Pokazywanie postów oznaczonych etykietą j.h. williams III. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą j.h. williams III. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 22 maja 2012

#237 - Promethea Book 5 [Alan Moore & J.H. Williams III]

I już po Promethei. Pięć niesamowitych tomów, piękne i zróżnicowane ilustracje, raz komiks, raz wykład Alana Moore'a na temat konstrukcji wszechświata. Z fragmentami, które pomimo przytłaczającego szaleństwa i niewiarygodnie spójnej oraz niezwykłej wizji scenarzysty, zawsze były na tyle przystępne, żeby czytało się to równie dobrze jak najprostszą opowieść o bijących się herosach w śmiesznych kostiumach. Poza tym Promethea stanowi połączenie dwóch odmiennych podejść Moore'a do historii obrazkowych. Bez poważnych, naukowych analiz, można ogólnie stwierdzić, że autor tej serii tworzy rzeczy albo bardzo poważne, jak Prosto z piekła, Zagubione dziewczęta, V jak Vendetta czy Strażnicy, albo pulpowe, jak Supreme, Top 10, Liga Niezwykłych Dżentelmenów lub, jak podejrzewam (jeszcze nie czytałem, dopiero powoli kompletuję) Tom Strong. Niezależnie od podejścia, radził sobie świetnie, jednak tutaj połączył oba te style. Seria to wymieszanie pulpy (opętany przez demony, chory psychicznie burmistrz, superbohaterskie grupy takie jak The Five Swell Guys, ich przeciwnicy, Jellyhead albo Painted Doll) z rzeczami absolutnie poważnymi, jak cała podróż głównej bohaterki po Immaterii. Wyszło rewelacyjnie, a piąty tom jest kulminacją tego połączenia. Już na samym początku serii zapowiedziano, że obecna Promethea doprowadzi do apokalipsy. To prawda. W finale Moore pokazuje swoją wizję końca świata, przypuszczam, że skrajnie odmienną od oczekiwań większości czytelników. Mogę zdradzić, że na ostatnich stronach następuje zapowiadana wcześniej apokalipsa, jednak nie sądzę, żebym zepsuł komukolwiek niespodziankę.

Jest jeszcze #32 zeszyt, który nie bez powodu powstawał przez kilka miesięcy. Poniżej zamieszczam go w całości, co prawda w pomniejszeniu, ale widać wystarczająco, że Alan Moore zwariował po raz kolejny. Dobrze widzicie, tak właśnie wygląda finał Promethei. Nie jestem pewny, jak przedstawiono to w pojedynczym numerze, wydanie zbiorcze rozwiązuje pomysł w taki sposób, że złożono z tego zwyczajny epizod, strona po stronie, a zaraz potem pokazano swego rodzaju rozkładówkę, żeby czytelnik mógł zobaczyć, także w pomniejszeniu, jak prezentuje się całość. W pojedynczym zeszycie da się to chyba po prostu rozłożyć, czytać na różne sposoby, bawić się szaleństwem autorów. Ostatnia część to podsumowanie całej serii, ponowne zestawienie wszystkiego, czego główne bohaterki dowiedziały się w Immaterii plus wiele nowych informacji, z jedną główną ilustracją oraz masą mniejszych, pojedynczych rysunków składających się na dwa monumentalne plakaty widoczne poniżej. To jedna z najdziwniejszych rzeczy, jakie widziałem w komiksie, czytałem to, nie wierząc, że najpierw można w ogóle na coś takiego wpaść, a potem poświęcić całe miesiące na doprowadzenie tego pomysłu do końca. Kiedyś do tego wrócę, przyjrzę się temu od początku do końca i może dotrze do mnie więcej, na razie odłożyłem ostatni tom trochę przestraszony.

Przestraszony ostatnim zeszytem, zachwycony serią. Każdemu, kto szuka w opowieściach obrazkowych czegoś nietypowego i wymagającego, a jednocześnie wcale nie straszącego nieustannym brakiem przystępności, powinien sięgnąć po Prometheę. Jeśli ktoś lubi scenariusze Alana Moore'a (ile osób może powiedzieć, że ich nie lubi?), powinien zrobić to tym bardziej. Kolejna genialna rzecz od tego autora. To już koniec, ale dobrze, że na horyzoncie czeka na mnie Tom Strong.


piątek, 11 maja 2012

#230 - Promethea Book 4 [Alan Moore & J.H. Williams III]

Spodziewałem się kolejnych siedmiu epizodów poświęconych w całości podróży głównej bohaterki oraz jej towarzyszki po Immaterii. Kolejnej części wykładu nie zawsze przypominającego tradycyjną opowieść obrazkową. W poprzednim tomie głównego wątku prawie nie było, teraz Moore wraca na wcześniejsze tory, po tym, jak Promethea ponownie wskakuje do prawdziwego świata, przedtem spotykając między innymi swojego ojca i boga. Bóg pokazany przez Moore'a odbiega od standardowych wyobrażeń związanych z tą postacią, nie przytakując im, ale także nie zaprzeczając. Immateria jest w końcu miejscem, w którym rację bytu mają wszystkie koncepcje, zarówno te prawdziwe jak i stworzone w ludzkiej wyobraźni. Jest przestrzeń dla bogów egipskich, greckich i rzymskich, jest przestrzeń dla ukrzyżowanego Jezusa. W trzecim tomie jedna z występujących w komiksie postaci stwierdza: "I pomyśleć, że istniał naprawdę", na co inna odpowiada: "Nie. Nie jest ważne, czy istniał naprawdę. Ważne jest to, że istnieje. To, co oznacza, symbol. To jest prawdziwe. To jest rzeczywiste. To dzieje się właśnie teraz". O samej Immaterii, albo przynajmniej o tym, jak Moore przedstawił swoje koncepcje, postaram się napisać w recenzji ostatniej części. O ile będę potrafił, bo sprawa nie jest wcale taka prosta.

Tymczasem w materialnym świecie nie dzieje się zbyt wiele dobrego. Promethea powraca i z początku wygląda na to, że nie będzie źle. Jako Sophia Bangs wreszcie, po latach, przeprowadza szczerą rozmowę ze swoją matką, co umożliwiło jej wcześniejsze spotkanie z ojcem. Sielanka nie trwa jednak długo. Przed odejściem główna bohaterka powierzyła zadania Promethei przyjaciółce, która w międzyczasie zdążyła trochę nabałaganić i zwrócić na siebie uwagę agentów FBI, a teraz wcale nie ma zamiaru zrezygnować ze swoich nowych umiejętności. Dochodzi do starcia pomiędzy dwoma wcieleniami Promethei oraz, w konsekwencji, do procesu odbywającego się w Immeterii. Sędzia, znany chyba wszystkim król Salomon, ma rozstrzygnąć, kto zasługuje na tytuł, a kto będzie musiał odejść z niczym. W tym samym czasie w materialnym świecie FBI rozpoczyna intensywne poszukiwania głównej bohaterki oraz wszystkich, którzy mogliby z nią współpracować.

Po trzecim, trudnym w odbiorze, choć na pewno nie bełkotliwym tomie, w czasie lektury czwartego można odetchnąć z ulgą i poczytać bardziej klasyczną, przez cały czas świetną fabułę. Odetchnąć, by po chwili wstrzymać oddech przed wielkim, naprawdę wielkim finałem.

niedziela, 6 maja 2012

#226 - Promethea Book 3 [Alan Moore & J.H. Williams III]

Już chyba po raz drugi podepnę się pod teorię Gonza, mówiącą o tym, że Moore bardzo często pod pretekstem komiksu daje czytelnikowi złożony esej na jeden z interesujących go tematów. Trzeci tom serii Promethea to właśnie ten, w którym esej zaczyna wygrywać z fabułą. Niby dalej chodzi o tę samą opowieść, jedna Promethea zastępuje inną, zaś miastem nadal rządzi opętany burmistrz, ale tym razem wydarzenia te schodzą na drugi plan, zajmują niewiele miejsca, ustępując dalszym wykładom dotyczącym natury magii, a zarazem tego, jak skonstruowany jest cały materialny i niematerialny świat. Czy tak dalekie odejście od wcześniejszych wątków to błąd? Ja nie narzekam, choć zmiana jest znacząca i pewnie wcale nie ostateczna, w tym sensie, że dalej pierwotna historia stanie się jeszcze mniej ważna. Moore chyba nie chciał zaczynać w ten sposób, z grubej rury. Pierwszy tom rzeczywiście był bardzo przystępny w porównaniu do trzeciego, z drugim stanowiącym nie zawsze łagodne przejście. Co wcale nie znaczy, że Promethea nagle stała się bełkotem, wciąż czytam tę serię z wielkim zainteresowaniem i bez bólu, a ilustracje Williamsa ze stylem oraz kolorami, których autorem jest Jeromy Cox, ciągle zmieniającymi się w zależności od tego, jakie miejsce odwiedzają główne bohaterki, to naprawdę genialna sprawa. Zostały dwa tomy, podejrzewam, że jeszcze bardziej przypominające wykład i odchodzące od historii obrazkowej. I dobrze, bo czyta się to świetnie, zaś Promethea to seria, o której bez obaw można powiedzieć, że jest inna niż wszystkie.

poniedziałek, 2 kwietnia 2012

#217 - Promethea Book 2 [Alan Moore & J.H. Williams III]

Drugi tom to ten, w którym zaczynają się schody. Po dość łagodnym wprowadzeniu w historię Promethei z poprzedniej części, nagle robi się o wiele dziwniej i, momentami, przerażająco. Nadal obecna jest pulpa, jak choćby zmasowany atak inteligentnej substancji o konsystencji żelu, ale można powiedzieć, że zabawa się skończyła. Swoją drogą zadziwia fakt, jak dobrze tak niedorzeczne wydarzenia mogą współgrać z całą resztą, ze złożonym wyjaśnieniami Moore'a na temat natury magii oraz, właściwie, całego świata i ludzkiej egzystencji, ale mogą i współgrają. Promethea Book 2 to świetna kontynuacja wnosząca do serii tyle nowego, że czasami można odnieść wrażenie, że czyta się zupełnie inny komiks.

Pomijając problemy ze starymi wrogami, którzy chcą ją zniszczyć, oraz cierpiącym na schizofrenię burmistrzem, główna bohaterka nadal uczy się od swoich poprzednich wcieleń, co tak naprawdę oznacza bycie Prometheą. Dla Moore'a i Williamsa to świetna okazja, żeby dać upust swoim szalonym pomysłom. Wszystko zmienia się w zależności od tego, gdzie wkraczają występujące w komiksie postacie. Na przykład w pierwszym epizodzie zamiast narysowanych twarzy pojawiają się zdjęcia, żeby podkreślić, w jak bardzo realistycznym otoczeniu znalazły się Sophie Bangs i jej towarzyszka. Kolejne części, strony i pojedyncze kadry są równie ciekawe, praktycznie co chwilę zmienia się konstrukcja historii, znowu trzeba coś czytać w inny sposób, w jednym z odcinków ilustracje przez cały czas ułożone są poziomo, kreska Williamsa też nie jest bez przerwy identyczna, naprawdę jest co czytać i na co patrzeć. Poza tym sprawia to, że przedzierając się przez bardziej skomplikowane niż ostatnio przygody Promethei właściwie nie da się nudzić. Wprowadzane na każdym kroku zmiany świetnie skupiają uwagę, nie wspominając o tym, że komiks, pomimo dużo większej dawki szaleństwa, nie stracił nic ze swojego wysokiego poziomu i ciągle jest świetną opowieścią, a nie ciężkostrawnym i nikomu niepotrzebnym popisem erudycji.

Ostatni epizod znowu zapowiada nadchodzące dziwne rzeczy i to, że jednak może być jeszcze straszniej. W historii Metaphore, za pomocą całostronicowych ilustracji, pary mówiących wierszem węży, różnych wariacji tytułowego słowa, dowcipu opowiadanego przez Aleistera Crowleya i kart tarota Moore wyjaśnia swoje teorie na temat magii, ludzkości, świata, właściwie wszystkiego. Rewelacyjna rzecz. To jeden z tych komiksów, po których będę bał się każdej kolejnej części, ale zdecydowanie chcę więcej i zdecydowanie polecam.

sobota, 24 marca 2012

#215 - Promethea Book 1 [Alan Moore & J.H. Williams III]

Tym razem Alan Moore postanowił zająć się Prometheą, postacią wykorzystywaną już wcześniej przez innych twórców: poetów, pisarzy, scenarzystów komiksowych, ilustratorów. We wstępie opisuje losy tej bohaterki oraz to, jak bardzo zmieniała się w zależności od tego, kto był autorem opowieści o niej. Co ciekawe, niektórzy najprawdopodobniej nawet nie wiedzieli, że przed nimi ktokolwiek tworzył historie o Promethei, a mimo to ich wersje tej postaci cechuje wiele zaskakujących podobieństw. Przenosząc to wszystko do swojego komiksu, scenarzysta zrobił z Promethei boginię zamieszkującą Immaterię, świat wyobraźni, w którą w ciągu stuleci wcielały się rzeczywiste osoby, twórcy wymienieni we wspomnianym już wstępie do historii Moore'a. Teraz czas na kogoś nowego. Najnowszą Prometheą zostaje Sophie Bangs, nowojorska studentka pisząca pracę semestralną dotyczącą, co za niespodzianka, właśnie Promethei oraz różnych wersji tej postaci, w zależności od tego, kto był ich autorem.

W czasie rozmowy z wdową po twórcy ostatnich przygód Promethei, Sophie zostaje zaatakowana przez istotę przypominającą żywy cień, by po chwili zmienić się w nową Prometheę. Jak się okazuje, teraz jej kolej, a dziewczyna musi nauczyć się radzenia sobie z nową sytuacją. Najlepiej szybko, ponieważ wrogowie jej poprzednich wcieleń uznali właśnie ten moment za najlepszy, by zaatakować. Sophie jeszcze nie wie, jak w dowolnej chwili zostawać Prometheą, jak odwiedzać Immaterię i powracać do materialnego świata w zależności od swojej własnej woli, nie od przypadku... na razie tak naprawdę nie ma pojęcia o niczym. Z jednej strony już na samym początku zyskuje wielu potężnych wrogów, z drugiej może przecież liczyć na pomoc wszystkich poprzednich wcieleń Promethei. Tak zaczyna się jej podróż, tak zaczyna się również kolejny genialny komiks Alana Moore'a.

Po przeczytaniu opisu wszystko to może brzmieć prostacko, ale w żadnym wypadku takie nie jest. Pozory mylą. Akcja, której miejscem jest Nowy Jork z 1999 roku (jednak dużo bardziej zaawansowany technologicznie niż ten prawdziwy, z latającymi samochodami oraz całą resztą scenerii z opowieści science fiction), zamieszkały między innymi przez grupę bohaterów The Five Swell Guys oraz ich przeciwnika o imieniu Painted Doll, światy wykreowane przez poprzednich twórców Promethei, często światy celowo bardzo banalne, każdy z tych elementów służy Moore'owi do rozbijania na czynniki pierwsze tematu wyobraźni, a także jej roli w naszym życiu. Supreme robił to samo z komiksowym superbohaterstwem, jednak Promethea jest o wiele bardziej skomplikowana i trudna w odbiorze. A raczej dopiero będzie. Pierwszy tom to dopiero wstęp, lekka i przyjemna (co wcale nie umniejsza jej genialności) historyjka, szczególnie w porównaniu z tym, co będzie działo się dalej. I choć znowu jest się czego bać, nie mogę nie polecić tego komiksu.

Ilustracje J.H. Williamsa III są równie świetne i, tak jak w przypadku scenariusza, też są jedynie wstępem. Szczegółowa kreska i rewelacyjne okładki robią wrażenie, ale już w drugim tomie to wrażenie będzie o wiele większe. Rysownik pokaże dziwne rozwiązania, zaskakujące i niebanalne kadrowanie, zmiany stylu w zależności od tego, co akurat opowiada Moore i wiele, wiele więcej. Będzie na co popatrzeć.

Pierwszy tom serii Promethea to dopiero wstęp, ale wstęp rewelacyjny, do czegoś, co potem będzie jeszcze lepsze. Czytać bez zastanowienia.

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...