wtorek, 29 września 2009

#47 - Enigma [Peter Milligan & Duncan Fegredo]

Na zły początek...
Na zły początek napiszę, że od jutra przez tydzień nie pojawi się tu nic nowego - wyjeżdżam. Jeśli więc z jakiegoś powodu lubisz zaglądać na Komiksofilię, będziesz miał czas na przejrzenie starszych wpisów.
Teraz sprawa bardziej optymistyczna, czyli podsumowanie września. Udało mi się osiągnąć dwucyfrową liczbę recenzji, gdzie pierwsza cyfra to 2. Biorąc pod uwagę moje lenistwo, mogę być chyba z siebie dumny - mam nadzieję, że oprócz ilości, jakość wrześniowych tekstów też nie kulała. Dodam jeszcze, że z 47 wpisów, w tym miesiącu pojawiło się na blogu aż 21, czyli prawie połowa. Październik pewnie nie będzie aż tak owocny, ale postaram się nie obijać.



Są komiksy, o których zwyczajnie boję się pisać. Wspominałem o tym przy okazji From Hell - historia Moore'a pozostawiała czytelnika bez jakiegokolwiek pola do popisu, nie dając mu możliwości wypowiedzenia się w interesujący sposób. Enigma Petera Milligana i Duncana Fegredo działa w odwrotny sposób - uwielbiam ten komiks tak bardzo, że mogę pisać o nim w kółko, a raczej bełkotać, wyrzucając z siebie nieskładne zdania mające być pochwałami. Nie chciałem pisać o tej ośmioczęściowej miniserii, ale w końcu otrzymałem paczkę z Enigmą oraz kompletem odcinków The Extremist (obie opowieści przeczytałem o wiele wcześniej - w połowie dzięki zebranym zeszytom, w połowie dzięki skanom) i stwierdziłem "Kiedyś przecież muszę to zrobić". Poza tym co jakiś czas wychwalam scenariusze Milligana, a okazuje się, że napisałem tu tylko o The Eaters oraz początkach Greek Street. Pora zabrać się za jego twórczość z większym zapałem, zaczynając od jego najlepszego, a w najgorszym wypadku jednego z najlepszych dzieł. We wstępie Grant Morrison słusznie zauważył, że żaden wstęp nie skłoni czytelnika do przeczytania/kupienia danego komiksu, ale kto wie, może ten tekst sprawi, że ktoś jednak sięgnie po Enigmę. Bardzo bym się z tego powodu cieszył.

Głównym bohaterem opowieści jest dwudziestokilkuletni Michael Smith, gość tak pospolity jak jego nazwisko. Michael żyje w świecie rutyny - we wtorki kocha się ze swoją dziewczyną, w sobotę odwiedza z nią kluby, a kiedy indziej robi inne rzeczy przypisane do danego dnia. Dodatkowym elementem szarej codzienności jest praca w charakterze osoby naprawiającej telefony. Trudno się dziwić, że Michael jest zrezygnowany i nie widzi w tym wszystkim sensu. Niezadowolenie z życia, pracy i związku sięga zenitu, jednak w pewnym momencie następuje impuls zachęcający go do zmiany. W okolicy pojawia się The Head, potwór zjadający ludzkie mózgi, tylko pozornie będący kiepskim i sztampowym pomysłem scenarzysty (a to nie jedyna tego typu postać znajdująca się na kartach tej opowieści). Michael przypomina sobie, że przecież w dzieciństwie czytał Enigmę, jego ulubiony komiks, w którym występował tajemniczy pożeracz mózgów. Żeby było śmieszniej, pozostali bohaterowie tamtej historii również pojawiają się w prawdziwym życiu, łącznie z tytułowym, najdziwniejszym i najbardziej zagadkowym. Michael postanawia zerwać ze swoimi dotychczasowymi przyzwyczajeniami oraz rozstać się z kobietą, z którą przecież wcale nie było mu dobrze, i odnaleźć Titusa Birda, autora komiksu. Może będzie wiedział, dlaczego wymyśleni przez niego bohaterowie ożyli?


Tak zaczyna się podróż, którą można nazwać odyseją Michaela Smitha, a jej celem jest odnalezienie swojego prawdziwego - i bardzo zaskakującego - ja. Nie jestem pierwszym, który wspomina o tym, że Milligan uwielbia temat tożsamości, zresztą dla każdego, kto zna jego komiksy, jest to oczywista oczywistość. Scenariusz Enigmy miażdży pod każdym względem, tworzy genialny nastrój, w niezwykle wiarygodny sposób konstruuje skomplikowaną psychikę Michaela i zaskakuje niemal bez przerwy, aż do ostatniej strony, na której dowiadujemy się, kim jest opowiadający całość wszechwiedzący narrator. Finał daje też do zrozumienia, co jest tu najważniejsze - wcale nie kulminacyjne starcie, które... a tego już dowiecie się pod koniec lektury. Rozwiązanie konfliktu zadziwia nie mniej niż odkrycie kart przez narratora.

Duncan Fegredo, a raczej DUNCAN FEGREDO. Nawet gdyby scenariusz był słaby, Enigmę mogłaby obronić sama oprawa graficzna. Mroczna, nastrojowa, początkowo bardzo niedbała kreska zmienia się i klaruje w miarę odkrywania przez Michaela Smitha swojej prawdziwej natury. Można było przeczytać o tym dużo wcześniej, w numerze magazynu Kazet poświęconemu Milliganowi, ale jest to coś, co nietrudno zauważyć samemu. Dodatkowym atutem ilustracji są kolory nałożone przez Sherylin van Valkenburgh - Fegredo chyba nie mógł trafić lepiej. W efekcie czytelnik otrzymuje genialną syntezę scenariusza, ilustracji i kolorów; każdy z tych elementów rzuca na kolana, zaś połączone w całość stanowią o wiele więcej niż tylko sumę części składowych.


Bałem się pisać o Enigmie, bo chyba żadne słowa nie są w stanie wyrazić tego, jak bardzo uwielbiam ten komiks oraz jakie wywarł na mnie wrażenie. Nie będąc znawcą stwierdzam, że ze wszystkich przeczytanych przeze mnie historii obrazkowych dzieło Milligana i Fegredo przegrywa chyba tylko z Watchmen, ale z drugiej strony ciężko porównywać te, różniące się prawie wszystkim, opowieści. Jeśli już czytałeś, być może potwierdzisz moje słowa, a jeśli nie... gdyby moja recenzja nie zachęcała do sięgnięcia po Enigmę wystarczająco mocno, mam małą prośbę: zdobądź ten komiks mimo wszystko, a jestem prawie pewny, że nie pożałujesz. Dla mnie jest to horror na stałe ulokowany w czołówce nie do pobicia, niesamowity evergreen zupełnie nie starzejący się z biegiem lat.

poniedziałek, 28 września 2009

#46 - Marvels: 10th Anniversary Edition [Kurt Busiek & Alex Ross]


Patrząc na komiksy, o których piszę na tym blogu, łatwo zauważyć, że moje zainteresowania sięgają głównie w stronę opowieści obrazkowych z logiem Vertigo. Nie tylko, ale przede wszystkim. Fakt, zaniedbuję niektóre obszary tego medium, niekoniecznie przez ignorancję. Chodzi tu bardziej o brak czasu na czytanie wszystkiego, co chciałbym poznać; przecież nie samymi komiksami człowiek żyje, a poza przyjemnościami pojawiają się także nudne obowiązki. Z tego względu wiem bardzo niewiele o niektórych rzeczach, na przykład o tym, co wydaje Marvel. Jestem całkowicie zielony, zarówno jeśli chodzi o ich aktualną jak i starszą ofertę. Na Komiksofilii piszę o tym wydawnictwie po raz pierwszy - niech to poprze moje słowa. Nie jestem z tego powodu zadowolony, ale na pewno cieszę się, że wreszcie przeczytałem Marvels, świetną historię napisaną przez Kurta Busieka, a narysowaną przez Alexa Rossa. Takie rzeczy tylko utwierdzają mnie w przekonaniu, że powinienem znaleźć więcej czasu na ofertę Marvela.

Do Marvels podchodziłem sceptycznie. Komiks ten od razu skojarzył mi się z Kingdom Come, nie tylko za sprawą tego samego rysownika. Chodziło też o nagromadzenie bohaterów i epickość całości. Miałem złe przeczucia, bo Kingdom Come nie przypadło mi do gustu. W tej chwili nie mam tej historii w domu, ale zapamiętałem ją jako patetyczną, nudną i ciężkostrawną słabiznę z ilustracjami, które bardziej pasowałyby do obrazów, nie potrafiącymi oddać ruchu, zbyt statycznymi. Marvels podświadomie potraktowałem jako odpowiednik tamtej opowieści, tyle że z innego wydawnictwa. Mimo to zaryzykowałem i kupiłem (zachętą była spora zniżka), czego w ostatecznym rozrachunku nie żałuję. Może wrażenia wyniesione z lektury Kingdom Come byłyby teraz inne - tego nie wiem, wiem natomiast, że komiks Marvels wzbudził zupełnie inne, o wiele pozytywniejsze emocje.


Wbrew pozorom nie jest to historia o superbohaterach, którzy, owszem, pojawiają się przez wszystkie cztery części w tle, ale stanowią tylko pretekst do zaprezentowania problemów zwykłych ludzi. I tak, kiedy odbywa się niezwykle widowiskowy pojedynek Human Torcha z Namorem, Kurt Busiek kieruje naszą uwagę w stronę gapiów zastanawiających się nad tym, jak duże będą zniszczenia oraz ilu zwykłych ludzi ucierpi na poczynaniach postaci obdarzonych nadzwyczajnymi mocami. Posunięcie proste i genialne, pozwalające czytelnikowi śledzić dobrze znane i schematyczne sytuacje z zupełnie innej perspektywy. Tytułowi Marvels są tym, czym w Pikniku na skraju drogi była wizyta obcej cywilizacji, albo zombie w The Walking Dead - ważną częścią świata przedstawionego, ale jednocześnie tylko tłem pozwalającym ukazać ludzkie działania wobec zaistniałej sytuacji. Głównym bohaterem jest tu fotograf Phil Sheldon oraz jego rodzina; obserwujemy ich losy na tle przemijających lat oraz niezwykle zmiennych stanowisk ludzi wobec superbohaterów - od uwielbienia, poprzez błagalne wołanie o pomoc, aż do, występującej chyba najczęściej na kartach komiksu, skrajnej nienawiści.

Jeśli chodzi o skrytykowane przeze mnie wcześniej ilustracje Alexa Rossa, tutaj też jest inaczej niż w przypadku Kingdom Come. Praca włożona w powstanie tego komiksu, a zwłaszcza jej efekty, zwalają z nóg. Marvels to piękny album, co do tego nie ma żadnej wątpliwości. Zniknęło wrażenie statyczności, pojawiło się za to uczucie opadającej szczęki. Poprzednio nie podobał mi się pomysł tego typu malarskich ilustracji w komiksie, ale tutaj wyszło znakomicie. Ross wywiązał się z powierzonego mu zadania z niesamowitym efektem, pokazując środkowy palec moim zupełnie niepotrzebnym wątpliwościom.


Osobną sprawą są materiały dodatkowe, stanowiące aż połowę 10th Anniversary Edition. Czego tu nie ma: wypowiedzi twórców, artykuły, miażdżące galerie, rozpisany scenariusz. Najbardziej zainteresowały mnie teksty ukazujące pracę Rossa oraz prezentujące liczne ukryte na kartach komiksu smaczki, z których sporej części nigdy bym nie dostrzegł, przede wszystkim przez moją nieznajomość bohaterów Marvela (na przykład domyślałem się, że Busiek puszcza do czytelnika oko, kiedy na samym końcu powstaje ostatnie zdjęcie, ale musiałem wejść na Google, żeby sprawdzić, kim jest znajdujący się na nim chłopiec). Nie wyjaśniono tam wszystkich nawiązań, ale na tyle sporo, żeby jeszcze bardziej docenić pracę scenarzysty i rysownika. A podanie numerów, w których pierwotnie miały miejsce opowiadane po raz kolejny w Marvels wydarzenia (oraz pokazanie starych ilustracji w konfrontacji z ich nową interpretacją Alexa Rossa) sprawiło, że aż odpaliłem DC++ i ściągnąłem kilka z tych starych wydań (na przykład The Amazing Spider-Man #121 i #122) w celu porównania obu wersji. Dla niezorientowanej z historią Marvela osoby, dopiero dodatki pokazują, że mamy do czynienia z przedstawieniem jej w pigułce, w dużo lepszej formie i z zupełnie innej perspektywy. To komiks, z którym definitywnie powinno się zapoznać.

piątek, 25 września 2009

#45 - The Exterminators: Insurgency [Simon Oliver & Tony Moore]

Na zły początek...
Ostatnio piszę tu niemal codziennie, wypada więc poinformować, że nastąpi dwudniowa przerwa - nie ma mnie w sobotę i w niedzielę. Nie będzie mnie też przez tydzień od przyszłej środy, ale o tym jeszcze przypomnę. Póki co...


Ostatni raz wspominałem o The Exterminators niemal 30 wpisów temu i, szczerze mówiąc, jestem trochę zdziwiony. Naprawdę nie wiem, jak mogłem napisać, że seria Olivera i Moore'a jest "tak samo dobra jak Y: The Last Man". Dowaliłem do pieca. Rzeczywiście, mój entuzjazm po przeczytaniu Bug Brothers był ogromny, ale z perspektywy czasu wygląda to tak, że komiks o przygodach ostatniego mężczyzny to pierwsza liga, natomiast The Exterminators jest jedynie przyzwoitą i nieźle wykręconą rozrywką. Na swój sposób także żałosną, co nie przeszkadzało mi wcześniej (wiedziałem, że przecież poniekąd o to właśnie chodzi), ale przy drugim TPB zaczęło trochę drażnić.

Niestety, poziom wykręcenia przekroczył mój poziom odporności na głupotę. Kaznodziei często zdarzało się balansować na granicy, ale przynajmniej w moim odczuciu albo jej nie przekraczał, albo robił to w akceptowalny sposób. Komiks The Exterminators wszedł na nieco inny poziom szaleństwa; czarny humor i mrok panujący w poprzednim tomie sprawiał, że mogłem znieść wiele i oglądać całość z dystansem, ale tutaj - przyznam, że nie wiem dlaczego - tego zabrakło, szczególnie od #9 zeszytu. Kiedy wyszło na jaw, że [spoiler] w grę może wchodzić reinkarnacja okrutnego i czczącego insekty władcy Egiptu, pomyślałem sobie "Hell no!". Spodziewałem się czegoś innego - takie rozwiązanie nie pasuje mi do historii, wygląda naiwnie i głupio nawet w porównaniu z resztą wątków. Na domiar złego, całość zakończyła się kąpielą głównych bohaterów w gównie oraz kilkoma bezsensownymi kwestiami.

Tak, rzeczywiście czegoś zabrakło - rysunki wciąż są świetne, scenariusze właściwie nie odbiegają poziomem od poprzednich, więc teoretycznie powinienem cieszyć się dalej, ale tak nie jest. Może to moje podejście uległo zmianie? Przekonam się po trzecim TPB. Póki co nie polecam już tak stanowczo jak ostatnio.

czwartek, 24 września 2009

#44 - Invincible: Eight is Enough [Robert Kirkman, Cory Walker & Ryan Ottley]


Eight is Enough udowadnia, że warto było zacząć czytać Invincible. Drugi TPB nie zaskakuje już tematyką tak jak Family Matters, za to z powodzeniem zmusza do uśmiechu świeżym podejściem do tematu. Pod tym względem komiks rozkłada na łopatki, będąc odpowiednikiem świetnego serialu oglądanego z piwem w ręce, przy którym można się odprężyć nie angażując zbyt wielu szarych komórek. I prawidłowo, taka rozrywka też jest jak najbardziej pożądana. A to, że opowieść nie wymaga intensywnego myślenia podczas lektury, wcale nie oznacza, że jest głupia albo skierowana do głupich odbiorców. Jeśli ktoś tak twierdzi, raczej nie czytał Invincible.

Drugi Trade zbiera zeszyty #5-#8, dając czytelnikowi kolejne kilogramy rozrywki oraz igrania ze schematami komiksu o superbohaterach. Tym razem Markus musi zastąpić zapracowanego ojca i poradzić sobie z atakiem obcego; rezultat starcia nie może nie rozbawić, założę się też, że nikt nie spodziewał się takiego obrotu spraw. W kolejnym odcinku dowiadujemy się, co spotkało śmieci wyrzucone przez Invincible'a a premierowym zeszycie oraz obserwujemy kolejną zabawę Kirkmana superbohaterską konwencją - tym razem autor śmieje się z głupkowatego ukrywania swojej tożsamości. Oczywiście to nie jedyne ciekawe i/lub komiczne wydarzenia. Dalej nie jest już tak do końca wesoło - pewna grupa zamaskowanych obrońców ma wielkiego pecha, a końcówka Invincible #7 stanowi najciekawszy zwrot akcji w całym TPB. Finał Eight is Enough zapowiada kolejne kłopoty, pojawia się też kilka znanych postaci z uniwersum Image.

Komiks pokazuje, że Kirkman sprawdza się nie tylko w poważnych i mrocznych opowieściach. Póki co nie jestem zadowolony ze zmiany rysownika w #8 numerze, ale to samo mówiłem przy The Walking Dead, a potem okazało się, że byłem w błędzie. Mam nadzieję, że przyzwyczaję się do ilustracji Ottleya, ale mimo wszystko trochę szkoda, bo to, co robił Cory Walker naprawdę przypadło mi do gustu. Oby moja niepewność nie trwała zbyt długo.

środa, 23 września 2009

#43 - Hellblazer: The Devil You Know [Jamie Delano i inni]


Mojej przygody z Hellblazerem ciąg dalszy. Wygląda na to, że zostanę z tą serią na dłużej - drugi TPB podoba mi się bardziej niż Original Sins, głównie za sprawą pewnej historii, która nie znalazła się w regularnych zeszytach.

The Devil You Know został prawie w całości napisany przez Jamiego Delano, za to rysowników występuje dużo więcej niż ostatnio. Nie wymieniałem twórców w tytule, wszyscy znajdują się w etykietach. Do najciekawszych ilustratorów należą Mark Buckingham, obecnie rządzący w Fables, Bryan Talbot oraz znany chociażby z V for Vendetta David Lloyd. W stosunku do poprzedniego wydania zbiorczego nastąpiła znacząca poprawa warstwy wizualnej komiksu - wreszcie jest nie tylko co czytać, ale i co oglądać.


Oprócz historii z comiesięcznych wydań Hellblazera (w The Devil You Know są to numery #10-#13) znalazły się tutaj Hellblazer Annual #1 oraz The Horrorist #1 i #2. Zeszyty zamykają kilka wątków zaczętych w poprzednich dziewięciu odcinkach i są dobre, chociaż drażni mnie pojawiający się w numerze #13, z dzisiejszej perspektywy całkowicie wyświechtany patent "Niech bohaterowi przytrafi się wszystko, co najgorsze, a na ostatniej stronie okaże się, że to tylko zły sen". Mimo tego drobnego zgrzytu całość odbieram bardzo pozytywnie.

Narysowana przez Talbota historia The Bloody Saints również trzyma poziom, ale głównym punktem programu jest jednak Antarctica z The Horrorist. Lloyd świetnie zilustrował klimatyczny horror, straszący atmosferą ciągłego niepokoju bardziej niż przemocą, której wcale nie zabrakło. Rysunki są tu o wiele mniej ponure i według mnie lepsze niż w V for Vendetta, idealnie zgrywają się ze scenariuszem Jamiego Delano, co sprawia, że ostatnie 100 stron tego TPB (mniej więcej tyle zajmuje Antarctica) stanowi najlepszy kąsek. Podsumowując, The Devil You Know to godne polecenia wydanie zbiorcze, stanowiące kilka bardzo dobrych historii spuentowanych czymś jeszcze lepszym. To i tak o wiele więcej, niż zakładałem przed lekturą. Gdyby nie zabrzmiało to śmiesznie (biorąc pod uwagę datę powstania komiksów wchodzących w skład tego tomu oraz ilość jeszcze nieprzeczytanych przeze mnie Trade'ów), napisałbym, że Hellblazer cały czas się rozwija. Chciałbym już być na bieżąco...

wtorek, 22 września 2009

#42 - Komiksofilia: Year One


Mała ciekawostka: dzisiaj mija rok od dnia, w którym założyłem tego bloga. W ciągu 12 miesięcy zdążyłem zmienić jego nazwę, całkowicie olać zaglądanie tu od marca do sierpnia, dorobić się 6 osób obserwujących (ciekawe, kto z obserwatorów rzeczywiście tu zagląda i czyta), otrzymać całe 2 komentarze oraz popełnić 42 wpisy. Nie ma się czym podniecać, ale z drugiej strony - nie licząc tej strasznej przerwy, chyba nie było aż tak źle? Ostatnio jestem umiarkowanie zadowolony z tekstów, które tutaj wrzucam.

Jeśli chodzi o częstotliwość ukazywania się wpisów, łatwo zauważyć, że wrzesień pobił wszystkie poprzednie miesiące na głowę. Cieszę się (i jednocześnie dziwię, bo systematyczność nigdy nie była moją mocną stroną), że opuściło mnie lenistwo, pytanie tylko, na jak długo. Nic nikomu nie obiecuję, bo znam siebie i wiem, że za chwilę znów może mi się odechcieć. Brak czasu od października też nie ułatwi sprawy. Mam jednak nadzieję, że się ogarnę, bo chciałbym, żeby to miejsce jakoś wyglądało.

Bla, bla, bla... i tak nikt tego nie czyta. Wpis okolicznościowy mam już za sobą, jutro/pojutrze wracam do tego, co najlepsze - do komiksów.

poniedziałek, 21 września 2009

#41 - WE3 [Grant Morrison & Frank Quitely]


To już kolejny, po All-Star Superman, opisywany przeze mnie komiks duetu Grant Morrison i Frank Quitely, chociaż w tym akurat przypadku to rysownik powinien być przedstawiony jako pierwszy. WE3 nie robi takiego wrażenia jak opowiedziane na nowe dzieje Clarka Kenta, jednak mimo to jest świetną lekturą, polecaną przeze mnie z czystym sumieniem. Ma wszystko, czego potrzebuje dobra opowieść obrazkowa, a właściwie prawie wszystko. Już wyjaśniam, co mam na myśli.


Chodzi mi przede wszystkim o scenariusz, którego nie mogę nazwać jednoznacznie dobrym. Historia wciąga, jest naprawdę świetnie poprowadzona i zagrzewa miejsce w pamięci, ale z drugiej strony została oparta na niezbyt skomplikowanym pomyśle, co z jakiegoś powodu trochę mnie drażni. Poza tym nie wiem, czy gdyby narysował to ktoś o klasę gorszy od Franka Quietly'ego, nadal byłoby tak dobrze. Może po prostu się czepiam i szukam dziury w całym, w końcu po zakończeniu lektury byłem zadowolony nie tylko z ilustracji. Pozostaje jednak wrażenie, że skoro napisał to Grant Morrison, można oczekiwać troszkę więcej.

Niezależnie od powyższych narzekań, WE3 wciąga jak diabli. Eksperyment zmieniający spokojne zwierzęta domowe w niezwykle groźnych zabójców wymyka się spod kontroli, kiedy trójka podrasowanych i już-nie-tak-miłych stworzeń wydostaje się na wolność. Śmiertelne niebezpieczeństwo musi zostać zażegnane, co niestety - niestety zwłaszcza dla ludzi - oznacza prawdziwą rzeźnię. Morrison nie napisał bowiem kolejnej części Folwarku Zwierzęcego, a dynamiczny i przykuwający uwagę komiks akcji obfitujące w niesamowite i porażające sceny. Historia wzbudza zainteresowanie już od samego początku, kiedy widzimy atak zwierząt na wyznaczony im cel, jeszcze zanim wymknęły się spod kontroli. Obserwujemy nieświadomych ludzi oraz zbliżających się zabójców, a wszędzie panuje przeraźliwa cisza. Jakiekolwiek dialogi rozpoczynają się dopiero po kilkunastu stronach, onomatopeje występują w ilościach śladowych, narratora nie stwierdzono. Nie ma właściwie żadnych dźwięków, ani podczas rozmów ludzi, ani później, kiedy dochodzi do strzelaniny. Większość historii opowiadana jest za pomocą wbijających w fotel rysunków Quietly'ego, który sprawił, że przemoc robi spore wrażenie (to raczej rzadkość w czasach, kiedy jest jej pełno w komiksach, książkach, filmach i codziennych wiadomościach), a całość jest niezwykle interesująca. Początkowy moment, kiedy gość dostaje gradem kul sprawił, że szczęka opadła mi do samej podłogi - ilustracja zamieszczona niżej nie oddaje wrażenia, jakie zrobi obejrzenie jej w trakcie lektury, z kontekstem i w większym rozmiarze. Nie pamiętam, kiedy ostatnio tak bardzo spodobał mi się pojedynczy rysunek.


Cisza występująca tam, gdzie powinno aż huczeć potęguje wrażenie bezduszności oraz bezsensu całej masakry i krwi, której leje się tu bardzo dużo. Ponadto, pomimo faktu, że przez większość opowieści ofiarami są ludzie, scenariusz skonstruowany jest w taki sposób, że czytelnikowi bardziej żal jest zwierząt. Bo to one są tu prawdziwymi ofiarami eksperymentu mającego zmniejszać liczbę zabitych żołnierzy w czasie wojen. Widząc ich cierpienie oraz to, jak zabijają nie z własnej woli, ale dlatego, że zostały w ten sposób zaprogramowane, czytelnik zżywa się z nimi bardziej niż z jakąkolwiek inną postacią. Od razu pojawia się w głowie pytanie, czy etycznie jest ratować ludzkie życia kosztem takiego traktowania zwierząt; pytanie może i proste, ale bez oczywistej odpowiedzi. Morrison skłania do zadania go sobie nienachalnie, poprzez łatwy w odbiorze komiks akcji. Właśnie dlatego miałem problem z narzekaniem na scenariusz - niby jest prosty i składający się głównie z rzezi, ale jak się jednak okazuje, gdzieś w tym wszystkim czai się drugie dno. Polecam sprawdzenie, bo nawet jeśli historia Was nie urzeknie, ilustracje po prostu muszą to zrobić.

sobota, 19 września 2009

#40 - Big Guy i Rusty Robochłopiec [Frank Miller & Geof Darrow]


Wreszcie scenariusz Millera, o którym mogę napisać coś pozytywnego. Jak dotąd nie miał na tym blogu szczęścia, omawiany przeze mnie Hard Boiled nie powalał, z kolei All-Star Batman & Robin the Boy Wonder to całkowita porażka. O Spawn/Batman nawet nie chce mi się wspominać. Teraz jest nieco inaczej, i dobrze, bo właściwie lubię scenariusze tego pana. Nie żeby Big Guy i Rusty Robochłopiec był jakąś genialną pozycją, na pewno nie, ale zawsze lubię, kiedy ludzie mają dystans do medium, w obrębie którego tworzą. Ten komiks to jeden wielki polew ze starych, absurdalnie wzniosłych komiksów oraz filmów z Godzillą. Może nie arcyzabawny, ale urzekający swoją celową naiwnością i głupotą. Pomijając Godzillę, o której nie mam zielonego pojęcia (obejrzenie jednego filmu na pewno nie zamieniło mnie w znawcę tematu) oraz "pełne patosu komiksy z lat 70.", których też się jakoś strasznie nie naczytałem, spodobało mi się tu jedno, zwłaszcza w przypadku wielkiego robota Big Guya: pamiętam jak dziś, kiedy w podstawówce, po jakiejś superbohaterskiej nawalance z TM-Semic, szliśmy rysować swoje pierwsze i jak dotąd ostatnie, żałosne komiksy, tworząc (a właściwie odtwarzając) bohaterów takich jak wielkie potwory i jeszcze większe roboty, zupełnie bez koncepcji, ale z uśmiechami na pyskach. Miller musiał mieć taki sam uśmiech i wielką frajdę, a ja przypomniałem sobie, że kiedyś sam uważałem przygody takich postaci za coś wspaniałego, zaś wielki latający robot był dla mnie szczytem kreatywności. I chyba nie tylko dla mnie - wydaje mi się, że po odkopaniu starych zeszytów niejeden czytelnik znalazłby na marginesach nieudolnie naszkicowanych braci Big Guya.


Big Guy i Rusty Robochłopiec to historia wielkiego, największego Zła, efektu nieudanego eksperymentu japońskich naukowców, które przyjęło formę ogromnego gada. Zło przemierza ulice Tokio niszcząc, mordując i zamieniając niewinnych ludzi w swoich mniejszych pobratymców. Po wysłaniu dosłownie wszystkiego, co posiada japońska armia, okazuje się, że ostatnią nadzieją będzie Rusty Robochłopiec, niewielki latający robot. Niestety, nie wszystko idzie po myśli bohatera, trzeba więc wezwać pomoc z Ameryki. I teraz zaczyna się oczekiwana zabawa, bo o ile pierwsza połowa komiksu nie jest tym, na co miałem ochotę, po nadejściu Big Guya radość z lektury była dla mnie o wiele większa. Monumentalny Big Guy jest tak dobry i uczciwy, że mógłby zostać nazwany harcerzykiem przez samego Supermana. Jak wspominałem, scenariusz nie jest mistrzostwem, ale wypowiedzi robota w połączeniu z podniosłą i przesadzoną narracją dają radę - na tyle, żeby komiks zasłużył na pochwałę.

Geof Darrow znów stanął na wysokości zadania i zadziwia przedstawianiem szczegółów, nie robi już jednak tak dużego wrażenia jak w przypadku Hard Boiled. Jego prace widzę kolejny raz, odpadł więc element zaskoczenia. Po drugie, specyfika scenariusza (miejscem akcji są głównie ulice Tokio) utemperowała różnorodność i nie dała rysownikowi zbyt wielkiego pola do popisu. I wreszcie trzecia rzecz: w odróżnieniu od Hard Boiled, ciężar całej historii nie spoczywał już na barkach Darrowa; ilustrator nie musiał ratować komiksu tworząc świetne rysunki do marnego scenariusza, przez co nie jest tutaj "gwiazdą", którą był wcześniej. Ale wolę zgraną pracę zespołową niż kiedy coś jest dobre tylko w połowie. Dodatkowo (nie zauważyłem tego jako pierwszy) niezwykle szczegółowe rysunki Darrowa w połączeniu z zamierzonym patosem oraz tandetnością opowieśći tworzą dodatkowy i bardzo ważny element komiczny.

Na końcu czeka nas kolejna ciekawa atrakcja, a właściwie jeden ze śmieszniejszych żartów w całym komiksie: fikcyjne okładki przedstawiające poprzednie przygody głównych bohaterów. Niedorzeczność przeciwników automatycznie podnosi kąciki ust - nie chcę ich opisywać, polecam sprawdzenie tego na własne oczy.


Chciałem jeszcze dodać, że naprawdę nie widzę sensu w wydawaniu tak małych objętościowo komiksów w twardej oprawie, ale... ostatecznie i mimo wszystko kupiłem polską wersję, tak jak Hard Boiled, również nie będący jakąś cegłą. Może i jestem mądry po szkodzie, ale chyba nie zrobiłbym tak po raz kolejny - raczej porównałbym ceny z wydaniami oryginalnymi i wybrał tańszą, czyli - jak podejrzewam - zagraniczną wersję, w miękkiej oprawie. Ale to już następnym razem.

piątek, 18 września 2009

#39 - Prosto z Piekła [Alan Moore & Eddie Campbell]

Na zły początek...
Wczoraj wieczorem zmieniłem adres bloga z przeuroczego i jakże zabawnego comicbookskeepmydickhard.blogspot.com na komiksofilia.blogspot.com - nie zapomnij powiadomić o tym rodziny i przyjaciół. Inspiracją dla tego słowa był zupełnie nie związany z komiksami, ale bardzo zacny blog Janusza. W związku ze zmianą nazwy mogły nastąpić pewne kłopoty z linkami do poszczególnych wpisów, więc jeśli coś nie działa, a chcesz, żeby działało - holla at me!


Dzisiaj nadszedł dzień, w którym postanowiłem podjąć się karkołomnego zadania skreślenia kilku zdań o komiksie Prosto z Piekła. Przeczytałem go już dawno (o ile dobrze pamiętam, pod koniec zeszłego roku), ale długo unikałem pisania na temat tego arcydzieła. Zdaję sobie sprawę, że nie przekażę tu niczego odkrywczego, zresztą nie tylko w moim przypadku wydaje mi się to bardzo mało prawdopodobne. Chyba jednym z najlepszych przymiotników opisujących From Hell jest słowo kompletny, a uczuciem towarzyszącym po lekturze było niemal skrajne wyczerpanie. Najczęściej po przeczytaniu czegokolwiek nie mam żadnego problemu z wysłowieniem się i oceną opowieści, ale mroczny i dołujący utwór Alana Moore'a (o którym wspominam tu dopiero teraz, po niemal roku prowadzenia bloga, chociaż bezsprzecznie jest moim ulubionym scenarzystą) i Eddiego Campbella nie dał mi takiej szansy. Kiedy było już po wszystkim, odłożyłem komiks i zdałem sobie sprawę, że nie mam nic do powiedzenia na temat tego monumentalnego przedsięwzięcia szalonego geniusza. Ogrom pracy włożony w stworzenie From Hell zamienia czytelnika w kogoś, kto może mówić i mówić, ale cokolwiek powie, raczej nie odkryje niczego nowego. Właśnie to rozumiem pod pojęciem kompletna opowieść - jest pełna, wyczerpująca i nie dająca mi pola do popisu w kwestii oceniania. Aż chce się powiedzieć "Nie mnie oceniać coś tak wielkiego", i wcale nie jestem pewny, czy słowa te są przesadzone.

Prosto z Piekła to Moore'owska wizja historii Kuby Rozpruwacza, jego własna teoria na temat tego, kto nim był, jednak poparta faktami historycznymi. Przypisy, stanowiące sporą cześć tej cegły, którą można zabić, pokazują to, co wcześniej nazwałem chorym geniuszem: scenarzysta nie tylko przeczytał mnóstwo książek dotyczących morderstw w Whitechapel, odwiedzał także opisywane przez siebie miejsca, a nawet rozmawiał z prostytutkami, pytając je o dość ciekawą metodę oszukiwania klientów, przedstawioną na kartach komiksu. W przypisach Moore wspomina, że pogoda przedstawiona na ilustracjach odpowiada prawdopodobnej pogodzie w czasie akcji opowieści w 1888 roku. Sprawdził i przemyślał wszystko, od najbardziej podstawowych faktów, poprzez najmniejsze szczegóły, aż do spraw, które mogłyby poprzeć jego wersję wydarzeń. Wszystko to sprawia, że czytelnik, krążąc pomiędzy komiksem a przypisami (co, biorąc pod uwagę fakt, że Prosto z Piekła ma ponad 580 stron, nie jest zbyt wygodne), chłonie całość ze szczęką gdzieś na podłodze.

Brzydkie i nieatrakcyjne ilustracje Campbella początkowo zniechęcają do sięgnięcia po komiks, jednak po wgryzieniu się w opowieść można powiedzieć tylko zdanie, które pada przy najbardziej dopracowanych dziełach, gdzie scenarzysta i rysownik tworzą idealny zespół: "Nie wyobrażam sobie, żeby zilustrował to ktoś inny". Krajobrazy Londynu oraz bohaterowie Prosto z Piekła są przedstawieni w sposób brzydki i nieatrakcyjny, ale taka jest cała ta historia - brzydka i pokryta grubą warstwą brudu. Chociaż wcześniej nazwałem ten komiks arcydziełem (i nadal tak uważam), lektura wcale nie należy do przyjemności. Jest, jak już napisałem, wyczerpująca i naprawdę potrafi zdołować - przede wszystkim przedstawioną w mistrzowski i, niestety, prawdziwy sposób naturą ludzką.

Mógłbym przez dłuższą chwilę wspominać o mankamentach, na przykład o skopanej okładce polskiej wersji komiksu, o książeczce z dodatkowymi materiałami, która do dzisiaj nie dotarła do właścicieli Prosto z Piekła w twardej oprawie (czyli akurat nie do mnie), ale w obliczu samej historii są to rzeczy, które nie mają absolutnie żadnego znaczenia. Bardzo dobrze, że Timof umożliwił przeczytanie From Hell po polsku, bo jest to bez wątpienia jedno z najwybitniejszych osiągnięć Moore'a, jakie znam - z Watchmen przegrywa tylko pod następującym względem: oba te komiksy są genialne, ale czytanie Strażników sprawiło mi dużą przyjemność i nie było zmaterializowaną depresją, czego o losach Kuby rozpruwacza napisać nie mogę. Jak to się czasem mówi: mocna rzecz.

czwartek, 17 września 2009

#38 - Spawn/Batman [Frank Miller & Todd McFarlane]


Przypuszczam, że jestem jedną z ostatnich zainteresowanych komiksem osób w Polsce, która zdecydowała się sprawdzić wspólne przygody Batmana i Spawna. To znaczy nie licząc tych, którzy w swojej mądrości postanowili w ogóle tego nie czytać. Minęło kilka ładnych lat od wydania tej historii w naszym kraju, a powodem, dla którego piszę o niej dopiero teraz, jest fakt, że dosłownie wszystkie opinie o Spawn/Batman były negatywne. Czasem jednak żeby uwierzyć, trzeba zobaczyć coś strasznego na własne oczy. Moment masochizmu nastąpił w moim przypadku kilka dni temu. Dzisiaj żałuję, ale przecież sam się o to prosiłem.

O fabule nie można napisać niczego dobrego, a właściwie nie można o niej napisać czegokolwiek. Historyjka dla dwunastolatków, w której tytułowi bohaterowie najpierw biją się po głowach, a potem łączą siły w celu dołożenia komuś innemu. Jestem tylko ciekaw, co by było, gdyby TM-Semic wypuścił ten komiks w okolicach 1998 roku, kiedy to Spawn wciąż był czymś świeżym, a ja miałem dwanaście lat i uważałem twórczość McFarlane'a z a coś niesamowitego. Niektóre jego scenariusze z tamtego okresu do dziś wydają mi się czymś interesującym, ale może to tylko sentyment. W każdym razie teraz jestem za dużym chłopcem na akceptowanie takich bzdur. Szkoda tylko, że autorem scenariusza jest Frank Miller, który zdecydowanie miał możliwość napisania czegoś lepszego - niestety, jest to kolejny kiepski komiks jego autorstwa. A rysunki? Przykro mi bardzo, ale czasy entuzjastycznych ocen prac McFarlane'a również minęły; ilustracje w Spawn/Batman niczym mnie nie zachwyciły. Po prostu są poprawne, tyle na ich temat. Nie dostrzegam już w nich tego, co widziałem dekadę temu.

Mówiąc krótko (i delikatnie), jest to bardzo słaby komiks, którego moim skromnym zdaniem nie należy dotykać. Na koniec pozwolę sobie zacytować dialog głównych bohaterów, prowadzony podczas radosnego okładania się po swoich zamaskowanych twarzach. Rozmowa pokazuje dobitnie, jaki scenariusz popełnił Miller:

Spawn: Idiot. You're an idiot. I'll tear you apart.
Batman: In your dreams.
S: Break you in half. I'll break you in half.
B: Sloppy fighter. Stupid fighter. No discipline.
S: Talking trash. You're talking trash. It won't help you.
B: No discipline. Stupid fighter. Stupid punk.
S: Had it. You've had it. You're done.
B: Just warming up you stupid punk.

(tutaj następują liczne onomatopeje - napięcie rośnie, bohaterowie uderzają się nawzajem z jeszcze większym zapałem nie przed chwilą, a po wszystkim głośno dyszą)

B: Give it up, punk. You're finished. Just look at you. You're finished.
S: Look at you. You can't even get up. You're the one who's finished.

Oczywiście komiks oferuje też inne atrakcje - wszystkie podobne do zacytowanej powyżej. Ja odpadam.

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...