Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cory walker. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cory walker. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 19 sierpnia 2013

#321 - Co tam czytam? [1]

Co tam czytam? to mój nowy eksperyment, efekt chęci podzielenia się z Wami wrażeniami z lektury komiksów, niekoniecznie w formie pełnoprawnych recenzji. Kilka mniej lub bardziej entuzjastycznych zdań, szybkie opinie, czasem o jednej pozycji, czasem o kilku naraz, o serii lub o pojedynczym zeszycie. Taki jest plan. Jeśli ktoś jest wyjątkowo znudzony, może wyszukać gdzieś w starych wpisach podobną rzecz, a mianowicie "cykl" Po łebkach, który zmarł śmiercią naturalną po jednej odsłonie. Może tym razem będzie inaczej. Zobaczymy. Cały czas chcę pisać o komiksach, od pewnego czasu wrzucam teksty głównie na inne strony, a przecież czytam całą masę innych opowieści obrazkowych. Chcę pisać też o nich, niekoniecznie tak, jak choćby dla Gildii Komiksu. Czasami mam ochotę na skreślenie czegoś pozbawionego przemyślanych zdań, filozofii, czegoś na szybko. Czasami zamiast pisać, że coś jest świetne, wolę stwierdzić, że jest wyjebane, a tutaj nikt mi tego nie zabroni. Po to powstał ten cykl, który być może zostanie tu na dłużej.

Co tam w serii Invincible?

Jakiś czas temu przestałem pisać o tym komiksie. Trochę dlatego, że narobiłem sobie zaległości, ale ważniejszym powodem było to, że trzaskanie recenzji kolejnych tomów straciło jakikolwiek sens. I tak składałyby się głównie z szybkiego nakreślenia fabuły i akapitu poświęconego moim w pełni zasłużonym pochwałom. Zaległości nadrobione, niedawno Invincible dobił do setnego zeszytu i seria nadal jest wyjebana. W przeciwieństwie do Fables (ten cykl też muszę nadrobić, bo zdaje się, że nie ruszyłem go już od paru lat), gdzie na początku bohaterowie musieli pokonać głównego przeciwnika, po czym pojawił się po prostu kolejny, silniejszy, tutaj nie ma mowy o tak prostych i oczywistych rozwiązaniach. Po zakończeniu Viltrumite War pojawiło się tyle świetnych wątków, że w czasie lektury sam nie wiedziałem, którym zachwycać się bardziej. Ciągłe zwroty akcji robią niesamowite wrażenie i nie nudzą na zasadzie: "O, kolejna rzecz, która niby miała mnie zaskoczyć? Znowu?". Kirkman to zły człowiek, ma głęboko w dupie oczekiwania swoich czytelników. Najpierw coś zapowiada, potem okazuje się, że całkowicie świadomie kłamał, a ja i tak byłem zadowolony, bo dał mi coś jeszcze lepszego niż w zapowiedziach. I Wy też będziecie. Jednocześnie czytając Invincible ma się świadomość, że to w pełni autorski komiks, w którym scenarzysta naprawdę może zrobić, co tylko zechce. Zabicie głównego bohatera? Dlaczego nie? Zabicie wszystkich bohaterów serii? Dlaczego nie? A jeśli czyjeś odejście to tylko pozory, wyjaśnienie całej sytuacji jest przedstawione tak, że zamiast krzyczeć, że mnie oszukano, byłem jeszcze bardziej usatysfakcjonowany. W Sweet Tooth prawie zawsze było wiadomo, że jeśli ktoś jest dobry, później okaże się zły, tutaj na szczęście nic nie jest oczywiste. Raz jest zabawnie, innym razem śmiertelnie poważnie, a ja nie zawiodłem się jeszcze ani jednym zeszytem (jeśli nawet, zdążyłem już o tym zapomnieć). Dodajmy do tego niesamowitą stronę graficzną i dostajemy jedną z najlepszych serii, jakie czytałem w życiu, nie tylko tych superbohaterskich. Jeszcze nie znacie? No co Wy?

poniedziałek, 30 stycznia 2012

#202 - Invincible: Growing Pains [Robert Kirkman, Ryan Ottley & Cory Walker]

To już trzynaście tomów, a Invincible wciąż jest świetną serią, głównie dzięki swojej różnorodności oraz idealnemu połączeniu wielu gatunków, z jakimi ma ochotę bawić się Kirkman. Raz jest śmiertelnie poważnie, innym razem śmiesznie albo bezmyślnie i brutalnie, a w każdej z tych konwencji scenarzysta zachowuje tak samo wysoki poziom. Szkoda, że inny komiks tego samego autora, Żywe trupy, musi trzymać się jednego konkretnego pomysłu i nie pozwala na wprowadzanie podobnych zmian. Za to Invincible nie znudzi mi się chyba nigdy.

Po długiej i bardzo krwawej walce w poprzednim tomie nadszedł czas na wielkie przygotowania do wojny z planetą Viltrum, czym zajmują się przede wszystkim Omni-Man oraz, oczywiście, główny bohater. Jakby tego było mało, Kirkman stawia przed nim nie tylko problemy z kolejnymi przeciwnikami, ale też te bardziej obyczajowe, związane z Atom Eve i jego wątpliwościami dotyczącymi tego, czy postępuje w odpowiedni sposób. Wszystko napisane tak, że wciąga i uzależnia czytelnika.

Growing Pains to kolejny bardzo dobry tom serii Invincible. Jeszcze nie czytałem The Viltrumite War, mam lekkie opóźnienie, ale myślę, że się nie zawiodę. Prawda?

czwartek, 24 września 2009

#44 - Invincible: Eight is Enough [Robert Kirkman, Cory Walker & Ryan Ottley]


Eight is Enough udowadnia, że warto było zacząć czytać Invincible. Drugi TPB nie zaskakuje już tematyką tak jak Family Matters, za to z powodzeniem zmusza do uśmiechu świeżym podejściem do tematu. Pod tym względem komiks rozkłada na łopatki, będąc odpowiednikiem świetnego serialu oglądanego z piwem w ręce, przy którym można się odprężyć nie angażując zbyt wielu szarych komórek. I prawidłowo, taka rozrywka też jest jak najbardziej pożądana. A to, że opowieść nie wymaga intensywnego myślenia podczas lektury, wcale nie oznacza, że jest głupia albo skierowana do głupich odbiorców. Jeśli ktoś tak twierdzi, raczej nie czytał Invincible.

Drugi Trade zbiera zeszyty #5-#8, dając czytelnikowi kolejne kilogramy rozrywki oraz igrania ze schematami komiksu o superbohaterach. Tym razem Markus musi zastąpić zapracowanego ojca i poradzić sobie z atakiem obcego; rezultat starcia nie może nie rozbawić, założę się też, że nikt nie spodziewał się takiego obrotu spraw. W kolejnym odcinku dowiadujemy się, co spotkało śmieci wyrzucone przez Invincible'a a premierowym zeszycie oraz obserwujemy kolejną zabawę Kirkmana superbohaterską konwencją - tym razem autor śmieje się z głupkowatego ukrywania swojej tożsamości. Oczywiście to nie jedyne ciekawe i/lub komiczne wydarzenia. Dalej nie jest już tak do końca wesoło - pewna grupa zamaskowanych obrońców ma wielkiego pecha, a końcówka Invincible #7 stanowi najciekawszy zwrot akcji w całym TPB. Finał Eight is Enough zapowiada kolejne kłopoty, pojawia się też kilka znanych postaci z uniwersum Image.

Komiks pokazuje, że Kirkman sprawdza się nie tylko w poważnych i mrocznych opowieściach. Póki co nie jestem zadowolony ze zmiany rysownika w #8 numerze, ale to samo mówiłem przy The Walking Dead, a potem okazało się, że byłem w błędzie. Mam nadzieję, że przyzwyczaję się do ilustracji Ottleya, ale mimo wszystko trochę szkoda, bo to, co robił Cory Walker naprawdę przypadło mi do gustu. Oby moja niepewność nie trwała zbyt długo.

niedziela, 13 września 2009

#34 - Invincible: Family Matters [Robert Kirkman & Cory Walker]


Postanowiłem poznać nieco inną stronę scenariuszy Roberta Kirkmana, autora The Walking Dead, a wszystko wskazywało na to, że seria Invincible będzie zupełnym przeciwieństwem ciężkiej i brutalnej historii Ricka i jego towarzyszy. Jest to komiks z gatunku supahiroł, czyli latający panowie w pelerynach oraz ich strzelający laserami z oczu przeciwnicy, a więc temat, przy którym bardzo łatwo wtopić i napisać stereotypową, kiczowatą opowieść dla nastolatków lubujących się w bezmyślnych nawalankach. Dzięki Bogu Kirkman podszedł do swoich postaci z humorem, co zresztą widać po okładkach wydań zeszytowych wchodzących w skład TBP Family Matters - napis nad tytułem serii głosi "Dziewczyny, trądzik, prace domowe, super-złoczyńcy. Kiedy jesteś nastolatkiem, pomaga bycie Niezwyciężonym". Czyli mamy tu zachęcający mnie zdrowy dystans oraz dobrego scenarzystę, chociaż z drugiej strony, jeśli sprawdza się w opowieściach o zombie, nie znaczy to wcale, że podoła przy luźnym komiksie superbohaterskim. Na szczęście nie ma się czego obawiać, bo Invincible daje radę.

Głównym bohaterem komiksu jest Markus Grayson, nastoletni syn superbohatera Omni-Mana. Kiedy go poznajemy, chłopak zaczyna właśnie przejmować umiejętności swojego ojca - na początku jest to nadludzka siła oraz zdolność latania. Już podczas jednego z pierwszych przelotów nad miastem natyka się na przestępców i daje im niezły wycisk, a potem do samego końca doświadczamy bardzo udanej Kirkmanowskiej zabawy konwencją. Autor na bank jest świadomy istnienia stereotypów komiksu trykociarskiego, ale zdaje się nic sobie z tego nie robić i z uśmiechem na ustach brnie w pozorną pułapkę. A najlepsze jest to, że wychodzi z tego z twarzą. Dalsza część opowieści zawiera między innymi scenę projektowania kostiumu bohatera, bójkę w szkole (podczas której Mark oczywiście wykorzystuje swoje zdolności), naparzanie łotrów i superłotrów, współpracę z Teen Team, grupą nastoletnich bohaterów, walkę z obcymi... czyli celowe żonglowanie prostymi pomysłami i schematem. Dzięki odczuwalnemu dystansowi scenarzysty jest to jednak jadalne, a nawet więcej - bardzo dobrze smakuje.

Oprawa graficzna komiksu jest taka, jak scenariusz - prosta, przystępna, nie mająca na celu zadziwiać. Rysunki i kolory same w sobie nie są może genialne, ale w połączeniu z historią Kirkmana tworzą spójną i bardzo porządną całość. Nie potrafię sobie wyobrazić rodzaju ilustracji, który pasowałby bardziej do tej opowieści.

I taki właśnie jest Invincible - spójny, doskonale wyważony i przemyślany. Nie ma tutaj napięcia i mroku towarzyszącego lekturze The Walking Dead, pozostała za to zdolność Kirkmana do tworzenia płynnej opowieści, którą czyta się jednym tchem. I to z uśmiechem na twarzy. Nie jest to genialny i poważny komiks, który odmienił moje życie. Jest to celowo luźna rzecz, która zamieniła poświęcone jej chwile w bardzo dobrą zabawę. Tak miało być i w tym przypadku tyle mi wystarczy, z chęcią pozostanę przy tej serii na dłużej.

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...