W tym roku po raz pierwszy wybieram się na Międzynarodowy Festiwal Komiksu i Gier w Łodzi. Wreszcie. Chciałem jechać już dawno, tylko że jakoś nigdy nie umiałem się zebrać i ruszyć dupy. Teraz jest inaczej, wszystko postanowione i zaplanowane, są nawet jakieś noclegi, o ile nic nie nawali. Głównie cieszę się z tego, że będę miał okazję poznać kilka osób, które znam jedynie z Internetu. To trochę śmieszne i smutne, "znać" kogoś jedynie w taki sposób i utrzymywać takie znajomości, a jednocześnie, w tych czasach, poniekąd normalne i raczej powszechne. No trudno, kiedyś można było kontaktować się jedynie za pośrednictwem listów (i pewnie było wielu ludzi, którzy pisali do siebie i nigdy nie poznali się osobiście), dzisiaj to maile, Facebook i wzajemne komentarze pod jakimiś wpisami na blogach. Ale kiedy można to zmienić, lepiej to zmienić. Tak mi się przynajmniej wydaje.
Ponieważ nie zamieszczam w Internecie swoich zdjęć, większość moich wirtualnych znajomych, którzy lubią komiksy, nawet nie wie, jak wyglądam, więc będzie zabawnie. Do zobaczenia za mniej więcej tydzień, z tymi, na których uda mi się natknąć, a Ty, Ty i Ty, nie zdziwcie się, jak podejdzie do Was jakiś koleś i zacznie bełkotać coś pod nosem, że Michał, że wiesz, ten, co sobie pisze tu i tu.
sobota, 24 września 2011
#172 - Jadę na MFK
czwartek, 22 września 2011
#171 - Komiksofilia: Rok Trzeci
To już trzy lata. Trzy lata i 146 recenzji, nie wiem, czy to dużo, mało, dobrze, źle, czy może tak sobie. Jestem umiarkowanie zadowolony z tego, co tu piszę. Znowu mogę napić się w samotności, choć już w przyszłym tygodniu stracę festiwalowe dziewictwo i ruszam na MFK, więc pewnie będzie okazja, żeby poznać osobiście kilku z Was. O tym jeszcze wspomnę, a póki co idę poczytać jakiś komiks. Następny podobny wpis, mam nadzieję, za rok.
niedziela, 18 września 2011
#170 - Lincoln [Olivier Jouvray & Jérôme Jouvray]
Wczoraj, recenzując pierwszy tom Zabójcy, stwierdziłem, że bohater może być jednocześnie irytujący oraz interesujący. Taki właśnie jest Lincoln. To podły nihilista, sierota wychowana przez prostytutki z saloonu, człowiek pozbawiony wszelkich wartości moralnych. Nie lubi prawie niczego, chociaż dzień, w którym gra w karty, pijany uprawia seks, dostaje w mordę, a następnie zasypia koło kałuży własnych wymiotów, uznaje za najpiękniejszy w swoim życiu. Napada na pociągi, wszczyna bójki, podpala stodoły, załatwia się w miejscach publicznych i bije małe dzieci, wszystko bez najmniejszych wyrzutów sumienia. Mimo to Lincolna przedstawiono w taki sposób, że trudno go nie polubić. To naprawdę bardzo fajna postać, choć daleko mu do bohaterów, których pamięta się jeszcze długo po lekturze komiksu. Taki jest również sam komiks: dobry, ale dla mnie nic specjalnego.
Motorem napędowym przygód Lincolna jest jego relacja z Bogiem. Po tym, jak zostaje wypędzony z miasteczka, w którym dorastał, sierota spotyka swojego stwórcę. Bóg postanawia zrobić z niego dobrego człowieka, a nawet bohatera walczącego w słusznej sprawie. Na zachętę daje mu nieśmiertelność. Oczywiście Lincoln marudzi, jak zwykle jest niezadowolony, ale w końcu myśli sobie: czemu nie? Może będzie zabawnie.
Myślałem to samo jako czytelnik, ale według mnie możliwości płynące z pomysłu na fabułę nie zostały do końca wykorzystane. Scenariusz daje radę, lektura jest bardzo przyjemna, kreskówkowe rysunki oraz kolory są ogromnym plusem albumu, jednak przez cały czas czekałem na coś niesamowicie mocnego, na prawdziwe przegięcie ze strony Lincolna. Zwłaszcza, że już na początku poprzeczka jego podłości została ustawiona strasznie wysoko. Myślałem, że skoro już na starcie zaprezentowano go jako kawał gnoja, dopiero później pokaże, na co naprawdę go stać. Nie pokazuje. Nie ma też (poniekąd na szczęście) jego przemiany w całkowicie dobrego bohatera i obrońcę uciśnionych. Wtedy historia chyba całkowicie straciłaby swój urok. Lincoln jest ciekawy taki, jaki jest, z Bogiem co chwilę upominającym go, że znowu postąpił niewłaściwie.
Po cichu liczyłem na kolejną genialną pozycję od wydawnictwa Mroja Press, coś tak rewelacyjnego jak Profesor Bell. Nie tym razem. Pierwszy tom Lincolna polecam, z zastrzeżeniem, że moim zdaniem to jeszcze nie do końca to. Ze scenariusza dało się wykrzesać nieco więcej, entuzjazm pewnie mógłby być większy, cena okładkowa trochę straszy, ale poza tym to udana rzecz. Oby lepsza z każdym kolejnym tomem i oby Mroja dała możliwość ich przeczytania.
sobota, 17 września 2011
#169 - Zabójca: Niewypał [Matz & Luc Jacamon]
Pierwszy tom Zabójcy traktuję jako rozgrzewkę przed czymś naprawdę dobrym, co, mam nadzieję, przeczytam w kolejnym odcinku. Tak naprawdę oczekiwałem tego już po tym epizodzie, ale widocznie to jeszcze nie ten moment. Bo w albumie Niewypał nie dzieje się prawie nic, poza ciekawymi (choć nie zachwycającymi, przynajmniej mnie) ilustracjami nie ma tu właściwie niczego, za co mógłbym pochwalić ten komiks. A pozytywnych opinii na temat serii było tak wiele...
Jestem przekonany, że Zabójca usatysfakcjonuje wielu czytelników, którzy odnajdą w nim pasjonującą podróż do wnętrza umysłu płatnego mordercy, niepokojącego, czarnego charakteru. W porządku, kwestia gustu. Dla mnie, poza kilkoma ostatnimi stronami zapowiadającymi być może ciekawy (oby) ciąg dalszy, pierwszy odcinek to zajmujący około sześćdziesiąt stron bełkot głównego bohatera, czającego się na swoją ofiarę w pokoju hotelowym. Jak na złość, ofiara nie pojawia się na miejscu, więc wynajęty mężczyzna z bronią przygotowaną do oddania strzału ma sporo czasu na zaprezentowanie nam swojego światopoglądu. Zastanawialiście się kiedyś, czym wypełnia sobie długie godziny oczekiwania podczas realizacji zlecenia płatny zabójca?, czytamy na ostatniej stronie okładki. Ten wypełnia sobie długie godziny cynicznymi przemyśleniami, przede wszystkim na temat swojej pracy. I ja rozumiem, że ktoś może być jednocześnie irytujący oraz interesujący, ale postać, którą stworzył Matz jest w moich oczach jedynie irytująca. Wciska czytelnikowi swoje głodne kawałki (Gdyby się dobrze zastanowić, wszyscy jesteśmy zabójcami w ten czy inny sposób), usprawiedliwia się, wspomina zbrodnie nazistów, mówi o dzieciach z trzeciego świata, umierających przy pracy, aby "nasze mogły błyszczeć w szkole". Pokazuje, że na tle tego wszystkiego wcale nie jest aż taki zły. A dla mnie najzwyczajniej w świecie pierdoli, w dodatku w nieciekawy sposób.
Nie oczekiwałem sensacji ani całego albumu wypełnionego strzelaninami (jest ich trochę, tytułowy bohater nie tylko filozofuje, ale i wspomina poprzednie zlecenia), wiedziałem, co mnie czeka, jednak spodziewałem się o wiele bardziej interesującej narracji. Na pewno kupię kolejny tom, żeby sprawdzić, co będzie dalej. Nie chcę skreślać całej serii po pierwszym, takim sobie (mimo wszystko nie całkiem nieudanym) odcinku. Z drugiej strony, Niewypał to szybka lektura na mniej niż pół godziny, czyli niewiele czasu, a w ciągu tych dwudziestu paru minut zdążyłem się nieźle wynudzić i poirytować głupotą głównego bohatera. Niewiele poza tym. Więc nie polecam, chyba, że opisane przeze mnie cechy komiksu paradoksalnie zachęciły kogoś do sięgnięcia po Zabójcę. Mam nadzieję, że po następnej części zmienię zdanie.
niedziela, 4 września 2011
#168 - Animal Man [Grant Morrison, Chas Truog & Tom Grummett]
Osoba, która o komiksach nie wie zbyt wiele, za to jest przekonana, że wszystkie opowieści obrazkowe (a szczególnie te o ludziach w trykotach) są prymitywne i ograniczone, spojrzy na okładkę Animal Mana i podejrzewam, że stwierdzi jedynie: "Tak, miałem rację". Teraz pewnie należałoby zaprzeczyć, napisać, że wcale tak nie jest, ale może najpierw kilka faktów.
Buddy Baker, bardziej znany jako Animal Man, pojawił się po raz pierwszy w 180 numerze Strange Adventures, w 1965 roku. Potrafi przejmować cechy zwierząt, które znajdują się w okolicy, może na przykład latać jak ptak albo pływać jak ryba. Oczywiście to nie jedyne możliwości, jest ich o wiele więcej. Każda zdolność może zostać przywłaszczona jedynie na krótki okres czasu. Buddy może robić to wszystko, ponieważ znalazł się kiedyś w pobliżu wybuchającego statku kosmicznego. Walczy ze złem w obcisłym stroju z wielką literą A na klacie.
Nie brzmi to zbyt poważnie, prawda? Jako jedna z wielu tak niedorzecznych postaci, Animal Manowi nie udało się zyskać wielkiej popularności. Dopiero w 1988 roku, między innymi po tym, jak DC zobaczyło, co Alan Moore zrobił z serią Swamp Thing, a także w ramach tak zwanej "brytyjskiej inwazji", możliwość pisania scenariuszy z przygodami Buddy'ego Bakera otrzymał mający wówczas 28 lat Grant Morrison.
Jego panowanie trwało przez 26 odcinków i, co tu dużo mówić, zmieniło wiele. W TPB zatytułowanym po prostu Animal Man znalazły się zeszyty #1-9, będące dopiero wstępem, jeszcze w miarę normalnym, do bardzo nietypowego i bardzo zaskakującego finału.
Nie mam zamiaru bawić się w dawanie lekcji historii, zresztą nie czuję się kompetentny. Wolę napisać, jak seria sprawdza się dzisiaj, po 23 latach od premiery pierwszego numeru.
Buddy Baker, mieszkający z żoną i dwójką dzieci, postanawia zająć się karierą superbohatera, tym razem na poważnie. Nie ma ukrytej tożsamości ani predyspozycji, by traktowano go poważnie, jednak nie chce odpuszczać. Angażuje się w walkę o prawa zwierząt, odzwierciedlając tym samym poglądy samego scenarzysty, który na szczęście nie postawił na nudne i nachalne moralizowanie. Na początku Morrison miał zamiar napisać jedynie czteroczęściową miniserię o - między innymi - ludziach eksperymentujących na małpach. Po tym, jak poproszono go, by pisał dalej, pojechał po bandzie, co, jak zauważył we wstępie, wkrótce stało się jego znakiem firmowym. Jechanie bo bandzie zaczyna się w piątym zeszycie, konkretnie w opowieści The Coyote Gospel.
Jej głównym bohaterem jest kojot. A dokładnie ten kojot. W komiksie występuje jako postać ze świata kreskówek, mająca już dość nieustannych walk w swoim świecie. Postanawia sprzeciwić się Bogu, za co ten zsyła go do prawdziwego świata, z prawdziwymi ludźmi oraz prawdziwym bólem, skazując go na wieczne cierpienie. Kojot podróżuje, co chwilę doznając poważnych obrażeń i regenerując się, by opowiedzieć innym o swojej przeszłości oraz o zamiarze obalenia Boga.
Ten dziwny odcinek, najdziwniejszy ze wszystkich w tym tomie, to wstęp do tego, co rozkręciło się na dobre dopiero później. Morrison zaczyna zadawać pytania, co twórca ma prawo zrobić z wytworami swojej wyobraźni, zaś odpowiedzi spróbował udzielić w ostatnim zeszycie swojego runu, o którym napiszę przy innej okazji. Reszta to ciekawa i przyjemna, choć czasem niedorzeczna lektura, gdzie walki z różnej maści superłotrami mieszają się na przykład z odcinkiem w znacznej części poświęconym remontowi domu Buddy'ego. Te rzeczy mogą bawić, niemniej tworzą specyficzną i fajną atmosferę w komiksie, która zmieni się diametralnie w kolejnym tomie. Na mniej fajną. W Animal Manie już nie będzie tak wesoło.
Zawsze lubiłem okładki Briana Bollanda. Niektóre z obecnych w tym tomie są wręcz śmieszne (jak ta do pierwszego zeszytu), jednak większość robi dobre wrażenie. Jeśli chodzi o ilustracje do samych opowieści, moim zdaniem nie przetrwały próby czasu. Są do bólu zwykłe, bez czegokolwiek, co mogłoby je wyróżnić w 2011 roku. Historię warto poznać z innego powodu, dla scenariusza, zobaczenia, jak Morrison zmienił losy Animal Mana oraz przyczynił się do zmiany wizerunku komiksu superbohaterskiego. Kolejne Trade'y są dużo bardziej nowatorskie i pokręcone, ale trzeba zacząć właśnie od tego. Trzeba i warto.
piątek, 2 września 2011
#167 - Scalped: The Gravel In Your Guts [Jason Aaron, R.M. Guéra & Davide Furno]
Czwarty tom Scalped w dalszym ciągu pokazuje, że komiks Aarona może stawać w szranki z większością serii, jakie miałem okazję czytać. Może nie ma tu już takiego przeskoku jak ostatnio, The Gravel In Your Guts nie jest o niebo lepszy od Dead Mothers, tak jak TPB Death Mothers był o niebo lepszy od Casino Boogie, ale czy to wada? W żadnym wypadku. Ta część jest po prostu równie świetna.
Tym razem jest nieco krócej, mamy też mniej mojej ulubionej postaci z tego komiksu, czyli Bad Horse'a. Dash zostaje odsunięty na dalszy plan, ale nie bez powodu i w taki sposób, że czytelnik nie może się doczekać dalszego ciągu. Ja już wiem, co będzie dalej, ale jeszcze przed lekturą piątego tomu, High Lonesone, umierałem z ciekawości. To, co Jason Aaron potrafi zrobić z narracją, jest niesamowite od pierwszego zeszytu serii. Wszystko jest umiejętnie dawkowane, od bieżących wątków, po retrospekcje, dzięki którym poznajemy lepiej poszczególnych bohaterów. Kiedy w Scalped coś się dzieje (a dzieje się praktycznie bez przerwy), przewracam strony z zainteresowaniem, jakiego nie był w stanie dać mi chyba żaden film, nie jestem też w stanie przypomnieć sobie nawet kilku książek czy komiksów, które działałyby na mnie choćby w zbliżony sposób.
Jasne, czytałem wiele opowieści obrazkowych powszechnie uznawanych za wielkie arcydzieła, parę z nich recenzowałem na tym blogu i choć pod wieloma względami są lepsze i ważniejsze, jedynie cykl Aarona daje mi coś takiego, stanowi prawdziwe komiksowe mięcho. To jedna z najbardziej niesamowitych rzeczy, z jakimi miałem do czynienia, od której nie mogę oderwać oczu.
Czyli... Bad Horse nagle staje się mniej ważną postacią, zdradzę jedynie, że trochę zjada go to, co dzieje się w rezerwacie. Za to Red Crow ma na głowie kilka ważnych spraw. Musi zająć się duszą zmarłej matki Bad Horse'a, tyle że aby zrobić to jak należy, powinien być dobrym człowiekiem. Przez najbliższy rok. A tymczasem Mr. Brass i jego ludzie sprawiają mu coraz więcej kłopotów, z którymi będzie musiał poradzić sobie jak najszybciej.
W The Gravel In Your Guts rysują R.M. Guera i Davide Furno. Nadal podtrzymuję opinię, że wolałbym oglądać prace tylko tego pierwszego ilustratora, jednak... to nie aż tak istotne. I nadal podtrzymuję opinię, że to jedyna, w dodatku niewielka, wada tej serii. Reszta to mistrzostwo świata.
sobota, 27 sierpnia 2011
#166 - Historie okupacyjne, antologia część 1 [Zygmunt Similak]
Uwielbiam autobiograficzne książki oraz komiksy i to, jak pokazują, że nawet najbanalniejszą rzeczywistość da się opisać w genialny, przyciągający uwagę sposób. Z drugiej strony, jak zwykle wszystko zależy od umiejętności autora i czasem nawet najciekawsze przeżycia twórcy stają się nudne w oczach czytelnika, jeśli nie znajdzie w nich "tego czegoś". W Historiach okupacyjnych, wydanej w 2009 roku i wciąż jednej z niewielu opowieści autobiograficznych zaprezentowanych w polskim komiksie, Zygmunt Similak podjął próbę przedstawienia swoich dziecięcych przeżyć z czasów II Wojny Światowej. [więcej na stronie Alei Komiksu]
piątek, 26 sierpnia 2011
#165 - The Nobody [Jeff Lemire]
Cytaty na ostatniej stronie okładki jak zwykle obiecują czytelnikowi obcowanie z niemal przełomowym arcydziełem, ale - również jak zwykle - nie odzwierciedlają rzeczywistości. Co nie zmienia faktu, że Jeff Lemire po raz kolejny napisał i narysował bardzo fajny komiks. I choć daleko mu do wybitnej pozycji, stanowi przyjemną lekturę, po której właściwie nie ma na co narzekać, jeśli tylko nie oczekiwało się nie wiadomo czego.
Fabuła The Nobody jest prosta jak budowa cepa: miejscowość Large Mouth (populacja: 754 osoby) odwiedza dziwny człowiek, cały pokryty bandażami, noszący okulary przeciwsłoneczne i prawie nie wychodzący z pokoju hotelowego, w którym się zatrzymał. Jest oczywiste, że wzbudza ciekawość i jest oczywiste, że w tak niewielkiej społeczności odmieniec może wzbudzić także agresję, zwłaszcza, jeśli komuś z mieszkańców miasteczka stanie się coś złego. Wiadomo, na kogo padną podejrzenia... resztę pewnie znacie. Z innych, podobnych opowieści. Czyli mamy oklepany temat, a w takich sytuacjach wszystko zależy od umiejętności scenarzysty.
Lemire daje radę. Utrzymuje zainteresowanie czytelnika sprawnym operowaniem kilkoma prostymi patentami, z najprostszym na czele, czyli zagadką. Kim jest John Griffen, człowiek w bandażach? Szkoda tylko, że teksty umieszczone z tyłu komiksu odpowiadają na to pytanie jeszcze przed lekturą, także polecam przeczytanie ich dopiero na końcu.
Będzie znacznie ciekawiej. Poza tym The Nobody to kolejny komiks, w którym autor pokazuje, w jakiego rodzaju historiach czuje się najlepiej: prowincja, spokój, sielanka (czasem tylko pozorna). Widać, że pisanie takich rzeczy sprawia mu przyjemność. I przy okazji wychodzą z tego dobre scenariusze.
Znowu trochę ponarzekam na rysunki. Nie chodzi o to, że Lemire coś spieprzył, nie, jak zwykle stoi na wysokości zadania. Tyle że niektóre postacie z The Nobody strasznie przypominają te z Opowieści z Hrabstwa Essex albo z cyklu Sweet Tooth, zupełnie jakby autor miał w głowie tylko kilku bohaterów, po czym przerzucał ich w inne miejsca i nadawał im inne imiona. Jednocześnie za każdym razem pokazuje swoją niepowtarzalną kreskę. Tak jakby te ograniczenia wynikały, paradoksalnie, z wyjątkowości jego stylu. Ilustrator inny niż wszyscy, jednak zawsze irytująco taki sam. Ale poza tym jest świetnie, rysunki na pewno są główną atrakcją tego komiksu, o wiele ciekawszą niż sama historia.
Byłoby świetnie, gdyby nie przesadne pochwały, sprawiające, że oczekiwałem czegoś dużo lepszego. I gdybym od początku nie wiedział, kto kryje się pod bandażami. A tak jest po prostu bardzo dobrze. Szybka lektura na jeden wieczór, nie zostanie w pamięci na zawsze, ale na pewno dostarczy kilku pozytywnych wrażeń.
niedziela, 14 sierpnia 2011
#164 - Karton #6
Najnowszy (ale już wcale nie taki nowy) numer Kartonu po raz kolejny potwierdza to, co udowadniał już wcześniej, właściwie każdą kolejną odsłoną - że nadal warto rzucać redakcji te śmieszne 5zł raz na kilka miesięcy.
Nie ma tu zbyt wielu nowości, w szóstym Kartonie postawiono raczej na znane serie. Minusem jest rzecz, o której wspominałem już wcześniej, czyli to, że po dłuższej przerwie zapomina się o tym, co miało miejsce w poprzednich odcinkach poszczególnych cykli, przez co trzeba ponownie wertować poprzednie numery. Nie żeby była to szczególnie uciążliwa wada. Jeśli chodzi o komiksową zawartość magazynu, każda krótka historia nadal utrzymuje swój stały, w większości dobry poziom. Tym razem najbardziej spodobały mi się Odpowiedzi na palące pytania Macieja Łazowskiego oraz, jak zwykle, Rubino. Gościem numeru został brazylijski twórca Waldemar Lene Chaves.
Trzeba przyznać, że redakcji znowu się udało, choć szósty numer magazynu nie jest szczególnie zaskakujący i chyba jednak trochę gorszy niż kilka poprzednich. Może zabrakło w nim jakiejś mocnej nowości, ale i tak chętnie kupię kolejny. Mam nadzieję, że będzie dostępny już na październikowym MFKiG.
niedziela, 7 sierpnia 2011
#163 - Scalped: Dead Mothers [Jason Aaron, R.M. Guéra, John Paul Leon & Davide Furno]
Nie było mnie w rezerwacie Prairie Rose od mniej więcej czterech miesięcy. Tęskniłem. I miałem za czym tęsknić. Wyobraźcie sobie, że po dwóch Trade'ach jakiejś serii, drugim jeszcze lepszym od rewelacyjnego pierwszego, nastawiacie się na coś, co będzie równie świetne, a tu niespodzianka, bo Dead Mothers, trzeci tom Scalped, zjada drugi tak samo jak drugi zjadał pierwszy. Niewiarygodne, ale prawdziwe. I jeszcze to zajebiste uczucie towarzyszące lekturze: "Nie wierzę, przecież to nie może być aż tak dobre". A jednak jest.
Nie wiem, co napiszę po przeczytaniu The Gravel In Your Guts, czwartego tomu serii. Jeśli tendencja zwyżkowa zostanie zachowana, chyba nie wyrobię się z wymyślaniem kolejnych pochwał, ale na razie notujcie: gdyby ktoś wydał Scalped w Polsce, byłaby to najlepsza seria na naszym rynku. Ewentualnie jedna z najlepszych. Nie wyobrażam jej sobie poza podium. Mogę napisać dużo dobrego na temat Fables, Żywych trupów, Hellblazera, od niedawna wychodzi u nas świetny cykl Pluto, wiem, że mamy legendarne Fistaszki oraz całkiem sporo innych, dobrych tytułów, ale to coś, co zjada mnie od środka w czasie przewracania kolejnych kartek i za nic nie pozwala na oderwanie się od opowieści, nawet kosztem snu czy obowiązków, ma jedynie Scalped. Kupcie mi psa i wszystkie pozostałe tomy (no dobrze, wszystkie pozostałe tomy serii zamówiłem parę dni temu), a pogrążony w lekturze zapomnę o psie i pozwolę mu zdechnąć z głodu. I to nie dlatego, że nie znoszę psów.
Jedna, jedyna wada Dead Mothers to fakt, że R.M. Guéra nie rysuje wszystkich siedmiu zeszytów (#12-18), które weszły do tego tomu. Niestety, John Paul Leon i Davide Furno są odczuwalnie, irytująco gorsi. Główny ilustrator oczywiście kopie dupę tak samo jak przedtem. Dobrze, że zajął się aż pięcioma epizodami tytułowej historii.
Jak wskazuje sam tytuł, motywem przewodnim opowieści są martwe matki, a konkretnie dwie martwe matki: głównego bohatera, Dashiella Bad Horse'a oraz paru mniej znaczących dzieciaków, których los leży jednak na sercu naszemu złemu policjantowi. Fajnie, że Aaron wreszcie pokazuje bardziej ludzką stronę tej postaci, bo jak dotąd wydawało się, że Bad Horse w ogóle jej nie ma. Taki zabieg uczynił ją jeszcze bardziej wiarygodną. A jeśli chodzi o poziom scenariusza, mamy to, co zwykle, ale jeszcze lepiej. Wspominałem o tym wcześniej. Bad Horse próbuje odnaleźć mordercę matki dzieciaków (jego własna średnio go interesuje), a kiedy dowiaduje się, kto nim jest, wszystko robi się jeszcze bardziej pokręcone. Niemal wszystko kręci się wokół tego wątku i w przeciwieństwie do Casino Boogie, w Dead Mothers akcja idzie wyraźnie do przodu, tak, że nie mam pojęcia, jak dam radę czekać na kolejny tom. Nie da się. Chcę go tu i teraz, razem z całą resztą tej genialnej serii. Jeśli tylko znacie angielski, nie zastanawiajcie się, kupcie Indian Country, a przypuszczam, że zrozumiecie mój entuzjazm.