Z tekstu na blogu Kopiec Kreta wynika, że nakład Historii fabryki rozszedł się dużo szybciej od nakładu Księżniczki, w sieci można znaleźć trochę więcej recenzji niż ostatnio. Czyli o Mei jest nieco głośniej niż wcześniej, co i tak śmieszy, bo powinno być o niej głośno już od dawna. Przynajmniej moim zdaniem, można się z tym nie zgadzać. Autorka zrobiła już jednak tyle, wydała kilkanaście numerów Nansze, współpracowała z wieloma innymi zinami, konsekwentnie pracuje nad swoimi umiejętnościami (przy czym widać, że ciągle sprawia jej to radość), a przede wszystkim jest na tyle dobra w tym, co robi, że "sukces" w postaci sprzedania 20 egzemplarzy komiksu (to chyba i tak lepiej, niż w przypadku Księżniczki) może brzmieć jak jakiś żart. I nie twierdzę, że twórczość Mei ma predyspozycje do znalezienia się na półkach w każdym Empiku, bo nie ma, jej opowieści są jednak zbyt specyficzne i nieprzystępne, ale należy jej się trochę więcej.
Jak mało kto w tego typu historiach, autorka z powodzeniem przemyca do scenariuszy swoją osobowość. Czytelnik wcale nie ma do czynienia z komiksem autobiograficznym, a jednak znajdzie w nim więcej Mei niż mógłby się spodziewać. To główny atut Historii fabryki, kolejnym jest atmosfera panująca na stronach jej wydawnictwa. W to trzeba jednak uwierzyć mi na słowo i przeczytać całość samemu (o ile autorka zrobi jakiś dodruk), bo pisząc o samym pomyśle na scenariusz, chyba trudno byłoby przekonać kogokolwiek o jego zaletach - komiks opowiada o kilku dziwnych postaciach, między innymi o Eryku,
który bardzo lubi gotować, ale oprócz tego musi znaleźć jakąś pracę i zatrudnia się w tytułowej fabryce, gdzie mają miejsce bardzo dziwne i nieprzyjemne rzeczy. Inni bohaterowie to między innymi Alien (imię mówi samo za siebie) oraz krab Janusz. Przekonałem kogoś? Nie? Tak myślałem. A jednak naprawdę warto spróbować. Chwaliłem Księżniczkę, Historia fabryki jest jeszcze lepsza.
Kreskę Mei można uwielbiać lub jej nie znosić, ja należę do tej pierwszej grupy. Jej brzydkie, nieestetyczne rysunki podobają mi się już od dłuższego czasu. Tym razem autorka postawiła na mniejszą ilość szczegółów niż ostatnio, na stronach znajduje się też mniej kadrów, co wyszło jej komiksowi na dobre. Tak trzymać.
Historia fabryki jest lepiej narysowana niż Księżniczka, ma ciekawszy scenariusz, prawie dwa razy więcej stron i kolorową okładkę, a także prezent w postaci zestawu pocztówek dla zamawiających. I nakład w postaci 20 egzemplarzy, który już się wyczerpał, więc chyba nie polecam zakupu, za to namawiam do poproszenia Mei o jakiś dodruk. Jeśli zbierze się kilka osób, może będzie to miało sens. Komiks kosztuje 7zł, śmieszna cena za coś tak fajnego.
czwartek, 19 maja 2011
#153 - Historia fabryki [Mei]
środa, 11 maja 2011
#152 - Rany wylotowe [Rutu Modan]
Na ostatniej stronie okładki jednej z najnowszych pozycji Kultury Gniewu Joe Sacco stwierdza, że Rany wylotowe umieszczają Rutu Modan "w czołówce publikujących dziś artystów komiksowych". No nie wiem. Do tego jeszcze między innymi nominacja do Nagrody im. Goscinny'ego na Międzynarodowym Festiwalu w Angoulême i Eisner za najlepszą powieść graficzną roku 2008. Wszystko to sprawia, że można się nastawić na nie wiadomo jakie arcydzieło, a Exit Wounds to po prostu dobra, naprawdę dobra opowieść. Warto ją przeczytać, warto mieć ją u siebie na półce, natomiast nie warto brać jej do ręki oczekując jakiegoś cudu, bo można się trochę rozczarować. Proponuję więc nie zwracać uwagi na przejaskrawione - oczywiście według mnie - pochwały, nie liczyć na coś więcej niż przyzwoitą rozrywkę i sprawdzić samemu, co napisała i narysowała Rutu Modan. Powinniście być zadowoleni.
Kobi Franco, główny bohater komiksu, nie ma za dobrych relacji z Gabrielem, swoim ojcem. Nie widzieli się już od dawna i nie mają ochoty się widzieć, ale Kobi cały czas łudzi się, że jeszcze dadzą radę się pogodzić, tyle że kiedyś. Za jakiś czas, jeśli akurat będzie okazja. Pewnego dnia dowiaduje się jednak, że niezidentyfikowaną ofiarą niedawnego samobójczego zamachu bombowego w Izraelu może być właśnie jego ojciec. Dowiaduje się tego dzięki Numi, młodej dziewczynie, jak się okazuje, dziewczynie Gabriela. Kobi postanawia wyruszyć na poszukiwania, choć tak naprawdę nie ma żadnej pewności, że tajemnicza śmiertelna ofiara to jego ojciec, który i tak od dłuższego czasu nie dawał znaku życia.
Rutu Modan potrafi obserwować i opowiadać. Rany wylotowe mówią o ważnych rzeczach w nienachalny sposób, a cała historia sprawia wrażenie idealnie przemyślanej i pozbawionej zbędnych szczegółów. Miałem takie odczucia również dzięki rysunkom, które na pewno są oryginalne, co doceniam, jednak nie mogę napisać, że szczególnie mnie zachwyciły. Scenariusz jest o wiele ciekawszy. Wzbudził moje zainteresowanie prawie od samego początku i nie rozczarował zakończeniem. Finał zrobił nawet coś więcej, pokazał, że najważniejsza była sama opowieść, niekoniecznie puenta. Moim zdaniem jest idealnym podsumowaniem całej historii. Spodziewałem się czegoś banalnego, ale na szczęście autorka pokazała klasę, a ostatnia strona to jeden z najlepszych momentów jej komiksu.
W moim przypadku Ranom wylotowym trochę zaszkodziły wszystkie niezasłużone pochwały - gdybym nie przeczytał ich przed lekturą, komiks Rutu Modan spodobałby mi się dużo bardziej. To jedna z wielu dobrych opowieści obrazkowych, z jakimi spotkałem się w ciągu kilku ostatnich miesięcy, nic wybitnego, jednak mimo wszystko na pewno wartego przeczytania. Pewnie dużo bardziej, niż wynikałoby to z mojej recenzji.
niedziela, 8 maja 2011
wtorek, 3 maja 2011
#150 - Zbyt cool, by dało się zapomnieć [Alex Robinson]
Siłą Wykiwanych, innego wydanego w Polsce komiksu Alexa Robinsona, było wymyślenie sześciu kompletnie różnych postaci, a następnie połączenie ich losów, dopracowując wszystko tak, że musiało to zrobić wrażenie na wielu czytelnikach. Na mnie zrobiło. Nie musiałem się zastanawiać, kiedy Timof zaproponował Zbyt cool, by dało się zapomnieć. W tej krótkiej opowieści o niewielkim formacie autor nie zastosował tego samego patentu, co poprzednio, więc miałem okazję zobaczyć, jak sprawdza się w zupełnie innej konwencji. Może historia, która nie jest oparta na tym, czym zdobyli moją sympatię Wykiwani, nie jest już tak dobra? A może będzie jeszcze lepsza?
Przede wszystkim jest inna. Poza nazwiskiem autora i jego kreską oba przeczytane przeze mnie komiksy Robinsona nie mają ze sobą wiele wspólnego.
Główny bohater Zbyt cool, by dało się zapomnieć, Andy Wicks, tak długo bezskutecznie rzucał palenie, że w końcu postanowił poddać się hipnozie. Ostatnia deska ratunku, w którą sam nie wierzy, ale przynajmniej żona i córki zobaczą, że spróbował. W czasie zabiegu dochodzi jednak do nieprzewidzianych komplikacji: nie wiadomo dlaczego, Andy przenosi się w czasie. Wraca z powrotem do liceum.
Znów ma włosy, aparat na zębach, znowu jest jednym z klasowych kujonów, ale tym razem wie, co będzie później. Zdaje sobie sprawę, co za kilka lat stanie się z jego młodszą siostrą, słuchając kumpli zna odpowiedź na pytanie, czy odniosą sukces, czy może ich marzenia nigdy się nie spełnią. Ta wiedza nie polepsza jego samopoczucia, choć z drugiej strony, skoro już tu trafił, czemu nie spróbować paru rzeczy, których bał się zrobić jako gówniarz?
Można kręcić nosem, że "gdzieś już to widzieliśmy". Ponowne przeżywanie młodości to coś, z czym spotkałem się już w książkach, filmach czy komiksach (ostatnio na przykład w przeczytanej w zeszłym roku Odległej dzielnicy), ale nawet mimo tej świadomości Robinsonowi udaje się mnie usatysfakcjonować i rozegrać całą opowieść w interesujący sposób. Z początku Andy jest przerażony, później zaczyna trochę szaleć, zaprasza na imprezę dziewczynę, która zawsze mu się podobała i jest szczęśliwy ("Zaprosiłem Marie! Zajęło mi to dwadzieścia pięć lat, ale w końcu to zrobiłem!"), jednak ostatecznie dochodzi do wniosku, że przecież jest czterdziestoparoletnim gościem z żoną i dziećmi, nie może robić takich rzeczy. Zaczyna się zastanawiać, dlaczego wrócił do liceum.
Być może tak właśnie działa hipnoza i musi zrobić coś, co sprawi, że w dorosłym życiu nie będzie już palił, a może wszystko poszło nie tak i będzie musiał przeżywać swoje dzieciństwo jeszcze raz? A może tak naprawdę jest licealistą, który ma problemy z psychiką i cała ta historia o żonie i dzieciach istnieje tylko w jego głowie?
A jeszcze później Andy przypomina sobie o pewnej bardzo ważnej, dotychczas ignorowanej przez jego świadomość rzeczy...
"Boże, co za potworna ironia życia, że najgłębszych prawd nie da się wyrazić, nie popadając w banał", stwierdza jeden z ważniejszych bohaterów komiksu. Zbyt cool, by dało się zapomnieć nie jest może opowieścią wybitną i uświadamiającą czytelnikowi najgłębsze prawdy w jakiś niezwykły sposób, a nagłe zakończenie może trochę rozczarować, jednak autorowi na pewno udaje się uniknąć banału. Poza tym jego scenariusz ma szansę naprawdę wzruszyć niektórych czytelników. I tak jak ilustracje w Wykiwanych były dobre, by w paru miejscach zaskoczyć czymś rewelacyjnym, tak tutaj mamy równy poziom oraz kilka świetnych rzeczy, które zrobiły na mnie dużo większe wrażenie, jak choćby cała strona 106.
Zbyt cool, by dało się zapomnieć oraz Wykiwani to dwa różne komiksy, a jednocześnie dwa bardzo dobre komiksy. Ze wskazaniem na ten drugi, ale nie wypada mi nie polecić także opowieści o rzucającym palenie Andym i jego powrocie do liceum.
#149 - Kazet wydanie specjalne
W sieci pojawiło się wydanie specjalne magazynu Kazet. Tym razem tematem przewodnim jest ikona świata Marvela - gromowładny Thor. Wśród artykułów znajdziecie przekrojowe teksty o nordyckim bogu, w kontekście mitologicznym i komiksowym, a także omówienia najważniejszych historii z jego udziałem. Dodatkowo w numerze przygotowaliśmy recenzję filmu Thor w reżyserii Kennetha Branagha, który niedawno wszedł na ekrany polskich kin. Zapraszamy serdecznie do lektury!
http://kzet.pl/
sobota, 30 kwietnia 2011
#148 - Pluto 001 [Osamu Tezuka & Naoki Urasawa]
Do tej pory nie recenzowałem tu żadnej mangi, co nie znaczy, że w ogóle nie czytam od prawej do lewej. Zdarza się. Jeśli zaś chodzi o serię Pluto, pewnie będzie zdarzać mi się regularnie, bo to bardzo dobry komiks jest i już czekam na kolejną część.
Seria opowiada o świecie, w którym roboty są elementem codzienności, zadając między innymi pytanie, czy maszyny mogą być na tyle zaawansowane, by odczuwać emocje tak samo jak człowiek. I choć nie to jest najważniejszą kwestią Pluto, z jakiegoś powodu kiedyś uważałem ten temat za bardzo interesujący, a teraz przekonałem się, że nadal tak uważam. W komiksie można znaleźć sporo pozornie niepasujących do siebie elementów, od akcji po spokojniejsze, nastrojowe fragmenty, więc łatwo byłoby zrobić z tego niestrawną mieszankę. Na szczęście niezależnie od atmosfery panującej na stronach opowieści czyta się to lekko, łatwo, przyjemnie i z podziwem dla twórców. Niby nic niezwykłego, prosta historia science fiction, ale wszystko zostało świetnie wyważone i sprawia, że po skończeniu pierwszego tomu od razu ma się ochotę na więcej. Ilustracje również nie powinny nikogo rozczarować, swoim poziomem dorównują scenariuszowi, tu i tam ciesząc oko dbałością o szczegóły albo ciekawym pomysłem na przedstawienie danej sytuacji.
Głównym bohaterem Pluto jest Gesicht, pracownik Europolu (Specjalne Kryminalne Biuro Śledcze). Kiedy go poznajemy, zajmuje się sprawą napędzającą całą akcję komiksu: ktoś zabija najbardziej znane roboty, ale nie tylko. Giną także ludzie związani z maszynami, tacy jak na przykład lider ruchu na rzecz praw robotów. To komplikuje wszystko, ponieważ roboty nie mogą zabijać ludzi (poza jednym, odosobnionym przypadkiem, kiedy coś zawiodło), zaś żaden człowiek nie byłby w stanie pokonać tak silnych robotów jak te, które ginęły z ręki tajemniczego mordercy. Nie bez znaczenia jest fakt, że sam Gesicht należy do maszyn i nie potrafi przejść obojętnie obok tego, że ktoś zabija posługujących się sztuczną inteligencją członków społeczeństwa.
Nie napiszę, że Pluto jest arcydziełem. Kto wie, może nazwę tak serię po kilku przeczytanych tomach, ale na razie to po prostu bardzo dobry komiks, tak jak wspomniałem w pierwszym akapicie. I to wystarczy, a jeśli w przyszłości Osamu Tezuka i Naoki Urasawa pokażą mi coś jeszcze lepszego, na pewno nie będę miał im tego za złe.
niedziela, 24 kwietnia 2011
#147 - Kraken [Antonio Segura & Jordi Bernet]
Krakena kupiłem w nietypowy dla siebie sposób - niedługo po premierze komiks wylądował w moim internetowym koszyku na stronie sklepu Gildii, bez czytania, co to w ogóle jest i o czym to w ogóle jest. Ktoś wspominał, że dobre, więc wziąłem. Dopiero gdy po kilku dniach dostałem historię Segury i Berneta, zobaczyłem, że mam do czynienia z opowieścią science fiction o podziemnej policji Metropol City, zajmującej się ściganiem przestępców, którzy próbują znaleźć schronienie w kanałach pod miastem, choć głównym zadaniem oddziału jest likwidacja mieszkającego tam, tytułowego Krakena. Przeczytałem kilka pierwszych stron. Scenariusz taki sobie, rysunki też. Ogólnie nic specjalnego. Dokończę jutro, na razie nie mam ochoty na więcej. Myślałem, że to lepszy komiks.
Dzień później zabrałem się za Krakena z niechęcią. Cała historia podzielona jest na osiemnaście krótkich rozdziałów, przedtem skończyłem na części Operacja: mrożona przynęta, trochę znudzony i zawiedziony. Na szczęście od następnego epizodu (Dziewczęce igraszki) coś uległo zmianie i już do samego końca czytałem komiks mając na twarzy szeroki uśmiech. W Dziewczęcych igraszkach podziemna policja zajmuje się sprawą aborcji, próbując odnaleźć człowieka, który usuwa ciąże nieletnich prostytutek, a następnie wyrzuca płody do kanałów. Od tego momentu autorzy pokazują, na co ich stać: reszta Krakena to mocna, dobrze narysowana historia pełna świetnych pomysłów i zaskakujących rozwiązań.
O ile kilka pierwszych rozdziałów mnie znudziło, później nie mogłem się oderwać od kolejnych stron.
Sam Kraken wcale nie pojawia się w każdym odcinku i nie jest jedynym pomysłem, wokół którego kręci się fabuła. Do pewnego momentu nawet nie wiadomo, czy naprawdę istnieje. Porucznik Dante, jeden z głównych bohaterów, ma na głowie mnóstwo innych kłopotów, dużo częściej związanych z ludźmi, czasem o wiele okrutniejszymi od zamieszkującego kanały potwora. Inna sprawa, że to, co z początku wyglądało na prosty komiks akcji oparty wyłącznie na próbach ubicia Krakena i strzelaninach z udziałem policjantów oraz przestępców, okazuje się być czymś więcej. Miło popatrzyć, jak Dante podejmuje trudne decyzje i ma wątpliwości, czy postąpił słusznie. Kilka podobnych zagrań ze strony scenarzysty to spora zaleta tego albumu, który jednocześnie pozbawiony jest moralizowania. To wciąż komiks akcji, trzymający w napięciu i wypełniony efektownymi scenami przemocy, ale można znaleźć w nim coś jeszcze. I potrafi wciągnąć jak wir w kanałach Metropol City.
poniedziałek, 18 kwietnia 2011
#146 - Fotorelacje [Czas na komiks, Kto zabił polski komiks?]
W Internecie pojawiły się dwie fotorelacje z imprez(?), na jakich miałem przyjemność być w zeszłym tygodniu - z wystawy Czas na komiks i ze spotkania Kto zabił polski komiks?, obu bardzo udanych. Zwłaszcza, że nigdy wcześniej nie pokazałem swojej mordy na niczym podobnym, o jakichś komiksowych festiwalach nie wspominając, więc nawet nie mam z czym tego porównać. Dla mnie spotkanie w Rondzie Sztuki, na które wpadło jakieś piętnaście osób, to i tak rewelacja. Wystawa też.
Zdjęcia z BWA na blogu Ziniola, zdjęcia z Ronda Sztuki na blogu Komiksy i nie tylko. Poniżej plakat reklamujący Czas na komiks (plakat informujący o spotkaniu z Maciejem Pałką chyba nie powstał):
niedziela, 10 kwietnia 2011
#145 - W cztery oczy [Sascha Hommer]
Po autorze Insekta oczekiwałem dobrego komiksu i nawet nie zastanawiałem się, czy kupić jego autobiograficzną opowieść W cztery oczy. Po prostu ją kupiłem, choć opis nie brzmiał zbyt zachęcająco: Sascha jest w klasie maturalnej i wierzy, że Julia to miłość jego życia. Ojej. Mimo to lubię autobiograficzne rzeczy i twórców, którzy potrafią ukazać w interesujący sposób nawet najbardziej przyziemne sprawy. W Insekcie, dość prostej przecież historii, Hommer pokazał, że umie zrobić tę drugą rzecz, natomiast jego kolejne dzieło to coś leżącego na zupełnie innej półce. Szkoda, że dużo niższej.
Młody Sascha ćpa. Ćpa dużo, często i co jakiś czas próbuje nowych rzeczy. W czasie ćpania poznaje dziewczyny. Potencjalnie da się zrobić dobry komiks nawet o czymś tak oklepanym i opisywanym już dziesiątki tysięcy razy, ale Hommerowi nie wyszło. Po prostu pokazuje swoje przygody z narkotykami bez włożenia w to czegokolwiek, co mogłoby mnie zainteresować, bez dobrych opisów czy dialogów. Zamiast o paleniu skrętów i nieudanych związkach równie dobrze mógłby opowiadać o tym, jak wyszedł do sklepu po ziemniaki, przypuszczam, że osiągnąłby podobny efekt. Nie ma tu ikry, ciekawych postaci, nie mam pojęcia, dlaczego autor zechciał opowiedzieć nam tę historię. Ze sposobu przedstawiania kolejnych wydarzeń wynika, że sam uważa ją za nudną.
Czasami proste rysunki działają na korzyść komiksu. Nie tym razem. Do Insekta pasowały idealnie, tutaj są jedynie następnym nieciekawym elementem całości. Kreska Hommera nie ma tu w sobie nic, co przykułoby moją uwagę, zupełnie jak scenariusz. Ilustracje są zachowawcze, jakby autor bał się wprowadzić w życie cokolwiek poza oczywistymi rozwiązaniami. Owszem, pasują do atmosfery opowieści, ale że nie potrafię napisać o niej niczego dobrego, trudno mi pochwalić warstwę graficzną W cztery oczy.
Jest jeszcze pies głównego bohatera. Pies, któremu Sascha opowiada swoje przygody, a który jest jednocześnie ucieleśnieniem czegoś tam. To już kwestia interpretacji. Tyle, że nie za bardzo chce mi się nad tym zastanawiać. Gdyby Hommer dał radę mnie zainteresować, może bym to zrobił, ale biorąc pod uwagę to, co napisałem wyżej, nie mam ochoty. Jeśli rozmowy z czworonogiem miały być głównym atutem tej opowieści, czymś, co rzuca na nią zupełnie inne światło, do mnie to nie przemawia. Może przemówi do kogoś innego, w każdym razie ja nie polecam.
piątek, 1 kwietnia 2011
#144 - Już od dziewięćdziesiątego dziewiątego recenzuję
W kwietniu 1999 roku, jakoś miesiąc po moich trzynastych urodzinach (końcówka szóstej klasy podstawówki), razem z kumplem zrobiliśmy pierwszy (i, jak się okazało, jednocześnie ostatni) numer naszego magazynu komiksowego. Mieścił się na dyskietce i zawierał dwa foldery: OD REDAKCJI oraz RECENZJE. Z kolei w RECENZJACH były dwa inne, STAROCIE i NOWOŚCI. Pewnie wiecie już, do czego zmierza ten tekst?
Primaaprilisowego żartu nie będzie, ale skoro autorzy komiksów mogą pokazywać dystans do siebie i wrzucać na blogi swoje stare prace (świetny przykład choćby tutaj), czemu nie miałbym pokazać kilku recenzji, które napisałem prawie pół życia temu?
Wbrew pozorom wybrałem te mniej żenujące teksty (i te, które nie nawiązują do naszych ówczesnych nauczycieli albo kolegów z klasy, bo i takich fragmentów było sporo, ale kto by to zrozumiał?). Nie zmieniałem pisowni, radujcie się więc szczeniackim słowotwórstwem, nadmiarem wykrzykników i specyficznym podejściem do kwestii takich jak ortografia czy interpunkcja. Dwa pierwsze teksty napisałem sam, trzeci razem z kumplem. Mam tego trochę więcej, ale reszta jest jeszcze gorsza i lepiej niech zostanie na wspomnianej wcześniej dyskietce. Mam nadzieję, że przeczytanie poniższego ścierwa wywoła choć lekki uśmiech na twarzach niektórych z Was.
GHOST RIDER 2099 - MEGA MARVEL 4/1996.
Jeżeli lubisz dobre komiksy pełne akcji, flaków, przemocy i co najważniejsze dobrego scenariusza i wspaniałych rysunków, to na pewno posiadasz w swojej kolekcji komiks MEGA MARVEL z pazdziernika 1996 z występem GHOST RIDERA 2099 i czadowymi, oryginalnymi rycinami Chrisa Bachalo. Jeżeli jednak jesteś człowiekiem o słabych nerwach, który na widok KACZORA DONALDA sra w gacie i nie może zasnąć ze strachu, ten komiks nie jest dla Ciebie!!!
No dobra, może to wyglądało jak reklama Świętej Pamięci komiksu THE PUNISHER, ale mi się nawet podoba. Pozatym nie chciało mi się wymyślać niczego innego.
Zacznijmy od opisu głównego bohatera. GHOST RIDERA zna pewnie każdy z was, choćby z gościnnych występów w THE AMAZING SPIDER - MANIE lub THE PUNISHERZE. Duch Zemsty z roku 2099 nie jest może postacią bardziej od swego poprzednika oryginalną, ale na pewno duuużo ciekawszą. Dlatego właśnie komiks czyta się świetnie ( brak dobrych głównych bohaterów niczym ze Świętej Pamięci SUPERMANA jest jednym
z najczęstszych powodów używania komiksów na podpałkę lub jako papier toaletowy - swoją drogą jestem ciekaw jak ocenimy SUPERMAN versus ALIENS
z czerwcowego TOP KOMIKSU - bohater do dupy plus Obcy - hmm... ). Tak więc już za samą postać bohatera należy się komiksowi ocena 8/10, ale poczekajmy na resztę opisu.
Teraz nadeszła kolej na rysunki. Chris Bachalo nie jest może artystą superrealistycznym ani tym bardziej dbającym
o megaprawdziwopodobny wygląd anatomii, ale na pewno jest cholernie oryginalny, a to jest ważniejsze niż na przykład superdokładne narysowanie środkowego palca dwunastej nogi
u człowiekopodobnego ufoka z komiksu SUPERMAN. Tak więc Bachalo nie z byle powodu znajduje się w czołówce moich ulubionych rysowników!
Teraz scenariusz ( nie wiem czemu na początku opisałem rysunki, przecież scenariusz jest ważniejszy, albo conajmniej na równi ważny z rysunkami!!! ). Jest on po prostu zarombisty. Szczerze mówiąc nie chciałbym aby tak wyglądała przyszłość naszych na pewno z trudem zrobionych dzieci!!! Szczerze mówiąc to skakałbym z radości, gdybym dorzył w tym komiksowym mieście szóstego roku życia i nie musiał poruszać się na wózku inwalidzkim!!! Brrrr... Tak więc co do scenariusza nie mam żadnych zastrzeżeń - są nawet przekleństwa, jakich nie znajdziecie w żadnym innym ( polskim! ) komiksie ( "Ty sukin@$#%!!!" )!!!
Kolory też są całkiem niezłe - ale mogłyby być lepsze - zwłaszcza kolory tła...
Akcja... Hmm.... Jest jej wszędzie pełno - nawet więcej niż w innych "pełnych akcji" komiksach...
Teraz wypada mi trochę ponarzekać, że jak dotąd nikt w naszym cudownym kraju nie wydał serii GHOST RIDER, ani GHOST RIDER 2099 i... właściwie to można już przejść do oceniania...
SPAWN: QUESTIONS - SPAWN 1/1997.
Na tą serię komiksową wszyscy czekali od bardzo dawna. Jednym
z głównych, a właściwie głównym powodem tego czekania była zarówno postać twórcy, Todda McFarlane, jak i coś, co możnaby nazwać "wszystko bez ograniczeń". W końcu mieliśmy ( hociaż i tak już nie raz tak było, aczkolwiek nie AŻ tak jak w SPAWNIE - myślę tu o na przykład o serii THE PUNISHER ) bohatera, który nie zajmował się wsadzaniem do pudła co numer tego samego, wciąż uciekającego w jakiś "cudowny" i "wymyślny" sposób ( najczęściej zawsze ten sam )przestępcy, ale wymierzał sprawiedliwość ( ?!? ) brutalnie i krwawo, co na pewno daje twórcom pole do popisu w wymyślaniu nowych łotrów. Niby nic, a cieszy ( baaaardzo cieszy!!! ).
Na tą serię komiksową wszyscy czekali około dwa lata. Ale opłaciło się. Dlaczego? Noooo, chyba właśnie po to tu jestem, żeby o tym napisać ( wbrew pozorom nie po to, aby zanudzić Was na śmierć, cociaż może się tak wydawać - i na pewno się wydaje!!! ).
Chociaż było to już dosyć dawno, do dziś pamiętam moje uczucie gdy po raz pierwszy otworzyłem SPAWNA na stronie, gdzie Violator mówi: "Dobranoc, chłopcy." Rysunki były perfekcyjne, a w dodatku w żadnym komiksie w Polsce nie widziałem takiego papieru ( BATMAN/JUDGE DREED: JUDGEMENT ON
A GOTHAM i LOBO: THE LAST CZARNIAN to wyjątki potwierdzające regułę )!!! I chociaż od numeru 1/1998 papier był sto razy lepszy, a ten z numeru pierwszego był grubszą wersją srajtaśmy, którą tak tępimy, to, słowo daję, było na co popatrzeć ( tak naprawdę to rysunki były superhiperextra także dzięki temu papierowi )!!!
Scenariusz... No, na pewno zaskakiwał fruwającymi flakami i takimi tam ( w 1997 był to jeden z pierwszych - znów kłania się nam THE LAST CZARNIAN - w Polsce TAAAKICH komiksów!!! ) niby ( niby???? ) bezsensownymi aktami przemocy ( mam tu na myśli Violatora )!!! Ponadto historia "QUESTIONS" była tak dobrze wymyślona, napisana, jak i zrealizowana - no co tu pisać, palce ( strony?!? ) lizać!!!
Dodatkowo dochodzą jeszcze zabójcze kolory ( tylko zazdrościć koloryście talentu i umiejętności ). Eeeech... to były czasy...!!!
THE AMAZING
SPIDER - MAN: SUB CITY - THE AMAZING
SPIDER - MAN 9/1995.
Oto przed wami zabytkowy komiks z 1995 roku, co widzicie
w tytule. Szczerze pisząc, jesteśmy zmęczeni i chce nam się spać po lekcji matematyki, więc opis będzie krótki i treściwy. Jak wiecie, historię tę stworzył człowiek o znanym wam nazwisku Todd Dean Mark McFarlane. Rysunki, mimo, że stare, są zarombiste. Papier jest toaletowy, ale w tamtych czasach nikogo to nie dziwiło. Kolory są super i scenariusz też!!! Za mało flaków, ale nawet Toddowi może się zdarzyć. Historia jest fajna, a na pewno fajniejsza niż historia u nas w szkole. W sumie wszystko jest świetne. Więcej takich komiksów!!!
