sobota, 28 lutego 2009

#19 - Tytus, Romek i A'Tomek - Księga I


W czwartek miałem przyjemność kupić wznowienie pierwszej księgi przygód "Tytusa, Romka i A'Tomka". Zainteresowani tematem pewnie już wiedzą o co chodzi - rzucasz 3,99zł (nie pamiętam, kiedy ostatnio płaciłem tyle za nowy komiks, dobra robota) i możesz powrócić do dzieciństwa, oczywiście jeśli Tytus nie jest dla Ciebie jakąś nowością. Muszę przyznać, że inicjatywa jest bardzo fajna i bardzo słuszna - miło będzie mieć na półce polską klasykę w dobrym stanie (i całkiem nieźle wydaną), jak dotąd nie miałem kompletu, a stare wydania zdobywane od kumpli i kupowane na kiermaszach wyglądają naprawdę tragicznie. W ciągu najbliższych paru miesięcy będę regularnie odwiedzał salon prasowy. Aż przypominają się czasy kosztujących kilka złotych zeszytów z TM-Semic, chociaż to zupełnie inna bajka.

Pytanie tylko, czy wznowienia zdobędą sympatię młodszych czytelników, którzy o Tytusie, Romku i A'Tomku nie mają pojęcia. Wydaje mi się, że niestety nie. Przyznaję się bez bicia, że moim skromnym zdaniem w 2009 komiks ten nie jest już żadną rewelacją i będę go nabywał wyłącznie z sentymentu, bez którego przeszedłbym obok półki z pierwszą księgą obojętnie. Zobaczymy, co powiedzą dzieciaki.

starsza wersja pierwszej księgi

poniedziałek, 23 lutego 2009

#18 - Fables [Bill Willingham & Mark Buckingham]


Śnieżka, Wilk, Śpiąca Królewna, Sinobrody, Baba Yaga, Czerwony Kapturek, Mowgli, Shere-Khan, Królowa Śniegu, Gepetto i Pinokio... o czym mówię? Jeśli czytałeś "Fables" nie muszę wyjaśniać, jeśli nie znasz tego komiksu prawdopodobnie zastanawiasz się czy przypadkiem nie pomyliłeś blogów. Sam nie wiem jak podszedłbym do tematu, gdyby ktoś mi powiedział, że "Baśnie" opowiadają o losach wyżej wymienionych postaci (i wielu innych, równie ciekawych). Przypuszczam, że olałbym dzieło Billa Willinghama, co byłoby niewybaczalnym błędem. Na szczęście komiks ten dopadł mnie bez żadnych zapowiedzi, nie miałem też czasu na uprzedzenia - po prostu wziąłem #41 i #42 zeszyt z półki podczas wizyty w Stanach w 2006 roku. Może i straciłem przez to kilka niespodzianek (na przykład od samego początku wiedziałem kim jest Adwersarz), ale kiedy jakiś czas później zobaczyłem tę serię w Polsce, wiedziałem, że nie mogę odpuścić. Losy Baśniowców wciągają niemiłosiernie, więc nie poprzestałem na polskich trade'ach - nie dało się. Aktualnie czytam TPB "Sons of Empire" (spokojnie, nie będzie spoilerów) i już chcę kolejnych części.


O co chodzi? Mogę porównać "Fables" na przykład do "Ligi Niezwykłych Dżentelenów" Moore'a, lub do "Amerykańskich Bogów" Gaimana - tam też czytaliśmy o przygodach postaci, które nie zostały wykreowane przez autorów. Tyle że tutaj jest jeszcze dziwniej, bo jak traktować poważnie komiks (a przynajmniej jak nie traktować go jako czegoś, co nie może się udać), w którym występują takie postacie jak Muchołap, Trzy Świńki, Piękna i Bestia lub wspomniany wyżej Czerwony Kapturek? A jednak da się, mimo że mieszanka sprawia wrażenie niedorzecznej. Bohaterowie są ciekawi, nawiązania do ich ogólnie znanych losów (w końcu kto nie słyszał o Calineczce lub Śpiącej Królewnie?) potrafią zainteresować, a całość jest po prostu tak miodna (fabuła "płynie" i nie daje czytelnikowi odpocząć), że może stawać w szranki praktycznie z każdym komiksem typu ongoing ukazującym się na naszym rynku (przykro mi to mówić, ale "Żywe Trupy" się chowają, mimo że nadal uwielbiam przygody Ricka).


I jeszcze coś, co jest wielkim plusem - ciągłe zmiany. Nie ma tak, że przegapisz 30 zeszytów, wracasz po przerwie i wszyscy dalej robią to samo. Cechą "Fables" są ciągłe zmiany, przetasowania, a także zgony. Willingham co chwilę wprowadza nowych, interesujących bohaterów i właściwie nigdy nie ma pewności, czy przeżyją do końca epizodu. Postacie giną bardzo często i bardzo często pojawia się ktoś nowy. Są kłótnie, związki, ale w żadnym wypadku nie przypomina to telenoweli.

Zauważyłem, że niewiele piszę o rysunkach. Te w "Fables" są zwykle bardzo dobre, może nie rewelacyjne, ale z drugiej strony cała seria nie jest przecież żadnym arcydziełem. To rewelacyjny serial (tylko i aż), przy którym można się odprężyć, nic szczególnie ambitnego i ciężkiego w odbiorze lub skłaniającego do przemyśleń. I bardzo dobrze, bo chyba nikt nie czyta wyłącznie komiksów typu "Maus" lub "Prosto z Piekła". Potrzebna jest czysta rozrywka i na tym polu komiks Willinghama pewnie stoi na nogach.

środa, 14 stycznia 2009

#17 - KZ numer 54

Nowy numer KZ poświęcony został tematyce Indian w komiksie. Niby nic interesującego (piszę oczywiście o sobie), ale magazyn jak zwykle potrafi zaciekawić czymś pozornie nieciekawym. Poza tym dobre i fachowe teksty, więc naprawdę jest co czytać. KZ można chyba tylko polecać, więc... sam wiesz.

Z innej beczki: na blogu miał miejsce mały remont. Wyrzuciłem zapchajdziury, wpisy z samymi zdjęciami, pokasowałem niepotrzebne rzeczy. Obiecałem sobie, że zacznę pisać tu częściej (obecnie jest 21 lutego, edytuję starszy wpis) - zobaczymy, czy mi się uda. Oby, bo 1 lub 2 wpisy na miesiąc nie wyglądają zbyt imponująco, prawda?

niedziela, 7 grudnia 2008

#16 - The Exterminators: Bug Brothers [Simon Oliver & Tony Moore]


Whoa! Jeden z lepszych komiksów, jakie ostatnio czytałem, z miejsca zostaję fanem i zbieram pieniądze na kolejne Trade'y. Po zapoznaniu się z pierwszym tomem aż nie chce mi się wierzyć, że seria została anulowana z powodu niskiej sprzedaży zarówno zeszytów, jak i wydań zbiorczych. Planowano 50 numerów, ale ostatecznie komiks dokonał żywota na "The Exterminators" #30.

O czym jest ta historia? Ze wstępu Josha Olsona dowiadujemy się, że teoretycznie jest to typowy komiks opowiadający o drużynie posiadającej specjalne umiejętności, opisujący jej walkę ze złem oraz efekty tej walki. I zgadza się, tyle że tą drużyną są tępiciele pozbywający się z mieszkań niechcianych lokatorów takich jak karaluchy czy szczury. Seria jest pokręcona jak "Kaznodzieja" (chodzi mi o poziom pokręcenia, nie o jego typ - nie spodziewajcie się seksu z mięsem i odgryzania genitaliów), strasznie zabawna, a jednocześnie mroczna i tajemnicza - cały czas czujesz, że za chwilę stanie się coś strasznego. I dzieje się - mamy do czynienia z nowym rodzajem karaluchów, z dziwnym spiskiem, tajemniczym pudełkiem. Wszystko wygląda na drobiazgowo zaplanowane, odpowiedzi dostajemy bardzo powoli, a jednocześnie pojawiają się nowe zagadki. Przygody Henry'ego Jamesa, który świeżo po wyjściu z więzienia zatrudnia się w firmie ojczyma zajmującej się wyżej wymienionymi stworzeniami powinny zadowolić wielu fanów komiksu. Bardzo chciałbym zobaczyć je na polskich półkach.

Jeśli chodzi o ilustracje, też jest świetnie - ich autorem jest znany z pierwszego tomu "Żywych Trupów" Tony Moore. Tym razem mamy okazję zobaczyć jego prace w kolorze i nie ma się do czego pryzczepić (chociaż... na niektórych kadrach Henry bardzo przypomina Shane'a z "The Walking Dead", ale może to tylko moje subiektywne odczucie). Rysunki bardzo dobrze ukazują ten jednocześnie ohydny i zabawny świat pełen niebezpiecznych robaków.

Pozostaje mi rozejrzeć się za kolejnym tomem. Może trochę przesadzę z entuzjazmem, ale dla mnie to seria tak samo dobra jak "Y: The Last Man". Zobaczymy, czy to samo stwierdzę po lekturze zakończenia.

piątek, 5 grudnia 2008

#15 - The Walking Dead #54 [Robert Kirkman & Charlie Adlard]


"The Walking Dead" to zdecydowanie jeden z tych komiksów, które wolę łykać większymi partiami, podobnie jak "Y: The Last Man". Te dwadzieścia kilka stron to zdecydowanie za mało, ale co zrobić - nadrobiłem zaległości i teraz trzeba czekać na każdy kolejny zeszyt. A seria wciąż ma się dobrze, nawet mimo tego, że nie zaplanowano z góry określonej ilości odcinków, zaś Kirkman zdaje się bawić w "pociąg w nieznane". Oby udawało mu się jak najdłużej. A co znajduje się w "The Walking Dead" #54? Cóż, można powiedzieć, że to co zwykle, co wcale nie oznacza czegoś złego (wręcz przeciwnie). Dobre dialogi, trochę rozwałki, nowe postacie, tym razem brak trzymającego w napięciu zakończenia. Ale i tak czekam na kolejne zeszyty.

wtorek, 25 listopada 2008

#14 - KZ numer 53

Krótko o nowym numerze KZ. Krótko, bo to nie żadna recenzja (tak przy okazji: teksty zamieszczane na tym blogu koło recenzji nawet nie leżały, to po prostu opinie), tylko informacja, że się ukazało i że można przeczytać (nawet jeśli każdy zainteresowany tematem i tak już wie). Ostatnio cieszyłem się, że trafiło na Briana K. Vaughana, a teraz trafiło na Gwiezdne Wojny i cieszę się mniej, a właściwie wcale, bo to zupełnie nie mój temat. Mimo to KZ jak zwykle prezentuje masę innych, ciekawych tekstów, w tym interesujący mnie najbardziej, dotyczący aktualnej kondycji Vertigo.

poniedziałek, 24 listopada 2008

#13 - Ziniol


Chciałem napisać coś na temat świeżo przeczytanej polskiej wersji "From Hell", ale doszedłem do wniosku, że to nie dla przeciętnych śmiertelników takich jak ja. Muszę się zebrać w sobie, ale i tak wątpię, czy uda mi się wnieść cokolwiek do tematu - mogę zachwycać się genialną fabułą, opowiadać o wrażeniach wyniesionych z lektury, ale i tak będzie to coś w stylu "tańca łowców mew". Zamiast tego napiszę o innym przedsięwzięciu Timofa, może nie tak doniosłym, ale wciąż bardzo ważnym.

"Ziniol", bo o nim mowa, to magazyn komiksowy ukazujący się na naszym rynku od czerwca tego roku. I bardzo dobrze, bo sytuacja, w której w Polsce nie było tego typu wydawnictwa nie podobała się chyba nikomu. Choćby przez to należy wspierać "Ziniola", ale to nie jedyny i nie najważniejszy powód. Najważniejszy powód jest taki, że "Ziniol" jest po prostu dobry i rozwija się z numeru na numer. Drugi zniszczył pierwszy, a jak widziałem zapowiedzi trzeciego, to aż boję się, co (i kto) będzie w czwartym. I nie mów, że nie jarasz się, że okładkę narysował Norm Breyfogle. Pomijam fakt, że geniusz z niego żaden, ale chyba niewielu jest takich, którzy nie czują sentymentu do tych starych, śmierdzących Batmanów z TM-Semic, na tragicznym papierze i z przeciętnymi rysunkami Norma. To były komiksy!

Pewnie, są liczne wady (zwłaszcza długie, analityczne teskty), ale jeśli będą systematycznie eliminowane, to nie widzę problemu. Jeszcze nigdy nie dostrzegałem aż tak szybkich postępów jak te "Ziniola", także trzymam kciuki i głosuję portfelem. Smutne jest tylko to, że w numerze #2 nakład zmniejszył się z 1000 do 500, a cena wzrosła z 20 do 25 złotych. Mam nadzieję, że przy trójce nie będzie podobnych jaj. Nie chcę, żeby jedyny polski magazyn komiksowy (mówię oczywiście o tych "ukazujących się na papierze) zdechł z braku poparcia. Zwłaszcza, że ma potencjał.

niedziela, 23 listopada 2008

#12 - New Watchmen Trailer



Sam nie wiem... o poprzednim trailerze pisałem, że wygląda bardzo dobrze, ale ten jakoś mnie nie urzekł. Może to kwestia tego, że nie spodobały mi się dobrane fragmenty, może muzyka... a może to kwestia newsa, z którego dowiedziałem się, że film będzie posiadał inne zakończenie niż komiks. Nie muszę chyba wyjaśniać, dlaczego mi się to nie podoba (stwierdzenie, że "Watchmen" to genialna, dopracowana w każdym szczególe historia, której nie powinno się ruszać i zmieniać, jest truzimem). Znowu podchodzę do tego bardzo sceptycznie, a naprawdę zależy mi na tym, żeby film był świetny. Obawiam się jednak, że nie będzie. Czytałem także o grze "Watchmen: The End is Nigh", która ma być... chodzoną bijatyką. Świat oszalał.

niedziela, 26 października 2008

#11 - The Walking Dead [Robert Kirkman & Charlie Adlard]


Z początku były świetne rysunki, ale wtórny scenariusz nie pozwalał odebrać tego komiksu z entuzjazmen. Ot, świat opanowany przez Zombie, kilka osób przeżyło i próbuje utrzymać ten stan. Nie wiem jak Tobie, ale mi się to z czymś kojarzy. Poza bardzo dobrym i poruszającym zakończeniem, pierwszy Trade serii "The Walking Dead" nie zapowiadał tego, co miało nastąpić później. Obecnie "Żywe trupy" (pod tą nazwą odnajdziesz komiks w polskich księgarniach, a uwierz, że warto go pouszkać) liczą sobie 53 zeszyty, opowieść ciągle się toczy, a ja już chcę wiedzieć, co nastąpi dalej. Seria trzyma w napięciu i nie pozwala oderwać oczu od wydarzeń rozgrywających sie na mrocznych, czarno-białych rysunkach Charliego Adlarda, który po pierwszym TPB zastąpił Tony'ego Moore'a. Zdaniem niektórych zmiana ta nie wyszła "Żywym trupom" na dobre, ale nawet oni muszą przyznać, że Adlard się wyrobił i jego kreska świetnie pasuje do klimatu komiksu. Przy okazji, mała ciekawostka: polskiemu czytelnikowi rysownik znany jest z wydawanego przez TM-Semic "Z Archiwum X", chociaż gdybym o tym nie przecztał, nigdy w życiu bym się nie domyślił.


"The Walking Dead" to historia typu "kto przeżyje, kto zginie", a Kirkman potrafi sprawić, że śmierć i cierpienia bohaterów (nawet tych negatywnych, na przykład w jednej z mocniejszych scen z łyżką) nie są dla nas obojętne. Widzimy, do czego zdolni są ludzie w obliczu śmiertelnego niebezpieczeństwa, obserwujemy ich interakcje oraz to, jak sobie radzą (bądź dużo częśćiej: jak sobie nie radzą) z otaczającym ich szaleństwem. To robi wrażenie. Całość trawi się strasznie szybko, długie dialogi oraz sceny akcji, gdzie praktycznie nie ma nic do czytania, są świetnie wyważone. Wtórność z pierwszego TPB została zastąpiona świetnymi pomysłami oraz dobrze skonstruowanymi i wiarygodnymi postaciami. Nikt nie jest bezpieczny, a czytelnik jest wielokrotnie zaskakiwany, na przykład kiedy krzywda zostaje wyrządzona osobom teoretycznie nietykalnym. Robert Kirkman zgotował swoim bohaterom prawdziwe piekło i potrafi dręczyć ich bez żadnych skrupułów. A ja muszę przyznać, że patrzę na to wszystko z fascynacją i już nie mogę doczekać się reszty. Chcę zobaczyć kolejne przeszkody i to, jak wykreowani przez scenarzystę ludzie z krwi i kości (bo właśnie takie sprawiają wrażenie) poradzą sobie z tym, co ich spotka... lub nie poradzą. Wszystko jest możliwe.

piątek, 10 października 2008

#10 - Pride of Baghdad [Brian K. Vaughan & Niko Henrichon]


Scenariusz do komiksu "Pride of Baghdad" (wydanego w Polsce przez Mucha Comics jako "Lwy z Bagdadu") napisał Brian K. Vaughan, autor omawianej przeze mnie wcześniej serii "Y : The Las Man". Serii, która jest naprawdę świetna i która zdecydowanie zachęca do sięgnięcia po pozostałe prace tego pana. No więc sięgnąłem, ale - niestety - "Pride of Baghdad" rozczarowuje. I to mimo scenariusza Vaughana oraz napisu "Vertigo" na okładce. Inwestycja w serię opowiadającą o zagładzie mężczyzn jest sto razy bardziej opłacalna.

Przy okazji pisania o "The Eaters" narzekałem na prostą fabułę. Tutaj jest jeszcze prostsza - lwy uciekają z zoo w Bagdadzie, rozmawiają, walczą, idą dalej i giną z rąk amerykańskich żołnierzy. Koniec. Może opisałem to w nazbyt złośliwy sposób. Może jestem ignorantem, ale wydaje mi się, że cała ta otoczka (to znaczy naloty na wyżej wymienione miasto, wojna, walka o wolność) to tylko przykrywka, mająca ukryć fakt, że tak naprawdę mamy do czynienia z niezbyt skomplikowaną i niezbyt ambitną historyjką. Gdyby nie dodająca powagi, oparta na prawdziwych zdarzeniach rama opowieśći (a tak przy okazji: sama uciekczka lwów oraz ich śmierć też jest oparta na faktach), pewnie niemal każdy czytelnik krzyknąłby "What the fuck?!". A tak mamy komiks poruszający niezwykle istotne tematy i nagrodę IGN za najlepszą powieść graficzną 2006 roku.

"Pride of Baghdad" należy do kategorii "przeczytać i zapomnieć". Niby nie ma się do czego przyczepić, bardzo dobre rysunki oraz kolorystyka, historia się klei, jak to u Vaughana mamy ciekawe postacie i dialogi, a mimo to... nie ma się czym zachwycać. Może gdyby był to pierwszy komiks tego autora, jaki miałem w rękach, napisałbym, że jest nieźle. Ale w porównaniu do przygód Yoricka Browna jest po prostu zbyt przeciętnie. Chwila lektury, po której opowieść o lwach odchodzi w niepamięć i właściwie nie ma czego wspominać ani o czym pisać.

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...