wtorek, 22 września 2009

#42 - Komiksofilia: Year One


Mała ciekawostka: dzisiaj mija rok od dnia, w którym założyłem tego bloga. W ciągu 12 miesięcy zdążyłem zmienić jego nazwę, całkowicie olać zaglądanie tu od marca do sierpnia, dorobić się 6 osób obserwujących (ciekawe, kto z obserwatorów rzeczywiście tu zagląda i czyta), otrzymać całe 2 komentarze oraz popełnić 42 wpisy. Nie ma się czym podniecać, ale z drugiej strony - nie licząc tej strasznej przerwy, chyba nie było aż tak źle? Ostatnio jestem umiarkowanie zadowolony z tekstów, które tutaj wrzucam.

Jeśli chodzi o częstotliwość ukazywania się wpisów, łatwo zauważyć, że wrzesień pobił wszystkie poprzednie miesiące na głowę. Cieszę się (i jednocześnie dziwię, bo systematyczność nigdy nie była moją mocną stroną), że opuściło mnie lenistwo, pytanie tylko, na jak długo. Nic nikomu nie obiecuję, bo znam siebie i wiem, że za chwilę znów może mi się odechcieć. Brak czasu od października też nie ułatwi sprawy. Mam jednak nadzieję, że się ogarnę, bo chciałbym, żeby to miejsce jakoś wyglądało.

Bla, bla, bla... i tak nikt tego nie czyta. Wpis okolicznościowy mam już za sobą, jutro/pojutrze wracam do tego, co najlepsze - do komiksów.

poniedziałek, 21 września 2009

#41 - WE3 [Grant Morrison & Frank Quitely]


To już kolejny, po All-Star Superman, opisywany przeze mnie komiks duetu Grant Morrison i Frank Quitely, chociaż w tym akurat przypadku to rysownik powinien być przedstawiony jako pierwszy. WE3 nie robi takiego wrażenia jak opowiedziane na nowe dzieje Clarka Kenta, jednak mimo to jest świetną lekturą, polecaną przeze mnie z czystym sumieniem. Ma wszystko, czego potrzebuje dobra opowieść obrazkowa, a właściwie prawie wszystko. Już wyjaśniam, co mam na myśli.


Chodzi mi przede wszystkim o scenariusz, którego nie mogę nazwać jednoznacznie dobrym. Historia wciąga, jest naprawdę świetnie poprowadzona i zagrzewa miejsce w pamięci, ale z drugiej strony została oparta na niezbyt skomplikowanym pomyśle, co z jakiegoś powodu trochę mnie drażni. Poza tym nie wiem, czy gdyby narysował to ktoś o klasę gorszy od Franka Quietly'ego, nadal byłoby tak dobrze. Może po prostu się czepiam i szukam dziury w całym, w końcu po zakończeniu lektury byłem zadowolony nie tylko z ilustracji. Pozostaje jednak wrażenie, że skoro napisał to Grant Morrison, można oczekiwać troszkę więcej.

Niezależnie od powyższych narzekań, WE3 wciąga jak diabli. Eksperyment zmieniający spokojne zwierzęta domowe w niezwykle groźnych zabójców wymyka się spod kontroli, kiedy trójka podrasowanych i już-nie-tak-miłych stworzeń wydostaje się na wolność. Śmiertelne niebezpieczeństwo musi zostać zażegnane, co niestety - niestety zwłaszcza dla ludzi - oznacza prawdziwą rzeźnię. Morrison nie napisał bowiem kolejnej części Folwarku Zwierzęcego, a dynamiczny i przykuwający uwagę komiks akcji obfitujące w niesamowite i porażające sceny. Historia wzbudza zainteresowanie już od samego początku, kiedy widzimy atak zwierząt na wyznaczony im cel, jeszcze zanim wymknęły się spod kontroli. Obserwujemy nieświadomych ludzi oraz zbliżających się zabójców, a wszędzie panuje przeraźliwa cisza. Jakiekolwiek dialogi rozpoczynają się dopiero po kilkunastu stronach, onomatopeje występują w ilościach śladowych, narratora nie stwierdzono. Nie ma właściwie żadnych dźwięków, ani podczas rozmów ludzi, ani później, kiedy dochodzi do strzelaniny. Większość historii opowiadana jest za pomocą wbijających w fotel rysunków Quietly'ego, który sprawił, że przemoc robi spore wrażenie (to raczej rzadkość w czasach, kiedy jest jej pełno w komiksach, książkach, filmach i codziennych wiadomościach), a całość jest niezwykle interesująca. Początkowy moment, kiedy gość dostaje gradem kul sprawił, że szczęka opadła mi do samej podłogi - ilustracja zamieszczona niżej nie oddaje wrażenia, jakie zrobi obejrzenie jej w trakcie lektury, z kontekstem i w większym rozmiarze. Nie pamiętam, kiedy ostatnio tak bardzo spodobał mi się pojedynczy rysunek.


Cisza występująca tam, gdzie powinno aż huczeć potęguje wrażenie bezduszności oraz bezsensu całej masakry i krwi, której leje się tu bardzo dużo. Ponadto, pomimo faktu, że przez większość opowieści ofiarami są ludzie, scenariusz skonstruowany jest w taki sposób, że czytelnikowi bardziej żal jest zwierząt. Bo to one są tu prawdziwymi ofiarami eksperymentu mającego zmniejszać liczbę zabitych żołnierzy w czasie wojen. Widząc ich cierpienie oraz to, jak zabijają nie z własnej woli, ale dlatego, że zostały w ten sposób zaprogramowane, czytelnik zżywa się z nimi bardziej niż z jakąkolwiek inną postacią. Od razu pojawia się w głowie pytanie, czy etycznie jest ratować ludzkie życia kosztem takiego traktowania zwierząt; pytanie może i proste, ale bez oczywistej odpowiedzi. Morrison skłania do zadania go sobie nienachalnie, poprzez łatwy w odbiorze komiks akcji. Właśnie dlatego miałem problem z narzekaniem na scenariusz - niby jest prosty i składający się głównie z rzezi, ale jak się jednak okazuje, gdzieś w tym wszystkim czai się drugie dno. Polecam sprawdzenie, bo nawet jeśli historia Was nie urzeknie, ilustracje po prostu muszą to zrobić.

sobota, 19 września 2009

#40 - Big Guy i Rusty Robochłopiec [Frank Miller & Geof Darrow]


Wreszcie scenariusz Millera, o którym mogę napisać coś pozytywnego. Jak dotąd nie miał na tym blogu szczęścia, omawiany przeze mnie Hard Boiled nie powalał, z kolei All-Star Batman & Robin the Boy Wonder to całkowita porażka. O Spawn/Batman nawet nie chce mi się wspominać. Teraz jest nieco inaczej, i dobrze, bo właściwie lubię scenariusze tego pana. Nie żeby Big Guy i Rusty Robochłopiec był jakąś genialną pozycją, na pewno nie, ale zawsze lubię, kiedy ludzie mają dystans do medium, w obrębie którego tworzą. Ten komiks to jeden wielki polew ze starych, absurdalnie wzniosłych komiksów oraz filmów z Godzillą. Może nie arcyzabawny, ale urzekający swoją celową naiwnością i głupotą. Pomijając Godzillę, o której nie mam zielonego pojęcia (obejrzenie jednego filmu na pewno nie zamieniło mnie w znawcę tematu) oraz "pełne patosu komiksy z lat 70.", których też się jakoś strasznie nie naczytałem, spodobało mi się tu jedno, zwłaszcza w przypadku wielkiego robota Big Guya: pamiętam jak dziś, kiedy w podstawówce, po jakiejś superbohaterskiej nawalance z TM-Semic, szliśmy rysować swoje pierwsze i jak dotąd ostatnie, żałosne komiksy, tworząc (a właściwie odtwarzając) bohaterów takich jak wielkie potwory i jeszcze większe roboty, zupełnie bez koncepcji, ale z uśmiechami na pyskach. Miller musiał mieć taki sam uśmiech i wielką frajdę, a ja przypomniałem sobie, że kiedyś sam uważałem przygody takich postaci za coś wspaniałego, zaś wielki latający robot był dla mnie szczytem kreatywności. I chyba nie tylko dla mnie - wydaje mi się, że po odkopaniu starych zeszytów niejeden czytelnik znalazłby na marginesach nieudolnie naszkicowanych braci Big Guya.


Big Guy i Rusty Robochłopiec to historia wielkiego, największego Zła, efektu nieudanego eksperymentu japońskich naukowców, które przyjęło formę ogromnego gada. Zło przemierza ulice Tokio niszcząc, mordując i zamieniając niewinnych ludzi w swoich mniejszych pobratymców. Po wysłaniu dosłownie wszystkiego, co posiada japońska armia, okazuje się, że ostatnią nadzieją będzie Rusty Robochłopiec, niewielki latający robot. Niestety, nie wszystko idzie po myśli bohatera, trzeba więc wezwać pomoc z Ameryki. I teraz zaczyna się oczekiwana zabawa, bo o ile pierwsza połowa komiksu nie jest tym, na co miałem ochotę, po nadejściu Big Guya radość z lektury była dla mnie o wiele większa. Monumentalny Big Guy jest tak dobry i uczciwy, że mógłby zostać nazwany harcerzykiem przez samego Supermana. Jak wspominałem, scenariusz nie jest mistrzostwem, ale wypowiedzi robota w połączeniu z podniosłą i przesadzoną narracją dają radę - na tyle, żeby komiks zasłużył na pochwałę.

Geof Darrow znów stanął na wysokości zadania i zadziwia przedstawianiem szczegółów, nie robi już jednak tak dużego wrażenia jak w przypadku Hard Boiled. Jego prace widzę kolejny raz, odpadł więc element zaskoczenia. Po drugie, specyfika scenariusza (miejscem akcji są głównie ulice Tokio) utemperowała różnorodność i nie dała rysownikowi zbyt wielkiego pola do popisu. I wreszcie trzecia rzecz: w odróżnieniu od Hard Boiled, ciężar całej historii nie spoczywał już na barkach Darrowa; ilustrator nie musiał ratować komiksu tworząc świetne rysunki do marnego scenariusza, przez co nie jest tutaj "gwiazdą", którą był wcześniej. Ale wolę zgraną pracę zespołową niż kiedy coś jest dobre tylko w połowie. Dodatkowo (nie zauważyłem tego jako pierwszy) niezwykle szczegółowe rysunki Darrowa w połączeniu z zamierzonym patosem oraz tandetnością opowieśći tworzą dodatkowy i bardzo ważny element komiczny.

Na końcu czeka nas kolejna ciekawa atrakcja, a właściwie jeden ze śmieszniejszych żartów w całym komiksie: fikcyjne okładki przedstawiające poprzednie przygody głównych bohaterów. Niedorzeczność przeciwników automatycznie podnosi kąciki ust - nie chcę ich opisywać, polecam sprawdzenie tego na własne oczy.


Chciałem jeszcze dodać, że naprawdę nie widzę sensu w wydawaniu tak małych objętościowo komiksów w twardej oprawie, ale... ostatecznie i mimo wszystko kupiłem polską wersję, tak jak Hard Boiled, również nie będący jakąś cegłą. Może i jestem mądry po szkodzie, ale chyba nie zrobiłbym tak po raz kolejny - raczej porównałbym ceny z wydaniami oryginalnymi i wybrał tańszą, czyli - jak podejrzewam - zagraniczną wersję, w miękkiej oprawie. Ale to już następnym razem.

piątek, 18 września 2009

#39 - Prosto z Piekła [Alan Moore & Eddie Campbell]

Na zły początek...
Wczoraj wieczorem zmieniłem adres bloga z przeuroczego i jakże zabawnego comicbookskeepmydickhard.blogspot.com na komiksofilia.blogspot.com - nie zapomnij powiadomić o tym rodziny i przyjaciół. Inspiracją dla tego słowa był zupełnie nie związany z komiksami, ale bardzo zacny blog Janusza. W związku ze zmianą nazwy mogły nastąpić pewne kłopoty z linkami do poszczególnych wpisów, więc jeśli coś nie działa, a chcesz, żeby działało - holla at me!


Dzisiaj nadszedł dzień, w którym postanowiłem podjąć się karkołomnego zadania skreślenia kilku zdań o komiksie Prosto z Piekła. Przeczytałem go już dawno (o ile dobrze pamiętam, pod koniec zeszłego roku), ale długo unikałem pisania na temat tego arcydzieła. Zdaję sobie sprawę, że nie przekażę tu niczego odkrywczego, zresztą nie tylko w moim przypadku wydaje mi się to bardzo mało prawdopodobne. Chyba jednym z najlepszych przymiotników opisujących From Hell jest słowo kompletny, a uczuciem towarzyszącym po lekturze było niemal skrajne wyczerpanie. Najczęściej po przeczytaniu czegokolwiek nie mam żadnego problemu z wysłowieniem się i oceną opowieści, ale mroczny i dołujący utwór Alana Moore'a (o którym wspominam tu dopiero teraz, po niemal roku prowadzenia bloga, chociaż bezsprzecznie jest moim ulubionym scenarzystą) i Eddiego Campbella nie dał mi takiej szansy. Kiedy było już po wszystkim, odłożyłem komiks i zdałem sobie sprawę, że nie mam nic do powiedzenia na temat tego monumentalnego przedsięwzięcia szalonego geniusza. Ogrom pracy włożony w stworzenie From Hell zamienia czytelnika w kogoś, kto może mówić i mówić, ale cokolwiek powie, raczej nie odkryje niczego nowego. Właśnie to rozumiem pod pojęciem kompletna opowieść - jest pełna, wyczerpująca i nie dająca mi pola do popisu w kwestii oceniania. Aż chce się powiedzieć "Nie mnie oceniać coś tak wielkiego", i wcale nie jestem pewny, czy słowa te są przesadzone.

Prosto z Piekła to Moore'owska wizja historii Kuby Rozpruwacza, jego własna teoria na temat tego, kto nim był, jednak poparta faktami historycznymi. Przypisy, stanowiące sporą cześć tej cegły, którą można zabić, pokazują to, co wcześniej nazwałem chorym geniuszem: scenarzysta nie tylko przeczytał mnóstwo książek dotyczących morderstw w Whitechapel, odwiedzał także opisywane przez siebie miejsca, a nawet rozmawiał z prostytutkami, pytając je o dość ciekawą metodę oszukiwania klientów, przedstawioną na kartach komiksu. W przypisach Moore wspomina, że pogoda przedstawiona na ilustracjach odpowiada prawdopodobnej pogodzie w czasie akcji opowieści w 1888 roku. Sprawdził i przemyślał wszystko, od najbardziej podstawowych faktów, poprzez najmniejsze szczegóły, aż do spraw, które mogłyby poprzeć jego wersję wydarzeń. Wszystko to sprawia, że czytelnik, krążąc pomiędzy komiksem a przypisami (co, biorąc pod uwagę fakt, że Prosto z Piekła ma ponad 580 stron, nie jest zbyt wygodne), chłonie całość ze szczęką gdzieś na podłodze.

Brzydkie i nieatrakcyjne ilustracje Campbella początkowo zniechęcają do sięgnięcia po komiks, jednak po wgryzieniu się w opowieść można powiedzieć tylko zdanie, które pada przy najbardziej dopracowanych dziełach, gdzie scenarzysta i rysownik tworzą idealny zespół: "Nie wyobrażam sobie, żeby zilustrował to ktoś inny". Krajobrazy Londynu oraz bohaterowie Prosto z Piekła są przedstawieni w sposób brzydki i nieatrakcyjny, ale taka jest cała ta historia - brzydka i pokryta grubą warstwą brudu. Chociaż wcześniej nazwałem ten komiks arcydziełem (i nadal tak uważam), lektura wcale nie należy do przyjemności. Jest, jak już napisałem, wyczerpująca i naprawdę potrafi zdołować - przede wszystkim przedstawioną w mistrzowski i, niestety, prawdziwy sposób naturą ludzką.

Mógłbym przez dłuższą chwilę wspominać o mankamentach, na przykład o skopanej okładce polskiej wersji komiksu, o książeczce z dodatkowymi materiałami, która do dzisiaj nie dotarła do właścicieli Prosto z Piekła w twardej oprawie (czyli akurat nie do mnie), ale w obliczu samej historii są to rzeczy, które nie mają absolutnie żadnego znaczenia. Bardzo dobrze, że Timof umożliwił przeczytanie From Hell po polsku, bo jest to bez wątpienia jedno z najwybitniejszych osiągnięć Moore'a, jakie znam - z Watchmen przegrywa tylko pod następującym względem: oba te komiksy są genialne, ale czytanie Strażników sprawiło mi dużą przyjemność i nie było zmaterializowaną depresją, czego o losach Kuby rozpruwacza napisać nie mogę. Jak to się czasem mówi: mocna rzecz.

czwartek, 17 września 2009

#38 - Spawn/Batman [Frank Miller & Todd McFarlane]


Przypuszczam, że jestem jedną z ostatnich zainteresowanych komiksem osób w Polsce, która zdecydowała się sprawdzić wspólne przygody Batmana i Spawna. To znaczy nie licząc tych, którzy w swojej mądrości postanowili w ogóle tego nie czytać. Minęło kilka ładnych lat od wydania tej historii w naszym kraju, a powodem, dla którego piszę o niej dopiero teraz, jest fakt, że dosłownie wszystkie opinie o Spawn/Batman były negatywne. Czasem jednak żeby uwierzyć, trzeba zobaczyć coś strasznego na własne oczy. Moment masochizmu nastąpił w moim przypadku kilka dni temu. Dzisiaj żałuję, ale przecież sam się o to prosiłem.

O fabule nie można napisać niczego dobrego, a właściwie nie można o niej napisać czegokolwiek. Historyjka dla dwunastolatków, w której tytułowi bohaterowie najpierw biją się po głowach, a potem łączą siły w celu dołożenia komuś innemu. Jestem tylko ciekaw, co by było, gdyby TM-Semic wypuścił ten komiks w okolicach 1998 roku, kiedy to Spawn wciąż był czymś świeżym, a ja miałem dwanaście lat i uważałem twórczość McFarlane'a z a coś niesamowitego. Niektóre jego scenariusze z tamtego okresu do dziś wydają mi się czymś interesującym, ale może to tylko sentyment. W każdym razie teraz jestem za dużym chłopcem na akceptowanie takich bzdur. Szkoda tylko, że autorem scenariusza jest Frank Miller, który zdecydowanie miał możliwość napisania czegoś lepszego - niestety, jest to kolejny kiepski komiks jego autorstwa. A rysunki? Przykro mi bardzo, ale czasy entuzjastycznych ocen prac McFarlane'a również minęły; ilustracje w Spawn/Batman niczym mnie nie zachwyciły. Po prostu są poprawne, tyle na ich temat. Nie dostrzegam już w nich tego, co widziałem dekadę temu.

Mówiąc krótko (i delikatnie), jest to bardzo słaby komiks, którego moim skromnym zdaniem nie należy dotykać. Na koniec pozwolę sobie zacytować dialog głównych bohaterów, prowadzony podczas radosnego okładania się po swoich zamaskowanych twarzach. Rozmowa pokazuje dobitnie, jaki scenariusz popełnił Miller:

Spawn: Idiot. You're an idiot. I'll tear you apart.
Batman: In your dreams.
S: Break you in half. I'll break you in half.
B: Sloppy fighter. Stupid fighter. No discipline.
S: Talking trash. You're talking trash. It won't help you.
B: No discipline. Stupid fighter. Stupid punk.
S: Had it. You've had it. You're done.
B: Just warming up you stupid punk.

(tutaj następują liczne onomatopeje - napięcie rośnie, bohaterowie uderzają się nawzajem z jeszcze większym zapałem nie przed chwilą, a po wszystkim głośno dyszą)

B: Give it up, punk. You're finished. Just look at you. You're finished.
S: Look at you. You can't even get up. You're the one who's finished.

Oczywiście komiks oferuje też inne atrakcje - wszystkie podobne do zacytowanej powyżej. Ja odpadam.

środa, 16 września 2009

#37 - Wykiwani [Alex Robinson]


O Wykiwanych Alexa Robinsona naczytałem się tyle pozytywnych opinii, że zagłosowałem na ten komiks portfelem bez jakichś większych obaw. I nie rozczarowałem się - naprawdę warto spędzić z tą cegiełką trochę czasu (352 strony naszpikowane treścią). Jest to jeden z bardziej przemyślanych i dopracowanych komiksów obyczajowych, jakie miałem ostatnio okazję czytać... i w ogóle jeden z lepszych wydanych w tym roku w Polsce.

Alex Robinson napisał i narysował historię wielu realistycznych postaci, z których sześć posiada etykietkę bohaterów głównych. Wiadomo od samego początku, że w finale dojdzie do spotkania całej grupy, ale historia skonstruowana jest tak, iż śledzimy z zainteresowaniem losy wszystkich, nie tylko tych, których twarze znalazły się na okładce. Osoby kluczowe dla fabuły dzielą komiks na sześć różnych opowieści, które w swoim czasie zaczynają się przeplatać i oddziaływać na siebie nawzajem, a czytelnik zdaje sobie sprawę, że gdzieś w tle trwa odliczanie, po którym nastąpi wybuch starannie ukrytej bomby. Ale nawet bez tego każdy z sześciu wątków jest ciekawy - jego bohaterowie zupełnie się od siebie różnią, mają inne problemy i poglądy oraz kompletnie odmiennie podejście do życia, co zostało w mistrzowski sposób ukazane przez autora. Wydaje mi się, że właśnie to jest głównym atutem Wykiwanych - postacie skłaniające swoją prawdziwością do uwierzenia, że to wszystko mogłoby wydarzyć się tuż obok nas, a tacy ludzie mogą rzeczywiście istnieć. I nieważne, czy mowa tu o wypalonej gwieździe rocka, czy o nieprzystosowanym do życia świrze, którego wnętrze głowy potrafi naprawdę przerazić - bohaterowie naprawdę żyją na kartkach tego komiksu. Nie zauważam czegoś podobnego zbyt często - opowieści obrazkowe, książki i filmy są zwykle pozbawione tego, co w dziele Robinsona aż bije po oczach.

Z Wykiwanymi miałem tylko jeden problem (ciekawe, czy tylko ja?) - tak bardzo czekałem na nie-wiadomo-jak-zajebisty finał, że po drodze nie dotarła do mnie bardzo ważna rzecz. Owszem, kulminacyjny moment komiksu może robić wrażenie (na mnie akurat nie zrobił większego niż opowieść jako całość), ale jeśli w czasie lektury będziemy myśleć tylko o nim, może nam umknąć fakt, że końcówka może i będzie świetna, ale nie powinniśmy czekać w szczególności na nią - świetny jest cały komiks. Od początku, poprzez poprowadzone w perfekcyjny i przemyślany sposób historie szóstki głównych bohaterów, aż do wielkiego BUM! na ostatnich stronach. Wielkiego jak wszystkie rozdziały Wykiwanych.

wtorek, 15 września 2009

#36 - Fables #82-#87 [Bill Willingham & Mark Buckingham]


O Fables nie wspominałem od ponad pół roku, ale twórcy tej serii chyba nie pozwolą mi się rozpisać - cały czas utrzymują wysoki poziom, musiałbym więc powtarzać wcześniejsze pochwały. Zamiast tego wymienię kilka faktów, starając się nie zdradzać czekających na czytelnika największych niespodzianek: podczas gdy Baśniowcy próbują pozbierać się po zakończonej wojnie oraz ucieczce, ich nowy przeciwnik bez przerwy rośnie w siłę. Dowiadujemy się między innymi skąd pochodzi i jakie są jego motywy. W międzyczasie dzieje się sporo, w omawianych numerach ma miejsce The Great Fables Crossover, a wszystko rozgrywa się zarówno w macierzystej serii, jak i w Jack of Fables, której jeszcze nie miałem okazji sprawdzić. Na szczęście wszystko rozegrane jest tak, że i bez tego można ogarnąć całość, chociaż jest się oczywiście pozbawionym istotnych szczegółów. W czasie crossoveru i zaraz po nim (Fables #86) w komiksie udziela się gościnnie kilku rysowników, jednak dla mnie szefem pozostaje Mark Buckingham, stały ilustrator. #87 zeszyt jak zwykle każe niecierpliwie czekać na ciąg dalszy.

poniedziałek, 14 września 2009

#35 - Hellblazer: Original Sins [Jamie Delano & John Ridgway]


Nigdy nie zgrywałem jakiegoś eksperta od komiksów, wręcz odwrotnie - przyznaję się bez bicia, że jak na lata, które spędziłem z tym genialnym medium, wiem zdecydowanie za mało. Moje braki uwzględniają między innymi serię Hellblazer. Słyszałem o niej już bardzo, bardzo dawno temu, a gdzieś w moich zbiorach znajdował się jeden zeszyt ze scenariuszem Gartha Ennisa, ale nic poza tym. Impulsem do zmiany tego stanu rzeczy było wydanie w naszym kraju Trade'a Dangerous Habits. Nabyłem go, tyle że w wersji oryginalnej - nie dlatego, że moim marzeniem jest obalenie polskiego rynku komiksowego, po prostu opowieści obrazkowe z logiem Vertigo zdecydowanie należą do najlepszych jakie czytałem i mam pod ich względem pewne zboczenie - kupuję tylko oryginały. Potem zobaczyłem, że przed runem Ennisa było jedynie pięc wydań zbiorczych, więc czemu nie miałbym zacząć od początku i powoli, mozolnie brnąć do przodu (szczerze mówiąc, już nie mogę się doczekać runu Milligana)? Nie było żadnych przeszkód... i tak oto stałem się szczęśliwym posiadaczem tomu o nazwie Original Sins, zbierającego pierwsze dziewięć zeszytów Hellblazera.

Jasne jest, że nie mogę pisać o tym komiksie tak jakbym czytał go w latach, kiedy został wydany. Poznałem tę historię dopiero teraz i dla mnie istnieje tylko z takiej perspektywy. Tak więc czy Original Sins to godna polecenia historia, która sprawdza się w roku 2009? Moim zdaniem tak - i nie piszę tego dlatego, że niby wypada pochwalić początki Hellblazera. Czyta się to naprawdę dobrze. Główną zaletą jest nastrojowa narracja oraz osobowość głównego bohatera, Johna Constantine'a - z jednej strony człowieka cynicznego i aroganckiego, z drugiej dręczonego wyrzutami sumienia zbyt często jak na pełnego beztroski twardziela, za którego chciałby uchodzić. Pod tym względem komiks naprawdę daje radę i ma bardzo fajną atmosferę. Może kiedy już zapoznam się z dalszymi Trade'ami, stwierdzę z perspektywy czasu, że nie było warto zaczynać od samego początku, ale póki co jestem usatysfakcjonowany. Delano stworzył dobry horror okraszony humorem, objawiającym się głównie w postawie Constantine'a wobec świata ludzi i demonów - facet nie ma szacunku ani dla jednych, ani dla drugich. A scena, w której "radzi sobie" z bestią stworzoną z czterech niezbyt grzecznych chłopaków, jest jedną z najlepszych w całym tomie. Ale tylko jedną, bo ciekawych wątków jest tu dużo więcej.

Jeśli chodzi o rysunki... cóż, te zestarzały się najbardziej. W przeciwieństwie do scenariusza, ilustracje nie mogły uchronić się przed upływem czasu i zdaję sobie sprawę, że samo oglądanie Original Sins nie należy do wyjątkowo przyjemnych doświadczeń. Do takiego stanu rzeczy Vertigo zdążyło już jednak, no, może nie przyzwyczaić, ale na pewno dało do zrozumienia, że u nich ważniejsza jest fabuła. A ta w pełni rekompensuje ilustracje, które może kiedyś nie raziły, a nawet były niezłe, ale ten okres już dawno minął. Obecnie warto zapoznać się z początkami serii Hellblazer dla scenariusza - na tyle ciekawego, że nikt powinien narzekać na zmarnowany czas i pieniądze.

niedziela, 13 września 2009

#34 - Invincible: Family Matters [Robert Kirkman & Cory Walker]


Postanowiłem poznać nieco inną stronę scenariuszy Roberta Kirkmana, autora The Walking Dead, a wszystko wskazywało na to, że seria Invincible będzie zupełnym przeciwieństwem ciężkiej i brutalnej historii Ricka i jego towarzyszy. Jest to komiks z gatunku supahiroł, czyli latający panowie w pelerynach oraz ich strzelający laserami z oczu przeciwnicy, a więc temat, przy którym bardzo łatwo wtopić i napisać stereotypową, kiczowatą opowieść dla nastolatków lubujących się w bezmyślnych nawalankach. Dzięki Bogu Kirkman podszedł do swoich postaci z humorem, co zresztą widać po okładkach wydań zeszytowych wchodzących w skład TBP Family Matters - napis nad tytułem serii głosi "Dziewczyny, trądzik, prace domowe, super-złoczyńcy. Kiedy jesteś nastolatkiem, pomaga bycie Niezwyciężonym". Czyli mamy tu zachęcający mnie zdrowy dystans oraz dobrego scenarzystę, chociaż z drugiej strony, jeśli sprawdza się w opowieściach o zombie, nie znaczy to wcale, że podoła przy luźnym komiksie superbohaterskim. Na szczęście nie ma się czego obawiać, bo Invincible daje radę.

Głównym bohaterem komiksu jest Markus Grayson, nastoletni syn superbohatera Omni-Mana. Kiedy go poznajemy, chłopak zaczyna właśnie przejmować umiejętności swojego ojca - na początku jest to nadludzka siła oraz zdolność latania. Już podczas jednego z pierwszych przelotów nad miastem natyka się na przestępców i daje im niezły wycisk, a potem do samego końca doświadczamy bardzo udanej Kirkmanowskiej zabawy konwencją. Autor na bank jest świadomy istnienia stereotypów komiksu trykociarskiego, ale zdaje się nic sobie z tego nie robić i z uśmiechem na ustach brnie w pozorną pułapkę. A najlepsze jest to, że wychodzi z tego z twarzą. Dalsza część opowieści zawiera między innymi scenę projektowania kostiumu bohatera, bójkę w szkole (podczas której Mark oczywiście wykorzystuje swoje zdolności), naparzanie łotrów i superłotrów, współpracę z Teen Team, grupą nastoletnich bohaterów, walkę z obcymi... czyli celowe żonglowanie prostymi pomysłami i schematem. Dzięki odczuwalnemu dystansowi scenarzysty jest to jednak jadalne, a nawet więcej - bardzo dobrze smakuje.

Oprawa graficzna komiksu jest taka, jak scenariusz - prosta, przystępna, nie mająca na celu zadziwiać. Rysunki i kolory same w sobie nie są może genialne, ale w połączeniu z historią Kirkmana tworzą spójną i bardzo porządną całość. Nie potrafię sobie wyobrazić rodzaju ilustracji, który pasowałby bardziej do tej opowieści.

I taki właśnie jest Invincible - spójny, doskonale wyważony i przemyślany. Nie ma tutaj napięcia i mroku towarzyszącego lekturze The Walking Dead, pozostała za to zdolność Kirkmana do tworzenia płynnej opowieści, którą czyta się jednym tchem. I to z uśmiechem na twarzy. Nie jest to genialny i poważny komiks, który odmienił moje życie. Jest to celowo luźna rzecz, która zamieniła poświęcone jej chwile w bardzo dobrą zabawę. Tak miało być i w tym przypadku tyle mi wystarczy, z chęcią pozostanę przy tej serii na dłużej.

piątek, 11 września 2009

#33 - All-Star Superman [Grant Morrison & Frank Quitely]


Nie będę chyba zbyt oryginalny, jeśli stwierdzę, że nie lubię Supermana - większość przeczytanych przeze mnie komiksów z jego udziałem wydaje mi się zbyt sztampowa, a klasyczny wizerunek naszego bohatera to śmieszny harcerzyk w niebieskich kalesonach. W wyniku mojego uprzedzenia (trwającego chyba jeszcze od czasów TM-Semic) nie poświęcałem należytej uwagi przygodom ostatniego syna planety Krypton, ale zawsze znajdzie się parę wyjątków, dla których warto zmienić zwyczaj. Niejednokrotnie przekonałem się, że genialny scenarzysta potrafi stworzyć niesamowity komiks, nawet jeśli jego bohaterem jest ktoś taki jak Clark Kent. Jednym z takich wyjątków jest historia napisana przez Granta Morrisona, którą narysował Frank Quitely - All-Star Superman. Jest to jednocześnie powód, dla którego postaram się poszukać innych wartościowych opowieści o tej postaci, ponieważ, jak się okazuje, jednak warto. Po przeczytaniu 12-zeszytowej historii Morrisona stwierdzam, że zdecydowanie warto.

Grant Morrison (wspominam tu o nim po raz pierwszy) to autor scenariuszy, którego należy się bać. Jego opowieści są tak dziwne, że nie wierzę w możliwość pisania ich bez udziału twardych narkotyków, w szczególności tych wywołujących halucynacje. Żarty żartami (chociaż, kto wie?), ale sens jego niektórych prac zupełnie do mnie nie dociera (chodzi mi na przykład o The Mystery Play), z kolei przy innych zastanawiam się, czy są dziełem szalonego geniusza czy po prostu szaleńca (tego typu przemyślenia miały miejsce zwłaszcza podczas przygody z komiksem Flex Mentallo). Gość bywa bardzo nieprzystępny i trudny w odbiorze, niemniej jednak wysiłek włożony w czytanie jego opowieści (o których postaram się tu sukcesywnie pisać) często jest wynagradzany. Jeśli jeszcze nie znasz twórczości Granta, polecam jednak zapomnieć o tym, co stwierdziłem przed chwilą i sięgnąć po All-Star Superman, przy którym zamiast zastanawiać się, o co tu chodzi, można powrócić do dzieciństwa i bezpretensjonalnego akceptowania perypetii pań i panów w zabawnych kostiumach.


Może porównanie nie jest zbyt trafne, ale czytając All-Star Superman, myślałem to samo, co przy oglądaniu niektórych skeczy Monty Pythona: "Gdybym ja na to wpadł, uznałbym to za kiepski i nieciekawy pomysł". A jednak śmiałem się z takich odpałów jak samoobrona przed owocami i podobnie było podczas lektury dzieła Morrisona. Co prawda nie śmiałem się, ale byłem bardzo zadowolony. Ilość pomysłów, jakie autor zmieścił w tych dwunastu zeszytach naprawdę powala, a większość z nich jest tak chora i wykręcona, że przedstawienie ich w sposób sprawiający czytelnikowi przyjemność zakrawa na prawdziwy wyczyn. Zdaje się, że Grant postanowił wpakować do swojej historii dosłownie wszystko, co przyjdzie mu do głowy, choćby nie wiem jak niedorzecznego (na przykład zagrożenie ze strony kwadratowej Ziemi) i zaprezentowanie tego tak, że wkręcamy się w wir wydarzeń zamiast myśleć, że tak właściwie to wszystko nie ma sensu. Wyszło znakomicie. Jestem pewny, że nie tylko ja bawiłem się jak dziecko. Morrison w pełni wykorzystał potencjał "All-Starów", czyli pełną dowolność w interpretacji znanych już losów dawno przestarzałych lub dawno uformowanych bohaterów. Frank Miller nie podołał, za to szalony Szkot nie tylko pokazał pazury, ale wręcz nie zawahał się ich użyć.

Na tylnej okładce pierwszego z dwóch TPB można przeczytać, że All-Star Superman zabiera Człowieka ze Stali jednocześnie z powrotem do korzeni i w przyszłość. Chyba nie można ująć tego w lepszy sposób.


Jakby mało było genialnego scenariusza, warstwa wizualna w pełni mu dorównuje. Frank Quitely pokazał, na co go stać - ilustracje są proste i przystępne, zupełnie jak fabuła (łatwa w odbiorze mimo popieprzonych pomysłów). Nie ma tu fajerwerków, które byłyby zupełnie nie na miejscu. Jest czytelnie i bardzo kolorowo, przez co pozostajemy w przekonaniu, że wróciliśmy do dzieciństwa. Do czasów, kiedy komiksy superbohaterskie wcale nie wydawały się głupie i prostackie... z tą różnicą, że All-Star Superman rzeczywiście taki nie jest. Jest wszystkim tym, czym powinny być opowieści obrazkowe z tamtego okresu. To najlepsza jak dotąd historia z udziałem Supermana, jaką czytałem - przekonująca mnie do sięgnięcia po kolejne.

A zaczyna się od tego, że w wyniku intrygi Lexa Luthora nasz bohater staje się silniejszy niż kiedykolwiek, ale jednocześnie jego organizm nie może poradzić sobie z nadmiarem energii, w związku z czym... Superman umiera. Musi więc przygotować bliskich oraz resztę świata na swoje odejście. Gwarantuję, że będziesz się świetnie bawił sprawdzając, co zrobi.

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...