czwartek, 10 września 2009

#32 - Bone: Out from Boneville [Jeff Smith]


Serię "Bone" znam od niedawna, ale tak naprawdę powinienem poznać ją dużo wcześniej - jest świetna. A wszystko zaczęło się od tego, że na forum Gildii Komiksu, w temacie dotyczącym "Y: The Last Man", Blacksad stwierdził, że komiks Vaughana "przebija "Sandman'a", "Kaznodzieję" czy "Bone'a", żeby przywołać te trzy zamkniete serie". Pomyślałem, że z przytoczonych przez niego tytułów znam wszystko oprócz "Bone'a", ale jeśli ktoś wymienia tę historię jednym tchem z "Kaznodzieją" i "Sandmanem"... doszedłem do wniosku, że warto sprawdzić, o czym mowa. A potem zobaczyłem tego śmiesznego stworka, którego widać powyżej i powiedziałem do siebie tylko "Eee...". Na pierwszy rzut oka rzeczywiście wygląda to na bajeczkę dla bardzo małych dzieci, ale po zapoznaniu się z opiniami na temat serii oraz kiedy przeczytałem, ile przyznano jej nagród (zajrzyjcie choćby tutaj, sekcja Reception), wiedziałem już, że prędzej czy później zapoznam się z pierwszym TPB.

Powtórzę to jeszcze raz: "Bone" jest świetny. Fabuła, rysunki, humor, kolory, po prostu wszystko. Dzieło Jeffa Smitha przypomina dobrą i przezabawną kreskówkę, a podczas czytania uśmiech praktycznie nie schodzi z twarzy. Pewnie, można podchodzić do tego komiksu z uprzedzeniem i jeszcze przed lekturą mówić, że "to przecież tylko bajka o jakimś głupim stworku", ale z drugiej strony tak samo można powiedzieć na przykład o "Watchmen" - że to tylko bajka o bandzie pajaców w idiotycznych przebraniach. Prawda wygląda tak, że "Bone'a" można bez żadnego problemu dać małemu dziecku, ale jednocześnie historia jest zabawna nawet jeśli masz dwadzieścia kilka lat (jak ja), a prezentowany w niej humor wcale nie jest dziecinny. Uniwersalność to kolejna zaleta tego komiksu.

Seria podobno rozrasta się od prostej opowieści do czegoś wręcz epickiego. Myślę, że już wkrótce będę miał okazję to sprawdzić, bo pierwszy Trade, "Out from Boneville", jest tak dobry, że nie pozostawia mi wyboru. Punktem wyjścia jest próba powrotu trójki bohaterów do tytułowego Boneville, miejsca, które z różnych powodów opuścili, a teraz nie mogą odnaleźć drogi powrotnej. To tylko początek, już po chwili dzieje się dużo więcej. Zachęcam wszystkich do zapoznania się z przygodami trzech kuzynów - Fone Bone'a, Phoney Bone'a i Smiley Bone'a - oraz całej masy zabawnych i strasznych postaci drugoplanowych. No chyba, że jesteś zbyt poważny, żeby czytać takie rzeczy, ale w takiej sytuacji mogę Ci tylko współczuć.

środa, 9 września 2009

#31 - Greek Street #2 [Peter Milligan & Davide Gianfelice]


Drugi numer "Greek Street" zachęca do dalszej przygody z tą serią jeszcze bardziej niż poprzedni. Na początku naszym oczom ukazuje się interesujący patent Milligana na streszczenie tego, co działo się wcześniej (ciekawe, czy będzie stałym punktem programu), a potem wreszcie mamy do czynienia z konkretami. Poprzednia część była dobra, ale zbyt szczegółowa - za dużo postaci i wątków jak na start, teraz wszystko zaczyna się klarować. I właśnie tego oczekiwałem. Peter Milligan znów pokazuje, na co go stać, mamy też klasyczne w jego przypadku mocne sceny - choćby ta, w której wspomniany poprzednio Eddie (postać nawiązująca do Edypa) pochopnie postanawia pozbyć się nieco innej części ciała, niż jego poprzednik. Innej, ale także bardzo ważnej. Dodajmy do tego kilka ciekawych wydarzeń, o których nie chcę pisać, żeby nie psuć komuś niespodzianki, a w efekcie mamy komiks zasługujący na dwa kciuki w górę - oby po każdym zeszycie pokazywane były z coraz większym entuzjazmem.

wtorek, 8 września 2009

#30 - Chew #1 [John Layman & Rob Guillory]


Czasem wystarczy dobry patent na głównego bohatera, żeby zachęcić sporą liczbę osób do zapoznania się z daną historią. Sprawdza się to w każdym przypadku - książek, filmów, seriali i oczywiście komiksów. John Layman i Rob Guillory mają patent, który mnie przyciągnął, ale czy to wystarczyło, żebym się zachwycił? Niestety nie, ale po kolei.

Zaczęło się od reklamy "Chew" w "The Walking Dead": "He gets psychic impressions from whatever he eats which means he'a a hell of a detective, as long as he doesn't mind eating terrible things in the name of justice!". Zachęciło mnie to, spodziewałem się pokręconego kryminału i czarnego humoru. W praktyce wygląda to tak: wystarczy, że główny bohater nowej serii wydawnictwa Image, Tony Chu, ugryzie jabłko i już wie, na jakiej jabłoni rosło i kiedy zostało zerwane. Po prostu widzi odpowiednie obrazy w swojej głowie. Pomysł dobry w teorii, w komiksie wygląda nieco niedorzecznie. Na przykład pierwszy epizod pokazuje sytuację, w której nasz detektyw je danie w restauracji i wyczuwa, że kucharz jest mordercą. Mało tego, poznaje nazwiska i wiek ofiar oraz okoliczności, w jakich zostały zabite. Nie kupuję tego. Mam nadzieję, że w kolejnych zeszytach ten potencjalnie ciekawy pomysł zostanie wykorzystany w lepszy sposób. Poza tym nie wiem jeszcze, w co celują autorzy: poważny kryminał z elementami czarnego humoru czy głupkowatą opowieść o facecie zjadającym co popadnie (pewnie zwykle byłoby to coś obrzydliwego, aby uzyskać komiczny efekt), żeby zdobyć kilka poszlak. Końcówka wskazuje raczej na tę drugą opcję (spoiler: morderca nie chce podać nazwisk wszystkich ofiar - woli popełnić samobójstwo; aby poznać dalsze szczegóły jego nieeleganckiej kariery, Tony postanawia przekonać się, jak smakują martwi kucharze. Bez obaw, próbuje tylko niewielkiego kawałka).

W rozstrzygnięciu, jaki miał być "Chew" nie pomagają rysunki - dosyć ciekawe, ale nie pasujące mi do tego komiksu. Przynajmniej na razie. Pierwsza historia, "Taster's Choice", ma mieć 5 części. Póki co nie jestem zadowolony, ale dotrwam przynajmniej do jej końca. Przy odrobinie szczęścia opowieść Laymana nabierze precyzyjniejszych kształtów i być może, mimo początkowych obaw, okaże się godna polecenia.

poniedziałek, 7 września 2009

#29 - All-Star Batman & Robin the Boy Wonder [Frank Miller & Jim Lee]


Przeczytany kilka miesięcy temu "All-Star Superman" Morrisona kompletnie mnie powalił, z kolei komiks "All-Star Batman & Robin the Boy Wonder" to już zupełnie inna bajka - też mnie powalił, ale w inny sposób. Podczas lektury nie mogłem wytrzymać ze śmiechu. Jak to mówią, śmiech to zdrowie, szkoda tylko, że intencje Franka Millera wyglądają na nieco odmienne. Wydaje mi się, że przynajmniej do pewnego momentu czytelnik miał traktować jego wersję Batmana zupełnie serio. Niestety, to raczej niemożliwe.


Zaprezentowana tu wizja Bruce'a Wayne'a jest tak przerysowana, że aż ciężko nie parskać śmiechem. Zresztą, nie tylko główny bohater jest "trochę dziwny" w porównaniu do tego, co można było przeczytać wcześniej, ale po kolei: jeśli znany Ci dotychczas Człowiek-Nietoperz to według Ciebie miękki cieciunio niepotrzebnie bojący się o życie swoich wrogów, poczekaj na to, co zaserwował tutaj Miller. Batman z "All-Star..." to zarozumiały psychopata atakujący przestępców krzycząc jednocześnie "Ha ha ha ha ha!" (patrz rysunek poniżej) i wyraźnie napawający się ich bólem, rzucający w nich koktajlami Mołotowa i powodujący otwarte złamania tylko dlatego, że ich widok sprawia mu przyjemność. Nie żeby to było najdziwniejsze w jego zachowaniu. Historia skupia się na początkach współpracy gacka i dwunastoletniego Dicka Graysona, który traci rodziców (precyzyjniej: ktoś ich morduje) i zostaje porwany przez Batmana. Mroczny Rycerz chce się nim zaopiekować, ale smarkacz trochę go denerwuje (na przykład śmieje się z Batmobilu albo zaczyna płakać z powodu utraty matki i ojca), w związku z czym dostaje po głowie, zresztą nie po raz ostatni. Kiedy docierają do Jaskini Nietoperza (dodam, że jadą tam od #2 do #4 zeszytu), następuje scena, która moim zdaniem powinna przejść do klasyki komiksu - poważnie. Batman chce zostawić przyszłego Robina samego, a kiedy dzieciak pyta, co ma jeść, słyszy: "Your food will present itself". Chwilę później jego oczom ukazują się szczury i nietoperze. Żeby było jeszcze zabawniej, Alfred daje Dickowi normalne jedzenie (czyli takie, które nie biega ani nie lata po jaskini), za co dostaje ostrą reprymendę od swojego pracodawcy.


Dziwne? W tym komiksie wszystko jest dziwne: karykaturalne i patetyczne dialogi, narracja, zachowanie postaci, ich wygląd. Prawie wszyscy są twardzielami - kobiety też, z tą różnicą, że dodatkowo mają duże piersi i atrybuty w stylu kabaretek i szpilek, w których zwalczają przestępczość Gotham. Ja rozumiem, że to miała być "mocna" opowieść, ale scenarzysta gdzieś w tym wszystkim nie zauważył, że całość jest niedorzeczna. Nie wierzę, że od początku chciał, żeby wyglądało to właśnie tak, a nawet jeśli... "All-Star Batman & Robin the Boy Wonder" nie sprawdza się ani jako niezamierzona parodia (bo czytelnik śmieje się zamiast brać historię na poważnie), ani jako parodia napisana celowo (bo to, z czego się śmiałem, tak naprawdę wcale nie jest zabawne, jedynie głupie i sztuczne). W dodatku nie ma tutaj żadnego ciekawego pomysłu na fabułę, mamy tylko jakieś snucie się po ulicy, naparzanie policjantów i przestępców oraz intrygę, której mimo najlepszych chęci nie mogę nazwać pasjonującą.

Wygląda na to, że po kilku epizodach Miller powiedział "Whatever" albo "Fuck it" i - widząc, że nie ma już odwrotu od tego, co stworzył - zaczął chałturzyć celowo. Tak na oko nastąpiło to gdzieś przy #7 zeszycie, a konfrontacja Batmana z Halem Jordanem w odcinku #9 przebija chyba wszystko. Tutaj śmiałem się już stanowczo zbyt głośno, ale uwierzcie mi, nie dało się inaczej. Muszę przyznać, że na swój absurdalny sposób seria jest mistrzostwem świata i jeśli ktoś chce przeczytać komiks, przy którym co kilka stron będzie myślał "Nie wierzę, że to może być aż tak głupie", to zapraszam. Jak dotąd ukazało się dziesięć zeszytów, na jedenasty czytelnicy czekają już od dłuższego czasu, o ile można stwierdzić, że ktoś naprawdę na to czeka.

Jeszcze jedno - Jim Lee. Jim Lee jest gościem, który od zawsze kojarzył mi się z kolorowo ubranymi mutantami, czymś, co zupełnie nie pasuje do mroku opowieści z udziałem Batmana, który tak lubię. Moje obawy zostały potwierdzone przez kilka opinii innych fanów Mrocznego Rycerza, a potem przeczytałem "Batman: Hush" i stwierdziłem, że Jim jednak daje radę. Jego podejście do rysowania uszatego zupełnie mi nie przeszkadza, a kolory nałożone na szkice nie psują efektu. Mogę nawet zaryzykować stwierdzenie, że rysunki poniekąd ratują ten przegięty komiks.

niedziela, 6 września 2009

#28 - The Walking Dead #55-#64 [Robert Kirkman & Charlie Adlard]

Postanowiłem olać pomysł dotyczący pisania o kilku komiksach za jednym zamachem. Nie podoba mi się to, wolę parę krótszych tekstów, ale każdy o czymś innym. W ten sposób łatwiej będzie odnaleźć konkretną pozycję w linkach po prawej, nawet jeśli chodzi tylko o kilka zdań związanych z pojedynczym zeszytem.

Dzisiaj tekst przedstawiający dziesięć najnowszych odcinków serii "The Walking Dead" - ostatnie dwa akapity zdradzają o kilka szczegółów za dużo, także nie polecam ich tym, którzy wolą najpierw przeczytać komiks sami.



O "The Walking Dead" nie pisałem już od dziewięciu miesięcy. Przez ten czas uzbierała się kolejna porcja zeszytów i jest o czym opowiadać. Kirkman nadal udowadnia to, co właściwie już udowodnił: po pierwsze, jego głowa jest pełna dobrych pomysłów. Po drugie, w historiach o zombie najważniejsi są ludzie, ich wzajemne relacje oraz postawa wobec niebezpieczeństwa; ożywione zwłoki niejednokrotnie schodzą na drugi plan. Zmiany w psychice bohaterów bywają dużo bardziej interesujące od zastanawiania się, czy za kolejnym zakrętem czyhają żywe trupy. I bardzo dobrze, tego właśnie oczekuję od tej serii.

[spoilery] W opisywanych dziesięciu zeszytach dzieje się sporo, cały czas na poziomie, do którego Kirkman i Adlard zdążyli już nas przyzwyczaić - jeśli lubisz "The Walking Dead", wciąż będziesz zadowolony, jeśli nie - póki co też nie zmienisz zdania . Obecnie bohaterowie zmierzają w stronę Waszyngtonu, gdzie według jednej z nowo poznanych postaci znajduje się wiedza dotycząca przyczyny ożywania trupów. Mam tylko nadzieję, że jeśli w ogóle Rick i spółka dotrą do celu, rozwiązanie zagadki nie okaże się jakimś banałem, który zniechęci mnie do tego komiksu. Scenarzysta nie byłby sobą, gdyby nie postawił na drodze stworzonych przez siebie bohaterów setek przeszkód, w dodatku tych najgorszych z możliwych. Robi to i tym razem. Niektórzy pękają, próbują popełnić samobójstwo, inni nie dają rady w inny sposób. Do grupy dołącza kilka nowych osób, w tym ksiądz, co oczywiście tylko pogarsza sytuację - nie wszystkim podobają się jego komentarze w stylu "niezbadane są wyroki boskie", zwłaszcza wygłaszane w naprawdę tragicznych momentach.

[spoilery] Po drodze do Waszyngtonu Rick odwiedza rodzinne miasto i zabiera ze sobą kolejnego towarzysza, znanego z samego początku historii. W trakcie tej wyprawy następują pewne zmiany w charakterze dziecka Ricka, Carla, które z kolei zaowocują drastycznymi wydarzeniami kilka odcinków później. Jest to chyba najciekawszy wątek kilku ostatnich numerów "The Walking Dead", z niecierpliwością czekam na jego rozwinięcie. Kolejna przeszkoda to grupa obcych osób śledząca bohaterów. Można się domyślać, że nie mają dobrych zamiarów, a już po chwili domysły zmieniają się w pewność. Napiszę tylko, że brakuje im żywności i chcą dostać jedzenie, które mogą zaoferować Rick i reszta. To właśnie ci ludzie będą głównymi przeciwnikami w ciągu kilku kolejnych zeszytów. Będzie się działo.

sobota, 5 września 2009

#27 - Sweet Tooth #1 [Jeff Lemire]


W pierwszym zeszycie "Sweet Tooth" Jeff Lemire przedstawia tę serię (nawiązując do słów przyjaciela) jako "Bambi meets Mad Max". Brzmi dziwnie i być może śmiesznie, ale lubię właśnie tę dziwność cechującą bardzo wiele komiksów Vertigo, postanowiłem więc zapoznać się z nową pozycją mojego ulubionego wydawnictwa. Nie znam twórczości Jeffa ("The Nobody" wygląda interesująco i czeka na przeczytanie), ale "Sweet Tooth" zachęcił mnie do nadrobienia zaległości. Zapowiada się kolejne udane przedsięwzięcie z katalogu Vertigo.

Podoba mi się tajemniczość panująca w komiksie - na razie wiadomo bardzo niewiele, a informacje podawane są w sposób zachęcający do czekania na ciąg dalszy. Mamy tu Gusa, dziwnego chłopca z rogami jelenia, mamy zagadkową pandemię, która zdziesiątkowała populację i sprawiła, że dzieci są dziwnymi hybrydami ludzi i zwierząt, odpornymi na infekcję. Umierający ojciec głównego bohatera twierdzi, że jego syn jest ostatnim dzieckiem, które przeżyło i bardzo dba o jego bezpieczeństwo, nie pozwalając mu wychodzić poza obszar lasu. To właśnie tam znajduje się zagrożenie. Jest tajemnica i jak na razie bardzo mały teren, na którym rozgrywa się historia. Boję się tylko, że w miarę wyjaśniania, o co tutaj chodzi (na przykład kiedy już dowiemy się, co tak naprawdę zaszło i dlaczego ludzie zaczęli umierać), może już nie być tak ciekawie. Wszystko zależy od tego, w jaki sposób Jeff Lemire poprowadzi swoją opowieść.

Sam autor zdradza kilka szczegółów więcej niż sam komiks; czytelnik dowiaduje się między innymi, że Gusa czeka bardzo długa i niebezpieczna podróż do miejsca zwanego "The Preserve", legendarnego schronienia dla dzieci-hybryd. Jego towarzyszem będzie Jepperd, człowiek, którego poznajemy pod koniec pierwszego zeszytu. Lemire rzuca jeszcze kilka terminów, takich jak "post-apocaliptic, neo-western, action-adventure, science fiction, road-movie" i dodaje (uprzedzając narzekania na kolejną post-apokaliptyczną historię), że nie ma oklepanych opowieści, są jedynie oklepane sposoby opowiadania. Twierdzi, że "Sweet Tooth" będzie zupełnie niepodobny do jakiejkolwiek post-apokaliptycznej historii oraz do jakiejkolwiek innej serii z Vertigo. Brzmi cwaniacko, ale wydaje mi się, że może się udać.

"Bambi meets Mad Max"? Nie wiem jak Wy, ale ja jestem za.

poniedziałek, 31 sierpnia 2009

#26 - Greek Street #1 [Peter Milligan & Davide Gianfelice]


W #5 numerze "Ziniola" Peter Milligan wspominał o swojej fascynacji grecką i egipską mitologią, cieszył się też, że może zaprezentować to zainteresowanie w nowej serii z Vertigo - "Greek Street". Milligan i Vertigo - na samo wspomnienie kilku efektów tego połączenia przechodzą mnie ciarki (dosłownie). Jeden z moich ulubionych scenarzystów postanowił przenieść greckie mity we współczesne czasy. Historię zilustrował Davide Gianfelice, którego prac - przyznaję - albo jeszcze nie widziałem, albo widziałem i zapomniałem, że to on był ich autorem (wiem tylko, że rysował "Northlanders", jedną z wielu serii, które chciałbym poznać, ale nie mam na to wszystko czasu). Jaki jest efekt współpracy obu panów?

Efekt jest niezły, ale nie mam jeszcze zamiaru piać z zachwytu, skoro przeczytałem dopiero pierwszy odcinek. To zwykle za mało, żeby móc napisać coś poza "nie zapowiada się/zapowiada się dobrze". Tutaj zapowiada się dobrze, co bardzo mnie cieszy, bo jak podkreślałem wiele razy (nie tylko w tym miejscu) jestem wielkim fanem Petera Milligana i czekam z niecierpliwością na jego nowe historie. Także na kolejne zeszyty "Greek Street" - liczę na to, że ciąg dalszy mnie nie zawiedzie.

Premierowy numer pokazuje, że Milligan nie był gołosłowny mówiąc o mitach we współczesnych czasach. Te najbardziej widoczne, przynajmniej dla mnie, to powtórzenie historii Edypa (zgadza się, Eddie, jeden z głównych bohaterów, ma, jakby to ująć, kłopoty związane z matką) oraz motyw z przepowiedniami. Nie chcę streszczać akcji - choćbym nie chciał, tekst byłby spoilerem - napiszę tylko, że jak na tak krótki epizod, pierwszy "Greek Street" zawiera bardzo wiele wątków i wiele postaci, z których tylko niektóre stały się bliższymi znajomymi czytelnika, reszta musi pewnie poczekać na swoją kolej. Nie wiem, w jakim kierunku rozwinie się opowieść, ale podejrzewam, że nie trzeba będzie długo czekać na dalsze interakcje bohaterów (dalsze, bo kilka miało już miejsce).

Komiks jest poprawnie zilustrowany, ale nie natknąłem się na jakieś fajerwerki. Vertigo przyzwyczaiło już do tego, że często rysunki znajdują się na drugim planie, a najważniejszy jest scenariusz - tutaj wydaje się być tak samo. Jedyna uwaga jest taka, że nie zawsze podoba mi się to, jak Gianfelice obrazuje twarze, ale nie jest to wada odrzucająca mnie od historii. Ogląda się przyjemnie i co najważniejsze nie przeszkadza to przy czytaniu.

Jeszcze jedno - wydaje się, że "Greek Street" będzie komiksem dość wymagającym - nie mam złudzeń, nie każdy zauważy wszystkie aluzje do greckiej mitologii (sam pewnie przeoczyłem kilka z nich w tym odcinku i aż boję się, co będzie dalej), a być może w kolejnych epizodach będzie to wręcz wymagane do zrozumienia tego, "co autor miał na myśli". To tylko przypuszczenie, pewne jest natomiast to, że nieuważnym/niezaznajomionym z tematem czytelnikom umkną liczne smaczki (nie wierzę, że ich nie będzie). Z tego względu "Greek Street" może nie być komiksem dla wszystkich, mam jednak nadzieję, że będzie chociaż komiksem dla mnie.

niedziela, 30 sierpnia 2009

#25 - Po łebkach [1]

Wprowadzam w życie nowy eksperyment, czyli dział "Po łebkach". Znajdą się w nim krótkie teksty (w żadnym wypadku recenzje) dotyczące komiksów/magazynów komiksowych, o których miałem wspomnieć dużo wcześniej (takie nadrabianie zaległości na szybko), o których ciężko zbyt wiele napisać (na przykład teksty dotyczące większości pojedynczych zeszytów) i tym podobne rzeczy. Po parę zdań na dany temat, bez udawania, że się na czymś znam. Zaczynamy.

1) Planetary [Warren Ellis & John Cassaday]


O "Planetary" wspominałem już wcześniej, twierdząc, że mi się podoba. Po skończeniu całości mogę tylko polecić tę serię - pomysły z zeszytów #19, #20 i #21 są świetne (według mnie to najlepsze odcinki), więc warto do nich dobrnąć, co zresztą wcale nie będzie jakieś nieprzyjemne - po drodze czeka nas naprawdę sporo dobrych rzeczy.

2) Tytus, Romek i A'Tomek: Księgi II-XIII


Polecę hurtowo, ale od postu dotyczącego Księgi I minęło trochę czasu. Poza tym wcale nie chodziło mi o pisanie o każdej Księdze z osobna, to mija się z celem. Dlaczego? Ponieważ potwierdza się to, co stwierdziłem w lutym - kupuję ten komiks tylko i wyłącznie z sentymentu i szczerze mówiąc od kilku Ksiąg w ogóle przestałem go czytać. Nabywam, żeby mieć klasykę w dobrym stanie, odkładam sobie na półkę i tak jest dobrze. Niektóre historie, w tym te z "Tytusa, Romka i A'Tomka" za bardzo się zestarzały, żeby jeszcze mnie bawiły; wolę zostawić sobie dobre wspomnienia z dzieciństwa i nie czytać tego od nowa. Próbowałem i nie wyszło z tego nic dobrego.

3) Star Wars 7/2009


Kolejny komiks kupowany z sentymentu, ale nie do samych "Gwiezdnych Wojen" - nigdy nie byłem ich wielkim fanem i nawet nie oglądałem nowszych części. Chodzi o sentyment do zeszytów, a że niewiele ich na naszym rynku... "Star Wars" kupuję, czytam i odkładam, zwykle zapominając, czego dotyczyła dana historia, chociaż niektóre są rzeczywiście niezłe. Prosta rozrywka. Gdybym był fanem, na pewno miałbym większą wiedzę dotyczącą "Gwiezdnych Wojen", a wtedy mógłbym docenić niuanse przedstawianych tu opowieści (których może być całkiem sporo, ale nie potrafię ich dostrzec) i automatycznie byłbym bardziej zadowolony.

4) Ziniol #3-#5


Poprzednia opinia na temat "Ziniola" podtrzymana - wciąż warto. Magazyn cały czas się rozwija, nawiązuje kontakt z kolejnymi ciekawymi postaciami świata komiksu i prezentuje bardzo wysoki poziom. Jedyne, co mi się nie podoba, to fakt, że od numeru #5 z "Ziniola" zniknęły recenzje - zostały w całości przeniesione na jego cybernetyczne uzupełnienie, ale ja wolałbym móc otworzyć sobie papierowy magazyn i sprawdzić, co ukazało się w danym okresie, zamiast ślęczeć przed monitorem. Nie lubię takiego czytania, więc siłą rzeczy strona "Ziniola" jest przeze mnie pomijana - po prostu nie potrafię przeglądać długich tekstów siedząc przed komputerem. Ponadto strona kiedyś zniknie, w przeciwieństwie do recenzji umieszczonych w magazynie.
Wkrótce numer #6, o którym postaram się napisać bardziej szczegółowo.

czwartek, 20 sierpnia 2009

#24 - Transmetropolitan [Warren Ellis & Darick Robertson]


Spider Jerusalem to niewątpliwie zły sukinsyn. Jest bardziej złośliwy niż Basil Fawlty i bardziej sarkastyczny od Dr House'a, przy czym jego negatywne cechy nie są skrępowane ani powstrzymywane przez jakiekolwiek bariery lub zakazy. Spider Jerusalem jest sławnym dziennikarzem, który ma wszystkiego dość i przebywa w górach, odcięty od cywilizacji, jednak (niestety dla niej) warunki kontraktu zmuszają go do powrotu i napisania jeszcze dwóch książek. Spider Jerusalem to główny bohater świetnie napisanego i zilustrowanego cyberpunkowego komiksu "Transmetropolitan" Warrena Ellisa i Daricka Robertsona, o którym miałem napisać już dawno.

Seria, w skład której wchodzi 60 zeszytów (10 TPB) była wydawana także w naszym kraju, ale niestety nie cieszyła się zbyt wielkim powodzeniem. Może przez słabą promocję, może przez dzielenie oryginalnych Trade'ów na części. Nie wiem, ale na pewno powodem nie było to, że "Transmetropolitan" to kiepski komiks - taki na pewno nie jest. Gwoździem do trumny było chyba wypuszczenie przez Mandragorę tomu "Rok Drania" za cenę o wiele wyższą niż oryginał. Do tego dochodzi jeszcze tłumaczenie, momentami sprawiające, że aż chce się wyć (porównajcie wstęp Gartha Ennisa do "Back on the Street" w polskim i amerykańskim wydaniu - mówię o fragmencie z tekstem "First issue's sold fuck all. We're doomed", gdzie Warren narzeka na kiepskie wyniki sprzedaży premierowego zeszytu, a przetłumaczono to na "Pierwsze wydanie wyprzedało się, kurwa, w całości. Już po nas"; dalsza część pokazuje jasno i wyraźnie, że ktoś tu nie miał pojęcia, o co chodziło). Szkoda, bo Ellis stworzył coś naprawdę ciekawego. Takie postacie jak Spider Jerusalem w jakiś sposób przyciągają jak magnes i sprawiają, że chce się o nich czytać. Chyba każdy chciałby chociaż przez chwilę być bezczelnym draniem, dobrze sie przy tym bawić, a potem nie ponieść konsekwencji. Ale poza tym Spider stara się przestrzegać pewnych elementarnych zasad, które - mimo jego metod i zachowania - mają na celu wygraną tych dobrych oraz sprawiedliwość.


Spider wraca z gór akurat w chwili, kiedy jego miasto żyje kampanią wyborczą. Walka o stanowisko prezydenta toczy się między dwoma kandydatami o pseudonimach The Beast i The Smiler. Obaj są siebie warci i - jak w życiu - nie da się dobrze wybrać. Jerusalem robi wszystko, by udaremnić przekręty polityków i celuje w nich bronią w postaci swojego niekonwencjonalnego dziennikarstwa. Nie zawsze mu wychodzi, nie za każdym razem ma powód, żeby znów bezczelnie się uśmiechać. Giną ludzie i nie jest wesoło. Chociaż z drugiej strony, podczas lektury "Transmetropolitan" bywa bardzo wesoło. Ale i strasznie, bo wizja przyszłości Warrena Ellisa nie jest jakaś nieprawdopodobna - niektóre jej elementy już od dawna depczą nam po piętach.

Komiks jest świetny, chociaż mam wrażenie, że zyskałby na jakości, gdyby skrócono go do, powiedzmy, 40 zeszytów. Wątków pobocznych jest mnóstwo, ale część z nich dałoby się bez bólu wyciąć - nie zapadają w pamięć i nie są niezbędne dla całości historii. Mimo tej drobnej wady (która być może dla reszty czytelników wcale nie jest wadą), "Transmetropolitan" zasługuje na dwa kciuki w górę i moją szczerą rekomendację.

Kilka ładnych miesięcy temu oglądałem wywiad z Warrenem Ellisem. Rozmowa dotyczyła przygód prezentowanego przeze mnie niezbyt uprzejmego dziennikarza z przyszłości i w jednym z komentarzy ktoś stwierdził mniej więcej coś takiego: "Jak postąpiłby w tej sytuacji Spider Jerusalem? - dla każdego z nas nadejdzie chwila, w której będzie musiał zadać sobie to pytanie". Autor wpisu miał rację - a jeśli nie czytaliście "Transmetropolitan", to nawet nie macie pojęcia, jak wielką.

Do następnego razu. I pamiętajcie, że czasem...

niedziela, 16 sierpnia 2009

#23 - Hard Boiled [Frank Miller & Geof Darrow]


Ostatnia recenzja pojawiła się tu 23 marca, więc chyba nie przesadzę, kiedy stwierdzę, że dawno mnie nie było. Miałem napisać o filmie "Watchmen", o serii "Transmetropolitan" oraz o #3 i #4 "Ziniolu" (w międzyczasie doszedł piąty), ale na jakiś czas po prostu zabrakło mi zapału i chęci. Zdarza się. Teraz powracam, nic nie zapowiadając i niczego nie obiecując. Zresztą chyba nie mam nawet komu obiecywać, że się poprawię. I dobrze.

Dzisiaj o komiksie "Hard Boiled", wydanym w naszym pięknym kraju przez Egmont. Wydanym dosyć dawno, bo w październiku zeszłego roku, ale to nie jest najistotniejsze. W końcu nie piszę tu tylko i wyłącznie o nowościach. Jeśli chodzi o "Hard Boiled", tym, co przede wszystkim rzuca się w oczy, jest najprawdopodobniej nazwisko autora scenariusza oraz jakość wydania - twarda oprawa, duży format. Wydaje mi się, że większość osób, które wcześniej nie słyszały o tym komiksie, bardziej przyciągnie napis "Frank Miller", nie zaś "Geof Darrow". A powinno być na odwrót. Owszem, można przypuszczać, że autor "Sin City" szczegółowo opisał wszystko, co można zobaczyć na ilustracjach, ale osobiście postawiłbym raczej na szaloną inwencję twórczą rysownika. Nie znam szczegółów i nie wiem jak było, ale to chyba najbardziej możliwa wersja. Pisząc o "Fables" stwierdziłem, że nie poświęcam należytej uwagi rysunkom, bardziej skupiając się na scenariuszu, ale w przypadku "Hard Boiled" nie potrafię podejść do sprawy w typowy dla siebie sposób.

Słyszałem/czytałem różne opinie o fabule tego komiksu, od słów takich jak "rewelacja" po stwierdzenia w rodzaju "scenariusz pisany na kolanie". Kierowałbym się raczej ku tej drugiej ocenie, pamiętając jednocześnie, że mój pogląd jest zniekształcony przez wiele podobnych historii, tyle że "Hard Boiled" ukazywało się w latach 1990-1992 i to właśnie ta opowieść mogła być wzorem dla tych, które poznałem o wiele później. Dziecko Millera i Darrowa czytane na początku 2009 roku może wydawać się wtórne, jednak to tylko złudzenie. Mimo wszystko fakt pozostaje faktem - scenariusz pewnie nie był pisany na kolanie, ale zupełnie mnie nie wciągnął. Całość można przeczytać w 20 minut, bowiem historia sprowadza się do tego: główny bohater, Carl Seltz, dowiaduje się, że jest cyborgiem - ta-daa! Potem zaczyna się wielka rozpierducha.

Moje streszczenie jest oczywiście nieco przejaskrawione i zjadliwe - na pewno można dodać więcej szczegółów, a podczas lektury zostać wciągniętym w opowieść. Mnie to po prostu nie spotkało. Za to nie odkryję Ameryki, kiedy powiem, że wciągają ilustracje (w pełni zasłużony Eisner dla Darrowa). Geof Darrow jest pierdolnięty - i uwierzcie, że po długim (o wiele dłuższym niż czytanie) przeglądaniu "Hard Boiled", słowo na "p" jest eufemizmem. Zdarza mi się czytać zeskanowane komiksy, ale nie wyobrażam sobie, żebym miał to robić w tym przypadku. Byłaby to profanacja. Ilustrator przedstawił wizję Franka Millera w każdym szczególe - narysował każdy pocisk, każdą rysę na ścianie, puszkę na ulicy, każdy detal ubioru postaci, a nawet pchły na psie. Jak już wspomniałem, "Hard Boiled" można przeczytać w 20 minut, ale oglądać przez wiele godzin, co chwilę odnajdując jakiś nowy element, zwłaszcza na większych rysunkach, w które komiks obfituje. Uczta dla oczu.

To właśnie dla tej uczty warto mieć ten komiks na półce, a nie na dysku twardym. Tego nie da się opisać, to trzeba zobaczyć samemu. Mam do czynienia z jedną z nielicznych opowieści obrazkowych, do których będę powracać tylko po to, by pooglądać ilustracje, nic nie czytając. I założę się, że patrząc na "Hard Boiled", jeszcze wiele razy znajdę coś, czego nie dostrzegłem wcześniej.

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...