środa, 1 lipca 2009

#101: Spawn: The Animated Series

Wspominałem wcześniej, że swego czasu Spawn był dla mnie czymś niesamowitym. Swego czasu, czyli w 1997 roku, kiedy chodziłem do czwartej klasy podstawówki, co zresztą wiele wyjaśnia. Może i pozostałe pozycje wydawane przez TM-Semic nie zawsze należały do najgrzeczniejszych (a poza tym nie miałem wtedy pojęcia o takich rzeczach jak choćby Weapon X), ale dopiero historia zaprezentowana przez Todda McFarlane'a zrobiła na mnie tak piorunujące wrażenie. Chowałem ten komiks przed rodzicami, a w wyobraźni czułem szpony wyrywającego moje serce Violatora. Trwało to w najlepsze przez kilka pierwszych numerów, a potem opowieść zamieniła się w pieprzoną telenowelę, nudną i niemożliwą do strawienia, zaś główny bohater został smutnym filozofem użalającym się nad swoim marnym życiem po śmierci i - co gorsza - robiącym to w niemal każdym odcinku. A kiedy seria przestała się ukazywać, w ogóle nie żałowałem, ponieważ chodziłem po nią do kiosku wyłącznie z przyzwyczajenia.

Jestem prawie pewny, że po raz pierwszy przeczytałem o Spawn: The Animated Series w trzecim numerze polskiej edycji tego komiksu. Oczywiście było mi bardzo smutno, że jestem zbyt młody, by móc obejrzeć tę mroczną rzeźnię tylko dla dorosłych, ale przecież istniały ciekawsze rzeczy, których jeszcze nie mogłem robić z powodu wieku, a na które miałem ochotę, więc po niedługim czasie chęć obejrzenia tej kreskówki odeszła w zapomnienie. A potem, po latach, pojawiła się okazja kupienia edycji kolekcjonerskiej, wydanej z okazji dziesiątej rocznicy powstania filmu. Cztery płyty DVD (jedna z dodatkami), trzy sezony po sześć odcinków i ogromna ciekawość, jak odbiorę ten serial teraz, gdy minęło tyle czasu od chwili, kiedy olałem komiks.

Można powiedzieć, że kreskówka wzięła z opowieści obrazkowej to, co było w niej najlepsze i podniosła to kilka poziomów wyżej, ale niestety nie zniwelowała wad oryginalnego scenariusza. Mamy więc mroczny, przytłaczający klimat oraz przemoc, która robi o wiele większe wrażenie niż ta przedstawiona na papierze. Już pierwszy odcinek rozpoczyna się mocnym wejściem, a potem jest już tylko gorzej (czyli - z perspektywy widza - lepiej). Trup ściele się gęsto, a świetnie podłożone głosy i dźwięk tylko potęgują atmosferę przebywania w piekle na ziemi. Twórcy serialu postawili na jedno: brak jakichkolwiek ograniczeń; od samego początku wiedzieli, że nie robią filmu animowanego dla dzieci. Krew, mocny język i seks wypełniają po brzegi trzy z czterech płyt DVD i nawet jeśli odbiorca doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że pokazywanie jak najbrutalniejszych scen jest tu celem samym w sobie, i tak siedzi wbity w fotel. Paradoksalnie, wrażenie jest jest jeszcze większe właśnie dzięki temu, że mamy do czynienia z serialem animowanym, tak jakby widz sam nie wierzył, że takie rzeczy można pokazać w kreskówce. Gdyby grali tutaj prawdziwi ludzie, w porządku, widziałem sporo krwawych filmów, ale to? Kiedy oglądałem kolejne epizody Spawn: The Animated Series, cały czas wydawało mi się, że w zwyczajnym filmie to wszystko byłoby o wiele łatwiejsze do przełknięcia. Co nie znaczy, że nie oglądałem tego z niekłamaną przyjemnością.

Z początku wszystko jest mniej więcej tak, jak w komiksie, a później następują coraz bardziej znaczące zmiany. To dobrze, ponieważ po pierwsze - mimo znajomości pierwowzoru, czasem nie wiedziałem, co będzie dalej, a po drugie - zawsze istniała nadzieja, że w ten sposób kreskówka pozbędzie się patosu znanego z papierowej wersji opowieści. Tak się jednak nie stało. Nadal obserwujemy Spawna płaczącego nad swoim losem i nie ma w tym niczego fajnego. Kolejna wada to nieodparte wrażenie, że cała historia brnie donikąd, powtarzając komiksowe wałkowanie tych samych wątków bez końca, bez celu i bez przeświadczenia, że gdzieś tam czeka coś więcej. Ponadto, po osiemnastym odcinku akcja urywa się, pozostawiając większość pytań bez odpowiedzi. I jak tu być zadowolonym z takiej sytuacji? Na szczęście ponoć nadchodzi kontynuacja, trochę późno, ale jednak.

Mimo wymienionych wad, Spawn: The Animated Series to bez wątpienia kawał dobrej oraz imponującej roboty. Kreskówka, jakiej nie widziałem nigdy wcześniej i pewnie nie zobaczę aż do premiery kolejnych odcinków. Na pewno warto sprawdzić, choć nie zdziwię się, jeśli ta mroczna, dołująca i niemal całkowicie pozbawiona jasnych kolorów oraz pozytywnych bohaterów animacja odrzuci Was od ekranów telewizora i pozostawi niezadowolonymi.

poniedziałek, 1 czerwca 2009

#99 - The Extremist [Peter Milligan & Ted McKeever]

The Extremist to czteroczęściowa miniseria z ukochanego przeze mnie wydawnictwa Vertigo, której pierwszy numer ukazał się we wrześniu 1993 roku, czyli niemal dokładnie siedemnaście lat przed powstaniem tej recenzji (6 września 2010). Szmat czasu, a mimo to komiks wciąż zaskakuje i chwyta za jaja oraz serce. Tylko cztery krótkie zeszyty, a tyle skrajnych emocji odczuwanych przez czytelnika. Tak niewiele stron i tak ogromna ilość rewelacyjnych, nierzadko zaskakujących pomysłów. Opowieść, której pochłonięcie może zająć jeden wieczór, ale której przeżywanie trwa o wiele dłużej. Jeśli kogoś to nie przekonuje, mogę dodać jeszcze takie słowa jak seks, przemoc, lateks i cycki, jednak mam nadzieję, że nie było to konieczne.

O jednym z moich komiksowych ulubieńców, Peterze Milliganie, napisałem już niejeden tekst, ale nigdy nie znalazł się tu jakikolwiek akapit poświęcony Tedowi McKeeverowi. Jego brzydkie, nieestetyczne i brudne ilustracje kochasz lub nienawidzisz, przy czym większość ludzi zdaje się wybierać tę drugą możliwość. Rozumiem ich, jednak osobiście uwielbiam niepodrabialny styl tego rysownika, jego pozornie wymagające niewielkich umiejętności prace, sprawiające, że nie da się go pomylić z żadnym innym autorem. Widzisz charakterystyczną kreskę i od razu wiadomo, kto maczał w tym palce. Nie podoba się? W porządku, nie musi, ale ja jestem zachwycony i naprawdę nie wiem, co mogłoby bardziej pasować do genialnego, chorego, a także niemożliwie brudnego scenariusza Petera Milligana. Czasami można odnieść wrażenie, że McKeever nie rysuje kolejnych obrazków, tylko wydala je z siebie lub zwraca, tak jak zwraca się treść pokarmową z żołądka. I bardzo dobrze. Jeśli nie czytaliście, nie możecie domyślać się, jak bardzo pasuje to do przytłaczającej atmosfery opowieści.

Uogólniając, komiks porusza dwie kwestie: ludzi noszących strój Ekstremisty oraz samego stroju i tego, jak wpływa on na osobowość postaci, która ma go na sobie. Okazuje się, że założenie specyficznego skórzanego ubrania może zarówno więzić, jak i dawać wolność, choć często związaną z zepsuciem i odrzuceniem wszelkich zasad moralnych. The Extremist opowiada także o poszukiwaniu swojego prawdziwego "ja" (znów kłania się temat tożsamości), o tym, jak niewiele może wiedzieć o sobie dwoje mieszkających razem ludzi, a także... jak niewiele człowiek może wiedzieć o sobie samym. I wierzcie mi, ten akapit nie wyczerpał tematu. Tak naprawdę kilka napisanych przeze mnie krótkich zdań o tym, co można znaleźć pomiędzy okładkami, to tylko kropla w morzu, ponieważ, jak już wspominałem, mnogość wątków i smaczków powala.

Kim jest Ekstremista (i nie mam tutaj na myśli człowieka znajdującego się pod skórzaną maską, chodzi o samą ideę tej postaci)? To członek tajnego stowarzyszenia - ilość związanych z nim informacji, jakie poznajemy przez cały czas trwania opowieści, jest kolejnym ciekawym pomysłem Milligana - zajmujący się między innymi eliminowaniem ludzi niewygodnych dla tej sekretnej grupy. A teraz: kim jest obecny Ektremista? To Judy, osoba zupełnie nowa i niedoświadczona w tym fachu, zakładająca czarny strój tylko po to, by odnaleźć mordercę jej męża, poprzedniego Ekstremisty. I nie napiszę niczego więcej, bo w przypadku tego komiksu nie da się wspominać o fabule, nie zdradzając zbyt wielu szczegółów.

Opowieść, mimo niewielkiej objętości, jest złożona i przemyślana w taki sposób, że nie wyobrażam sobie, by nie zrobiło to na czytelniku wrażenia. Ciekawe pomysły, żywi bohaterowie, obrzydliwość i kontrowersja (co ważne, pozbawiona tanich chwytów i takich rzeczy jak na przykład pokazywanie przemocy dla samego pokazywania przemocy), a także celowo zaburzona chronologia, mająca na celu utrzymanie odbiorcy w napięciu aż do samego finału - to wszystko sprawia, że The Extremist jest miniserią, którą da się zachwycać jeszcze długo po przeczytaniu całości. Tak właśnie było ze mną i tak będzie z Wami, a jeśli nie, mogę się tylko bardzo zdziwić.

piątek, 1 maja 2009

#98 - American Virgin [Steven T. Seagle & Becky Cloonan]

Na początku zapowiadało się interesująco: logo Vertigo i ciekawa, dość nietypowa historia Adama Chamberlaina propagującego wstrzemięźliwość seksualną przed ślubem. Główny bohater przemawia do tłumów, zachęcając ludzi, by poszli jego śladem i wybrali czystość. Sam Bóg przemówił do niego i stwierdził, że dziewczyna Adama, Cassandra (należąca do Korpusu Pokoju i obecnie przebywająca w Afryce) jest jedyną kobietą, z którą może być, a on będzie czekał na nią choćby całą wieczność. Kiedy schodzi ze sceny, poznajemy resztę rodziny amerykańskiego prawiczka, niestety nie tak doskonałą, jak on, jednak najgorszym momentem i punktem wyjścia całej serii jest to, co główny bohater ujrzy w telewizji pod koniec pierwszego zeszytu serii: śmierć Cassandry, która została pozbawiona głowy przez terrorystów. Cały świat Adama Chamberleina obraca się w gruzy, a szokujące wydarzenie zdaje się niszczyć wszystko, w co wierzył. Decyduje się wyruszyć do Afryki, by odnaleźć zabójców swojej dziewczyny...

Mogłoby być ciekawie? Mogłoby, ale niestety nie jest. Spodziewałem się interesującej przemiany głównego bohatera, konfrontacji jego poglądów z otaczającym go światem oraz śledzenia tego, jak wzajemnie na siebie wpływają. Niby to wszystko tu jest, ale stanowi tylko pretekst, by pokazać rzeczy, o jakich wspominałem już w recenzji It's a Bird..., komiksu z dużo lepszym scenariuszem tego samego autora: klubów dla gejów, skórzanych masek, cycków, transwestytów i tego, jak Adam Chamberlain niby chce, ale jednocześnie wcale nie chce zadupczyć. Niby jest kontrowersja, akcja, krew, seks, przemoc, poważna tematyka i humor, ale przedstawione w kompletnie nieinteresujący sposób. Tak jakby komuś zabrakło dobrych pomysłów i stwierdził: "Hej, umalujmy naszego prawiczka i poślijmy go do klubu dla gejów, gdzie mogą znajdować się ludzie, którzy zamordowali jego dziewczynę, a w środku niech obmaca go gruby, wąsaty, ubrany w lateks homoseksualista z własną salą tortur w piwnicy". Napisałem to już wcześniej, teraz mogę tylko powtórzyć: w Kaznodziei Garth Ennis potrafił szokować i budzić szczery niesmak, a jednocześnie robić to tak, że czytelnik pozostawał zachwycony (w każdym razie częściej niż rzadziej), za to w American Virgin te wszystkie rzeczy pokazywały, że sama kontrowersja nie wystarczy, bo szokować też trzeba umieć, a niesmak można budzić w paradoksalnie dobrym stylu.

O rysunkach też nie mogę napisać niczego dobrego - nie podobają mi się. Bywa, że prostota działa na korzyść komiksu, ale nie tutaj. Jest jakoś tak zbyt cukierkowo, miło i przyjemnie; mam skojarzenia z opowieścią obrazkową, która mogłaby zostać opublikowana w jakimś kiepskim magazynie dla młodzieży, z takimi ilustracjami, żeby nieprzyzwyczajeni do komiksowego medium czytelnicy nie poczuli się zagubieni i dostali coś łatwego w odbiorze. Krótko mówiąc, nie będę rozglądał się za kolejnymi pracami Becky Cloonan - seria Americac Virgin skutecznie zniechęciła mnie do dalszych poszukiwań.

Nie dziwię się, że opowieść zakończyła swój żywot wcześniej, niż planowali sami twórcy. Było kilka dobrych i całkiem niezłych momentów, ale przeważyła kaszanka, kiepskie pomysły i nieciekawi bohaterowie. Ani to zabawne, ani - mimo szczerych chęci scenarzysty - szokujące. Zawiodłem się tym bardziej, że mam do czynienia z pozycją ze stajni Vertigo. Niestety, nawet w tak dobrej (właściwie mojej ulubionej) stajni można wdepnąć w nieposprzątane łajno.

środa, 1 kwietnia 2009

#97 - Face [Peter Milligan & Duncan Fegredo]

O Face wspomniałem po raz pierwszy pisząc recenzję The Eaters, prawie dwa lata temu, gdy w adresie tego bloga nie figurowało jeszcze słowo komiksofilia, a jakże ambitny zwrot comic books keep my dick hard. Może i nie byłem zabawny, ale już wtedy wiedziałem, że Peter Milligan i Duncan Fegredo to mistrzowski duet, którego dzieła są w stanie rzucić mnie na kolana. Dokładnie rok po recenzji The Eaters (teraz zastanawiam się, czy zrobiłem to przypadkiem, ale pewnie nie) napisałem laurkę ich Enigmie - dodam, że laurkę w pełni zasłużoną. W moim prywatnym rankingu ten pokręcony komiks wciąż stoi na podium. Nie mogę napisać tego samego o Face, jednak nie każę Wam czekać na podsumowanie i od razu zapewnię, że według mnie jest to komiks rewelacyjny. Jeśli więc nie znacie tej pozycji, a do tej pory zgadzaliście się z moimi opiniami, zdobądźcie ją jak najszybciej, nawet jeżeli nie przepadacie za horrorami. Bo nie da się zaprzeczyć, że ten one-shot z Vertigo może przestraszyć, a już na pewno trzymać w napięciu.

Jeśli chodzi o ilustracje, mógłbym napisać dokładnie to samo, co w recenzji Enigmy: są świetne. W dodatku kolory nałożyła tutaj ta sama osoba, czyli Sherylin van Valkenburgh. Jak dotąd zawsze mogłem napisać kilka ciepłych słów o rysunkach Duncana Fegredo, jednak dużo zależy właśnie od kolorów. Te znajdujące się w Face są o wiele mroczniejsze niż w Millennium Fever, doskonale pasując do panującej w komiksie atmosfery. Całość robi ogromne wrażenie oraz pokazuje, że praca ilustratora nie jest wyłącznie tłem dla scenariusza Milligana, a raczej pełnoprawnym partnerem w zbrodni i jednym z głównych atutów komiksu.

Pozornie scenariusz nie jest zbyt skomplikowany: jedna wyspa, czworo bohaterów; David, słynny chirurg plastyczny, jego żona Rebecca oraz Andrew Sphinx, światowej sławy malarz wraz ze swoim lokajem. Na początku wszystko wydaje się proste - zadaniem Davida jest zrobienie malarzowi operacji plastycznej. Ponieważ Sphinx nie jest przeciętnym zjadaczem chleba, a "największym żyjącym artystą" (poza tym woli spędzać czas z dala od ludzi; jego ostatnia znana fotografia ukazała się ponad dwadzieścia lat temu), może dyktować warunki i decyduje, że to chirurg wraz se swoją żoną muszą wybrać się do niego, nie odwrotnie. Mają spędzić na rajskiej wyspie około sześciu miesięcy; Rebecca ukończy swoją zaniedbaną powieść, David zajmie się tym, w czym jest najlepszy, Andrew Sphinx, który z powodu braku natchnienia przestał malować wiele lat temu, zmieni twarz i powstanie niczym feniks z popiołów, a w efekcie wszyscy rozstaną się szczęśliwsi niż przed spotkaniem. Taki jest plan, ale, jak łatwo zgadnąć, wszystko się komplikuje. Wychodzi na jaw, że plany Davida i jego żony różnią się od planów Sphinxa oraz jego bezgranicznie posłusznego lokaja. Wtedy zaczyna się prawdziwy koszmar.

Milligan jak zwykle porusza temat tożsamości, zadaje pytania, jakie znaczenie ma ludzka twarz, czym jest sztuka i czy chirurgia plastyczna może być za nią uznawana. Najważniejsze jest jednak to, że tworzy interesujące postacie z krwi i kości, dodając im kilka obsesji oraz obaw, które, choć wydają się niewielkie i mało znaczące, tak naprawdę kierują ich życiem. Face to jedna z opowieści o bohaterach odciętych od świata, znajdujących się w miejscu, z którego niełatwo uciec i zmuszonych do radzenia sobie w ekstremalnych warunkach, czasami dzięki przekraczaniu granic własnej wytrzymałości i niebezpiecznym zbliżaniu się do popadnięcia w obłęd. Aż do dramatycznego finału czytelnik nie ma pojęcia, czy występujące w komiksie postacie wyjdą z tego bez szwanku, czy może wszystko zostało od początku do końca wyreżyserowane przez szaleńca.

Jeśli jeszcze nie wiecie, przekonajcie się sami.

poniedziałek, 23 marca 2009

#22 - Planetary [Warren Ellis & John Cassaday]


Niedawno wybrałem się do kina na "Watchmen", o czym wkrótce. Niedawno skończyłem serię "Transmetropolitan", o czym też wkrótce, oczywiście w miarę skromnych możliwości czasowych. O "Ziniolu" #3 i #4 też napiszę, pewnie. Marzy mi się tylko trochę dłuższa doba. Póki co kilka zdań o innym dziecku autora przygód Spidera Jerusalema, a mianowicie o komiksie "Planetary".

Planetary to grupa archeologów badających, łagodnie mówiąc, naprawdę dziwne zjawiska. Wyobraźnia Ellisa jest w tej materii niemal nieograniczona i wymyśla on naprawdę wkręcające rzeczy - nie chcę zdradzać szczegółów, ale kilka pomysłów zdecydowanie przykuwa uwagę. A mimo to na początku byłem nastawiony do tej serii dość sceptycznie. Dlaczego? Ponieważ członkowie Planetary najczęściej obserwują zamiast działać i ma się wrażenie, że scenarzysta nie wykorzystuje potencjału drzemiącego w jego pomysłach. Przedstawia zarys sytuacji, czytamy ciekawą i bardzo dobrze narysowaną historię, ale brakuje jakiejś puenty, bohaterowie widzą jakieś dziwne zjawisko i najczęściej nic nie robią, najwyżej komentują zdarzenie. Poszczególne odcinki nie mają ze sobą nic wspólnego poza postaciami, kończymy czytać jeden zeszyt, a następny rzuca nas zupełnie gdzie indziej. To może trochę irytować, brakuje jakiegoś głównego wątku...

Do czasu. Po kilku odcinkach akcja zawiązuje się i nagle widać, że Ellis wszystko przemyślał i że o coś w tym wszystkim jednak chodzi. W każdym razie o więcej niż tylko o szybkie rzucenie bohaterów w wir akcji i równie szybkie zabranie ich do następnej przygody. Jestem w połowie "Planetary" i po wydarzeniach z #12 wciągnęło mnie na dobre. Dodatkowo całóść czyta się naprawdę płynnie i jest co oglądać, więc polecam, mimo trudnego startu.

niedziela, 8 marca 2009

#21 - Wilq Superbohater: Nie będę walczył z dinozaurem jak jakiś debil [Bartosz i Tomasz Minkiewiczowie]


Przyznaję się bez bicia, ostatnie przygody Wilka czytałem jeszcze na łamach "Produktu". Jestem w posiadaniu czternastego zeszytu, podczas gdy trzynaście poprzednich pozostało przeze mnie nietkniętych. I nie chodzi o to, że nie podobał mi się komiks Bartosza i Tomasza Minkiewiczów (wręcz przeciwnie), ale... tak właściwie poprzednie numery przeoczyłem bez żadnego konkretnego powodu. Aż tu nagle słyszę o powrocie "Wilka" do formy, że wreszcie pojawił się dobry zeszyt po kilku słabszych, no więc kupiłem. I poczułem się jak za starych, dobrych czasów.

Wilq jest sfrustrowany i zły na wszystko, co go otacza. Wszystkich wokół uważa za kretynów i elokwentnie krytykuje, co jest jedną z głównych atrakcji opowieści. Opowieści, która jest z założenia debilna i nie należy szukać w niej mądrych żartów, ale z drugiej strony jak tu się nie śmiać przy tekstach typu "Akurat przyda się to nam jak downom zwiedzanie Big Bena" (oczywiście takie wypowiedzi zyskują na atrakcyjności, kiedy nie sa wyrwanie z kontekstu) lub kiedy czytamy o wkręceniu komisarza Gondora, że rysunek chuja jest tak naprawdę czymś zupełnie innym. Naprawdę dobra dawka humoru, świetnych (na swój debilny sposób) żartów, rysunków, dodatków (genialny pomysł z wyciętymi scenami) i kończąca wszystko zapowiedź kolejnego numeru, która chyba nikomu nie pozwoli czekać cierpliwie.

Nie jest to komiks dla każdego. Niektórych odrzucą rysunki, innych fabuła (doskonale rozumiem, że tego typu głupie żarty można zwyczajnie skwitować wyniosłym i pogardliwym "Phi, mnie to nie bawi"). Paradoksalnie takie niezbyt mądre opowieści to raczej rzecz dla najbardziej otwartych ludzi. Ale kiedy już się otworzysz, nie pożałujesz.

sobota, 7 marca 2009

#20 - Fables


Jeszcze kilka zdań o komiksie "Fables" (lojalnie uprzedzam, że będą spoilery). Doczytałem resztę i wreszcie jestem na bieżąco z jedną z moich ulubionych serii. Ma to swoje wady, od teraz nie mogę czytać większych ilości i muszę być cierpliwy. A jest na co czekać. Na początku myślałem, że (uwaga, zaczynają się spoilery) Adwersarz będzie niepokonany aż do końca, a kiedy już Baśniowcy się z nim uporają, wrócą do swoich krain by żyć długo i szczęśliwie. Nic podobnego. Po wygranej wojnie problemów jest jeszcze więcej niż zwykle, niektórzy zginą, inni zostaną uśpieni, ktoś bardzo silny obudzi się z długiego snu, a Gepetto... hehe. Sami zobaczycie. Jeśli kupujecie polskie wydania to naprawdę warto czekać. Ja nie wytrzymałem, musiałem być na czasie. I teraz też czekam. Jeśli chodzi o mnie, serial "Fables" mógłby trwać wiecznie, o ile tylko Willinghamowi nie skończą się dobre pomysły. Póki co nic na to nie wskazuje.

sobota, 28 lutego 2009

#19 - Tytus, Romek i A'Tomek - Księga I


W czwartek miałem przyjemność kupić wznowienie pierwszej księgi przygód "Tytusa, Romka i A'Tomka". Zainteresowani tematem pewnie już wiedzą o co chodzi - rzucasz 3,99zł (nie pamiętam, kiedy ostatnio płaciłem tyle za nowy komiks, dobra robota) i możesz powrócić do dzieciństwa, oczywiście jeśli Tytus nie jest dla Ciebie jakąś nowością. Muszę przyznać, że inicjatywa jest bardzo fajna i bardzo słuszna - miło będzie mieć na półce polską klasykę w dobrym stanie (i całkiem nieźle wydaną), jak dotąd nie miałem kompletu, a stare wydania zdobywane od kumpli i kupowane na kiermaszach wyglądają naprawdę tragicznie. W ciągu najbliższych paru miesięcy będę regularnie odwiedzał salon prasowy. Aż przypominają się czasy kosztujących kilka złotych zeszytów z TM-Semic, chociaż to zupełnie inna bajka.

Pytanie tylko, czy wznowienia zdobędą sympatię młodszych czytelników, którzy o Tytusie, Romku i A'Tomku nie mają pojęcia. Wydaje mi się, że niestety nie. Przyznaję się bez bicia, że moim skromnym zdaniem w 2009 komiks ten nie jest już żadną rewelacją i będę go nabywał wyłącznie z sentymentu, bez którego przeszedłbym obok półki z pierwszą księgą obojętnie. Zobaczymy, co powiedzą dzieciaki.

starsza wersja pierwszej księgi

poniedziałek, 23 lutego 2009

#18 - Fables [Bill Willingham & Mark Buckingham]


Śnieżka, Wilk, Śpiąca Królewna, Sinobrody, Baba Yaga, Czerwony Kapturek, Mowgli, Shere-Khan, Królowa Śniegu, Gepetto i Pinokio... o czym mówię? Jeśli czytałeś "Fables" nie muszę wyjaśniać, jeśli nie znasz tego komiksu prawdopodobnie zastanawiasz się czy przypadkiem nie pomyliłeś blogów. Sam nie wiem jak podszedłbym do tematu, gdyby ktoś mi powiedział, że "Baśnie" opowiadają o losach wyżej wymienionych postaci (i wielu innych, równie ciekawych). Przypuszczam, że olałbym dzieło Billa Willinghama, co byłoby niewybaczalnym błędem. Na szczęście komiks ten dopadł mnie bez żadnych zapowiedzi, nie miałem też czasu na uprzedzenia - po prostu wziąłem #41 i #42 zeszyt z półki podczas wizyty w Stanach w 2006 roku. Może i straciłem przez to kilka niespodzianek (na przykład od samego początku wiedziałem kim jest Adwersarz), ale kiedy jakiś czas później zobaczyłem tę serię w Polsce, wiedziałem, że nie mogę odpuścić. Losy Baśniowców wciągają niemiłosiernie, więc nie poprzestałem na polskich trade'ach - nie dało się. Aktualnie czytam TPB "Sons of Empire" (spokojnie, nie będzie spoilerów) i już chcę kolejnych części.


O co chodzi? Mogę porównać "Fables" na przykład do "Ligi Niezwykłych Dżentelenów" Moore'a, lub do "Amerykańskich Bogów" Gaimana - tam też czytaliśmy o przygodach postaci, które nie zostały wykreowane przez autorów. Tyle że tutaj jest jeszcze dziwniej, bo jak traktować poważnie komiks (a przynajmniej jak nie traktować go jako czegoś, co nie może się udać), w którym występują takie postacie jak Muchołap, Trzy Świńki, Piękna i Bestia lub wspomniany wyżej Czerwony Kapturek? A jednak da się, mimo że mieszanka sprawia wrażenie niedorzecznej. Bohaterowie są ciekawi, nawiązania do ich ogólnie znanych losów (w końcu kto nie słyszał o Calineczce lub Śpiącej Królewnie?) potrafią zainteresować, a całość jest po prostu tak miodna (fabuła "płynie" i nie daje czytelnikowi odpocząć), że może stawać w szranki praktycznie z każdym komiksem typu ongoing ukazującym się na naszym rynku (przykro mi to mówić, ale "Żywe Trupy" się chowają, mimo że nadal uwielbiam przygody Ricka).


I jeszcze coś, co jest wielkim plusem - ciągłe zmiany. Nie ma tak, że przegapisz 30 zeszytów, wracasz po przerwie i wszyscy dalej robią to samo. Cechą "Fables" są ciągłe zmiany, przetasowania, a także zgony. Willingham co chwilę wprowadza nowych, interesujących bohaterów i właściwie nigdy nie ma pewności, czy przeżyją do końca epizodu. Postacie giną bardzo często i bardzo często pojawia się ktoś nowy. Są kłótnie, związki, ale w żadnym wypadku nie przypomina to telenoweli.

Zauważyłem, że niewiele piszę o rysunkach. Te w "Fables" są zwykle bardzo dobre, może nie rewelacyjne, ale z drugiej strony cała seria nie jest przecież żadnym arcydziełem. To rewelacyjny serial (tylko i aż), przy którym można się odprężyć, nic szczególnie ambitnego i ciężkiego w odbiorze lub skłaniającego do przemyśleń. I bardzo dobrze, bo chyba nikt nie czyta wyłącznie komiksów typu "Maus" lub "Prosto z Piekła". Potrzebna jest czysta rozrywka i na tym polu komiks Willinghama pewnie stoi na nogach.

środa, 14 stycznia 2009

#17 - KZ numer 54

Nowy numer KZ poświęcony został tematyce Indian w komiksie. Niby nic interesującego (piszę oczywiście o sobie), ale magazyn jak zwykle potrafi zaciekawić czymś pozornie nieciekawym. Poza tym dobre i fachowe teksty, więc naprawdę jest co czytać. KZ można chyba tylko polecać, więc... sam wiesz.

Z innej beczki: na blogu miał miejsce mały remont. Wyrzuciłem zapchajdziury, wpisy z samymi zdjęciami, pokasowałem niepotrzebne rzeczy. Obiecałem sobie, że zacznę pisać tu częściej (obecnie jest 21 lutego, edytuję starszy wpis) - zobaczymy, czy mi się uda. Oby, bo 1 lub 2 wpisy na miesiąc nie wyglądają zbyt imponująco, prawda?

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...