O Fables nie wspominałem od ponad pół roku, ale twórcy tej serii chyba nie pozwolą mi się rozpisać - cały czas utrzymują wysoki poziom, musiałbym więc powtarzać wcześniejsze pochwały. Zamiast tego wymienię kilka faktów, starając się nie zdradzać czekających na czytelnika największych niespodzianek: podczas gdy Baśniowcy próbują pozbierać się po zakończonej wojnie oraz ucieczce, ich nowy przeciwnik bez przerwy rośnie w siłę. Dowiadujemy się między innymi skąd pochodzi i jakie są jego motywy. W międzyczasie dzieje się sporo, w omawianych numerach ma miejsce The Great Fables Crossover, a wszystko rozgrywa się zarówno w macierzystej serii, jak i w Jack of Fables, której jeszcze nie miałem okazji sprawdzić. Na szczęście wszystko rozegrane jest tak, że i bez tego można ogarnąć całość, chociaż jest się oczywiście pozbawionym istotnych szczegółów. W czasie crossoveru i zaraz po nim (Fables #86) w komiksie udziela się gościnnie kilku rysowników, jednak dla mnie szefem pozostaje Mark Buckingham, stały ilustrator. #87 zeszyt jak zwykle każe niecierpliwie czekać na ciąg dalszy.
wtorek, 15 września 2009
#36 - Fables #82-#87 [Bill Willingham & Mark Buckingham]
O Fables nie wspominałem od ponad pół roku, ale twórcy tej serii chyba nie pozwolą mi się rozpisać - cały czas utrzymują wysoki poziom, musiałbym więc powtarzać wcześniejsze pochwały. Zamiast tego wymienię kilka faktów, starając się nie zdradzać czekających na czytelnika największych niespodzianek: podczas gdy Baśniowcy próbują pozbierać się po zakończonej wojnie oraz ucieczce, ich nowy przeciwnik bez przerwy rośnie w siłę. Dowiadujemy się między innymi skąd pochodzi i jakie są jego motywy. W międzyczasie dzieje się sporo, w omawianych numerach ma miejsce The Great Fables Crossover, a wszystko rozgrywa się zarówno w macierzystej serii, jak i w Jack of Fables, której jeszcze nie miałem okazji sprawdzić. Na szczęście wszystko rozegrane jest tak, że i bez tego można ogarnąć całość, chociaż jest się oczywiście pozbawionym istotnych szczegółów. W czasie crossoveru i zaraz po nim (Fables #86) w komiksie udziela się gościnnie kilku rysowników, jednak dla mnie szefem pozostaje Mark Buckingham, stały ilustrator. #87 zeszyt jak zwykle każe niecierpliwie czekać na ciąg dalszy.
poniedziałek, 14 września 2009
#35 - Hellblazer: Original Sins [Jamie Delano & John Ridgway]
Nigdy nie zgrywałem jakiegoś eksperta od komiksów, wręcz odwrotnie - przyznaję się bez bicia, że jak na lata, które spędziłem z tym genialnym medium, wiem zdecydowanie za mało. Moje braki uwzględniają między innymi serię Hellblazer. Słyszałem o niej już bardzo, bardzo dawno temu, a gdzieś w moich zbiorach znajdował się jeden zeszyt ze scenariuszem Gartha Ennisa, ale nic poza tym. Impulsem do zmiany tego stanu rzeczy było wydanie w naszym kraju Trade'a Dangerous Habits. Nabyłem go, tyle że w wersji oryginalnej - nie dlatego, że moim marzeniem jest obalenie polskiego rynku komiksowego, po prostu opowieści obrazkowe z logiem Vertigo zdecydowanie należą do najlepszych jakie czytałem i mam pod ich względem pewne zboczenie - kupuję tylko oryginały. Potem zobaczyłem, że przed runem Ennisa było jedynie pięc wydań zbiorczych, więc czemu nie miałbym zacząć od początku i powoli, mozolnie brnąć do przodu (szczerze mówiąc, już nie mogę się doczekać runu Milligana)? Nie było żadnych przeszkód... i tak oto stałem się szczęśliwym posiadaczem tomu o nazwie Original Sins, zbierającego pierwsze dziewięć zeszytów Hellblazera.
Jasne jest, że nie mogę pisać o tym komiksie tak jakbym czytał go w latach, kiedy został wydany. Poznałem tę historię dopiero teraz i dla mnie istnieje tylko z takiej perspektywy. Tak więc czy Original Sins to godna polecenia historia, która sprawdza się w roku 2009? Moim zdaniem tak - i nie piszę tego dlatego, że niby wypada pochwalić początki Hellblazera. Czyta się to naprawdę dobrze. Główną zaletą jest nastrojowa narracja oraz osobowość głównego bohatera, Johna Constantine'a - z jednej strony człowieka cynicznego i aroganckiego, z drugiej dręczonego wyrzutami sumienia zbyt często jak na pełnego beztroski twardziela, za którego chciałby uchodzić. Pod tym względem komiks naprawdę daje radę i ma bardzo fajną atmosferę. Może kiedy już zapoznam się z dalszymi Trade'ami, stwierdzę z perspektywy czasu, że nie było warto zaczynać od samego początku, ale póki co jestem usatysfakcjonowany. Delano stworzył dobry horror okraszony humorem, objawiającym się głównie w postawie Constantine'a wobec świata ludzi i demonów - facet nie ma szacunku ani dla jednych, ani dla drugich. A scena, w której "radzi sobie" z bestią stworzoną z czterech niezbyt grzecznych chłopaków, jest jedną z najlepszych w całym tomie. Ale tylko jedną, bo ciekawych wątków jest tu dużo więcej.
Jeśli chodzi o rysunki... cóż, te zestarzały się najbardziej. W przeciwieństwie do scenariusza, ilustracje nie mogły uchronić się przed upływem czasu i zdaję sobie sprawę, że samo oglądanie Original Sins nie należy do wyjątkowo przyjemnych doświadczeń. Do takiego stanu rzeczy Vertigo zdążyło już jednak, no, może nie przyzwyczaić, ale na pewno dało do zrozumienia, że u nich ważniejsza jest fabuła. A ta w pełni rekompensuje ilustracje, które może kiedyś nie raziły, a nawet były niezłe, ale ten okres już dawno minął. Obecnie warto zapoznać się z początkami serii Hellblazer dla scenariusza - na tyle ciekawego, że nikt powinien narzekać na zmarnowany czas i pieniądze.
niedziela, 13 września 2009
#34 - Invincible: Family Matters [Robert Kirkman & Cory Walker]
Postanowiłem poznać nieco inną stronę scenariuszy Roberta Kirkmana, autora The Walking Dead, a wszystko wskazywało na to, że seria Invincible będzie zupełnym przeciwieństwem ciężkiej i brutalnej historii Ricka i jego towarzyszy. Jest to komiks z gatunku supahiroł, czyli latający panowie w pelerynach oraz ich strzelający laserami z oczu przeciwnicy, a więc temat, przy którym bardzo łatwo wtopić i napisać stereotypową, kiczowatą opowieść dla nastolatków lubujących się w bezmyślnych nawalankach. Dzięki Bogu Kirkman podszedł do swoich postaci z humorem, co zresztą widać po okładkach wydań zeszytowych wchodzących w skład TBP Family Matters - napis nad tytułem serii głosi "Dziewczyny, trądzik, prace domowe, super-złoczyńcy. Kiedy jesteś nastolatkiem, pomaga bycie Niezwyciężonym". Czyli mamy tu zachęcający mnie zdrowy dystans oraz dobrego scenarzystę, chociaż z drugiej strony, jeśli sprawdza się w opowieściach o zombie, nie znaczy to wcale, że podoła przy luźnym komiksie superbohaterskim. Na szczęście nie ma się czego obawiać, bo Invincible daje radę.
Głównym bohaterem komiksu jest Markus Grayson, nastoletni syn superbohatera Omni-Mana. Kiedy go poznajemy, chłopak zaczyna właśnie przejmować umiejętności swojego ojca - na początku jest to nadludzka siła oraz zdolność latania. Już podczas jednego z pierwszych przelotów nad miastem natyka się na przestępców i daje im niezły wycisk, a potem do samego końca doświadczamy bardzo udanej Kirkmanowskiej zabawy konwencją. Autor na bank jest świadomy istnienia stereotypów komiksu trykociarskiego, ale zdaje się nic sobie z tego nie robić i z uśmiechem na ustach brnie w pozorną pułapkę. A najlepsze jest to, że wychodzi z tego z twarzą. Dalsza część opowieści zawiera między innymi scenę projektowania kostiumu bohatera, bójkę w szkole (podczas której Mark oczywiście wykorzystuje swoje zdolności), naparzanie łotrów i superłotrów, współpracę z Teen Team, grupą nastoletnich bohaterów, walkę z obcymi... czyli celowe żonglowanie prostymi pomysłami i schematem. Dzięki odczuwalnemu dystansowi scenarzysty jest to jednak jadalne, a nawet więcej - bardzo dobrze smakuje.
Oprawa graficzna komiksu jest taka, jak scenariusz - prosta, przystępna, nie mająca na celu zadziwiać. Rysunki i kolory same w sobie nie są może genialne, ale w połączeniu z historią Kirkmana tworzą spójną i bardzo porządną całość. Nie potrafię sobie wyobrazić rodzaju ilustracji, który pasowałby bardziej do tej opowieści.
I taki właśnie jest Invincible - spójny, doskonale wyważony i przemyślany. Nie ma tutaj napięcia i mroku towarzyszącego lekturze The Walking Dead, pozostała za to zdolność Kirkmana do tworzenia płynnej opowieści, którą czyta się jednym tchem. I to z uśmiechem na twarzy. Nie jest to genialny i poważny komiks, który odmienił moje życie. Jest to celowo luźna rzecz, która zamieniła poświęcone jej chwile w bardzo dobrą zabawę. Tak miało być i w tym przypadku tyle mi wystarczy, z chęcią pozostanę przy tej serii na dłużej.
piątek, 11 września 2009
#33 - All-Star Superman [Grant Morrison & Frank Quitely]
Nie będę chyba zbyt oryginalny, jeśli stwierdzę, że nie lubię Supermana - większość przeczytanych przeze mnie komiksów z jego udziałem wydaje mi się zbyt sztampowa, a klasyczny wizerunek naszego bohatera to śmieszny harcerzyk w niebieskich kalesonach. W wyniku mojego uprzedzenia (trwającego chyba jeszcze od czasów TM-Semic) nie poświęcałem należytej uwagi przygodom ostatniego syna planety Krypton, ale zawsze znajdzie się parę wyjątków, dla których warto zmienić zwyczaj. Niejednokrotnie przekonałem się, że genialny scenarzysta potrafi stworzyć niesamowity komiks, nawet jeśli jego bohaterem jest ktoś taki jak Clark Kent. Jednym z takich wyjątków jest historia napisana przez Granta Morrisona, którą narysował Frank Quitely - All-Star Superman. Jest to jednocześnie powód, dla którego postaram się poszukać innych wartościowych opowieści o tej postaci, ponieważ, jak się okazuje, jednak warto. Po przeczytaniu 12-zeszytowej historii Morrisona stwierdzam, że zdecydowanie warto.
Grant Morrison (wspominam tu o nim po raz pierwszy) to autor scenariuszy, którego należy się bać. Jego opowieści są tak dziwne, że nie wierzę w możliwość pisania ich bez udziału twardych narkotyków, w szczególności tych wywołujących halucynacje. Żarty żartami (chociaż, kto wie?), ale sens jego niektórych prac zupełnie do mnie nie dociera (chodzi mi na przykład o The Mystery Play), z kolei przy innych zastanawiam się, czy są dziełem szalonego geniusza czy po prostu szaleńca (tego typu przemyślenia miały miejsce zwłaszcza podczas przygody z komiksem Flex Mentallo). Gość bywa bardzo nieprzystępny i trudny w odbiorze, niemniej jednak wysiłek włożony w czytanie jego opowieści (o których postaram się tu sukcesywnie pisać) często jest wynagradzany. Jeśli jeszcze nie znasz twórczości Granta, polecam jednak zapomnieć o tym, co stwierdziłem przed chwilą i sięgnąć po All-Star Superman, przy którym zamiast zastanawiać się, o co tu chodzi, można powrócić do dzieciństwa i bezpretensjonalnego akceptowania perypetii pań i panów w zabawnych kostiumach.
Może porównanie nie jest zbyt trafne, ale czytając All-Star Superman, myślałem to samo, co przy oglądaniu niektórych skeczy Monty Pythona: "Gdybym ja na to wpadł, uznałbym to za kiepski i nieciekawy pomysł". A jednak śmiałem się z takich odpałów jak samoobrona przed owocami i podobnie było podczas lektury dzieła Morrisona. Co prawda nie śmiałem się, ale byłem bardzo zadowolony. Ilość pomysłów, jakie autor zmieścił w tych dwunastu zeszytach naprawdę powala, a większość z nich jest tak chora i wykręcona, że przedstawienie ich w sposób sprawiający czytelnikowi przyjemność zakrawa na prawdziwy wyczyn. Zdaje się, że Grant postanowił wpakować do swojej historii dosłownie wszystko, co przyjdzie mu do głowy, choćby nie wiem jak niedorzecznego (na przykład zagrożenie ze strony kwadratowej Ziemi) i zaprezentowanie tego tak, że wkręcamy się w wir wydarzeń zamiast myśleć, że tak właściwie to wszystko nie ma sensu. Wyszło znakomicie. Jestem pewny, że nie tylko ja bawiłem się jak dziecko. Morrison w pełni wykorzystał potencjał "All-Starów", czyli pełną dowolność w interpretacji znanych już losów dawno przestarzałych lub dawno uformowanych bohaterów. Frank Miller nie podołał, za to szalony Szkot nie tylko pokazał pazury, ale wręcz nie zawahał się ich użyć.
Na tylnej okładce pierwszego z dwóch TPB można przeczytać, że All-Star Superman zabiera Człowieka ze Stali jednocześnie z powrotem do korzeni i w przyszłość. Chyba nie można ująć tego w lepszy sposób.
Jakby mało było genialnego scenariusza, warstwa wizualna w pełni mu dorównuje. Frank Quitely pokazał, na co go stać - ilustracje są proste i przystępne, zupełnie jak fabuła (łatwa w odbiorze mimo popieprzonych pomysłów). Nie ma tu fajerwerków, które byłyby zupełnie nie na miejscu. Jest czytelnie i bardzo kolorowo, przez co pozostajemy w przekonaniu, że wróciliśmy do dzieciństwa. Do czasów, kiedy komiksy superbohaterskie wcale nie wydawały się głupie i prostackie... z tą różnicą, że All-Star Superman rzeczywiście taki nie jest. Jest wszystkim tym, czym powinny być opowieści obrazkowe z tamtego okresu. To najlepsza jak dotąd historia z udziałem Supermana, jaką czytałem - przekonująca mnie do sięgnięcia po kolejne.
A zaczyna się od tego, że w wyniku intrygi Lexa Luthora nasz bohater staje się silniejszy niż kiedykolwiek, ale jednocześnie jego organizm nie może poradzić sobie z nadmiarem energii, w związku z czym... Superman umiera. Musi więc przygotować bliskich oraz resztę świata na swoje odejście. Gwarantuję, że będziesz się świetnie bawił sprawdzając, co zrobi.
czwartek, 10 września 2009
#32 - Bone: Out from Boneville [Jeff Smith]
Serię "Bone" znam od niedawna, ale tak naprawdę powinienem poznać ją dużo wcześniej - jest świetna. A wszystko zaczęło się od tego, że na forum Gildii Komiksu, w temacie dotyczącym "Y: The Last Man", Blacksad stwierdził, że komiks Vaughana "przebija "Sandman'a", "Kaznodzieję" czy "Bone'a", żeby przywołać te trzy zamkniete serie". Pomyślałem, że z przytoczonych przez niego tytułów znam wszystko oprócz "Bone'a", ale jeśli ktoś wymienia tę historię jednym tchem z "Kaznodzieją" i "Sandmanem"... doszedłem do wniosku, że warto sprawdzić, o czym mowa. A potem zobaczyłem tego śmiesznego stworka, którego widać powyżej i powiedziałem do siebie tylko "Eee...". Na pierwszy rzut oka rzeczywiście wygląda to na bajeczkę dla bardzo małych dzieci, ale po zapoznaniu się z opiniami na temat serii oraz kiedy przeczytałem, ile przyznano jej nagród (zajrzyjcie choćby tutaj, sekcja Reception), wiedziałem już, że prędzej czy później zapoznam się z pierwszym TPB.
Powtórzę to jeszcze raz: "Bone" jest świetny. Fabuła, rysunki, humor, kolory, po prostu wszystko. Dzieło Jeffa Smitha przypomina dobrą i przezabawną kreskówkę, a podczas czytania uśmiech praktycznie nie schodzi z twarzy. Pewnie, można podchodzić do tego komiksu z uprzedzeniem i jeszcze przed lekturą mówić, że "to przecież tylko bajka o jakimś głupim stworku", ale z drugiej strony tak samo można powiedzieć na przykład o "Watchmen" - że to tylko bajka o bandzie pajaców w idiotycznych przebraniach. Prawda wygląda tak, że "Bone'a" można bez żadnego problemu dać małemu dziecku, ale jednocześnie historia jest zabawna nawet jeśli masz dwadzieścia kilka lat (jak ja), a prezentowany w niej humor wcale nie jest dziecinny. Uniwersalność to kolejna zaleta tego komiksu.
Seria podobno rozrasta się od prostej opowieści do czegoś wręcz epickiego. Myślę, że już wkrótce będę miał okazję to sprawdzić, bo pierwszy Trade, "Out from Boneville", jest tak dobry, że nie pozostawia mi wyboru. Punktem wyjścia jest próba powrotu trójki bohaterów do tytułowego Boneville, miejsca, które z różnych powodów opuścili, a teraz nie mogą odnaleźć drogi powrotnej. To tylko początek, już po chwili dzieje się dużo więcej. Zachęcam wszystkich do zapoznania się z przygodami trzech kuzynów - Fone Bone'a, Phoney Bone'a i Smiley Bone'a - oraz całej masy zabawnych i strasznych postaci drugoplanowych. No chyba, że jesteś zbyt poważny, żeby czytać takie rzeczy, ale w takiej sytuacji mogę Ci tylko współczuć.
środa, 9 września 2009
#31 - Greek Street #2 [Peter Milligan & Davide Gianfelice]
Drugi numer "Greek Street" zachęca do dalszej przygody z tą serią jeszcze bardziej niż poprzedni. Na początku naszym oczom ukazuje się interesujący patent Milligana na streszczenie tego, co działo się wcześniej (ciekawe, czy będzie stałym punktem programu), a potem wreszcie mamy do czynienia z konkretami. Poprzednia część była dobra, ale zbyt szczegółowa - za dużo postaci i wątków jak na start, teraz wszystko zaczyna się klarować. I właśnie tego oczekiwałem. Peter Milligan znów pokazuje, na co go stać, mamy też klasyczne w jego przypadku mocne sceny - choćby ta, w której wspomniany poprzednio Eddie (postać nawiązująca do Edypa) pochopnie postanawia pozbyć się nieco innej części ciała, niż jego poprzednik. Innej, ale także bardzo ważnej. Dodajmy do tego kilka ciekawych wydarzeń, o których nie chcę pisać, żeby nie psuć komuś niespodzianki, a w efekcie mamy komiks zasługujący na dwa kciuki w górę - oby po każdym zeszycie pokazywane były z coraz większym entuzjazmem.
wtorek, 8 września 2009
#30 - Chew #1 [John Layman & Rob Guillory]
Czasem wystarczy dobry patent na głównego bohatera, żeby zachęcić sporą liczbę osób do zapoznania się z daną historią. Sprawdza się to w każdym przypadku - książek, filmów, seriali i oczywiście komiksów. John Layman i Rob Guillory mają patent, który mnie przyciągnął, ale czy to wystarczyło, żebym się zachwycił? Niestety nie, ale po kolei.
Zaczęło się od reklamy "Chew" w "The Walking Dead": "He gets psychic impressions from whatever he eats which means he'a a hell of a detective, as long as he doesn't mind eating terrible things in the name of justice!". Zachęciło mnie to, spodziewałem się pokręconego kryminału i czarnego humoru. W praktyce wygląda to tak: wystarczy, że główny bohater nowej serii wydawnictwa Image, Tony Chu, ugryzie jabłko i już wie, na jakiej jabłoni rosło i kiedy zostało zerwane. Po prostu widzi odpowiednie obrazy w swojej głowie. Pomysł dobry w teorii, w komiksie wygląda nieco niedorzecznie. Na przykład pierwszy epizod pokazuje sytuację, w której nasz detektyw je danie w restauracji i wyczuwa, że kucharz jest mordercą. Mało tego, poznaje nazwiska i wiek ofiar oraz okoliczności, w jakich zostały zabite. Nie kupuję tego. Mam nadzieję, że w kolejnych zeszytach ten potencjalnie ciekawy pomysł zostanie wykorzystany w lepszy sposób. Poza tym nie wiem jeszcze, w co celują autorzy: poważny kryminał z elementami czarnego humoru czy głupkowatą opowieść o facecie zjadającym co popadnie (pewnie zwykle byłoby to coś obrzydliwego, aby uzyskać komiczny efekt), żeby zdobyć kilka poszlak. Końcówka wskazuje raczej na tę drugą opcję (spoiler: morderca nie chce podać nazwisk wszystkich ofiar - woli popełnić samobójstwo; aby poznać dalsze szczegóły jego nieeleganckiej kariery, Tony postanawia przekonać się, jak smakują martwi kucharze. Bez obaw, próbuje tylko niewielkiego kawałka).
W rozstrzygnięciu, jaki miał być "Chew" nie pomagają rysunki - dosyć ciekawe, ale nie pasujące mi do tego komiksu. Przynajmniej na razie. Pierwsza historia, "Taster's Choice", ma mieć 5 części. Póki co nie jestem zadowolony, ale dotrwam przynajmniej do jej końca. Przy odrobinie szczęścia opowieść Laymana nabierze precyzyjniejszych kształtów i być może, mimo początkowych obaw, okaże się godna polecenia.
poniedziałek, 7 września 2009
#29 - All-Star Batman & Robin the Boy Wonder [Frank Miller & Jim Lee]
Przeczytany kilka miesięcy temu "All-Star Superman" Morrisona kompletnie mnie powalił, z kolei komiks "All-Star Batman & Robin the Boy Wonder" to już zupełnie inna bajka - też mnie powalił, ale w inny sposób. Podczas lektury nie mogłem wytrzymać ze śmiechu. Jak to mówią, śmiech to zdrowie, szkoda tylko, że intencje Franka Millera wyglądają na nieco odmienne. Wydaje mi się, że przynajmniej do pewnego momentu czytelnik miał traktować jego wersję Batmana zupełnie serio. Niestety, to raczej niemożliwe.
Zaprezentowana tu wizja Bruce'a Wayne'a jest tak przerysowana, że aż ciężko nie parskać śmiechem. Zresztą, nie tylko główny bohater jest "trochę dziwny" w porównaniu do tego, co można było przeczytać wcześniej, ale po kolei: jeśli znany Ci dotychczas Człowiek-Nietoperz to według Ciebie miękki cieciunio niepotrzebnie bojący się o życie swoich wrogów, poczekaj na to, co zaserwował tutaj Miller. Batman z "All-Star..." to zarozumiały psychopata atakujący przestępców krzycząc jednocześnie "Ha ha ha ha ha!" (patrz rysunek poniżej) i wyraźnie napawający się ich bólem, rzucający w nich koktajlami Mołotowa i powodujący otwarte złamania tylko dlatego, że ich widok sprawia mu przyjemność. Nie żeby to było najdziwniejsze w jego zachowaniu. Historia skupia się na początkach współpracy gacka i dwunastoletniego Dicka Graysona, który traci rodziców (precyzyjniej: ktoś ich morduje) i zostaje porwany przez Batmana. Mroczny Rycerz chce się nim zaopiekować, ale smarkacz trochę go denerwuje (na przykład śmieje się z Batmobilu albo zaczyna płakać z powodu utraty matki i ojca), w związku z czym dostaje po głowie, zresztą nie po raz ostatni. Kiedy docierają do Jaskini Nietoperza (dodam, że jadą tam od #2 do #4 zeszytu), następuje scena, która moim zdaniem powinna przejść do klasyki komiksu - poważnie. Batman chce zostawić przyszłego Robina samego, a kiedy dzieciak pyta, co ma jeść, słyszy: "Your food will present itself". Chwilę później jego oczom ukazują się szczury i nietoperze. Żeby było jeszcze zabawniej, Alfred daje Dickowi normalne jedzenie (czyli takie, które nie biega ani nie lata po jaskini), za co dostaje ostrą reprymendę od swojego pracodawcy.
Dziwne? W tym komiksie wszystko jest dziwne: karykaturalne i patetyczne dialogi, narracja, zachowanie postaci, ich wygląd. Prawie wszyscy są twardzielami - kobiety też, z tą różnicą, że dodatkowo mają duże piersi i atrybuty w stylu kabaretek i szpilek, w których zwalczają przestępczość Gotham. Ja rozumiem, że to miała być "mocna" opowieść, ale scenarzysta gdzieś w tym wszystkim nie zauważył, że całość jest niedorzeczna. Nie wierzę, że od początku chciał, żeby wyglądało to właśnie tak, a nawet jeśli... "All-Star Batman & Robin the Boy Wonder" nie sprawdza się ani jako niezamierzona parodia (bo czytelnik śmieje się zamiast brać historię na poważnie), ani jako parodia napisana celowo (bo to, z czego się śmiałem, tak naprawdę wcale nie jest zabawne, jedynie głupie i sztuczne). W dodatku nie ma tutaj żadnego ciekawego pomysłu na fabułę, mamy tylko jakieś snucie się po ulicy, naparzanie policjantów i przestępców oraz intrygę, której mimo najlepszych chęci nie mogę nazwać pasjonującą.
Wygląda na to, że po kilku epizodach Miller powiedział "Whatever" albo "Fuck it" i - widząc, że nie ma już odwrotu od tego, co stworzył - zaczął chałturzyć celowo. Tak na oko nastąpiło to gdzieś przy #7 zeszycie, a konfrontacja Batmana z Halem Jordanem w odcinku #9 przebija chyba wszystko. Tutaj śmiałem się już stanowczo zbyt głośno, ale uwierzcie mi, nie dało się inaczej. Muszę przyznać, że na swój absurdalny sposób seria jest mistrzostwem świata i jeśli ktoś chce przeczytać komiks, przy którym co kilka stron będzie myślał "Nie wierzę, że to może być aż tak głupie", to zapraszam. Jak dotąd ukazało się dziesięć zeszytów, na jedenasty czytelnicy czekają już od dłuższego czasu, o ile można stwierdzić, że ktoś naprawdę na to czeka.
Jeszcze jedno - Jim Lee. Jim Lee jest gościem, który od zawsze kojarzył mi się z kolorowo ubranymi mutantami, czymś, co zupełnie nie pasuje do mroku opowieści z udziałem Batmana, który tak lubię. Moje obawy zostały potwierdzone przez kilka opinii innych fanów Mrocznego Rycerza, a potem przeczytałem "Batman: Hush" i stwierdziłem, że Jim jednak daje radę. Jego podejście do rysowania uszatego zupełnie mi nie przeszkadza, a kolory nałożone na szkice nie psują efektu. Mogę nawet zaryzykować stwierdzenie, że rysunki poniekąd ratują ten przegięty komiks.
niedziela, 6 września 2009
#28 - The Walking Dead #55-#64 [Robert Kirkman & Charlie Adlard]
Postanowiłem olać pomysł dotyczący pisania o kilku komiksach za jednym zamachem. Nie podoba mi się to, wolę parę krótszych tekstów, ale każdy o czymś innym. W ten sposób łatwiej będzie odnaleźć konkretną pozycję w linkach po prawej, nawet jeśli chodzi tylko o kilka zdań związanych z pojedynczym zeszytem.
Dzisiaj tekst przedstawiający dziesięć najnowszych odcinków serii "The Walking Dead" - ostatnie dwa akapity zdradzają o kilka szczegółów za dużo, także nie polecam ich tym, którzy wolą najpierw przeczytać komiks sami.

O "The Walking Dead" nie pisałem już od dziewięciu miesięcy. Przez ten czas uzbierała się kolejna porcja zeszytów i jest o czym opowiadać. Kirkman nadal udowadnia to, co właściwie już udowodnił: po pierwsze, jego głowa jest pełna dobrych pomysłów. Po drugie, w historiach o zombie najważniejsi są ludzie, ich wzajemne relacje oraz postawa wobec niebezpieczeństwa; ożywione zwłoki niejednokrotnie schodzą na drugi plan. Zmiany w psychice bohaterów bywają dużo bardziej interesujące od zastanawiania się, czy za kolejnym zakrętem czyhają żywe trupy. I bardzo dobrze, tego właśnie oczekuję od tej serii.
[spoilery] W opisywanych dziesięciu zeszytach dzieje się sporo, cały czas na poziomie, do którego Kirkman i Adlard zdążyli już nas przyzwyczaić - jeśli lubisz "The Walking Dead", wciąż będziesz zadowolony, jeśli nie - póki co też nie zmienisz zdania . Obecnie bohaterowie zmierzają w stronę Waszyngtonu, gdzie według jednej z nowo poznanych postaci znajduje się wiedza dotycząca przyczyny ożywania trupów. Mam tylko nadzieję, że jeśli w ogóle Rick i spółka dotrą do celu, rozwiązanie zagadki nie okaże się jakimś banałem, który zniechęci mnie do tego komiksu. Scenarzysta nie byłby sobą, gdyby nie postawił na drodze stworzonych przez siebie bohaterów setek przeszkód, w dodatku tych najgorszych z możliwych. Robi to i tym razem. Niektórzy pękają, próbują popełnić samobójstwo, inni nie dają rady w inny sposób. Do grupy dołącza kilka nowych osób, w tym ksiądz, co oczywiście tylko pogarsza sytuację - nie wszystkim podobają się jego komentarze w stylu "niezbadane są wyroki boskie", zwłaszcza wygłaszane w naprawdę tragicznych momentach.
[spoilery] Po drodze do Waszyngtonu Rick odwiedza rodzinne miasto i zabiera ze sobą kolejnego towarzysza, znanego z samego początku historii. W trakcie tej wyprawy następują pewne zmiany w charakterze dziecka Ricka, Carla, które z kolei zaowocują drastycznymi wydarzeniami kilka odcinków później. Jest to chyba najciekawszy wątek kilku ostatnich numerów "The Walking Dead", z niecierpliwością czekam na jego rozwinięcie. Kolejna przeszkoda to grupa obcych osób śledząca bohaterów. Można się domyślać, że nie mają dobrych zamiarów, a już po chwili domysły zmieniają się w pewność. Napiszę tylko, że brakuje im żywności i chcą dostać jedzenie, które mogą zaoferować Rick i reszta. To właśnie ci ludzie będą głównymi przeciwnikami w ciągu kilku kolejnych zeszytów. Będzie się działo.

Dzisiaj tekst przedstawiający dziesięć najnowszych odcinków serii "The Walking Dead" - ostatnie dwa akapity zdradzają o kilka szczegółów za dużo, także nie polecam ich tym, którzy wolą najpierw przeczytać komiks sami.
O "The Walking Dead" nie pisałem już od dziewięciu miesięcy. Przez ten czas uzbierała się kolejna porcja zeszytów i jest o czym opowiadać. Kirkman nadal udowadnia to, co właściwie już udowodnił: po pierwsze, jego głowa jest pełna dobrych pomysłów. Po drugie, w historiach o zombie najważniejsi są ludzie, ich wzajemne relacje oraz postawa wobec niebezpieczeństwa; ożywione zwłoki niejednokrotnie schodzą na drugi plan. Zmiany w psychice bohaterów bywają dużo bardziej interesujące od zastanawiania się, czy za kolejnym zakrętem czyhają żywe trupy. I bardzo dobrze, tego właśnie oczekuję od tej serii.
[spoilery] W opisywanych dziesięciu zeszytach dzieje się sporo, cały czas na poziomie, do którego Kirkman i Adlard zdążyli już nas przyzwyczaić - jeśli lubisz "The Walking Dead", wciąż będziesz zadowolony, jeśli nie - póki co też nie zmienisz zdania . Obecnie bohaterowie zmierzają w stronę Waszyngtonu, gdzie według jednej z nowo poznanych postaci znajduje się wiedza dotycząca przyczyny ożywania trupów. Mam tylko nadzieję, że jeśli w ogóle Rick i spółka dotrą do celu, rozwiązanie zagadki nie okaże się jakimś banałem, który zniechęci mnie do tego komiksu. Scenarzysta nie byłby sobą, gdyby nie postawił na drodze stworzonych przez siebie bohaterów setek przeszkód, w dodatku tych najgorszych z możliwych. Robi to i tym razem. Niektórzy pękają, próbują popełnić samobójstwo, inni nie dają rady w inny sposób. Do grupy dołącza kilka nowych osób, w tym ksiądz, co oczywiście tylko pogarsza sytuację - nie wszystkim podobają się jego komentarze w stylu "niezbadane są wyroki boskie", zwłaszcza wygłaszane w naprawdę tragicznych momentach.
[spoilery] Po drodze do Waszyngtonu Rick odwiedza rodzinne miasto i zabiera ze sobą kolejnego towarzysza, znanego z samego początku historii. W trakcie tej wyprawy następują pewne zmiany w charakterze dziecka Ricka, Carla, które z kolei zaowocują drastycznymi wydarzeniami kilka odcinków później. Jest to chyba najciekawszy wątek kilku ostatnich numerów "The Walking Dead", z niecierpliwością czekam na jego rozwinięcie. Kolejna przeszkoda to grupa obcych osób śledząca bohaterów. Można się domyślać, że nie mają dobrych zamiarów, a już po chwili domysły zmieniają się w pewność. Napiszę tylko, że brakuje im żywności i chcą dostać jedzenie, które mogą zaoferować Rick i reszta. To właśnie ci ludzie będą głównymi przeciwnikami w ciągu kilku kolejnych zeszytów. Będzie się działo.
sobota, 5 września 2009
#27 - Sweet Tooth #1 [Jeff Lemire]
W pierwszym zeszycie "Sweet Tooth" Jeff Lemire przedstawia tę serię (nawiązując do słów przyjaciela) jako "Bambi meets Mad Max". Brzmi dziwnie i być może śmiesznie, ale lubię właśnie tę dziwność cechującą bardzo wiele komiksów Vertigo, postanowiłem więc zapoznać się z nową pozycją mojego ulubionego wydawnictwa. Nie znam twórczości Jeffa ("The Nobody" wygląda interesująco i czeka na przeczytanie), ale "Sweet Tooth" zachęcił mnie do nadrobienia zaległości. Zapowiada się kolejne udane przedsięwzięcie z katalogu Vertigo.
Podoba mi się tajemniczość panująca w komiksie - na razie wiadomo bardzo niewiele, a informacje podawane są w sposób zachęcający do czekania na ciąg dalszy. Mamy tu Gusa, dziwnego chłopca z rogami jelenia, mamy zagadkową pandemię, która zdziesiątkowała populację i sprawiła, że dzieci są dziwnymi hybrydami ludzi i zwierząt, odpornymi na infekcję. Umierający ojciec głównego bohatera twierdzi, że jego syn jest ostatnim dzieckiem, które przeżyło i bardzo dba o jego bezpieczeństwo, nie pozwalając mu wychodzić poza obszar lasu. To właśnie tam znajduje się zagrożenie. Jest tajemnica i jak na razie bardzo mały teren, na którym rozgrywa się historia. Boję się tylko, że w miarę wyjaśniania, o co tutaj chodzi (na przykład kiedy już dowiemy się, co tak naprawdę zaszło i dlaczego ludzie zaczęli umierać), może już nie być tak ciekawie. Wszystko zależy od tego, w jaki sposób Jeff Lemire poprowadzi swoją opowieść.
Sam autor zdradza kilka szczegółów więcej niż sam komiks; czytelnik dowiaduje się między innymi, że Gusa czeka bardzo długa i niebezpieczna podróż do miejsca zwanego "The Preserve", legendarnego schronienia dla dzieci-hybryd. Jego towarzyszem będzie Jepperd, człowiek, którego poznajemy pod koniec pierwszego zeszytu. Lemire rzuca jeszcze kilka terminów, takich jak "post-apocaliptic, neo-western, action-adventure, science fiction, road-movie" i dodaje (uprzedzając narzekania na kolejną post-apokaliptyczną historię), że nie ma oklepanych opowieści, są jedynie oklepane sposoby opowiadania. Twierdzi, że "Sweet Tooth" będzie zupełnie niepodobny do jakiejkolwiek post-apokaliptycznej historii oraz do jakiejkolwiek innej serii z Vertigo. Brzmi cwaniacko, ale wydaje mi się, że może się udać.
"Bambi meets Mad Max"? Nie wiem jak Wy, ale ja jestem za.
Subskrybuj:
Posty (Atom)