niedziela, 27 stycznia 2013

#281 - Donikąd

O. Chyba jeszcze tu o tym nie pisałem, chociaż właściwie nie mam pojęcia, czemu. W końcu to blog o komiksach, a ja od paru miesięcy robię swój własny. Widać to na bocznym pasku, ale gdyby ktoś mimo wszystko to przeoczył, Donikąd można poczytać tutaj, a tutaj można polubić, jeśli ktoś ma z jakiegoś powodu ochotę.


sobota, 26 stycznia 2013

#280 - Nikifor - Krynica oczami Nikifora [Dominik Szcześniak i Daniel Gutowski]

Komiks "Krynica oczami Nikifora" Dominika Szcześniaka (scenariusz) i Daniela Gutowskiego (rysunki) powstał we współpracy wydawnictwa Ważka z Urzędem Miasta i Gminy Krynica Zdrój. Potencjalny czytelnik chcący dowiedzieć się, co znajdzie na jego stronach, może trafić między innymi na informację, że autorzy prezentują "impresję na temat postaci Epifaniusza Drowniaka, znanego wszystkim jako Nikifor Krynicki". "Impresja" to bardzo ważne słowo i trzeba je podkreślić, ponieważ, sięgając po ten komiks, w żadnym wypadku nie należy oczekiwać historii biograficznej, powinno się odsunąć na bok określenia takie jak "powieść graficzna" i wszelkie podobne skojarzenia. "Krynica oczami Nikifora" ma niewiele ponad trzydzieści stron, co samo w sobie wydaje się przekreślać szansę na udaną biografię. Ktoś mógłby stwierdzić, że przecież Epifaniusz Drowniak był postacią zbyt złożoną, by zasługiwał na coś mniejszego niż cegła z wielkim, wspomnianym już napisem POWIEŚĆ GRAFICZNA. I pewnie będzie miał rację. Na szczęście autorzy nie postawili na proste streszczenie życia bohatera swojego komiksu, co rzeczywiście mijałoby się z celem. Ich opowieść jest jak dom z wieloma oknami, gdzie za każdą szybą można zobaczyć inne miejsce, inną sytuację oraz inny czas. [więcej na stronie Alei Komiksu]

sobota, 19 stycznia 2013

#279 - Iron Man: Extremis [Warren Ellis & Adi Granov]

Bez bawienia się w trzymanie kogoś w napięciu napiszę od razu, że Iron Man: Extremis dał mi to, czego spodziewałem się po Wielkiej Kolekcji Komiksów Marvela, czyli dobrą rozrywkę. Nie wiem, na ile mój pozbawiony świeżego podejścia, przeżerany od dzieciństwa przez opowieści obrazkowe mózg jest jeszcze w stanie wchłaniać podobne rzeczy, bo mam wrażenie, że wszystko to już gdzieś widziałem, ale i tak bawiłem się całkiem nieźle. Wyszło tak, że niedawno czytałem inną historię z Iron Manem w roli głównej, Pięć koszmarów, gdzie chodziło generalnie o to samo: zły, pozbawiony zasad moralnych człowiek dostaje w swoje ręce nową technologię, Tony Stark próbuje go pokonać i ledwo uchodzi z życiem, ale ostatecznie - wiadomo - wymyśla coś jeszcze lepszego i staje do walki po raz drugi. Pewnie za parę miesięcy, po przeczytaniu kolejnej setki komiksów, już nawet nie będę odróżniał Pięciu koszmarów od Extremis, ale to nieważne. Warren Ellis odwalił solidną, rzemieślniczą robotę, co prawda nie umywającą się do takich rzeczy jak Transmetropolitan czy Planetary, ale sprawdzającą się bardzo dobrze jako czytadło. Adi Granov nie do końca przekonuje mnie swoimi przypominającymi fotografie rysunkami, ale to znowu mój gust, prawda wygląda tak, że warstwa graficzna tej historii to pod wieloma względami coś niesamowicie imponującego. W kategorii przerobionych ostatnio komiksów, o których nawet nie warto za bardzo się rozpisywać, które wkrótce i tak zapomnę, bo wcześniej czytałem dziesiątki podobnych i przeczytam dziesiątki podobnych w przyszłości, ten jest na pewno jednym z najmniej wartych zapomnienia. Porządny produkt. Lubiącym takie rzeczy mogę tylko polecać, odradzam jedynie czytelnikom szukającym ambitnego arcydzieła. Nie ten adres.

środa, 9 stycznia 2013

#278 - š! #11: Artventurous

Obiło mi się o uszy, że byłem pierwszą, czy może jedną z pierwszych osób w Polsce, które zamówiły jedenasty numer magazynu š! za pośrednictwem sklepu Centrali. Zdaję sobie sprawę, że ta recenzja ma raczej nikłe szanse na zmianę tej sytuacji, ale mimo wszystko chciałbym, żeby się udało. Bo š! to dokładnie to, czego szukam w komiksie. [więcej na stronie Gildii Komiksu]

niedziela, 6 stycznia 2013

#277 - Astonishing X-Men: Obdarowani [Joss Whedon & John Cassaday]

Nigdy nie ukrywałem, że nie jestem jakoś specjalnie zainteresowany komiksami Marvela. Nie ignoruję ich celowo, tak po prostu wychodzi. Mam inne priorytety i, choć co jakiś czas obiecuję sobie, że nadrobię związane z nimi zaległości, jakoś nigdy mi się to nie udaje. Ostatnia recenzja komiksu z tego wydawnictwa pojawiła się na moim blogu w 2009 roku, także sami widzicie, jak to wygląda. Jednak wolę DC, a konkretnie Vertigo, herosi Marvela zawsze kojarzyli mi się z bandą kolorowych, dziecinnych trykociarzy. Bardziej dziecinnych od reszty. Zdaję sobie sprawę, że niesłusznie i że wiem o tych postaciach tyle, co nic. Z pomocą w poszerzaniu wiedzy przyszła Wielka Kolekcja Hachette, o której napisano już tak wiele, że powodzenia, jeśli ktoś chciałby to wszystko najpierw znaleźć, a potem przeczytać. Powodzenia z odszukiwaniem rzetelnych informacji (których, swoją drogą, było bardzo niewiele głównie dzięki Hachette) pośród akapitów pełnych narzekania i bicia piany. Jeśli chodzi o mnie, nigdzie się nie wypowiadałem, szkoda mojego czasu na podobne dyskusje. Wolałem spokojnie zaczekać. Kupiłem numer pierwszy, Spider-Mana Straczynskiego i Romity, zamówiłem prenumeratę, wiedząc o tym, że dalsze tomy Kolekcji mogą nigdy się nie ukazać. Ale w końcu się ukazały. I bardzo dobrze. Na pierwszy ogień poszli Astonishing X-Men Whedona i Cassadaya.

Jeszcze kilka słów o Spider-Manie. Nagrodę w postaci mojego uznania za najlepszą recenzję otrzymuje Tomasz Kleszcz: Przychodzi zły koleś znikąd, dysponuje zajebistą mocą, ale Peter i tak go pokonuje, koniec historii. I tyle wystarczy. Ten komiks był słaby, bardzo słaby. Mam wrażenie, że znudziłby mnie, nawet gdybym czytał go jako czternastolatek. Bajka do szybkiego przekartkowania i zapomnienia, niezależnie od licznych pochwał, jakie dostała. Czyli moje śmieszne uprzedzenia w stosunku do Marvela tylko się potwierdziły. I, być może, gdybym nie zamówił prenumeraty przed lekturą Spider-Mana (pomijając fakt, że w ciągu ostatnich miesięcy zdążyłem zupełnie o niej zapomnieć), w ogóle nie sięgnąłbym po resztę. A tu proszę, okazuje się, że zrobiłbym błąd, bo Astonishing X-Men to całkiem fajny komiks.

Joss Whedon sprawił, że przestałem uśmiechać się na widok herosów ubranych w kolorowe kalesony i zostałem wciągnięty w jego historię. Zrobił to na wysokim poziomie, przede wszystkim dzięki dobrym dialogom. Sam pomysł też jest ciekawy: Kavita Rao, wybitny genetyk, ogłasza, że wynaleziono lekarstwo na mutację. Nietrudno zgadnąć, że wśród X-Men i generalnie wśród mutantów taka informacja wywołuje ogromne zamieszanie. Jedni chcą się wyleczyć, niektórzy wolą nie dopuścić do tego, by lek stał się dostępny dla wszystkich zainteresowanych, jeszcze inni obawiają się, że prędzej czy później rząd sprawi, że jego działaniu będą musieli poddać się wszyscy mutanci, nawet wbrew swojej woli. Ten prosty pomysł jest świetnym punktem wyjścia do poprowadzenia fabuły, w której najbardziej interesujące są interakcje pomiędzy członkami X-Men, grupy, w której nie wszyscy lubią się nawzajem i gdzie nie brakuje osób dbających przede wszystkim o własne interesy, często sprzeczne z interesami reszty.

Nie jest to rzecz genialna, jednak czyta się to bardzo dobrze. Ogląda też, choć John Cassaday mógłby nie przesadzać z tymi oszczędnymi tłami. Bywa to irytujące. Poza tym pamiętam, że kiedy czytałem Planetary, jego ilustracje podobały mi się dużo bardziej. Albo tylko zapamiętałem je jako lepsze. Tutaj kreska sprawdza się głównie tam, gdzie Cassaday rysował postacie. Jak już wspomniałem, tła bardzo często po prostu nie ma i mimo wszystko nie zgadzam się ze wstępem, gdzie jest mowa o braku śladów lenistwa.

Komiks jest świetnie wydany, twarda oprawa, dobry papier, dodatki w postaci alternatywnych okładek, informacji o Whedonie oraz o X-Men. Dodatków jest może niewiele, ale czy mi się zdaje, czy w polskich wersjach amerykańskich komiksów najczęściej nie ma ich wcale? No właśnie. Po lekturze Obdarowanych mam nadzieję, że w Wielkiej Kolekcji Komiksów Marvela będzie więcej właśnie takich opowieści, a mniej rzeczy podobnych do Spider-Mana z pierwszego tomu.

sobota, 5 stycznia 2013

#276 - 2B WITH LATVIA, czyli weekend z kulturą i sztuką łotewską [relacja]

7 i 8 grudnia w bielskiej galerii BWA odbył się weekend z kulturą i sztuką łotewską, z punktem programu w postaci warsztatów komiksowych prowadzonych przez Ingrīdę Pičukāne, Oskarsa Pavlovskisa oraz Martinsa Zutisa, z których twórczością polski czytelnik mógł zetknąć się na przykład w dystrybuowanym w naszym kraju przez Centralę magazynie Kuš!. Autorzy przywieźli kilka numerów ze sobą, a przejrzenie ich zawartości zrobiło bardzo pozytywne wrażenie na uczestnikach warsztatów, raczej nie zainteresowanych komiksem w takim stopniu jak choćby ja. [więcej na blogu Centrali]

piątek, 4 stycznia 2013

#275 - Moja terapia [Szaweł Płóciennik i Sławomir Gołaszewski]

Szaweł Płóciennik napisał scenariusz „Mojej terapii” na podstawie opowieści Sławomira Gołaszewskiego – postaci bardzo dobrze znanej między innymi z nieocenionego wkładu w rozwój polskiej sceny reggae. Historia dotyczyła pracy Gołaszewskiego jako muzykoterapeuty w szpitalu psychiatrycznym w czasach PRL-u. Temat bardzo interesujący i niezbyt szeroko omawiany (z pewnością nie w komiksie), ale sposób, w jaki został przełożony na język opowieści obrazkowej, jest największym mankamentem tego wydawnictwa. [więcej w najnowszym numerze ArtPapieru]

czwartek, 3 stycznia 2013

#274 - Dzieci i ludzie [Marzena Sowa & Sandrine Revel]

„Dzieci i ludzie” Marzeny Sowy i Sandrine Revel przenoszą czytelnika do czasów stalinizmu, w których własne zdanie i poszukiwanie prawdy innej od tej głoszonej przez władzę były czymś bardzo niebezpiecznym. Ale groźne było nie tylko samodzielne myślenie – kłopotów mógł przysporzyć także brak zainteresowania powszechną indoktrynacją. Boleśnie doświadcza tego Wiktor, uczeń przyłapany na próbie pocałowania koleżanki z klasy podczas trzeciej emisji tego samego filmu o towarzyszu Stalinie. Konsekwencje tego przewinienia mogą być dużo poważniejsze, niż wydawałoby się na początku, zwłaszcza po tym, jak do dyrektora szkoły i nauczycielki (przesłuchujących bohatera wraz z jego kolegami) docierają informacje na temat zagranicznych książek dostarczanych dzieciom przez ojca Wiktora oraz o pisanych przez niego wierszach. [więcej w najnowszym numerze ArtPapieru]

wtorek, 25 grudnia 2012

#273 - Sweet Tooth: Unnatural Habitats [Jeff Lemire & Matt Kindt]

Czytałem ostatnio, że Sweet Tooth ma się zakończyć na czterdziestym zeszycie, czyli, ponieważ tom piąty zbiera epizody ##26-32, kolejny powinien być jednocześnie ostatnim. Jeff Lemire stanowczo twierdzi, że tak miało być od początku i Vertigo wcale nie kazało mu zamykać wszystkich wątków przedwcześnie (wydawnictwo, nawet jeżeli anuluje którąś ze swoich serii, nie ma w zwyczaju bezpardonowego "ucinania" jej w połowie, za to prosi autorów o możliwie jak najszybszy finał), na przykład z powodu słabej sprzedaży. Scenarzysta doszedł do wniosku, że co prawda mógłby ciągnąć przygody Gusa o wiele dłużej, ale nie miałoby to większego sensu i po prostu nadszedł już czas na zakończenie. Mam wątpliwości, czy wyjdzie to jego komiksowi na dobre; Sweet Tooth to typowa seria drogi, gdzie dążenie do celu oraz nowe pytania są dużo ciekawsze niż sam cel i odpowiedzi. Wyobrażałem sobie, że bohaterowie mogliby podróżować przez dziwne, postapokaliptyczne miejsca na stronach dziesiątek zeszytów, zaś Lemire miałby możliwość ciągłego zaskakiwania, bo, w przeciwieństwie do choćby Kirkmana i jego Żywych Trupów, ma do dyspozycji o wiele mniej ograniczony świat. Po The Walking Dead już nie oczekuję większych niespodzianek, w Sweet Tooth może zdarzyć się wszystko.

Syndrom pytań ciekawszych niż odpowiedzi widać choćby w rozwiązaniu głównej zagadki z Endangered Species, poprzedniego, dotychczas najlepszego tomu serii. Rozwiązanie przedstawione w Unnatural Habitats nie satysfakcjonuje, Lemire za często używa tego samego schematu i sposobu na podchodzenie czytelnika: ktoś z pozoru dobry okazuje się zły, schronienie okazuje się pułapką, grupa niebezpiecznych ludzi okazuje się grupą przyjaciół. Tak jest i tym razem, więc o ile wcześniej byłem naprawdę ciekawy, co zdarzy się dalej, piąte wydanie zbiorcze w kwestii zaspokajania tej ciekawości poszło po najmniejszej linii oporu. Zresztą, w tej serii ma to miejsce nie po raz pierwszy. Dlatego właśnie oczekiwałem, że autor będzie zajmował się nią jak najdłużej, bo tych kilka tajemnic, jakie wciąż pozostały nierozwiązane, podtrzymuje wszystko przy życiu. Przypuszczam, że szybki finał może to zepsuć. Widać to już w Unnatural Habitats, z gościnnym udziałem Matta Kindta w roli rysownika, gdzie Lemire powoli daje do zrozumienia, skąd wzięły się dziwne hybrydy zwierząt i ludzi. To rozwiązanie też nie wydaje mi się dobre, podpowiem tylko, że najprawdopodobniej w grę wcale nie wchodzi nauka, tylko nieopatrznie obudzeni starożytni bogowie, którzy następnie doprowadzili do niemal całkowitej zagłady ludzkości. Nie kupuję tego i mam nadzieję, że to jednak fałszywy trop.

Sweet Tooth jest serią bardzo nierówną. O ile czwarte wydanie zbiorcze było pierwszym, jakie mogłem uznać za dobre, po prostu dobre, bez kredytu zaufania czy pobłażliwości związanej z oczekiwaniem, że później będzie lepiej, tak Unnatural Habitats burzy moją wcześniejszą satysfakcję. Znowu dostałem do ręki przyzwoite czytadło, któremu brakuje naprawdę wiele do zasłużenia na wszystkie pochwały, jakimi zasypywany jest komiks Lemire'a.

niedziela, 25 listopada 2012

#272 - Scalped: Trail's End [Jason Aaron & R.M. Guéra]

Jeśli chodzi o komiksy, ostatnie dwa lata były chyba najlepszymi w moim życiu, głównie dzięki wielokrotnie wychwalanej przeze mnie serii Scalped. Serii, która była i wciąż jest niczym objawienie, pokazujące niemal każdym epizodem, jak niemożliwe staje się możliwe. Wreszcie przeczytałem Trail's End, ostatni tom, więc teraz przyjdzie mi chwalić Scalped po raz ostatni. Z jednej strony czuję ulgę, bo ileż razy można pisać to samo, a z drugiej, wiecie, jak to jest, cykl Aarona i Guéry wiele razy dosłownie wypruwał mi flaki, odbierając możliwość porównania ich komiksu do czegokolwiek innego, tyle razy niecierpliwie czekałem na każdą kolejną część, później czytając tę serię ze szczęką leżącą gdzieś na podłodze i to były dobre uczucia. Niecierpliwość, oczekiwanie, brak wiary w to, że Scalped ciągle trzyma tak samo wysoki poziom. Czasem paradoksalnie dobre, bo w tych sześćdziesięciu zeszytach autorzy zawarli taką ilość nieprzyjemnych i dołujących wątków, że lektura bywała wręcz masochistycznym doświadczeniem. A teraz to już koniec, piękny finał godny tak niesamowitego tytułu, ale wiem, że po przeczytaniu całości czegoś zabraknie na zawsze. Chyba, że pisząc kolejne scenariusze Aaron przebije samego siebie, czego z całego serca mu życzę.

Trail's End przenosi nas w czasie o kilka miesięcy po finale Knuckle Up, czyli (jak zwykle ostrzegam tych, którzy jeszcze nie czytali wcześniejszych części, w tym wypadku dziewiątego tomu, że kolejne zdania w tym akapicie mogą zepsuć im kilka niespodzianek, więc radzę go pominąć i przejść do następnego): Red Crow siedzi w więzieniu i czeka na wyrok, całkowicie świadomy, że niemal na pewno spędzi tam resztę swojego życia, zaś rezerwat Prairie Rose powoli odbija się od dna. Dash opuszcza FBI i po nieskutecznych poszukiwaniach mordercy swojej matki staje się grzecznym, chodzącym do kościoła chłopcem. Sielanka. Czyżby? Okazuje się jednak, że nie bardzo. Ostatnie strony Knuckle Up (oraz pierwsze strony dziesiątego tomu) sugerują, że wszystko jest już jasne, a Trail's End będzie tylko spokojnym pozamykaniem niektórych wątków, ale tak naprawdę nic się jeszcze nie skończyło. Zapomnijcie o hamulcach na finiszu i sentymentalnym pożegnaniu ciągnącym się przez pięć zeszytów. Przyszłość Dasha nadal nie jest pewna, adwokat Red Crowa chce wygrać proces poprzez wyjawienie kilku czarnych wydarzeń z jego awanturniczego życia, tym samym pozbawiając byłego agenta FBI wiarygodności. Uzależnienie od heroiny, zamordowanie Diesela... trochę się tego uzbierało. Poza tym osoba, która zamordowała jego matkę, wciąż jest wolna i nie ma zamiaru poprzestać na jednym zabójstwie.

Dzieje się. Działo się właściwie przez całą serię, a niemal każdy z pomysłów scenarzysty wbijał mnie w fotel. Moim ulubionym tomem pozostał trzeci, Dead Mothers, ale cała seria jest zaskakująco równa, zaś Aaron pisze w taki sposób, że wydarzenia, które w innych komiksach byłyby tylko następną tragedią, śmiercią kolejnej postaci przyjmowaną przez czytelników najwyżej ziewnięciem, tutaj trzymają w napięciu i poruszają. Pewnie już o tym pisałem (pewnie więcej niż raz), ale wygląda to tak, jakby scenarzysta wiedział dokładnie, co zrobić i w jakiej chwili, umiał nacisnąć tak, żeby zabolało, żeby wzruszyć, przestraszyć czy rozbawić (choć akurat zabawnych elementów nie było w tej serii zbyt wiele, a jeśli już, to miały czarny kolor), a następnie wyważył całość tak, żeby każdy element idealnie ze sobą współgrał. I, chociaż chwalenie Scalped w dziewięciu poprzednich recenzjach oraz w tej, ostatniej, polegało głównie na powtarzaniu tych samych superlatyw, tak naprawdę mógłbym i chciałbym chwalić ten komiks bez końca. I będę polecał go każdemu, kto spyta, co dobrego czytałem, nieważne, czy będzie to teraz, tuż po finale całej historii, czy za kilka lat. Nie sądzę, żeby Scalped i niesamowite wrażenie, jakie pozostawiła opowieść Aarona i Guéry, kiedykolwiek się zestarzały.

Dziewięć najczęściej powalających tomów pozwoliło przypuszczać, że zakończenie będzie nie wiadomo jak niesamowite i genialne, więc czy finał na pewno spełnia oczekiwania? Moje w stu procentach, ale raczej nie należę do ludzi płaczących, że "to nie tak miało być", "chciałem, żeby wszystko skończyło się inaczej", "ten, który zginął, miał przeżyć, a tamtego, który przeżył, miała przecież spotkać zasłużona kara" i tak dalej. Nigdy nie narzekałem na zakończenie, na przykład, Kaznodziei, choć w tej kwestii słyszałem wiele głosów rozczarowania. Mógłbym napisać, że pojawiające się w tych wszystkich komiksach osoby to przecież wyłącznie bohaterowie z papieru i jakie ma znaczenie, co się z nimi stanie, ale akurat postacie ze Scalped są tak dalekie od papierowych i pozbawionych głębi, jak to tylko możliwe. Chodzi mi bardziej o to, że pomimo wyobrażeń, jakie oczywiście miałem na temat ostatnich stron serii, los Dasha i reszty leżał w rękach Aarona. Zrobił z nimi, co chciał, czasami wbrew mojej wizji, ale jak zwykle stanął na wysokości zadania. I jeśli jego bohaterowie są ludzcy, tak jak w przypadku prawdziwych ludzi nie zawsze spotyka ich to, czego się spodziewamy lub czego byśmy sobie życzyli. Ale nie chcę, żeby ten ostatni akapit brzmiał jak ukryte rozczarowanie, bo wcale tak nie jest. Po raz, niestety, ostatni, tym razem już naprawdę: Scalped jest komiksem genialnym i ocierającym się o doskonałość. Wbijałem Wam to do głowy w tych dziesięciu recenzjach nie bez przyczyny. Jeśli jeszcze nie czytaliście tego komiksu, zróbcie to. Zróbcie to jak najszybciej. Nie przychodzi mi do głowy ani jeden powód odkładania tego na później.

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...