wtorek, 25 listopada 2008
#14 - KZ numer 53
Krótko o nowym numerze KZ. Krótko, bo to nie żadna recenzja (tak przy okazji: teksty zamieszczane na tym blogu koło recenzji nawet nie leżały, to po prostu opinie), tylko informacja, że się ukazało i że można przeczytać (nawet jeśli każdy zainteresowany tematem i tak już wie). Ostatnio cieszyłem się, że trafiło na Briana K. Vaughana, a teraz trafiło na Gwiezdne Wojny i cieszę się mniej, a właściwie wcale, bo to zupełnie nie mój temat. Mimo to KZ jak zwykle prezentuje masę innych, ciekawych tekstów, w tym interesujący mnie najbardziej, dotyczący aktualnej kondycji Vertigo.
poniedziałek, 24 listopada 2008
#13 - Ziniol
Chciałem napisać coś na temat świeżo przeczytanej polskiej wersji "From Hell", ale doszedłem do wniosku, że to nie dla przeciętnych śmiertelników takich jak ja. Muszę się zebrać w sobie, ale i tak wątpię, czy uda mi się wnieść cokolwiek do tematu - mogę zachwycać się genialną fabułą, opowiadać o wrażeniach wyniesionych z lektury, ale i tak będzie to coś w stylu "tańca łowców mew". Zamiast tego napiszę o innym przedsięwzięciu Timofa, może nie tak doniosłym, ale wciąż bardzo ważnym.
"Ziniol", bo o nim mowa, to magazyn komiksowy ukazujący się na naszym rynku od czerwca tego roku. I bardzo dobrze, bo sytuacja, w której w Polsce nie było tego typu wydawnictwa nie podobała się chyba nikomu. Choćby przez to należy wspierać "Ziniola", ale to nie jedyny i nie najważniejszy powód. Najważniejszy powód jest taki, że "Ziniol" jest po prostu dobry i rozwija się z numeru na numer. Drugi zniszczył pierwszy, a jak widziałem zapowiedzi trzeciego, to aż boję się, co (i kto) będzie w czwartym. I nie mów, że nie jarasz się, że okładkę narysował Norm Breyfogle. Pomijam fakt, że geniusz z niego żaden, ale chyba niewielu jest takich, którzy nie czują sentymentu do tych starych, śmierdzących Batmanów z TM-Semic, na tragicznym papierze i z przeciętnymi rysunkami Norma. To były komiksy!
Pewnie, są liczne wady (zwłaszcza długie, analityczne teskty), ale jeśli będą systematycznie eliminowane, to nie widzę problemu. Jeszcze nigdy nie dostrzegałem aż tak szybkich postępów jak te "Ziniola", także trzymam kciuki i głosuję portfelem. Smutne jest tylko to, że w numerze #2 nakład zmniejszył się z 1000 do 500, a cena wzrosła z 20 do 25 złotych. Mam nadzieję, że przy trójce nie będzie podobnych jaj. Nie chcę, żeby jedyny polski magazyn komiksowy (mówię oczywiście o tych "ukazujących się na papierze) zdechł z braku poparcia. Zwłaszcza, że ma potencjał.
niedziela, 23 listopada 2008
#12 - New Watchmen Trailer
Sam nie wiem... o poprzednim trailerze pisałem, że wygląda bardzo dobrze, ale ten jakoś mnie nie urzekł. Może to kwestia tego, że nie spodobały mi się dobrane fragmenty, może muzyka... a może to kwestia newsa, z którego dowiedziałem się, że film będzie posiadał inne zakończenie niż komiks. Nie muszę chyba wyjaśniać, dlaczego mi się to nie podoba (stwierdzenie, że "Watchmen" to genialna, dopracowana w każdym szczególe historia, której nie powinno się ruszać i zmieniać, jest truzimem). Znowu podchodzę do tego bardzo sceptycznie, a naprawdę zależy mi na tym, żeby film był świetny. Obawiam się jednak, że nie będzie. Czytałem także o grze "Watchmen: The End is Nigh", która ma być... chodzoną bijatyką. Świat oszalał.
niedziela, 26 października 2008
#11 - The Walking Dead [Robert Kirkman & Charlie Adlard]
Z początku były świetne rysunki, ale wtórny scenariusz nie pozwalał odebrać tego komiksu z entuzjazmen. Ot, świat opanowany przez Zombie, kilka osób przeżyło i próbuje utrzymać ten stan. Nie wiem jak Tobie, ale mi się to z czymś kojarzy. Poza bardzo dobrym i poruszającym zakończeniem, pierwszy Trade serii "The Walking Dead" nie zapowiadał tego, co miało nastąpić później. Obecnie "Żywe trupy" (pod tą nazwą odnajdziesz komiks w polskich księgarniach, a uwierz, że warto go pouszkać) liczą sobie 53 zeszyty, opowieść ciągle się toczy, a ja już chcę wiedzieć, co nastąpi dalej. Seria trzyma w napięciu i nie pozwala oderwać oczu od wydarzeń rozgrywających sie na mrocznych, czarno-białych rysunkach Charliego Adlarda, który po pierwszym TPB zastąpił Tony'ego Moore'a. Zdaniem niektórych zmiana ta nie wyszła "Żywym trupom" na dobre, ale nawet oni muszą przyznać, że Adlard się wyrobił i jego kreska świetnie pasuje do klimatu komiksu. Przy okazji, mała ciekawostka: polskiemu czytelnikowi rysownik znany jest z wydawanego przez TM-Semic "Z Archiwum X", chociaż gdybym o tym nie przecztał, nigdy w życiu bym się nie domyślił.
"The Walking Dead" to historia typu "kto przeżyje, kto zginie", a Kirkman potrafi sprawić, że śmierć i cierpienia bohaterów (nawet tych negatywnych, na przykład w jednej z mocniejszych scen z łyżką) nie są dla nas obojętne. Widzimy, do czego zdolni są ludzie w obliczu śmiertelnego niebezpieczeństwa, obserwujemy ich interakcje oraz to, jak sobie radzą (bądź dużo częśćiej: jak sobie nie radzą) z otaczającym ich szaleństwem. To robi wrażenie. Całość trawi się strasznie szybko, długie dialogi oraz sceny akcji, gdzie praktycznie nie ma nic do czytania, są świetnie wyważone. Wtórność z pierwszego TPB została zastąpiona świetnymi pomysłami oraz dobrze skonstruowanymi i wiarygodnymi postaciami. Nikt nie jest bezpieczny, a czytelnik jest wielokrotnie zaskakiwany, na przykład kiedy krzywda zostaje wyrządzona osobom teoretycznie nietykalnym. Robert Kirkman zgotował swoim bohaterom prawdziwe piekło i potrafi dręczyć ich bez żadnych skrupułów. A ja muszę przyznać, że patrzę na to wszystko z fascynacją i już nie mogę doczekać się reszty. Chcę zobaczyć kolejne przeszkody i to, jak wykreowani przez scenarzystę ludzie z krwi i kości (bo właśnie takie sprawiają wrażenie) poradzą sobie z tym, co ich spotka... lub nie poradzą. Wszystko jest możliwe.
piątek, 10 października 2008
#10 - Pride of Baghdad [Brian K. Vaughan & Niko Henrichon]
Scenariusz do komiksu "Pride of Baghdad" (wydanego w Polsce przez Mucha Comics jako "Lwy z Bagdadu") napisał Brian K. Vaughan, autor omawianej przeze mnie wcześniej serii "Y : The Las Man". Serii, która jest naprawdę świetna i która zdecydowanie zachęca do sięgnięcia po pozostałe prace tego pana. No więc sięgnąłem, ale - niestety - "Pride of Baghdad" rozczarowuje. I to mimo scenariusza Vaughana oraz napisu "Vertigo" na okładce. Inwestycja w serię opowiadającą o zagładzie mężczyzn jest sto razy bardziej opłacalna.
Przy okazji pisania o "The Eaters" narzekałem na prostą fabułę. Tutaj jest jeszcze prostsza - lwy uciekają z zoo w Bagdadzie, rozmawiają, walczą, idą dalej i giną z rąk amerykańskich żołnierzy. Koniec. Może opisałem to w nazbyt złośliwy sposób. Może jestem ignorantem, ale wydaje mi się, że cała ta otoczka (to znaczy naloty na wyżej wymienione miasto, wojna, walka o wolność) to tylko przykrywka, mająca ukryć fakt, że tak naprawdę mamy do czynienia z niezbyt skomplikowaną i niezbyt ambitną historyjką. Gdyby nie dodająca powagi, oparta na prawdziwych zdarzeniach rama opowieśći (a tak przy okazji: sama uciekczka lwów oraz ich śmierć też jest oparta na faktach), pewnie niemal każdy czytelnik krzyknąłby "What the fuck?!". A tak mamy komiks poruszający niezwykle istotne tematy i nagrodę IGN za najlepszą powieść graficzną 2006 roku.
"Pride of Baghdad" należy do kategorii "przeczytać i zapomnieć". Niby nie ma się do czego przyczepić, bardzo dobre rysunki oraz kolorystyka, historia się klei, jak to u Vaughana mamy ciekawe postacie i dialogi, a mimo to... nie ma się czym zachwycać. Może gdyby był to pierwszy komiks tego autora, jaki miałem w rękach, napisałbym, że jest nieźle. Ale w porównaniu do przygód Yoricka Browna jest po prostu zbyt przeciętnie. Chwila lektury, po której opowieść o lwach odchodzi w niepamięć i właściwie nie ma czego wspominać ani o czym pisać.
poniedziałek, 6 października 2008
#9 - Mroczny Rycerz
Krótko o filmie "Mroczny Rycerz". Już kiedyś, gdzieś o tym pisałem, ale nie zaszkodzi wrzucić mojej opinii i tu. Na samym dole mały spoiler, czyli najlepsza scena w filmie - nie widziałeś, nie odpalaj.
Jakiś czas temu wybraliśmy się do kina na najnowszy film o Batmanie i mogę powiedzieć tylko jedno - polecam. Mój entuzjazm może wynikać z tego, że uwielbiam postać Nietoperza, ale nawet mimo to "Początek" nie przypadł mi do gustu (filmów Schumachera nie chce mi się komentować) tak bardzo jak "Mroczny Rycerz". Może przesadzam, ale póki co myślę, że obok "Sin City" jest to najlepsza ekranizacja komiksu, jaką widziałem (chociaż nie widziałem zbyt wielu, przyznaję), z tym że "Miasto Grzechu" to całkiem inna bajka - to było przeniesienie komiksu na ekran dosłownie obrazek po obrazku, a w przypadku Batmana mamy całkiem nową historię.
Film trwa 152 minuty, podczas których ani razu nie sprawdzałem, która jest godzina - to naprawdę niespotykane. Poza tym nie lubię ekranizacji komiksów, bo zwykle wydają mi się śmieszne - o ile postacie takie jak Batman wyglądają normalnie na ilustracjach, to kiedy patrzę na nich w ruchu, na tych pajaców w śmiesznych kostiumach i pelerynach, to wygląda to jakoś tak karykaturalnie... a oglądając ten film w ogóle tak nie myślałem, co też o czymś świadczy.
Oczywiście nie nastawiaj się na żaden poważny film, film z głębokim przesłaniem, film dydaktyczny itd. To czysta rozrywka, tak miało być od początku i efekt został osiągnięty. A sztuczka z ołówkiem jest sama w sobie warta ceny biletu. Idź do kina i przekonaj się sam.
niedziela, 5 października 2008
#8 - The Authority: Statki Albionu [Warren Ellis & Bryan Hitch]
Kolejna archiwalna recenzja napisana pod koniec zeszłego roku:
"Statki Albionu" podobały mi się bardziej niż "Krąg", ale wciąż mam mieszane uczucia. Przedstawiona tu historia (czyli atak alternatywnej wersji Wielkiej Brytanii na nasz świat) opiera się na ciekawym pomyśle i jest dobrze zrealizowana, niemniej oparta na tym samym schemacie, co część pierwsza. W skrócie: zmasowany atak (baaardzo podobny do tego z "Kręgu"), jakaś potyczka The Authority z wrogiem, rozpoznanie przeciwnika, a potem zebranie sił i pozbycie się go (bardzo szybko i z niewielkimi problemami). I koniec. Tak naprawdę nie czuje się zagrożenia, Jack Hawksmoor zabija głównego przeciwnika w momencie, a Doctor potrafi zatopić zamieszkiwany przez wrogów kontynent w ciągu jednej małej chwili. Apollo niby prawie umiera, ale za chwilę regeneruje siły i niszczy całą eskadrę alternatywnej Wielkiej Brytanii. Czekam na historię, w której grupa będzie miała prawdziwe kłopoty.
Czekam też na poświęcenie większej uwagi wzajemnym relacjom członków The Authority, bo właśnie to powinno być siłą tego komiksu - nie latanie, strzelanie i niszczenie. W "Statkach Albionu" nie położono zbyt wielkiego nacisku na ten aspekt, jedynie zaakcentowano kilka spraw. Mam nadzieję, że to się zmieni, bo - powtórzę to, co pisałem przy poprzedniej części - mimo moich narzekań, historia jest naprawdę dobra, tyle, że autor skupia się na tym, czego po "The Authority" nie oczekuję. To po prostu czysta rozrywka, a ja czekam na opisy mrocznych stron bycia superbohaterem, czekam na kłótnie między bohaterami. Chcę zobaczyć, jak wynikająca z ich mocy władza uderza im do głów. Czekam na ich wątpiwości. To nie miał być "Superman", a wyjątkowy komiks zmieniający spojrzenie na ludzi w pelerynach i śmiesznych kostiumach.
Rysunki wciąż są świetne i wreszcie nie mam tego wrażenia, że wszystko jest "za kolorowe". Może ilustracje są bardziej mroczne, a może po prostu moje wrażenie było błędne? Sceny zmasowanych ataków nadal niszczą.
I jeszcze jedna denerwująca rzecz, a mianowicie cenzura. Po co wykropkowywać przekleństwa? Chyba lepszym pomysłem byłby napis "Tylko dla dorosłych" na okładce. Cenzura nie jest potrzebna, zwłaszcza, że wulgaryzmów nie ma tu wiele (aż dwa), a poza tym "Krąg" jakoś radził sobie bez niej, więc po co to zmieniać?
sobota, 4 października 2008
#7 - The Authority: Krąg [Warren Ellis & Bryan Hitch]
Archiwalna recenzja, którą napisałem 27 października 2007. Moja obecna opinia byłaby pewnie nieco inna, ale...
W końcu przeczytałem pierwszy tom "The Authority". Zachęciło mnie do tego wiele pozytywnych recenzji, opinie, że to nowe spojrzenie na superbohaterów itd. Po lekturze mogę powiedzieć, że historia ma wielki potencjał, który moim zdaniem nie został do końca wykorzystany. Przedstawienie posiadających niebezpieczne moce herosów jako zwykłych, pełnych wad ludzi z codziennymi problemami to świetny pomysł, ale chciałoby się czegoś więcej, bo z recenzji można wywnioskować, że komiks jest dużo bardziej nowatorski. Owszem, miło w końcu popatrzeć, jak bohaterowie zamiast zamykać przeciwników w więzieniu (tylko po to, żeby walczyć z nimi ponownie za kilka odcinków) po prostu ich zabijają, bo w innych tego typu komiksach brakuje zdrowego rozsądku. Ale to też nie jest odkrycie Ameryki, z wrogami tak samo postępuje wiele innych komiksowych postaci.
Tak czy inaczej, to dopiero początek, i to dużo lepszy, niż wynika z poprzedniego akapitu. Dobre dialogi, dobre rysunki (chociaż kolory jakoś nie przypadły mi do gustu, wszystko jest za... kolorowe. Wiem, głupio to brzmi, ale może niektórzy zrozumieją, co mam na myśli i podzielą moje zdanie, kiedy je zobaczą), świetne wydanie i przede wszystkim potencjał, który, jeśli zostanie wykorzystany w dalszych częściach (a ponoć zostanie), to ja z kolei zostanę fanem. Podobno ma być konktrowersyjnie, chociaż nie wiem, czy po "Kaznodziei" coś będzie w stanie mnie zaskoczyć. To, co ma zajśc w kolejnych odcinkach między dwoma bohaterami płci męskiej (that's gay), było już na przykład w "Nowojorskich gliniarzach", ale czego niby w "Kaznodziei" nie było?
Tak więc muszę dorwać kolejną część, "Statki Albionu", i wtedy zobaczę, czy warto kontynuować swoją przygodę z "The Authority".
#6 - Y: The Last Man
Obiecałem podsumowanie i słowa dotrzymam, chociaż właściwie nie ma o czym pisać. Po przeczytaniu wszystkich 60 zeszytów stwierdzam, że ostatnim razem nie wyraziłem swojej opinii za wcześnie - "Y: The Last Man" jest naprawdę świetnym i dopracowanym komiksem, a zakończenie udowodniło, że również przemyślanym i zaplanowanym od początku do końca. Finał jest smutny, bo nie lubię rozstawać się z bohaterami, do których się przywiązałem. Pozostało mi sprawdzić kolejne komiksy Briana K. Vaughana (ostatnio przeczytałem "Pride of Baghdad", o czym wkrótce napiszę) i cieszyć się, że miałem okazję zapoznać się z przygodami Yoricka Browna. Ponownie zachęcam, żebyś sięgnął po ten komiks - akurat takich zachęt nigdy za wiele.
poniedziałek, 29 września 2008
#5 - The Eaters [Peter Milligan & Dean Ormston]
Uwielbiam komiksy Petera Milligana. Kiedy byłem jeszcze w podstawówce, jego historie o Batmanie (takie jak "Idiota", "Mroczny rycerz mrocznego miasta", "Biblioteka dusz" i jeszcze kilka innych, których tytuły wyleciały mi z pamięci) powodowały, że naprawdę się bałem. Potem (wiele lat później) nadszedł czas świetnego "Shade'a", niesamowitej "Enigmy" oraz równie dobrej miniserii "The Extremist". Moje uwielbienie wzrastało z każdym kolejnym zeszytem wyżej wymienionych pozycji. W kolejce czekają jeszcze takie komiksy Milligana jak "Face", "Human Target", "Skin", "The Programme", "X-Statix" oraz "Tank Girl: The Odyssey". W międzyczasie przeczytałem one-shot zatytułowany "The Eaters".
Tag along with the Quills, an average middle-class suburban family who just happen to consume human flesh, as they snack their way across America. A black comedy of disturbing appetites and terryfying consequences, THE EATERS is cooked up by Peter Milligan and Dean Ormston.
Komiks mnie nie zachwycił. Rozumiem, że w założeniu miała to być czarna komedia, ale w żaden sposób nie usprawiedliwia to głupich postaci. Może tak miało być, ale jakoś to do mnie nie przemawia. Młoda dziewczyna zakochująca się w chłopaku po kilku godzinach od poznania się (i co z tego, że dość, hmmm, namiętnych, to i tak tylko kilka godzin)? Zaręczyny po kilku dniach? Facet, który dowiaduje się, że kolacja, którą spożył będąc gościem u miłej rodziny Quillsów (tytułowi "The Eaters") to jego partner biznesowy, po czym chce zabić tych, którzy tak go nakarmili, a później... zjeść ich, jakby ludzkie mięso uzależniało bardziej od cracku? Nie wiem, jakoś nie rzuciło mnie to na kolana.
Nie zrozum mnie źle, komiks jest niezły. To nie historia, którą czyta się na kiblu, a potem spuszcza razem z resztą. Ale nie zmienia to faktu, że po Peterze Milliganie spodziewałem się czegoś ciekawszego i jestem trochę zawiedziony. Zapoznałem się z "The Eaters" i założę się, że za tydzień nie będę już o tym pamiętał.
Fabuła jest prosta jak konstrukcja cepa (uwaga, spoilery, a właściwie streszczenie całości). Otóż rodzina Quillsów bardzo lubi żywić się ludźmi. Przez ostatnie 18 lat w okolicy zaginęło ponad 2000 osób, ale kto by tam się tym przejmował, prawda? Nasi bohaterowie otrzymują nagrodę dla najlepszej amerykańskiej rodziny, zjadają jej dostawcę, karmią nim jego partnera biznesowego (który o fakcie dowiaduje się dopiero później i rozpoczyna pościg za wesołą rodzinką) i wyruszają na spotkanie ze znajomym, z którym lata temu rozpoczęli swoją kulinarną przygodę. Po drodze córka państwa Quill, Cassandra, poznaje niezbyt inteligentnego chłopaka, z którym po czasie się zaręcza i któremu zdradza rodzinny sekret, by mogli wspólnie rozkoszować się swoją specyficzną dietą. Narzeczony szybko godzi się z sytuacją, ale w końcu czego nie robi się z miłości? Wkurzony partner biznesowy dopada Quillsów, jednak kończy jako ich obiad. Niestety, cel podróży, znajomy rodziny, jest politykiem, który nie chce, aby jego zwyczaje wyszły na jaw. Nasyła na naszych kanibali (którzy nie lubią być nazywani kanibalami ani mordercami) zabójców. Giną wszyscy oprócz Cassandry, która ucieka i decyduje się zostać wegetarianką. Piękna historia.
Nie jest aż tak strasznie, jak to przedstawiłem, ale na pewno nie będę się modlił do tego komiksu. Mogę się modlić do "Enigmy", a o "The Eaters" wkrótce zapomnę. Nawet mimo niezłych rysunków, kojarzących mi się momentami (być może niesłusznie) z "Enigmą" właśnie. A także z historią "Aliens: Labirynt". Może i bredzę - jeśli tak, to proszę, nie bij.
Subskrybuj:
Posty (Atom)