zobaczyć, jak sprawdza się w zupełnie innej konwencji. Może historia, która nie jest oparta na tym, czym zdobyli moją sympatię Wykiwani, nie jest już tak dobra? A może będzie jeszcze lepsza?

Przede wszystkim jest inna. Poza nazwiskiem autora i jego kreską oba przeczytane przeze mnie komiksy Robinsona nie mają ze sobą wiele wspólnego.
Główny bohater Zbyt cool, by dało się zapomnieć, Andy Wicks, tak długo bezskutecznie rzucał palenie, że w końcu postanowił poddać się hipnozie. Ostatnia deska ratunku, w którą sam nie wierzy, ale przynajmniej żona i córki zobaczą, że spróbował. W czasie zabiegu dochodzi jednak do nieprzewidzianych komplikacji: nie wiadomo dlaczego, Andy przenosi się w czasie. Wraca z powrotem do liceum. Znów ma włosy, aparat na zębach, znowu jest jednym z klasowych kujonów, ale tym razem wie, co będzie później. Zdaje sobie sprawę, co za kilka lat stanie się z jego młodszą siostrą, słuchając kumpli zna odpowiedź na pytanie, czy odniosą sukces, czy może ich marzenia nigdy się nie spełnią. Ta wiedza nie polepsza jego samopoczucia, choć z drugiej strony, skoro już tu trafił, czemu nie spróbować paru rzeczy, których bał się zrobić jako gówniarz?

Można kręcić nosem, że "gdzieś już to widzieliśmy". Ponowne przeżywanie młodości to coś, z czym spotkałem się już w książkach, filmach czy komiksach (ostatnio na przykład w przeczytanej w zeszłym roku Odległej dzielnicy), ale nawet mimo tej świadomości Robinsonowi udaje się mnie usatysfakcjonować i rozegrać całą opowieść w interesujący sposób. Z początku Andy jest przerażony, później zaczyna trochę szaleć, zaprasza na imprezę dziewczynę, która zawsze mu się podobała i jest szczęśliwy ("Zaprosiłem Marie! Zajęło mi to dwadzieścia pięć lat, ale w końcu to zrobiłem!"), jednak ostatecznie dochodzi do wniosku, że przecież jest czterdziestoparoletnim gościem z żoną i dziećmi, nie może robić takich rzeczy. Zaczyna się zastanawiać, dlaczego wrócił do liceum. Być może tak właśnie działa hipnoza i musi zrobić coś, co sprawi, że w dorosłym życiu nie będzie już palił, a może wszystko poszło nie tak i będzie musiał przeżywać swoje dzieciństwo jeszcze raz? A może tak naprawdę jest licealistą, który ma problemy z psychiką i cała ta historia o żonie i dzieciach istnieje tylko w jego głowie?
A jeszcze później Andy przypomina sobie o pewnej bardzo ważnej, dotychczas ignorowanej przez jego świadomość rzeczy...

"Boże, co za potworna ironia życia, że najgłębszych prawd nie da się wyrazić, nie popadając w banał", stwierdza jeden z ważniejszych bohaterów komiksu. Zbyt cool, by dało się zapomnieć nie jest może opowieścią wybitną i uświadamiającą czytelnikowi najgłębsze prawdy w jakiś niezwykły sposób, a nagłe zakończenie może trochę rozczarować, jednak autorowi na pewno udaje się uniknąć banału. Poza tym jego scenariusz ma szansę naprawdę wzruszyć niektórych czytelników. I tak jak ilustracje w Wykiwanych były dobre, by w paru miejscach zaskoczyć czymś rewelacyjnym, tak tutaj mamy równy poziom oraz kilka świetnych rzeczy, które zrobiły na mnie dużo większe wrażenie, jak choćby cała strona 106.

Zbyt cool, by dało się zapomnieć oraz Wykiwani to dwa różne komiksy, a jednocześnie dwa bardzo dobre komiksy. Ze wskazaniem na ten drugi, ale nie wypada mi nie polecić także opowieści o rzucającym palenie Andym i jego powrocie do liceum.

niedziela, 27 lutego 2011

#138 - Ziniol #10

Nie wiem, czy ludzka dusza naprawdę waży 21 gramów, ale szerokość wszystkich dziesięciu numerów nowego Ziniola to mniej więcej 9 centymetrów. Trochę się tego uzbierało. Całkiem sporo dobrych tekstów i komiksów. Jeśli chodzi o mnie, mógłbym posiadać nawet kilka metrów tych grzbietów, każdy z inną liczbą, ale to już koniec, przynajmniej na razie. Ten Ziniol jest ostatni, zostaje tylko (i aż, bo znajdującym się na niej materiałem dałoby się obdzielić kilka innych magazynów i blogów) strona internetowa. Ciągle mam nadzieję, że jeszcze coś kiedyś wyjdzie, jednak póki co to by było na tyle. Miałem wspomnieć o tym, że bardzo mi przykro z powodu śmierci magazynu, a więc: bardzo mi przykro. Losy periodyku powinny potoczyć się inaczej, kibicowałem inicjatywie od samego początku (to znaczy nie licząc kserowanej odsłony), ale niestety Ziniol nie doczekał się wystarczającej liczby kibicujących. Na szczęście redakcja wciąż chce działać w elektronicznej formie, a na pożegnanie zostawiła swoim czytelnikom kolejny dobry numer. Gdyby nie był ostatni, w poprzednim zdaniu dopisałbym: czyli nic nowego.

Po antologii greckiego komiksu wracamy na bardziej znany grunt, ze stałymi działami takimi jak Grzebiąc pod ziemią, pRzYpAdKoWy felieton czy Kącik Otoczaka. Nawiasem mówiąc, rozumiem obecność tego ostatniego na łamach magazynu (niewątpliwie był potrzebny), ale mimo to nigdy nie zdołałem przekonać się do jego prac. Akurat w Ziniolu wolałem te bardziej przystępne, których na szczęście znowu nie zabrakło. Są krótkie formy autorów z różnych krajów, choć tym razem głównie z Polski, jest dosyć, hmm, intrygujący fragment komiksu Mój Syn, recenzowanego w magazynie już wcześniej, oczywiście jest Dominik Szcześniak, a także Grzegorz Pawlak, Piotr Nowacki, Maciej Pałka, Rafał Trejnis (ilustrujący kolejny epizod Fotostory), jest również Tomasz Kleszcz. Jeśli chodzi o poziom opowieści, jest dobrze, jak zwykle.

Publicystyka nie obniża poprzeczki, a w dodatku jest jej więcej niż ostatnio, co bardzo mi odpowiada. Oprócz wspomnianych wyżej tekstów zainteresowało mnie podsumowanie Najlepsze komiksy roku 2010, które pewnie jeszcze nie raz pomoże mi podjąć decyzję w czasie kombinowania, co by tu wrzucić do internetowego koszyka. W numerze zamieszczono także dwie recenzje (książki 45-89 Comics Behind The Iron Curtain oraz objazdowej wystawy Czas na komiks). W kolejnych odsłonach magazynu (wiem, w tej chwili nie ma na co liczyć) chętnie zobaczyłbym jeszcze więcej stron z publicystyką, nawet kosztem opowieści obrazkowych.

Gdyby nie okładka i wstępniak, niedoinformowany czytelnik mógłby się nie zorientować, że ma do czynienia z numerem pożegnalnym. Redakcja i autorzy po prostu zrobili swoje i zrobili to dobrze. Jak zwykle, po raz kolejny, ale jednocześnie po raz ostatni na papierze... a może jednak nie?

W następnym odcinku (najprawdopodobniej):
???

piątek, 4 lutego 2011

#134 - Ziniol #9

Przypuszczam, że do sporej liczby czytelników dotarła już wiadomość o końcu papierowego Ziniola. Dziesięć numerów to jak na razie wszystko, ale ponieważ jak zwykle mam zaległości, zajmę się dziewiątym i udam, że jeszcze nie czytałem kolejnego, który zrecenzuję wkrótce i na pewno wspomnę o tym, że bardzo mi przykro z powodu śmierci magazynu. Tymczasem...

Dziewiąty Ziniol jest inny od poprzednich. Praktycznie brakuje w nich komiksów polskich, jest za to masa greckich, którym poświęcone jest niemal całe wydanie. W porównaniu do wcześniejszego numeru, trochę brakuje mi tu publicystyki - pomiędzy okładkami znajdziemy jedynie drugą część pRzYpAdKoWego felietonu Jakuba Jankowskiego, parę akapitów o twórczości Marco Mendesa oraz najobszerniejszy tekst, Krótka historia komiksu w Grecji. Ten ostatni jest bardzo ciekawy, jednak zgadzam się ze słowami autora Eliasa Tabakeasa, że "tak skrótowy przegląd dziejów nie może być (...) wyczerpujący", a poza tym czasem z interesującego artykułu zmienia się w listę nazwisk ludzi, które nic mi nie mówią, zaś ilustracje niezbyt dopasowane do treści (chyba, że to ja czegoś tu nie zrozumiałem) wcale nie ułatwiają połapania się, o czym akurat pisze autor. Mimo to publicystyka daje radę i naprawdę chciałoby się chociaż trochę więcej.
Co do komiksów, niezależnie od tego, czy zostaną uznane za dobre, czy kiepskie, stanowią podróż po - jak mniemam - nieznanym większości czytelników świecie greckich opowieści obrazkowych, podróż, w którą nie mógłbym się udać bez dziewiątego Ziniola. Z samym poziomem historii jest różnie, zresztą jak zwykle. Trafiają się dobre rzeczy i takie, o których zapomniałem zaraz po lekturze. Redakcja postarała się o jak największą różnorodność tematyczną i stylów rysowania, co jest najlepszym pomysłem, na jaki mogła wpaść. Wspomnę jeszcze tylko, że kto czytał poprzednie numery i był z nich zadowolony, teraz też nie powinien się zawieść.

Na koniec: jednak wspomnę o przedwczesnej śmierci Ziniola. Co prawda nie śledzę wszystkich stron i blogów, ale jakoś nie natknąłem się na żadną recenzję antologii greckiego komiksu. Zresztą, w ogóle niewiele osób wspominało/wspomina o magazynie, tak jakby nigdy nie istniał. Może przestał istnieć między innymi przez to? Na pewno nie dlatego, że był kiepski.

niedziela, 10 października 2010

#114 - Ziniol #8

Dawno temu, kiedy w Bielsku istniał jeszcze sklep z komiksami, w którym mogłem natknąć się na recenzowany właśnie magazyn, gdy Stachursky nie był jeszcze Żółtą Magnetyczną Gwiazdą i nie tworzył (a przynajmniej tak przypuszczam) pod wpływem tak wielkiej ilości twardych narkotyków, Ziniol miał większą objętość, większy format i większy nakład. Obecnie ma 100 stron, nową szatę graficzną, jest tańszy oraz, co najważniejsze, nie poddał się mimo niewystarczającej ilości czytelników. Pokazuje to prężnie działający blog (mnóstwo recenzji i ciekawostek), jak również najważniejsza rzecz, czyli wszystko, co można znaleźć pomiędzy okładkami. Mój opóźniony zapłon jak zwykle sprawia, że kupuję dany numer Ziniola w momencie, gdy nowszy czeka już od jakiegoś czasu w sklepach internetowych, jednak - nawiązując do tego, o co Dominik Szcześniak poprosił we wstępie - i tak daję odpowiedź zwrotną.

Co mogę napisać? Po raz kolejny dawać do zrozumienia, że to dobry magazyn? Tak uważam, więc naprawdę szkoda, że zamiast rozwijać skrzydła, nie może sobie pozwolić na ekspansję i zamiast tego jest skazany na "grzebanie w ziemi". Widać, że ludzie odpowiedzialni za jego zawartość piszą o komiksach z pasją i po prostu chce im się to robić, niezależnie od nakładu czy zmniejszonej objętości Ziniola - i chwała im za godną podziwu determinację. Nie zmienia to niestety faktu, że potencjalny czytelnik uznaje starania redakcji za coś zbędnego. Potrafię to zrozumieć - zamiast czytać o komiksach, być może woli poczytać same komiksy, a informacji o nich nie brakuje na stronach oraz forach internetowych, przy czym są dostępne zupełnie za darmo. Prawdziwe, racjonalne i jednocześnie smutne. Mimo to nadal będę polecał Ziniola, wciąż chcę mieć coś takiego na swojej półce i cały czas wolę leżeć na kanapie i czytać artykuły (nie bez znaczenia jest fakt, że są to bardzo dobre artykuły) oraz opowieści wydrukowane na kartkach papieru, móc przewracać strony, a nie schodzić w dół używając myszki w czasie ślęczenia przed monitorem. Ziniol jest mi potrzebny, szkoda tylko, że tak niewiele osób podziela moje zdanie.

Ósmy numer to, jak zwykle, zbiór ciekawych komiksów (tyle, że tym razem odczuwalnie lepszych niż ostatnio, za co należą się brawa) oraz interesujących artykułów, wywiadów i recenzji. Nie będę wymieniał wszystkiego z osobna - przeczytałem całość z uśmiechem na pysku, a najbardziej przypadł mi do gustu tekst o Panu Naturalnym Roberta Crumba, utwierdzający mnie w przekonaniu, że olanie pisania o tej historii było słuszną decyzją. Na pewno nie osiągnąłbym tak zadowalającego efektu. Jedyna wada zawartości Ziniola to, moim zdaniem, większa niż dotychczas ilość literówek i błędów ortograficznych (na przykład "świerzy podmuch" w komiksie o Napoleonie), ale natłok zalet sprawia, że po lekturze aż nie chce się o tym pamiętać.

wtorek, 14 września 2010

#104 - Super Pan Owoc [Nicolas de Crécy]

Gdyby nie dwie genialne części Dziadka Leona, w których maczał palce Nicolas de Crécy, w życiu nie sięgnąłbym po ten komiks. Sama nazwa, opis "opowiada o perypetiach dziennikarza Klarka Kęta", cena - to wszystko strasznie mnie zniechęcało. Pomysł na opowieść kojarzył mi się z kabareciarzem, który ma ochotę na robienie sobie żartów z rapu, więc wychodzi na scenę w jak najszerszych spodniach, ogromnej bluzie z kapturem, czapce z daszkiem odwróconym o tyłu, macha rękami krzycząc "Yo, ziomal" i wydaje mu się, że jest zabawny (a pełni entuzjazmu kretyni z widowni nie mają zamiaru wyprowadzać go z błędu). Zalatywało mi to parodią w takim właśnie stylu. Doszedłem jednak do wniosku, że pozory mylą, a de Crécy mógł usmażyć coś ciekawego mając do dyspozycji wyłącznie - wydawałoby się - kiepskie składniki (mam tu na myśli scenariusz, nie ilustracje). Szkoda, że mimo tych nadziei, Super Pan Owoc zawiódł moje oczekiwania.

Można się ze mną nie zgadzać, mieć inne zdanie, a jeśli ktoś jeszcze nie zna tego komiksu, dla równowagi można przeczytać inną, pozytywniejszą recenzję. Ja nie zachęcam do zakupu, chyba, że dla interesujących, sprawiających wrażenie szkiców, a co najważniejsze, cudownie brzydkich rysunków. Co prawda w Dziadku Leonie, gdzie zostały obdarzone dodatkiem w postaci świetnych kolorów, przypadły mi do gustu dużo bardziej, ale z drugiej strony, czerń i biel również tworzą ciekawy efekt. Przeglądając wydany przez Timofa, dość gruby tom (zbierający dwie części komiksu, we Francji wydane w osobnych albumach) chwilę po oddaniu go w moje ręce przez listonosza, wydawało mi się jeszcze, że będzie dobrze. Jakiś czas później zacząłem czytać i zmieniłem zdanie.

Możliwe, że nie dostrzegłem w Super Panu Owocu przemyślanych nawiązań oraz inteligencji ukrytej w pozornie kiepskich żarcikach. Dla mnie wygląda to bardziej na dowcip w stylu wspomnianego wcześniej występu kabareciarza, a w najlepszym wypadku na nieudany freestyle autora, który wpadł na pomysł, usiadł i narysował, dobrze się przy tym bawiąc, ale niekoniecznie intensywnie myśląc nad sensem swoich poczynań. Tytułowy bohater, Klark Kęt (ciekawe, czy w oryginale brzmi to podobnie, czy mamy do czynienia z inwencją twórczą tłumaczki), jakoś nie potrafił rozbawić mnie swoim wielkim brzuchem, dyszeniem i tym, że najczęściej nie udaje mu się dogonić autobusu. Nie rozbawiła mnie żadna z jego przygód ani prawie żaden z pomysłów scenarzysty. Może ten komiks ma jakieś drugie do, na które nie zwróciłem uwagi, w każdym razie doczytałem go do końca trochę na siłę i bez uśmiechu. Problem polega również na tym, że nawet gdybym zauważył to coś, co zostało zręcznie ukryte w przygodach Super Pana Owoca, podejrzewam, że i tak nie przekonałbym się do tej opowieści. Jeśli ktoś lubi podobny, głupkowaty humor, niech spróbuje; reszcie zdecydowanie odradzam. Sięgnijcie lepiej po oba tomy Dziadka Leona, chyba, że w swojej nieskończonej mądrości już to zrobiliście.

wtorek, 18 maja 2010

#89 - Ziniol #7

Siódmy numer Ziniola ukazał się juz jakiś czas temu, ale mimo to na pewno nie zaszkodzi napisać o nim kilku krótkich zdań, nawet ze sporym opóźnieniem. Bo jak zwykle jest to numer na poziomie.

Dla mnie najciekawszym tekstem w siódmej odsłonie magazynu jest ten traktujący o grupie Doom Patrol, którą swego czasu bardzo się zachwycałem (i oczywiście od tamtej pory nie przeczytałem żadnego z kolejnych Trade'ów, ale co się odwlecze...). Można tu przeczytać nie tylko o runie Morrisona, ale także o dużo wcześniejszych przygodach tych nietypowych bohaterów. Poza tym w numerze znajduje się rozmowa z Andrzejem Janickim (szkoda, że to jedyny wywiad w tym Ziniolu, nie zapominajmy jednak o stronie internetowej kwartalnika), podsumowanie dwóch dekad komiksu w wolnej Polsce napisane przez Karola Konwerskiego, teksty o polskich zinach (zarówno tych aktualnych, jak i prekursorskich) oraz artykuł zatytułowany Kto zabił polski komiks? - od pewnego czasu bardzo popularne pytanie. Całość stanowi bardzo ciekawą lekturę pozbawioną zgrzytów.

Jeśli chodzi o komiksy, zaprezentowano prace kilku autorów goszczących już wcześniej w magazynie (np Nick Abadzis, panowie od Morfium) oraz kilka nieznanych stałemu czytelnikowi kwartalnika nazwisk i są to rzeczy niezłe, aczkolwiek idealnie pasują do nich słowa napisane przez Dominika Szcześniaka we wspomnianym artykule Kto zabił polski komiks? - "Takich, które mogłyby podbić świat jest niewiele. Takich, o których zapomina się chwilę po przeczytaniu - mnóstwo". I faktycznie, lekturę siódmego Ziniola mam już dawno za sobą, a teraz, po ponownym przejrzeniu magazynu, da się zauważyć, że w głowie pozostało jedynie wrażenie miło spędzonego czasu, ale same krótkie historyjki wyleciały z pamięci. Mimo to ciężko napisać o tych komiksach, że są kiepskie. Po prostu nie należą do "takich, które mogłyby podbić świat", ale też nie na takie się nastawiałem.

Jakiś czas temu na stronie magazynu można było przeczytać, iż "tylko cud może sprawić, że drukowany Ziniol nie będzie 96-stronicowym kwartalnikiem o niewielkim nakładzie. A my w cuda nie wierzymy". A ja na to - wielka szkoda, jeśli do tego dojdzie, ale moja wypowiedź znajdująca się na dole podlinkowanego wpisu jest nadal aktualna.

wtorek, 27 października 2009

#59 - Opowieści z Hrabstwa Essex [Jeff Lemire]


Przed przejściem do właściwej recenzji chciałem tylko napisać, że okładka oraz ilustracje nie pochodzą z polskiej wersji komiksu, ale tekst będzie dotyczył Opowieści z Hrabstwa Essex, nie zaś The Essex County Trilogy. Po prostu wrzuciłem tutaj to, co było dla mnie łatwiejsze do znalezienia w Internecie.

Osoby zaglądające tu w miarę regularnie wiedzą pewnie, że jak dotąd twórczość Jeffa Lemire'a znałem jedynie z rozpoczętej niedawno serii Sweet Tooth. Można więc spokojnie powiedzieć, że tak naprawdę nie znałem jej wcale, jednak po lekturze wydanych przez Timofa Opowieści z Hrabstwa Essex stan ten uległ znaczącej zmianie, z czego jestem bardzo, ale to bardzo zadowolony, bo komiks urzeka. Urzeka jako całość i jest spójnym, dopracowanym i chwytającym za serce dziełem, czymś więcej, niż tylko rzemieślniczą robotą i prostą rozrywką. Mimo faktu, że znaczna część historii upływa na wsi, w leniwej i bardzo spokojnej atmosferze, nie można powiedzieć, że Lemire nudzi. Wręcz przeciwnie, na fundamentach tego spokoju buduje specyficzny klimat, a Opowieści przyciągają nawet wtedy, gdy nic się nie dzieje - w takich sytuacjach chwilowo zapominamy o głównym wątku i obserwujemy genialne ilustracje autora, będące elementem jego niesamowitej umiejętności budowania nastroju.

Lemire przedstawia proste i nieskomplikowane historie, które same w sobie nie są niczym specjalnym: przygody samotnego chłopca, dla którego ucieczką od rzeczywistości jest rysowanie komiksów, losy dwóch braci, którzy z powodu pewnego incydentu stracili ze sobą kontakt na długie lata oraz dzieje miejscowej pielęgniarki. Wszystko odbywa się w fikcyjnym odpowiedniku miejsca urodzenia autora. Jestem pewien, że wielu z Was zna podobne historie, z życia własnego, bliskich lub dalszych znajomych. Rzeczywiście, niby nic oryginalnego, ale teraz rozumiem to, co Lemire napisał w pierwszym zeszycie serii Sweet Tooth: "Nie ma oklepanych opowieści, są jedynie oklepane sposoby opowiadania". Komiks, o którym piszę, wprowadza tę teorię w życie - zawarte w nim wątki zostały opowiedziane w sposób genialny. Całość składa się z trzech głównych, powiązanych ze sobą części oraz kilku mniejszych epizodów z życia mieszkańców Hrabstwa Essex; lektura może zająć kilka dłuższych chwil, ale w jej czasie nie byłem znudzony ani przez moment.

Ilustracje Lemire'a sprawiają, że jestem jeszcze bardziej zadowolony z posiadania tego opasłego tomu. Dwa przeczytane przeze mnie zeszyty komiksu Sweet Tooth nie przygotowały mnie na to, co zobaczyłem w pełnej krasie dopiero teraz - Jeff jest jednym z tych gości, którzy posiadają własny, niepowtarzalny styl, dający się rozpoznać na pierwszy rzut oka. Jego rysunki sprawdzają się w czerni i bieli chyba jeszcze lepiej, niż w kolorze - mistrzostwo. Być może mógłbym uznać za wadę to, że Lemire dał się złapać we własne sidła i jego postacie są często bardzo do siebie podobne (i nie chodzi mi tu o krewnych, w przypadku których było to zamierzone), a podobieństwa zachodzą nie tylko wewnątrz tego komiksu, ale też pomiędzy Opowieściami z Hrabstwa Essex a wspomnianym Sweet Tooth, ale jestem pod zbyt dużym wrażeniem jego prac, żeby miało mi to szczególnie przeszkadzać. Dodatkowym genialnym patentem jest wrzucenie do historii swoich własnych komiksów z dzieciństwa. Jeden z głównych bohaterów, dziesięcioletni Lester, lubi rysować, a oglądając jego "dzieła", tak naprawdę oglądamy to, co stworzył sam Lemire, kiedy był mniej więcej w jego wieku. Ciężko się nie uśmiechnąć czytając naiwne przygody Kapitana Kanady oraz innych dziecinnych bohaterów. Świetny pomysł, który mogę tylko pochwalić.

Według mnie Jeff Lemire to twórca, którego prace zwyczajnie wypada znać. Można z powodzeniem zacząć od Opowieści z Hrabstwa Essex - ja jestem już po lekturze, a teraz rozejrzę się za The Nobody i poczekam na kolejne odcinki komiksu Sweet Tooth. Już się cieszę, że mam przed sobą jeszcze kilka jego historii.

piątek, 23 października 2009

#57 - Ziniol #6


Ziniol do pewnego momentu był z numeru na numer wyraźnie lepszy, aż do piątego wydania, kiedy moim zdaniem osiągnął swój stały i przede wszystkim wysoki poziom (co wcale nie jest jednoznaczne z tym, że przestał się rozwijać). Mimo niskiego nakładu trzyma się bardzo dobrze i nie został sezonowym magazynem komiksowym, a jakiś czas temu jego czytelnicy mogli nabyć Ziniola numer 6.

Po pierwsze, cieszę się, że wróciły recenzje - w śladowych ilościach, ale zawsze. Nie narzekam, bo szczerze mówiąc od mojego ostatniego wpisu o Ziniolu zacząłem czytać opinie o komiksach na stronie magazynu, więc ich mniejsza ilość na papierze jest mniej odczuwalna. W numerze mamy też rozmowy z Jeffem Lemire'm (Opowieści z Hrabstwa Essex przeczytane, napiszę o nich prawdopodobnie wkrótce), Brianem Bollandem, Igorem Baranko oraz Olafem Ciszakiem - wszystkie są bardzo interesujące i za wszystkie należą się Ziniolowi dwa kciuki w górę. Jeśli chodzi o pozostałe teksty, najbardziej spodobał mi się ten o Garthu Ennisie (przede wszystkim zachęcił mnie do sprawdzenia kilku jego nowszych rzeczy, na przykład serii The Boys) oraz komiksie Camelot 3000. Poza tym magazyn wymienia najciekawsze historie o Green Arrow (deem, jak to odmienić? "Green Arrowie" brzmi trochę kulawo) oraz omawia serię Torpedo.

Ziniolowe komiksy również dają radę - mamy tu między innymi zakończenie pierwszego sezonu Fotostory (trochę szkoda, że sezon nie okazał się zamkniętą historią i znów trzeba będzie czekać na ciąg dalszy), Abadzisa, Lemire'a oraz Igora Baranko. Nowością są liczne komiksy rosyjskie, zachęcające przede wszystkim bardzo udanymi rysunkami. Przy okazji, zauważyliście, że Diagnoza: Melancholia Andrija Tkalenko opiera się dokładnie na tym samym dowcipie, który wpisał do swojego dziennika Rorschach w Strażnikach?

O tym, że według mnie jest to kolejny udany numer Ziniola, wspominałem już na samym początku. Teraz napiszę tylko, że już czekam na następny, oby jeszcze lepszy (chociaż wystarczyłoby, gdyby był tylko i aż tak samo dobry).

wtorek, 13 października 2009

#52 - Skin [Peter Milligan & Brendan McCarthy]


Skin kisił się na moim dysku twardym od bardzo dawna, czekając (mimo faktu, że został napisany przez jednego z moich ulubionych scenarzystów) na impuls każący mi go przeczytać. Tym impulsem okazało się wydanie komiksu przez Timofa. Wreszcie mamy historię Milligana w Polsce, to znaczy w formie albumu, bo oczywiście pamiętam jego Batmany publikowane u nas przez TM-Semic. Dla mnie Skin był zakupem obowiązkowym.

Celem Milligana nie było zrobienie łatwego w odbiorze komiksu, sam mówi o tym we wstępie, a poza tym czy lekka i przyjemna opowieść o ofierze Talidomidu (produkowanego w latach pięćdziesiątych w Niemczech leku uspokajającego, powodującego przerażające deformacje i uszkodzenia u dzieci, których matki zażywały Talidomid będąc w ciąży), w której postacie wypowiadają się okrągłymi zdaniami, nie byłaby czymś sztucznym? W rezultacie bohaterem Skina jest Martin Atchinson, cierpiący na fokomelię (wada rozwojowa kończyn, doskonale widoczna na okładce) młody chłopak, który nienawidzi wszystkich i wszystkiego, a kiedy otrzymuje współczucie lub kawałek szczęścia, potrafi to tylko skopać. Faktycznie, to nie bajka o "młodym Talidomidzie z Hampstead, który jest szykanowany w szkole, pisze przepiękne wiersze o swojej trudnej sytuacji i ostatecznie zwycięża ze swoim kalectwem, odnawiając naszą wiarę w niezłomną naturę człowieka". Autorzy nie pozwoliliby sobie na taki banał. Co prawda pod koniec komiksu Martin zdobywa normalne ręce (bez obaw, nie jest to żaden spoiler, choć tak właśnie wygląda) i w pewien sposób pokonuje swą ułomność, ale na pewno nie w taki, jak podejrzewacie. Głównego bohatera ciężko polubić i zrozumieć, a mimo to czytelnikowi jest go żal - to dopiero utrudnia odbiór Skina. I urealnia całą sprawę, bo przecież nie każdy kaleka jest inteligentnym i wrażliwym poetą.


Na stronie Ziniola tłumacz historii, Dominik Szcześniak (dobra i pewnie trudna robota, miejscami porównywałem polską wersję ze swoimi skanami i jestem zadowolony z przekładu - kolejna rzecz, dla której warto zainwestować w ten komiks) stwierdza, że Skin "chwyta za jaja i wykręca je". To prawda. Milligan i McCarthy nie silą się na kwieciste opisy i skomplikowane metafory, ich opowieść jest dosadna i subtelna jak kopniak w splot słoneczny. Nie ma złożonej fabuły, zaskakujących zwrotów akcji i pięknej powłoki, to żywe mięso pozbawione skóry. Historia sprowadzona do czynników pierwszych i opowiedziana w najprostszy i najbrutalniejszy sposób. Co by o niej nie mówić - robi wrażenie.

Ilustracje McCarthy'ego są żywe, bardzo malarskie i krzyczące jak opowieść, którą obrazują. W przypadku dobrych komiksów chyba za często stwierdzam, że rysunki idealnie pasują do treści, więc tym razem tego nie napiszę. I tak wiecie, co mam na myśli.


Zakup Skina polecam z kilku powodów. Po pierwsze: pokażmy wydawcy, że warto sprowadzać komiksy Milligana do Polski. Bo naprawdę warto. Po drugie: jest to dobrze przetłumaczony klasyk, który należy znać, kuszący samą krążącą wokół niego kontrowersją. Każdy powinien przekonać się, czy komiks ten oferuje coś więcej niż samą aurę zakazanej opowieści, oraz na ile Skin potrafi go zszokować. A potrafi, co jest trzecim powodem, dla którego wręcz należy mieć go na półce. Nie jest to dzieło genialne, czytałem wiele lepszych scenariuszy Milligana, ale nie da się zaprzeczyć: ten album szokuje. Może nie tak bardzo samymi perypetiami Martina, ale tematyką, którą odważył się poruszyć. To chyba jedyna wada Skina: nastawiłem się na wstrząs wywołany przez scenariusz, ale dużo bardziej przerażające są fakty dotyczące Talidomidu (ze wstępu: "Niemowlaki natomiast rodziły się bez oczu i uszu, czasami bez mózgu, z pozbawionymi członków korpusami, bez części twarzy, z zamknięciem odbytu czy też z katastrofalnymi deformacjami wewnątrz organizmu"). W obliczu tego, czego dowiadujemy się przed rozpoczęciem lektury, sam scenariusz nie jest już aż tak straszny.

Prawda szokuje bardziej niż fikcja, ale to dzięki fikcyjnej historii zaprezentowanej w komiksie ludzie mają okazję ujrzeć okropne fakty oraz rażącą niesprawiedliwość. I za to Skinowi chwała, chociaż swoim istnieniem raczej nie sprawi czytelnikowi przyjemności.

piątek, 18 września 2009

#39 - Prosto z Piekła [Alan Moore & Eddie Campbell]

Na zły początek...
Wczoraj wieczorem zmieniłem adres bloga z przeuroczego i jakże zabawnego comicbookskeepmydickhard.blogspot.com na komiksofilia.blogspot.com - nie zapomnij powiadomić o tym rodziny i przyjaciół. Inspiracją dla tego słowa był zupełnie nie związany z komiksami, ale bardzo zacny blog Janusza. W związku ze zmianą nazwy mogły nastąpić pewne kłopoty z linkami do poszczególnych wpisów, więc jeśli coś nie działa, a chcesz, żeby działało - holla at me!


Dzisiaj nadszedł dzień, w którym postanowiłem podjąć się karkołomnego zadania skreślenia kilku zdań o komiksie Prosto z Piekła. Przeczytałem go już dawno (o ile dobrze pamiętam, pod koniec zeszłego roku), ale długo unikałem pisania na temat tego arcydzieła. Zdaję sobie sprawę, że nie przekażę tu niczego odkrywczego, zresztą nie tylko w moim przypadku wydaje mi się to bardzo mało prawdopodobne. Chyba jednym z najlepszych przymiotników opisujących From Hell jest słowo kompletny, a uczuciem towarzyszącym po lekturze było niemal skrajne wyczerpanie. Najczęściej po przeczytaniu czegokolwiek nie mam żadnego problemu z wysłowieniem się i oceną opowieści, ale mroczny i dołujący utwór Alana Moore'a (o którym wspominam tu dopiero teraz, po niemal roku prowadzenia bloga, chociaż bezsprzecznie jest moim ulubionym scenarzystą) i Eddiego Campbella nie dał mi takiej szansy. Kiedy było już po wszystkim, odłożyłem komiks i zdałem sobie sprawę, że nie mam nic do powiedzenia na temat tego monumentalnego przedsięwzięcia szalonego geniusza. Ogrom pracy włożony w stworzenie From Hell zamienia czytelnika w kogoś, kto może mówić i mówić, ale cokolwiek powie, raczej nie odkryje niczego nowego. Właśnie to rozumiem pod pojęciem kompletna opowieść - jest pełna, wyczerpująca i nie dająca mi pola do popisu w kwestii oceniania. Aż chce się powiedzieć "Nie mnie oceniać coś tak wielkiego", i wcale nie jestem pewny, czy słowa te są przesadzone.

Prosto z Piekła to Moore'owska wizja historii Kuby Rozpruwacza, jego własna teoria na temat tego, kto nim był, jednak poparta faktami historycznymi. Przypisy, stanowiące sporą cześć tej cegły, którą można zabić, pokazują to, co wcześniej nazwałem chorym geniuszem: scenarzysta nie tylko przeczytał mnóstwo książek dotyczących morderstw w Whitechapel, odwiedzał także opisywane przez siebie miejsca, a nawet rozmawiał z prostytutkami, pytając je o dość ciekawą metodę oszukiwania klientów, przedstawioną na kartach komiksu. W przypisach Moore wspomina, że pogoda przedstawiona na ilustracjach odpowiada prawdopodobnej pogodzie w czasie akcji opowieści w 1888 roku. Sprawdził i przemyślał wszystko, od najbardziej podstawowych faktów, poprzez najmniejsze szczegóły, aż do spraw, które mogłyby poprzeć jego wersję wydarzeń. Wszystko to sprawia, że czytelnik, krążąc pomiędzy komiksem a przypisami (co, biorąc pod uwagę fakt, że Prosto z Piekła ma ponad 580 stron, nie jest zbyt wygodne), chłonie całość ze szczęką gdzieś na podłodze.

Brzydkie i nieatrakcyjne ilustracje Campbella początkowo zniechęcają do sięgnięcia po komiks, jednak po wgryzieniu się w opowieść można powiedzieć tylko zdanie, które pada przy najbardziej dopracowanych dziełach, gdzie scenarzysta i rysownik tworzą idealny zespół: "Nie wyobrażam sobie, żeby zilustrował to ktoś inny". Krajobrazy Londynu oraz bohaterowie Prosto z Piekła są przedstawieni w sposób brzydki i nieatrakcyjny, ale taka jest cała ta historia - brzydka i pokryta grubą warstwą brudu. Chociaż wcześniej nazwałem ten komiks arcydziełem (i nadal tak uważam), lektura wcale nie należy do przyjemności. Jest, jak już napisałem, wyczerpująca i naprawdę potrafi zdołować - przede wszystkim przedstawioną w mistrzowski i, niestety, prawdziwy sposób naturą ludzką.

Mógłbym przez dłuższą chwilę wspominać o mankamentach, na przykład o skopanej okładce polskiej wersji komiksu, o książeczce z dodatkowymi materiałami, która do dzisiaj nie dotarła do właścicieli Prosto z Piekła w twardej oprawie (czyli akurat nie do mnie), ale w obliczu samej historii są to rzeczy, które nie mają absolutnie żadnego znaczenia. Bardzo dobrze, że Timof umożliwił przeczytanie From Hell po polsku, bo jest to bez wątpienia jedno z najwybitniejszych osiągnięć Moore'a, jakie znam - z Watchmen przegrywa tylko pod następującym względem: oba te komiksy są genialne, ale czytanie Strażników sprawiło mi dużą przyjemność i nie było zmaterializowaną depresją, czego o losach Kuby rozpruwacza napisać nie mogę. Jak to się czasem mówi: mocna rzecz.

środa, 16 września 2009

#37 - Wykiwani [Alex Robinson]


O Wykiwanych Alexa Robinsona naczytałem się tyle pozytywnych opinii, że zagłosowałem na ten komiks portfelem bez jakichś większych obaw. I nie rozczarowałem się - naprawdę warto spędzić z tą cegiełką trochę czasu (352 strony naszpikowane treścią). Jest to jeden z bardziej przemyślanych i dopracowanych komiksów obyczajowych, jakie miałem ostatnio okazję czytać... i w ogóle jeden z lepszych wydanych w tym roku w Polsce.

Alex Robinson napisał i narysował historię wielu realistycznych postaci, z których sześć posiada etykietkę bohaterów głównych. Wiadomo od samego początku, że w finale dojdzie do spotkania całej grupy, ale historia skonstruowana jest tak, iż śledzimy z zainteresowaniem losy wszystkich, nie tylko tych, których twarze znalazły się na okładce. Osoby kluczowe dla fabuły dzielą komiks na sześć różnych opowieści, które w swoim czasie zaczynają się przeplatać i oddziaływać na siebie nawzajem, a czytelnik zdaje sobie sprawę, że gdzieś w tle trwa odliczanie, po którym nastąpi wybuch starannie ukrytej bomby. Ale nawet bez tego każdy z sześciu wątków jest ciekawy - jego bohaterowie zupełnie się od siebie różnią, mają inne problemy i poglądy oraz kompletnie odmiennie podejście do życia, co zostało w mistrzowski sposób ukazane przez autora. Wydaje mi się, że właśnie to jest głównym atutem Wykiwanych - postacie skłaniające swoją prawdziwością do uwierzenia, że to wszystko mogłoby wydarzyć się tuż obok nas, a tacy ludzie mogą rzeczywiście istnieć. I nieważne, czy mowa tu o wypalonej gwieździe rocka, czy o nieprzystosowanym do życia świrze, którego wnętrze głowy potrafi naprawdę przerazić - bohaterowie naprawdę żyją na kartkach tego komiksu. Nie zauważam czegoś podobnego zbyt często - opowieści obrazkowe, książki i filmy są zwykle pozbawione tego, co w dziele Robinsona aż bije po oczach.

Z Wykiwanymi miałem tylko jeden problem (ciekawe, czy tylko ja?) - tak bardzo czekałem na nie-wiadomo-jak-zajebisty finał, że po drodze nie dotarła do mnie bardzo ważna rzecz. Owszem, kulminacyjny moment komiksu może robić wrażenie (na mnie akurat nie zrobił większego niż opowieść jako całość), ale jeśli w czasie lektury będziemy myśleć tylko o nim, może nam umknąć fakt, że końcówka może i będzie świetna, ale nie powinniśmy czekać w szczególności na nią - świetny jest cały komiks. Od początku, poprzez poprowadzone w perfekcyjny i przemyślany sposób historie szóstki głównych bohaterów, aż do wielkiego BUM! na ostatnich stronach. Wielkiego jak wszystkie rozdziały Wykiwanych.

niedziela, 30 sierpnia 2009

#25 - Po łebkach [1]

Wprowadzam w życie nowy eksperyment, czyli dział "Po łebkach". Znajdą się w nim krótkie teksty (w żadnym wypadku recenzje) dotyczące komiksów/magazynów komiksowych, o których miałem wspomnieć dużo wcześniej (takie nadrabianie zaległości na szybko), o których ciężko zbyt wiele napisać (na przykład teksty dotyczące większości pojedynczych zeszytów) i tym podobne rzeczy. Po parę zdań na dany temat, bez udawania, że się na czymś znam. Zaczynamy.

1) Planetary [Warren Ellis & John Cassaday]


O "Planetary" wspominałem już wcześniej, twierdząc, że mi się podoba. Po skończeniu całości mogę tylko polecić tę serię - pomysły z zeszytów #19, #20 i #21 są świetne (według mnie to najlepsze odcinki), więc warto do nich dobrnąć, co zresztą wcale nie będzie jakieś nieprzyjemne - po drodze czeka nas naprawdę sporo dobrych rzeczy.

2) Tytus, Romek i A'Tomek: Księgi II-XIII


Polecę hurtowo, ale od postu dotyczącego Księgi I minęło trochę czasu. Poza tym wcale nie chodziło mi o pisanie o każdej Księdze z osobna, to mija się z celem. Dlaczego? Ponieważ potwierdza się to, co stwierdziłem w lutym - kupuję ten komiks tylko i wyłącznie z sentymentu i szczerze mówiąc od kilku Ksiąg w ogóle przestałem go czytać. Nabywam, żeby mieć klasykę w dobrym stanie, odkładam sobie na półkę i tak jest dobrze. Niektóre historie, w tym te z "Tytusa, Romka i A'Tomka" za bardzo się zestarzały, żeby jeszcze mnie bawiły; wolę zostawić sobie dobre wspomnienia z dzieciństwa i nie czytać tego od nowa. Próbowałem i nie wyszło z tego nic dobrego.

3) Star Wars 7/2009


Kolejny komiks kupowany z sentymentu, ale nie do samych "Gwiezdnych Wojen" - nigdy nie byłem ich wielkim fanem i nawet nie oglądałem nowszych części. Chodzi o sentyment do zeszytów, a że niewiele ich na naszym rynku... "Star Wars" kupuję, czytam i odkładam, zwykle zapominając, czego dotyczyła dana historia, chociaż niektóre są rzeczywiście niezłe. Prosta rozrywka. Gdybym był fanem, na pewno miałbym większą wiedzę dotyczącą "Gwiezdnych Wojen", a wtedy mógłbym docenić niuanse przedstawianych tu opowieści (których może być całkiem sporo, ale nie potrafię ich dostrzec) i automatycznie byłbym bardziej zadowolony.

4) Ziniol #3-#5


Poprzednia opinia na temat "Ziniola" podtrzymana - wciąż warto. Magazyn cały czas się rozwija, nawiązuje kontakt z kolejnymi ciekawymi postaciami świata komiksu i prezentuje bardzo wysoki poziom. Jedyne, co mi się nie podoba, to fakt, że od numeru #5 z "Ziniola" zniknęły recenzje - zostały w całości przeniesione na jego cybernetyczne uzupełnienie, ale ja wolałbym móc otworzyć sobie papierowy magazyn i sprawdzić, co ukazało się w danym okresie, zamiast ślęczeć przed monitorem. Nie lubię takiego czytania, więc siłą rzeczy strona "Ziniola" jest przeze mnie pomijana - po prostu nie potrafię przeglądać długich tekstów siedząc przed komputerem. Ponadto strona kiedyś zniknie, w przeciwieństwie do recenzji umieszczonych w magazynie.
Wkrótce numer #6, o którym postaram się napisać bardziej szczegółowo.

poniedziałek, 24 listopada 2008

#13 - Ziniol


Chciałem napisać coś na temat świeżo przeczytanej polskiej wersji "From Hell", ale doszedłem do wniosku, że to nie dla przeciętnych śmiertelników takich jak ja. Muszę się zebrać w sobie, ale i tak wątpię, czy uda mi się wnieść cokolwiek do tematu - mogę zachwycać się genialną fabułą, opowiadać o wrażeniach wyniesionych z lektury, ale i tak będzie to coś w stylu "tańca łowców mew". Zamiast tego napiszę o innym przedsięwzięciu Timofa, może nie tak doniosłym, ale wciąż bardzo ważnym.

"Ziniol", bo o nim mowa, to magazyn komiksowy ukazujący się na naszym rynku od czerwca tego roku. I bardzo dobrze, bo sytuacja, w której w Polsce nie było tego typu wydawnictwa nie podobała się chyba nikomu. Choćby przez to należy wspierać "Ziniola", ale to nie jedyny i nie najważniejszy powód. Najważniejszy powód jest taki, że "Ziniol" jest po prostu dobry i rozwija się z numeru na numer. Drugi zniszczył pierwszy, a jak widziałem zapowiedzi trzeciego, to aż boję się, co (i kto) będzie w czwartym. I nie mów, że nie jarasz się, że okładkę narysował Norm Breyfogle. Pomijam fakt, że geniusz z niego żaden, ale chyba niewielu jest takich, którzy nie czują sentymentu do tych starych, śmierdzących Batmanów z TM-Semic, na tragicznym papierze i z przeciętnymi rysunkami Norma. To były komiksy!

Pewnie, są liczne wady (zwłaszcza długie, analityczne teskty), ale jeśli będą systematycznie eliminowane, to nie widzę problemu. Jeszcze nigdy nie dostrzegałem aż tak szybkich postępów jak te "Ziniola", także trzymam kciuki i głosuję portfelem. Smutne jest tylko to, że w numerze #2 nakład zmniejszył się z 1000 do 500, a cena wzrosła z 20 do 25 złotych. Mam nadzieję, że przy trójce nie będzie podobnych jaj. Nie chcę, żeby jedyny polski magazyn komiksowy (mówię oczywiście o tych "ukazujących się na papierze) zdechł z braku poparcia. Zwłaszcza, że ma potencjał.

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...