niedziela, 25 listopada 2012

#272 - Scalped: Trail's End [Jason Aaron & R.M. Guéra]

Jeśli chodzi o komiksy, ostatnie dwa lata były chyba najlepszymi w moim życiu, głównie dzięki wielokrotnie wychwalanej przeze mnie serii Scalped. Serii, która była i wciąż jest niczym objawienie, pokazujące niemal każdym epizodem, jak niemożliwe staje się możliwe. Wreszcie przeczytałem Trail's End, ostatni tom, więc teraz przyjdzie mi chwalić Scalped po raz ostatni. Z jednej strony czuję ulgę, bo ileż razy można pisać to samo, a z drugiej, wiecie, jak to jest, cykl Aarona i Guéry wiele razy dosłownie wypruwał mi flaki, odbierając możliwość porównania ich komiksu do czegokolwiek innego, tyle razy niecierpliwie czekałem na każdą kolejną część, później czytając tę serię ze szczęką leżącą gdzieś na podłodze i to były dobre uczucia. Niecierpliwość, oczekiwanie, brak wiary w to, że Scalped ciągle trzyma tak samo wysoki poziom. Czasem paradoksalnie dobre, bo w tych sześćdziesięciu zeszytach autorzy zawarli taką ilość nieprzyjemnych i dołujących wątków, że lektura bywała wręcz masochistycznym doświadczeniem. A teraz to już koniec, piękny finał godny tak niesamowitego tytułu, ale wiem, że po przeczytaniu całości czegoś zabraknie na zawsze. Chyba, że pisząc kolejne scenariusze Aaron przebije samego siebie, czego z całego serca mu życzę.

Trail's End przenosi nas w czasie o kilka miesięcy po finale Knuckle Up, czyli (jak zwykle ostrzegam tych, którzy jeszcze nie czytali wcześniejszych części, w tym wypadku dziewiątego tomu, że kolejne zdania w tym akapicie mogą zepsuć im kilka niespodzianek, więc radzę go pominąć i przejść do następnego): Red Crow siedzi w więzieniu i czeka na wyrok, całkowicie świadomy, że niemal na pewno spędzi tam resztę swojego życia, zaś rezerwat Prairie Rose powoli odbija się od dna. Dash opuszcza FBI i po nieskutecznych poszukiwaniach mordercy swojej matki staje się grzecznym, chodzącym do kościoła chłopcem. Sielanka. Czyżby? Okazuje się jednak, że nie bardzo. Ostatnie strony Knuckle Up (oraz pierwsze strony dziesiątego tomu) sugerują, że wszystko jest już jasne, a Trail's End będzie tylko spokojnym pozamykaniem niektórych wątków, ale tak naprawdę nic się jeszcze nie skończyło. Zapomnijcie o hamulcach na finiszu i sentymentalnym pożegnaniu ciągnącym się przez pięć zeszytów. Przyszłość Dasha nadal nie jest pewna, adwokat Red Crowa chce wygrać proces poprzez wyjawienie kilku czarnych wydarzeń z jego awanturniczego życia, tym samym pozbawiając byłego agenta FBI wiarygodności. Uzależnienie od heroiny, zamordowanie Diesela... trochę się tego uzbierało. Poza tym osoba, która zamordowała jego matkę, wciąż jest wolna i nie ma zamiaru poprzestać na jednym zabójstwie.

Dzieje się. Działo się właściwie przez całą serię, a niemal każdy z pomysłów scenarzysty wbijał mnie w fotel. Moim ulubionym tomem pozostał trzeci, Dead Mothers, ale cała seria jest zaskakująco równa, zaś Aaron pisze w taki sposób, że wydarzenia, które w innych komiksach byłyby tylko następną tragedią, śmiercią kolejnej postaci przyjmowaną przez czytelników najwyżej ziewnięciem, tutaj trzymają w napięciu i poruszają. Pewnie już o tym pisałem (pewnie więcej niż raz), ale wygląda to tak, jakby scenarzysta wiedział dokładnie, co zrobić i w jakiej chwili, umiał nacisnąć tak, żeby zabolało, żeby wzruszyć, przestraszyć czy rozbawić (choć akurat zabawnych elementów nie było w tej serii zbyt wiele, a jeśli już, to miały czarny kolor), a następnie wyważył całość tak, żeby każdy element idealnie ze sobą współgrał. I, chociaż chwalenie Scalped w dziewięciu poprzednich recenzjach oraz w tej, ostatniej, polegało głównie na powtarzaniu tych samych superlatyw, tak naprawdę mógłbym i chciałbym chwalić ten komiks bez końca. I będę polecał go każdemu, kto spyta, co dobrego czytałem, nieważne, czy będzie to teraz, tuż po finale całej historii, czy za kilka lat. Nie sądzę, żeby Scalped i niesamowite wrażenie, jakie pozostawiła opowieść Aarona i Guéry, kiedykolwiek się zestarzały.

Dziewięć najczęściej powalających tomów pozwoliło przypuszczać, że zakończenie będzie nie wiadomo jak niesamowite i genialne, więc czy finał na pewno spełnia oczekiwania? Moje w stu procentach, ale raczej nie należę do ludzi płaczących, że "to nie tak miało być", "chciałem, żeby wszystko skończyło się inaczej", "ten, który zginął, miał przeżyć, a tamtego, który przeżył, miała przecież spotkać zasłużona kara" i tak dalej. Nigdy nie narzekałem na zakończenie, na przykład, Kaznodziei, choć w tej kwestii słyszałem wiele głosów rozczarowania. Mógłbym napisać, że pojawiające się w tych wszystkich komiksach osoby to przecież wyłącznie bohaterowie z papieru i jakie ma znaczenie, co się z nimi stanie, ale akurat postacie ze Scalped są tak dalekie od papierowych i pozbawionych głębi, jak to tylko możliwe. Chodzi mi bardziej o to, że pomimo wyobrażeń, jakie oczywiście miałem na temat ostatnich stron serii, los Dasha i reszty leżał w rękach Aarona. Zrobił z nimi, co chciał, czasami wbrew mojej wizji, ale jak zwykle stanął na wysokości zadania. I jeśli jego bohaterowie są ludzcy, tak jak w przypadku prawdziwych ludzi nie zawsze spotyka ich to, czego się spodziewamy lub czego byśmy sobie życzyli. Ale nie chcę, żeby ten ostatni akapit brzmiał jak ukryte rozczarowanie, bo wcale tak nie jest. Po raz, niestety, ostatni, tym razem już naprawdę: Scalped jest komiksem genialnym i ocierającym się o doskonałość. Wbijałem Wam to do głowy w tych dziesięciu recenzjach nie bez przyczyny. Jeśli jeszcze nie czytaliście tego komiksu, zróbcie to. Zróbcie to jak najszybciej. Nie przychodzi mi do głowy ani jeden powód odkładania tego na później.

środa, 21 listopada 2012

#271 - Ziniol - The Very Best OFF: Greatest Hits vol. 2 Rarities and B-Sides

Czytając drugą część antologii The Very Best OFF zacząłem się w pewnej chwili zastanawiać, czy to kwestia zamieszczonych w niej komiksów, czy to ja zmieniłem się w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy do tego stopnia, że odgrzewane fragmenty Ziniola bawią mnie dużo mniej niż ostatnio. Potem dotarłem do strony 115, na której Dominik Szcześniak, redaktor naczelny, wyjaśnia: "Faktycznie, z najlepszego materiału wyprztykaliśmy się w vol. 1. Rarytasy i kawałki ze stron B gromadzą jednak rzeczy być może stokroć ważniejsze, bo pokazujące duszę zina". Zresztą, dopisek "Rarities and B-sides" mówi sam za siebie. Więc tak, w czasie lektury rzeczywiście zadałem sobie pytanie, znowu cytując Szcześniaka, "The best of? Naprawdę?", ale z drugiej strony musiałem nastawić się na to, że najlepsze w sensie czysto komiksowym rzeczy zostały opublikowane w części pierwszej, a druga to bardziej ciekawostki, materiał może nie tak dobry, ale wartościowy w inny sposób, zwłaszcza dla fanów. Jak strony B muzycznych singli na winylach lub taśmach. Bo antologia znowu została wydana w formie przypominającej kasetę magnetofonową. [więcej na stronie Gildii Komiksu]


piątek, 16 listopada 2012

#270 - Kamień przeznaczenia, tom 4 [Tomasz Kleszcz]

Tomasz Kleszcz pisze we wstępie do czwartego tomu "Kamienia Przeznaczenia": "Niestety, mam dla was złą informację, mianowicie to jeszcze nie jest... koniec". Trochę przesadza z autoironią, wydaje mi się, że jednak brakuje w niej niezbędnego dystansu i momentami jest niepotrzebnie podszyta lekką, niemal niewidoczną frustracją. A przecież autor ma wiele powodów do zadowolenia z siebie, patrząc na postępy, jakie zrobił od początku publikacji swojej serii. Do jej oddanych fanów nie należę, ale muszę uczciwie przyznać, że im dalej, tym bardziej zmiejsza się ilość rzeczy, do których mogę się przyczepić. Jeśli zaś Kleszczowi pomimo wspomnianego rozwoju "dostaje się" w recenzjach trochę mocniej niż na starcie, to chyba dobrze, bo znaczy to, że, o ile w ogóle można stwierdzić, że taka sytuacja miała miejsce, przestaje być traktowany jak nieopierzony debiutant, wokół którego lepiej chodzić na palcach i spoglądać przez palce na rzeczy, które mu nie wychodzą, a zamiast tego staje się pełnoprawnym uczestnikiem sceny komiksowej. Kimś, kogo należy oceniać na takich samych prawach, jak resztę autorów i dla kogo nie ma miejsca na taryfę ulgową. Poza tym, skoro autor potrafi rozwijać się w dość szybkim tempie, większe niż dotychczas wymagania wydają się jak najbardziej uzasadnione. Kleszcz pokazał, że w jego wypadku sprostanie rosnącym oczekiwaniom nie jest niemożliwe. [więcej na stronie Gildii Komiksu]

niedziela, 4 listopada 2012

#269 - Bartek Bułat

Przesyłam link do strony o dziecku mojej znajomej: http://www.bartekbulat.pl/ - zachęcam do zajrzenia i poczytania, w miarę możliwości udzielenia pomocy, na przykład przekazując Bartkowi 1% podatku dochodowego. Poniżej kilka zdań ze strony głównej:

Nasz synek Bartuś, urodził się 3 stycznia 2012 roku w Krakowie bez kości piszczelowych w obu nóżkach (tibial hemimelia). Leczenie jakie nam zaproponowali polscy lekarze to amputacja obu nóżek i protezowanie ich do końca życia...

Pojawiła się jednak nadzieja na uratowanie nóżek, co więcej całkowitego ich wyleczenia! Bartuś będzie mógł chodzić, biegać i normalnie funkcjonować - a nie będzie musiał być kaleką do końca życia!

Taką nadzieję i przekonanie Nas o swoich osiągnięciach dał nam dr Dror Paley z USA, światowej sławy chirurg-ortopeda, który podejmie się zoperowania nóżek Bartusia. Doktor wraz z Centrum Medycznym St. Mary's w Miami wycenili szereg operacji i zabiegów na koszt 206 000 dolarów (ok. 720 000 zł!).

Tak ogromnej sumy nie jesteśmy w stanie dać naszemu największemu Skarbowi, ale licząc na ludzką dobroć i hojność wierzymy, że uda nam się zebrać wystarczającą kwotę na wyleczenie nóżek naszego Bartusia!

Zapraszamy więc na naszą stronę i prosimy – PRZYŁĄCZ się do akcji i pomóż Bartusiowi stanąć na własnych nóżkach!

Jeśli Wasze dziecko urodziło się z hemimelią - skontaktujcie się z Nami!

Asia i Przemek Bułatowie

sobota, 3 listopada 2012

#268 - Comic Book Confidential

Film „Comic Book Confidential” miał premierę w 1988 roku. Ponad dwie dekady później, dzięki staraniom wydawnictwa Centrala, także polscy widzowie wreszcie mogą się z nim zapoznać. Dzieło Rona Manna, zajmującego się głównie kanadyjską i amerykańską kulturą popularną, to zaprezentowany ze sporym poślizgiem, ale za to dający możliwość spojrzenia na ówczesny komiks z dystansu dokument, który powinien znać każdy czytelnik obrazkowych opowieści. [więcej w najnowszym numerze ArtPapieru]

środa, 31 października 2012

#267 - Zamach na prezydenta [Sławomir Lewandowski]

Po lekturze Zamachu na prezydenta wcale nie wiem o Sławku Lewandowskim więcej, niż przed nią. Jedyną zawartą w komiksie informacją na jego temat jest imię i nazwisko autora. Nie ma żadnej notki biograficznej, spisu poprzednich opowieści, które wyszły spod jego ręki, na moim egzemplarzu nawet nie napisano, że wydawcą Zamachu... jest Ważka. Trudno, może następnym razem. Póki co pozostaje wspomóc się własną wyobraźnią, a ja w dalszym ciągu wyobrażam sobie Lewandowskiego jako faceta opowiadającego dowcipy, czasami bardzo długie, ale charakteryzujące się tym, że zebrani wokół słuchacze co chwilę wybuchają głośnym śmiechem. I nie przeszkadza im, że puenta jest jeszcze daleko przed nimi. [więcej na stronie Gildii Komiksu]

poniedziałek, 29 października 2012

#266 - Ciemna strona księżyca [Olga Wróbel]

Olga Wróbel to autorka komiksów, której poczynania śledzę już od dłuższego czasu. Może nie z wyjątkową uwagą, ale jednak regularnie podpatruję, jak stopniowo rozbudowuje swój warsztat i stara się pokonywać związane z tym przeszkody. W dodatku Olga zajmuje się historiami autobiograficznymi, czyli gatunkiem, jakim jestem zainteresowany najbardziej. I do tej pory wychodziło jej to dobrze, przynajmniej w tych krótkich komiksach, z którymi miałem okazję się zetknąć. Teraz nadszedł czas na jej albumowy debiut, wydaną przez Centralę "Ciemną stronę księżyca", czyli, jak pisze sama Olga Wróbel, "pamiętnik ciążowy, którego obiecałam sobie nie rysować". Z wyżej wymienionych powodów trzymałem za ten komiks kciuki, po cichu mu kibicując i mając nadzieję na udaną lekturę. [więcej na stronie Alei Komiksu]

niedziela, 28 października 2012

#265 - Profanum #1

Lubię magazyny komiksowe i w miarę możliwości staram się je kupować, a później recenzować, co w Polsce wcale nie jest jakimś wielkim wyzwaniem, głównie z powodu znikomej ilości takich pism na naszym rynku. Jakoś nie było mi po drodze z Kolektywem (przepraszam), właściwie sam nie wiem, dlaczego. Pewnie z prozaicznej przyczyny: po wrzuceniu do koszyka innych, ważniejszych dla mnie rzeczy, ostatecznie zawsze brakowało funduszy na jeszcze jedną pozycję. Wspominam o Kolektywie, bo część redakcji tamtego magazynu, czyli Jan Mazur i Robert Sienicki, to jednocześnie redakcja Profanum, nowości, z którą po drodze będzie mi już na pewno. I oby jak najdłużej.

Czytając historie w takich pismach, zawsze narzekałem na jedno. Pewnie wspominałem o tym przy okazji kilku recenzji. Krótkie komiksy prawie nigdy nie zostają w mojej pamięci na dłużej. Nawet jeśli są dobre. Tak już po prostu mam. Gdybym wziął do ręki którykolwiek numer, powiedzmy, Ziniola, choćby najnowszy, czytany przeze mnie całkiem niedawno, na część zamieszczonych tam opowieści obrazkowych pewnie patrzyłbym tak, jakbym widział je pierwszy raz w życiu. A redakcja Profanum postawiła na dłuższe historie, zajmujące minimum dziesięć stron. Dla mnie strzał w dziesiątkę. Dobre założenie na początek, a jak wygląda realizacja i dlaczego chciałbym (co zdradziłem już w poprzednim akapicie), żeby ten magazyn przetrwał tak długo, jak to możliwe?

W pierwszym numerze Profanum czytelnik znajdzie osiem historii, z których większość to rzeczy na naprawdę wysokim poziomie. Moim faworytem jest detektywistyczna historia Buc Kartofel: Warzywa i Owoce Tomasza Grządzieli, pomimo tytułu mogącego sugerować głupkowaty komiks niezbyt wysokich lotów, zaskakująco świetna rzecz. Owszem, chwilami rzeczywiście głupkowata, ale spójna i konsekwentna, jeśli chodzi o wizję świata zamieszkanego przez warzywa i owoce, autentycznie zabawna, oryginalna i świetnie zilustrowana. Dziwny świat stworzony przez autora urzeka i mam nadzieję, że w kolejnych numerach będę mógł przeczytać nowe przygody Buca Kartofla.

Inne świetne komiksy z Profanum to Bibliopolis Grzegorza Janusza i Tomasza Niewiadomskiego (rzecz świetna począwszy od strony tytułowej aż do finału, opowiadająca o pewnym spotkaniu postaci literackich), Rewolucje Mateusza Skutnika, Perpetuum Mobile Daniela Gizickiego i Mikołaja Ratki (świetny pomysł na zakończenie) oraz utrzymany w konwencji horroru Inżynier T. Tomasza Kontnego i Damiana Dideńko. Nietrudno policzyć, że historie, które przypadły mi do gustu, zajmują większą część Profanum. Kły Roberta Sienickiego i Krystiana Garstkowiaka to niezły komiks, ale jeśli chodzi o scenariusz, zajmujący dużo dalsze miejsce niż te wymienione wcześniej (chyba, że to wyłącznie wina mojej trwającej od dłuższego czasu niechęci do książek fantasy, zwłaszcza heroic fantasy, być może powoli przenoszącej się na komiksy). Opowieść Po sezonie Jana Mazura i Katarzyny Imany po prostu nie trafiła w mój gust, zwłaszcza ilustracje, bo sam pomysł jest ciekawy, chociaż jego realizacja też nie przekonała mnie do końca. Podpici Małgorzaty Szymańskiej to według mnie najsłabsza rzecz w Profanum, przede wszystkim za sprawą scenariusza wypełnionego irytującymi do granic bohaterami, których najchętniej uśmierciłbym już na drugiej stronie. Za to trzeba przyznać, że rysować autorka na pewno potrafi, zachęcając kreską do śledzenia jej twórczości (o ile ktoś nie przekreśla z góry tego typu konwencji), więc jej komiks nie spodobał mi się tylko w połowie, zdecydowanie nadrabiając ilustracjami.

Profanum to rzecz warta uwagi, mogąca pochwalić się bardzo udanym debiutem. W dodatku za śmieszne pieniądze. Oby dalej było jeszcze lepiej i oby nowe dziecko Dolnej Półki nie umarło młodo.

wtorek, 23 października 2012

#264 - Żywe Trupy: Większy świat [Robert Kirkman & Charlie Adlard]

Chyba nie ma wątpliwości, że Kirkman to świetny scenarzysta. Nie mam też wątpliwości, że prędzej czy później Żywe trupy zupełnie mnie znudzą, przestaną zaskakiwać i nadejdzie pora na zrezygnowanie z czytania kolejnych części, żeby tylko uniknąć jak największej liczby rozczarowań. Sięgając po każdy następny tom zastanawiam się, czy to już. Większy świat przekonuje mnie, że jeszcze nie.

Szwendające się poza miejscem zamieszkania bohaterów komiksu zwłoki ponownie schodzą na dalszy plan, przegrywając z relacjami międzyludzkimi. Większy świat pokazuje nowy pomysł Kirkmana, opóźniający czające się na horyzoncie zataczanie kręgów przez jego serię. Nie chcę zdradzać, o co chodzi, ale jest dobrze. Może pozwoli to uniknąć powrotu do wcześniejszych wydarzeń, czyli schematu "grupa jest w drodze-odnajduje nowe, bezpieczne miejsce, gdzie może się osiedlić-nowe miejsce okazuje się tylko pozornie bezpieczne-dochodzi do kolejnej tragedii-grupa musi uciekać-grupa jest w drodze" i wszystko zaczyna się od nowa. Pomimo siłą rzeczy ograniczonych możliwości Żywych trupów (na przykład w Invincible tego samego autora może zdarzyć się wszystko, tutaj nie bardzo), scenariusz nadal potrafi zaskoczyć i zadowolić czytelnika świeżym pomysłem, aczkolwiek ciągle uważam, że nie da się ciągnąć tej serii bez końca na dobrym poziomie i wypadałoby powoli zastanawiać się nad finałem. Dopóki odbiorców może jeszcze cokolwiek poruszyć, co po kilku wcześniejszych wątkach i tak nie jest łatwym zadaniem.

wtorek, 16 października 2012

#263 - The League of Extraordinary Gentlemen Volume 3: Century: 2009 [Alan Moore & Kevin O'Neill]

No i doczekaliśmy finału. Mam wrażenie, że po lekturze roku 2009 czytelnicy rozczarowani poprzednimi częściami Stulecia i tak nie zmienią swojej opinii, że Liga Niezwykłych Dżentelmenów skończyła się na drugim tomie. Bo to właściwie te same wątki, ten sam sposób opowiadania, co w latach 1910 i 1969, nowi (albo uwspółcześnieni) bohaterowie i bliższe naszym czasom nawiązania do cudzej twórczości. Ja też tęsknię za młodym kapitanem Nemo, Niewidzialnym Człowiekiem i doktorem Jekyllem (oraz jego mroczną stroną), ale mimo to cały czas broniłem Century. A jak wygląda to po lekturze ostatniego zeszytu?

Wcześniej wspominałem o tym, że w nowym stuleciu Liga jest rozbita i nie radzi sobie za dobrze z przeciwnościami. W porównaniu z rokiem 2009 radziła sobie rewelacyjnie. Teraz właściwie już jej nie ma. Został sam długowieczny i zmieniający płeć Orlando, po zniknięciu Miny Murray i odejściu od Allana Quatermaina niezbyt zajęty ich wcześniejszą misją, czyli odnalezieniem i powstrzymaniem Antychrysta przed zniszczeniem świata. Na samym początku finałowej części Stulecia wraca z kolejnej wojny, odznaczony za bycie jedynym żołnierzem, który wyszedł cało z masakry na polu bitwy (armia nie wie, że spowodował ją sam Orlando). Po powrocie do dawnej kwatery głównej swojej grupy zostaje niespodziewanie odwiedzony przez Prospero, polecającego mu jak najszybciej reaktywować Ligę i odnaleźć Antychrysta, którego narodziny nie zostały udaremnione w roku 1969. Orlando jeszcze raz podejmuje się porzuconego wcześniej zadania.

Tutaj mała dygresja: może się powtarzam, ale naprawdę nie wiem, jak polski czytelnik ma rozumieć pewne wydarzenia lub nagłe pojawianie się niektórych postaci bez wcześniejszego przeczytania Black Dossier. Szkoda, że nie istnieje rodzima wersja tej części, bo brak znajomości zawartych tam wątków momentami naprawdę utrudnia śledzenie fabuły i na pewno w dużym stopniu przyczynia się do negatywnych opinii na temat Stulecia.

Jak wygląda finał? Pomimo całej mojej wcześniejszej obrony wchodzących w skład Century odcinków, muszę przyznać, że czytając o kończącym drugi tom starciu The League... z Marsjanami Wellsa byłem o wiele bardziej zaangażowany w lekturę i dużo bardziej interesowało mnie, co wydarzy się za chwilę. Pomijam fakt, że w Stuleciu dostrzegam znacznie mniej nawiązań i aluzji niż wcześniej, a rozumiem znacznie mniej, bo to nie wada komiksu, tylko mojego braku rozeznania w temacie. Gdybym nie zajrzał do Internetu, nawet nie wiedziałbym, kim jest pokazany w Lidze Antychryst. Nigdy nie czytałem tych książek ani nie oglądałem żadnego z filmów na ich podstawie. Moore, nie mając praw autorskich do wielu współczesnych pokazanych przez niego postaci, też musiał być bardziej ostrożny niż wcześniej i nie mógł podawać pewnych rzeczy w oczywisty sposób. Ale głównym problemem jest sam ostateczny przeciwnik, pozbawiony ikry i tak mało interesujący, że walka z kimś takim nie wydaje się odpowiednim zakończeniem tak dobrej serii.

Wystarczy wspomnieć (być może zdradzam ważne dla komiksu wydarzenie, więc jeśli ktoś nie chce mieć zepsutej niespodzianki, proszę nie czytać dalszej części tego zdania), że w pewnej chwili Antychryst Moore'a walczy z jednym z przeciwników strzelając błyskawicą ze swojego penisa. Naprawdę. Nie oskarżałbym tu scenarzysty o brak pomysłów, obstawiam, że robiąc z głównego przeciwnika swoich bohaterów kogoś tak niedorzecznego i kretyńskiego, być może chciał pokazać swoją opinię na temat wartości literackiej książek z jego udziałem. W pewnej chwili Oliver Haddo stwierdza: You know, you really are a tremendous disappointment to me. You're banal: a banal magician. A banal Antichrist... and I've run out of bodies to borrow. Nie zmienia to jednak faktu, że kończąca serię walka oraz jej wynik nie do końca spełniają moje oczekiwania.

Spodziewałem się po prostu czegoś o wiele bardziej hucznego, ale nadal obstaję przy tym, że Century to trzy świetne komiksy, a seria jest genialna jako całość. Szkoda, że to już koniec, choć z jednej strony Moore wspominał coś o Tales of The League of Extraordinary Gentlemen, więc, o ile to nadal aktualne, jest nadzieja, że jeszcze nie żegnamy się z niektórymi z bohaterów, a z drugiej, pewne słowa Olivera Haddo zdają się zostawiać otwartą furtkę do ewentualnej kontynuacji. Na pewno nie obraziłbym się, gdyby jednak powstała.

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...