Zanim dostałem ten album w swoje ręce, o Mglistym Billym przeczytałem właściwie tylko dwie rzeczy: pierwszą, że to rewelacyjny komiks, i drugą, że wydawnictwo Post przesadziło z ceną (okładkowa to 99,90zł na niewiele ponad 140 stron). Po lekturze stwierdzam, że nie, wcale nie przesadziło. Naprawdę warto, nawet gdyby na stronach internetowych oraz u samego wydawcy nie było możliwości kupienia tego dużo taniej, a póki co jest. Bez bawienia się w trzymanie Was w napięciu do końca recenzji, już teraz napiszę, że Dar Ciemnowidzenia to jedna z najlepszych obrazkowych opowieści, jakie ukazały się w Polsce w tym roku... zaraz... przeglądam to, co miałem w rękach od stycznia i stwierdzam, że według mnie to NAJLEPSZA opowieść obrazkowa wydana u nas na przestrzeni ostatnich miesięcy. Dlaczego?
Jeśli chodzi o jakość wydania, Mglisty Billy od razu kojarzy mi się z Pinokiem Winshlussa. Bardzo podobny format, odblaskowe fragmenty okładki, twarda oprawa, gruby papier, czyli dokładnie tak jak w przypadku świetnego albumu wydanego przez Kulturę Gniewu, poza tym dodatek w postaci planszy Ouija. To robi wrażenie, ale jest mało znaczącą pierdółką w porównaniu z tym, co można znaleźć w środku.
Dar Ciemnowidzenia to komiks tak dziwny i pochłaniający czytelnika panującą w nim atmosferą, że przynajmniej w tej chwili nie przychodzi mi do głowy nic, do czego mógłbym go porównać. Niby można w nim znaleźć sporo humoru, ale to przede wszystkim czarny humor (znowu skojarzenie z Pinokiem, choć żarty łączy jedynie kolor, nic poza tym), pozornie to historia dla dzieci, jednak jest zbyt ponura i mroczna, by była odpowiednia dla najmłodszych odbiorców. Przede wszystkim dlatego, że głównym tematem poruszanym przez Guillaume Bianco jest śmierć. I wbrew całej otoczce, kreskówkowym (i wspaniałym, rzucającym na kolana) rysunkom, dużej ilości zabawnych sytuacji czy odjechanych, prześmiesznych pomysłów, gdzieś tam w tle autor podchodzi do zagadnienia bardzo poważnie, na tyle, że Dar Ciemnowidzenia przestaje być bajką, za którą może uchodzić po nieuważnym rzuceniu okiem na okładkę.
Tytułowy bohater to specyficzny siedmiolatek wolący deszcz od słońca i noc od dnia, lubiący dokuczać swojej młodszej siostrze, topić mrówki w czekoladowej ślinie, nie przepadający za dorosłymi (Dorośli to mordercy... zabili w sobie dziecko, którym byli...), a także posiadający Dar Ciemnowidzenia. Billy widzi potwory, duchy, przeróżne stworzenia, o których nie mają pojęcia inni. Nie dowiadujemy się, na ile to wszystko jest wytworem jego wyobraźni, a na ile prawdą, jednak w czasie lektury nie ma to większego znaczenia. Billy ma też kota, który pewnego dnia umiera. Od tej chwili chłopiec bardzo chce poznać tajemnicę śmierci oraz odzyskać swojego przyjaciela. Sam też bardzo boi się tego, co może go spotkać po drugiej stronie (Zawsze marzyłem, żeby mieć supermoc zmieniania się w szkielet... Myśl, że kiedyś w końcu mi się to uda, jakoś przestaje mnie cieszyć...). Zaczyna więc kombinować na różne sposoby, od pisania listów do kogoś, kto żyje już kilkaset lat, przez przywoływanie duchów za pomocą planszy Ouija, aż po wyprawę do nawiedzonego domu, a po drodze spotyka go mnóstwo niesamowitych i dziwnych przygód, wciągających odbiorcę jak macki z koszmarów Billy'ego. Dodam jeszcze, że w czasie opowiadania o strachu przed umieraniem i ukazując go z perspektywy dziecka, Bianco ani razu nie serwuje czytelnikowi czegoś banalnego, wręcz przeciwnie. Dzięki temu wszystkiemu co by się nie działo, pod koniec grudnia Mglisty Billy na 100% będzie w mojej prywatnej czołówce najlepszych albumów tego roku.
Jeśli miałbym wskazać jakiekolwiek wady tej opowieści, byłoby to trochę za mało komiksu w komiksie. Dar Ciemnowidzenia obfituje w różne dodatki uzupełniające główny wątek, takie jak fragmenty Gazety Osobliwości albo Dziwnej i Niesamowitej Encyklopedii Kryptozoologii pisanej przez Billy'ego, do tego historie postaci drugoplanowych, wiersze, opisy ulubionych zabaw głównego bohatera (na przykład zabawa w siłowanie się na stopy)... wszystko to niewątpliwie przyczynia się do niesamowitej atmosfery towarzyszącej lekturze, ale kilka razy, w czasie chłonięcia informacji/opowieści o Wermikolach, Koleopandrach, Myślokształtach, podróżach astralnych, o Dziewczynce z nożyczkami lub o Dzieciojadzie, pomyślałem: "Ej, chcę wreszcie przez to przebrnąć i czytać komiks, dowiedzieć się, czy udało mu się odzyskać kota". Tak czy inaczej, to tylko drobna wada, trochę irytująca, jednak właściwie bez jakiegokolwiek znaczenia. Nie w porównaniu z rewelacyjnym scenariuszem, ilustracjami oraz jakością wydania.
sobota, 23 lipca 2011
#160 - Mglisty Billy: Dar Ciemnowidzenia [Guillaume Bianco]
wtorek, 12 lipca 2011
#159 - Kofeina #6
sobota, 9 lipca 2011
wtorek, 28 czerwca 2011
#157 - Niczym aksamitna rękawica odlana z żelaza [Daniel Clowes]
Na ostatniej stronie okładki napisano, że "Autor słynnego Ghost World tym razem zabiera czytelnika w podróż pełną wydarzeń niczym z koszmarnego snu i dziwacznych postaci, których nie powstydziłby się David Lynch". Ja tam nie trawię Lyncha (z jego filmów, które oglądałem, podobał mi się tylko Człowiek słoń) i jest mi z tym dobrze, ale mimo to Niczym aksamitna rękawica odlana z żelaza to tytuł, który od początku wydawał mi się interesujący. Po lekturze stwierdzam, że "interesujący" to mało powiedziane. To najbardziej popieprzony komiks, jaki miałem w rękach od dłuższego czasu i, o ile nie ma się awersji do tego typu opowieści, może zachwycić, chociaż jednocześnie przeraża i obrzydza. Czyli wszystko tak, jak lubię.
Na pierwszych stronach Clay Laudermilk, główny bohater Like A Velvet Glove Cast In Iron, wybiera się do kina porno. Jeden z filmów, który tam ogląda, wzbudza jego szczególne zainteresowanie nawet nie ze względu na pojawiające się w w nim dość nietypowe akcesoria (maski ze skóry i takie tam), ale dlatego, że jedna z występujących w nim aktorek okazuje się być osobą, którą bardzo dobrze zna. Clay postanawia ją odnaleźć, jednak najpierw musi dowiedzieć się, gdzie powstał film, kto go nakręcił i uzyskać dostęp do jeszcze wielu innych informacji, zanim wreszcie dotrze do celu. A droga przed nim jest długa i pełna bardzo, bardzo dziwnych wydarzeń oraz postaci...
Nie czytałem Ghost World, a więc Niczym aksamitna rękawica... to pierwszy i jak dotąd jedyny komiks Clowesa, jaki miałem przyjemność poznać. Całkowicie nieprzewidywalny, wypełniony bohaterami, których starczyłoby na kilka dobrych opowieści, będący jazdą bez trzymanki dla najbardziej wytrzymałych. W trakcie poszukiwań swojej znajomej Clay spotyka między innymi kumpla z dziwną infekcją oczodołów, prostytutkę z trochę większą niż standardowa ilością oczu, zafascynowanych przemocą policjantów, zdeformowaną córkę nimfomanki, psa bez jakichkolwiek otworów i wiele innych, równie ciekawych postaci...
a najlepszy jest moment, kiedy zauważamy, że gdzieś pomiędzy udanymi próbami szokowania czytelnika Clowesowi udaje się przemycić do tego jakiś sens, poszczególne chore rzeczy łączą się w całość i sprawiają, że komiks, dobry już sam w sobie dzięki wykręconym pomysłom autora, staje się jeszcze lepszy. Scenariuszowo to mistrzostwo, chociaż nie dla każdego. Trzeba dać się wciągnąć i być przygotowanym na pojawiający się od czasu do czasu odruch wymiotny. Ja po lekturze byłem zachwycony.
Ilustracje są pozbawione fajerwerków i raczej nie zachwycają w oderwaniu od historii, ale pasują do panującej w opowieści psychodelicznej atmosfery. Bardzo dobrze obrazują treść. Nie mogę napisać o nich niczego ciekawszego, jednak nie ma też na co narzekać. Inną sprawą jest jakość wydania, tu należą się same pochwały. Kultura Gniewu puściła to na fajnym, grubym papierze, z jeszcze lepszą, szorstką okładką. Wygląda to naprawdę bardzo dobrze.
Jeśli szukasz komiksu, przy którym będziesz na zmianę zszokowany i zniesmaczony, ale zrobionego z pomysłem, niekoniecznie łatwego w odbiorze, jednak wartego poświęconego mu czasu, Niczym aksamitna rękawica... jest czymś dla Ciebie. Natomiast jeśli masz słabe nerwy, nawet na to nie patrz. Powyższe akapity nawet w połowie nie oddają tego, jak chorą opowieść stworzył Clowes i jak wielką sieczkę robi ona w głowie czytelnika.
poniedziałek, 13 czerwca 2011
#156 - Szkicownik [Karol Kalinowski]
We wstępie do jednego z dwóch najnowszych publikacji chłopaków od Bicepsu KaeReL porównuje przeglądanie takich rzeczy jak Szkicownik do grzebania komuś w głowie i zaprasza czytelników do własnej. Dla mnie bomba, jeden z najciekawszych polskich autorów komiksów i jego znane prace w fazie projektów oraz rysunki zupełnie oderwane od czegokolwiek, co większość zainteresowanych jego twórczością miała okazję widzieć wcześniej. Wiadomo, że będzie to raczej coś, co nazywam sympatyczną pierdółką, niż monumentalne dzieło, ale jednocześnie kilkadziesiąt bardzo ciekawych stron. Szkicownik... pomysł jakby oczywisty, a jednak dopiero Mateusz Trąbiński, Łukasz Mazur i Jacek Jastrzębski wpadli na to, że można wypuścić podobną rzecz w naszym kraju.
Tak naprawdę nie ma się nad czym rozpisywać - pomiędzy okładkami przypominającymi szkolny zeszyt w kratkę każdy znajdzie to, czego mógł oczekiwać, pytanie tylko, czy warto po to sięgać. Pytanie trochę śmieszne, bo samo nazwisko autora stanowi wystarczające potwierdzenie (dobrze byłoby zobaczyć kolejne Szkicowniki z nazwiskami innych ciekawych polskich rysowników). Są tu rzeczy dobrze znane, takie jak Łauma, kaerelki, Yoel czy Rubino, są początki autora, są luźne szkice, niedokończone i niepublikowane prace (choćby Ostatnia Kronika), rysunki z komiksowych bitew i koncertowe plakaty, a na deser dokładna lista publikacji oraz dosyć obszerny wywiad z Karolem Kalinowskim, w którym wyjaśnia między innymi to, dlaczego Szkicownik nie mógł być grubszy niż te sześćdziesiąt stron. Niewielka objętość to chyba jego jedyna wada - przy niektórych tytułach aż chciałoby się zobaczyć więcej wprawek, "plam tuszu, syfu ołówka, gumowania, walki z kompozycją", tymczasem ledwo zacząłem i już koniec. Ale zabawa i tak jest przednia, warta swojej ceny i spędzonego na oglądaniu czasu. A wszystkim fanom rysownika zdradzi, czego mogą oczekiwać od niego w bliższej lub dalszej przyszłości. Ja też czekam.
wtorek, 31 maja 2011
#155 - Koło Komiksu Collegium Civitas - spotkanie "Superbohaterowie jako opium dla mas"
Koło Komiksu oraz Koło Socjologii Collegium Civitas serdecznie zapraszają studentów oraz fanów komiksów na konferencję zatytułowaną "Superbohaterowie jako opium dla mas". Celem konwersatorium będzie próba uchwycenia mitu komiksowego herosa z zupełnie innej perspektywy. Czy kiedykolwiek bowiem zastanawialiście się, po co tak naprawdę stworzono superbohaterów? Jaka jest ich rola społeczna oraz jaki mają wpływ na przeciętnych czytelników? Jeżeli do tej pory wydawało się Wam, że ich głównym celem jest bawienie i intrygowanie publiczności, to przyjdźcie i przekonajcie się jak jest w rzeczywistości. W trakcie spotkania wykorzystamy dorobek zarówno klasyków socjologii (Max Weber czy Karol Marks), jak również zapoznamy słuchaczy z teoriami mniej znanych specjalistów. Szczególną uwagę zwrócimy na polskiego badacza Stefana Czarnowskiego, ucznia samego Emila Durkheima, który analizował kult bohaterów oraz ich podłoże społeczne.
Wszystkich zainteresowanych zapraszamy na XII piętro Pałacu Kultury i Nauki w czwartek, 2 czerwca na godzinę 15:00 w Sali 1222.
czwartek, 26 maja 2011
#154 - Deus ex Machina #1
Recenzji nie będzie, ale parę akapitów na zachętę... czemu nie? Zapraszam tutaj.
czwartek, 19 maja 2011
#153 - Historia fabryki [Mei]
Z tekstu na blogu Kopiec Kreta wynika, że nakład Historii fabryki rozszedł się dużo szybciej od nakładu Księżniczki, w sieci można znaleźć trochę więcej recenzji niż ostatnio. Czyli o Mei jest nieco głośniej niż wcześniej, co i tak śmieszy, bo powinno być o niej głośno już od dawna. Przynajmniej moim zdaniem, można się z tym nie zgadzać. Autorka zrobiła już jednak tyle, wydała kilkanaście numerów Nansze, współpracowała z wieloma innymi zinami, konsekwentnie pracuje nad swoimi umiejętnościami (przy czym widać, że ciągle sprawia jej to radość), a przede wszystkim jest na tyle dobra w tym, co robi, że "sukces" w postaci sprzedania 20 egzemplarzy komiksu (to chyba i tak lepiej, niż w przypadku Księżniczki) może brzmieć jak jakiś żart. I nie twierdzę, że twórczość Mei ma predyspozycje do znalezienia się na półkach w każdym Empiku, bo nie ma, jej opowieści są jednak zbyt specyficzne i nieprzystępne, ale należy jej się trochę więcej.
Jak mało kto w tego typu historiach, autorka z powodzeniem przemyca do scenariuszy swoją osobowość. Czytelnik wcale nie ma do czynienia z komiksem autobiograficznym, a jednak znajdzie w nim więcej Mei niż mógłby się spodziewać. To główny atut Historii fabryki, kolejnym jest atmosfera panująca na stronach jej wydawnictwa. W to trzeba jednak uwierzyć mi na słowo i przeczytać całość samemu (o ile autorka zrobi jakiś dodruk), bo pisząc o samym pomyśle na scenariusz, chyba trudno byłoby przekonać kogokolwiek o jego zaletach - komiks opowiada o kilku dziwnych postaciach, między innymi o Eryku,
który bardzo lubi gotować, ale oprócz tego musi znaleźć jakąś pracę i zatrudnia się w tytułowej fabryce, gdzie mają miejsce bardzo dziwne i nieprzyjemne rzeczy. Inni bohaterowie to między innymi Alien (imię mówi samo za siebie) oraz krab Janusz. Przekonałem kogoś? Nie? Tak myślałem. A jednak naprawdę warto spróbować. Chwaliłem Księżniczkę, Historia fabryki jest jeszcze lepsza.
Kreskę Mei można uwielbiać lub jej nie znosić, ja należę do tej pierwszej grupy. Jej brzydkie, nieestetyczne rysunki podobają mi się już od dłuższego czasu. Tym razem autorka postawiła na mniejszą ilość szczegółów niż ostatnio, na stronach znajduje się też mniej kadrów, co wyszło jej komiksowi na dobre. Tak trzymać.
Historia fabryki jest lepiej narysowana niż Księżniczka, ma ciekawszy scenariusz, prawie dwa razy więcej stron i kolorową okładkę, a także prezent w postaci zestawu pocztówek dla zamawiających. I nakład w postaci 20 egzemplarzy, który już się wyczerpał, więc chyba nie polecam zakupu, za to namawiam do poproszenia Mei o jakiś dodruk. Jeśli zbierze się kilka osób, może będzie to miało sens. Komiks kosztuje 7zł, śmieszna cena za coś tak fajnego.
środa, 11 maja 2011
#152 - Rany wylotowe [Rutu Modan]
Na ostatniej stronie okładki jednej z najnowszych pozycji Kultury Gniewu Joe Sacco stwierdza, że Rany wylotowe umieszczają Rutu Modan "w czołówce publikujących dziś artystów komiksowych". No nie wiem. Do tego jeszcze między innymi nominacja do Nagrody im. Goscinny'ego na Międzynarodowym Festiwalu w Angoulême i Eisner za najlepszą powieść graficzną roku 2008. Wszystko to sprawia, że można się nastawić na nie wiadomo jakie arcydzieło, a Exit Wounds to po prostu dobra, naprawdę dobra opowieść. Warto ją przeczytać, warto mieć ją u siebie na półce, natomiast nie warto brać jej do ręki oczekując jakiegoś cudu, bo można się trochę rozczarować. Proponuję więc nie zwracać uwagi na przejaskrawione - oczywiście według mnie - pochwały, nie liczyć na coś więcej niż przyzwoitą rozrywkę i sprawdzić samemu, co napisała i narysowała Rutu Modan. Powinniście być zadowoleni.
Kobi Franco, główny bohater komiksu, nie ma za dobrych relacji z Gabrielem, swoim ojcem. Nie widzieli się już od dawna i nie mają ochoty się widzieć, ale Kobi cały czas łudzi się, że jeszcze dadzą radę się pogodzić, tyle że kiedyś. Za jakiś czas, jeśli akurat będzie okazja. Pewnego dnia dowiaduje się jednak, że niezidentyfikowaną ofiarą niedawnego samobójczego zamachu bombowego w Izraelu może być właśnie jego ojciec. Dowiaduje się tego dzięki Numi, młodej dziewczynie, jak się okazuje, dziewczynie Gabriela. Kobi postanawia wyruszyć na poszukiwania, choć tak naprawdę nie ma żadnej pewności, że tajemnicza śmiertelna ofiara to jego ojciec, który i tak od dłuższego czasu nie dawał znaku życia.
Rutu Modan potrafi obserwować i opowiadać. Rany wylotowe mówią o ważnych rzeczach w nienachalny sposób, a cała historia sprawia wrażenie idealnie przemyślanej i pozbawionej zbędnych szczegółów. Miałem takie odczucia również dzięki rysunkom, które na pewno są oryginalne, co doceniam, jednak nie mogę napisać, że szczególnie mnie zachwyciły. Scenariusz jest o wiele ciekawszy. Wzbudził moje zainteresowanie prawie od samego początku i nie rozczarował zakończeniem. Finał zrobił nawet coś więcej, pokazał, że najważniejsza była sama opowieść, niekoniecznie puenta. Moim zdaniem jest idealnym podsumowaniem całej historii. Spodziewałem się czegoś banalnego, ale na szczęście autorka pokazała klasę, a ostatnia strona to jeden z najlepszych momentów jej komiksu.
W moim przypadku Ranom wylotowym trochę zaszkodziły wszystkie niezasłużone pochwały - gdybym nie przeczytał ich przed lekturą, komiks Rutu Modan spodobałby mi się dużo bardziej. To jedna z wielu dobrych opowieści obrazkowych, z jakimi spotkałem się w ciągu kilku ostatnich miesięcy, nic wybitnego, jednak mimo wszystko na pewno wartego przeczytania. Pewnie dużo bardziej, niż wynikałoby to z mojej recenzji.


