sobota, 11 września 2010

#103 - Fantasy Komiks #5

No proszę - jeszcze wczoraj, pisząc o przyszłości wciąż całkiem nowego magazynu Egmontu, założyłem, że "jakoś to idzie", a zaraz potem przeczytałem wywiad z Tomaszem Kołodziejczakiem, który na pytanie "Czy Fantasy Komiks, czyli stosunkowo tani magazyn z dużą ilością komiksów, może być remedium na czytelnictwo i sprzedaż komiksów?" odpowiada: "Brakuje nam klientów, ale niedużo. Dajemy pismu jeszcze czas. Jeśli utrzyma się na rynku, to zajmie stałe miejsce na półkach wybranych kiosków. Wtedy według tego modelu możemy kreować kolejne tytuły. Wszystko rozstrzygnie się jesienią". Czyli jednak wcale nie jest tak różowo i wciąż nic nie wiadomo.

Na razie cieszmy się tym, co mamy, czyli piątym numerem. W środku znajdziemy dalszy ciąg Rozbitków z Ythaq (jest dobrze: akcja, akcja i kilka nowych wątków, choć takie rzeczy jak zmutowany dziadyga krzyczący "Cha, cha, cha, cha, cha!", gdy wyrastają mu skrzydła, zalatuje mi pomysłami rodem z naiwnych komiksów tworzonych przeze mnie na świetlicy w podstawówce) oraz finał pierwszej podserii Samuraja (szkoda, że mimo widowiskowych i dobrze narysowanych scen bitewnych, ostatni odcinek rozczarowuje; sprawia wrażenie kończonego na szybko).
Zazwyczaj nie wspominam o humorystycznych jednoplanszówkach - albo są żenujące, albo zapominam je zaraz po przeczytaniu. W piątym numerze pojawiła się jakaś nowa seria stanowiąca krótkie przerywniki pomiędzy albumami, ale... już nie pamiętam jej tytułu. Serio. I tak nie byłem nią zachwycony.
Jednak jest jeszcze coś interesującego - seria Zaraza, pierwsza znacząca nowość od pierwszej części Samuraja w Fantasy Komiks #2 (a w następnym numerze kolejny niepublikowany dotąd w FK cykl - Sloka). Komiks opowiada o zmaganiach dwóch wrogich plemion, łączących siły, by pokonać dziesiątkującą ich chorobę. Na razie, zarówno scenariuszowo i graficznie, Zaraza nie zaniża poziomu magazynu, ale też nie wzbudza mojego entuzjazmu. Mimo wszystko, zdążyłem się już przekonać, że niektóre z prezentowanych w nim tytułów potrzebują czasu, by się rozkręcić; mam nadzieję, że ten nie jest wyjątkiem.

piątek, 10 września 2010

#102 - Fantasy Komiks #4

Fantasy Komiks wciąż daje radę. Kiedy piszę te słowa, na półce czeka napoczęty piąty tom, a tymczasem kilka zdań o czwartym: w ciągu kilkumiesięcznej obecności magazynu na polskim rynku zdążyłem przyzwyczaić się do formuły wybranej przez Egmont... i polubić ją. Nie mam pojęcia, ilu czytelników ma podobne zdanie, ale jak na razie zapowiedzi sięgają siódmego numeru, więc chyba jakoś to idzie. I bardzo dobrze.

Tym razem z okładki spoglądają na nas bohaterowie Lasów Opalu, serii, którą wcześniej uznawałem za najgorszą z prezentowanych dotychczas w Fantasy Komiks. I tu kolejne zdziwienie związane z magazynem: jest lepiej, nadal naiwnie, ale tym razem przebrnąłem przez opowieść bez częstego uderzania otwartą dłonią w czoło. Dalszy ciąg cyklu zobaczymy w szóstym tomie i jeśli nie okaże się gorszy, będzie naprawdę nieźle, zwłaszcza w porównaniu z tragicznym początkiem.
Trzecia część Samuraja nie zaskoczyła mnie ani pozytywnie, ani negatywnie; to wciąż ten sam, dobrze narysowany komiks z fabułą, która... po prostu jest, ale trawi się ją bez bólu i zgrzytania zębami. Gdyby każda seria publikowana w magazynie miała taki poziom, spokojnie wystarczyłoby to, żeby mnie zadowolić.
Najlepszym komiksem w czwartym numerze jest według mnie kontynuacja Legendy - może to lekki sentyment do Księcia Nocy, a może po prostu fakt, że Swolfs dał radę wycisnąć z tak oklepanego pomysłu (w Fantasy Komiks właściwie nie ma innych) tyle, ile się dało. Nietrudno zgadnąć, jaki będzie finał, ale i tak chętnie przekonam się sam.

Czwarty numer sprawdza się tak, jak poprzednie, może oprócz pierwszego, który mnie rozczarował. Mógłbym ponarzekać, bo wad jest sporo, ale przecież i tak kupuję kolejne tomy tej taniej pulpy, a to chyba o czymś świadczy. Piątka już czeka na dokończenie.

środa, 8 września 2010

#100

Setny wpis. Biorąc pod uwagę ilość materiału na kilku innych komiksowych blogach, nic specjalnego, ale ja tam jestem zadowolony, bo nigdy bym nie podejrzewał, że dam radę, że będzie mi się chciało i takie tam. Poza tym, przez ostatnie dwa lata na pewno uzbierało się tu trochę dobrych tekstów (nawet jeśli nie są dobrze napisane, dotyczą dobrych pozycji), prawda? Chyba mogę stwierdzić, że mam kilka powodów do satysfakcji. Komentującym dziękuję za motywację i pozytywne opinie, nawet jeśli czasem stanowczo przesadzali z pochwałami... i to właściwie tyle, jeśli chodzi o świętowanie.

Ale żeby nie skończyło się na samozachwycie z powodu liczby #100 w tytule wpisu, wrzucam kilka nowych recenzji (być może niektórzy zauważyli już dziwną numerację - przy Profesorze Bellu jest #96, a tu nagle setka - i domyślili się, że będzie coś jeszcze). Od kwietnia do lipca zeszłego roku zaniedbałem to miejsce, ale na szczęście Blogspot, w przeciwieństwie do człowieka, potrafi oszukać czas i mogłem zapchać denerwującą mnie lukę nowymi tekstami; właśnie dlatego nie pojawiały się na samej górze. Można znaleźć je pod tymi linkami:

#97 - Face [Peter Milligan & Duncan Fegredo]
#98 - American Virgin [Steven T. Seagle & Becky Cloonan]
#99 - The Extremist [Peter Milligan & Ted McKeever]
#101 - Spawn: The Animated Series

Mam nadzieję, że cztery nowe recenzje zrekompensują dotychczasową zamułkę.

Chciałem jeszcze przypomnieć dziesięć starszych tekstów, które są poświęcone ciekawym komiksom, a nie doczekały się żadnego (lub prawie żadnego) odzewu i zostały zapomniane. Co mi szkodzi? Może ktoś jeszcze nie czytał i przeczyta teraz:

#24 - Transmetropolitan [Warren Ellis & Darick Robertson]
#33 - All-Star Superman [Grant Morrison & Frank Quitely]

#39 - Prosto z Piekła [Alan Moore & Eddie Campbell]
#41 - WE3 [Grant Morrison & Frank Quitely]
#47 - Enigma [Peter Milligan & Duncan Fegredo]
#50 - Millennium Fever [Nick Abadzis & Duncan Fegredo]
#51 - Doom Patrol: Crawling From The Wreckage [Grant Morrison & Richard Case]
#68 - X-Force #116-#129 [Peter Milligan & Michael Allred]
#71 - Supreme: The Story of the Year [Alan Moore & Rick Veitch]
#79 - It's a Bird... [Steven T. Seagle & Teddy Kristiansen]

I to wszystko na dziś. Jeśli ktoś chce i uważa, że na to zasługuję, może życzyć mi szybkiego zaliczenia kolejnej setki oraz tego, bym zrobił to w dobrym stylu.

środa, 25 sierpnia 2010

#96 - Profesor Bell [Joann Sfar]

Profesor Bell ukazał się w Polsce kilka ładnych miesięcy temu, jednak nadal warto napisać o nim kilka słów. Z początku cena okładkowa (69zł) wydawała mi się stanowczo zbyt wygórowana jak na tak niewielką objętość komiksu (96 stron), ale wrażenie to zniknęło zaraz po przeczytaniu, a właściwie samym przejrzeniu kilku stron opowieści. Nigdy wcześniej nie miałem do czynienia z jakąkolwiek historią napisaną lub narysowaną przez Sfara, jednak dwa albumy zebrane przez Mroję w jednym dużym tomie udowodniły mi, że natychmiast powinienem nadrobić zaległości.

Tym, co rzuca się w oczy od samego początku lektury jest niesamowity, niepowtarzalny KLIMAT, dzięki któremu od razu zapragnąłem, by Mroja wydała kolejne tomy z przygodami Profesora Bella, najlepiej od razu. Dobrze scharakteryzują go pozornie wykluczające się nawzajem przymiotniki "mroczny" i "zabawny", ale Joann Sfar dodał tutaj to coś, czego nie spotkałem w żadnym innym komiksie. Widać to już przy przeglądaniu ilustracji; rysunki autora sprawiają wrażenie bardzo prostych i przejrzystych, jednak poszczególne elementy nie są pozbawione większej ilości szczegółów. Łatwa w odbiorze kreska jest w rzeczywistości jednym z unikalnych składników specyficznej atmosfery opowieści, a świetne kolory nałożone przez Brigitte Findakly tylko spotęgowały niesamowite wrażenie. Jedyną wizualną wadą komiksu są pojawiające się bardzo często mikroskopijne litery - nie mogę narzekać na słaby wzrok, ale kilka razy musiałem nieźle się wysilić chcąc odczytać napisy w dymkach. Trzeba być wyjątkowo cierpliwą osobą, żeby nie rzucać przy tym mięsem.

Scenariusz to kolejna rewelacja. W dwóch przedstawionych tu opowieściach, Dwugłowym Meksykaninie oraz Lalkach Jerozolimy, Sfar zmieścił tyle dobrego, że mógłbym rozdzielić to na trzy komiksy, a i tak byłbym zadowolony z każdego z nich. W pierwszej historii główny bohater musi rozwiązać problem tytułowego Meksykanina z dodatkową głową przejmującą kontrolę nad całym jego życiem; z kolei w drugiej przeciwstawia się samemu diabłu, który jednak nie okazuje się wcale aż tak straszny. W obu przypadkach mamy do czynienia z imponującą pomysłowością autora, w niezwykły sposób łączącego elementy horroru z humorem (fakt, że najczęściej czarnym). Gdybym miał się do czegoś przyczepić, byłaby to objętość komiksu - po przeczytaniu pierwszego tomu od razu chce się więcej. Mam nadzieję, że kolejna dawka dotrze do Polski jak najszybciej.

Profesor Bell nie jest opowieścią, która spodobała mi się w czasie lektury, ale zaraz potem o wszystkim zapomniałem i odłożyłem ją na półkę. Po kilku miesiącach to wciąż świetna pozycja i cały czas chce się do niej wracać. Mam wrażenie, że będę to robił, dopóki nie dostanę w swoje chciwe łapy drugiej części.

środa, 11 sierpnia 2010

#95 - Invincible: Happy Days [Robert Kirkman & Ryan Ottley]

Jedenasty TPB, jak zwykle krótko (przynajmniej taki jest plan hehe) i jak zwykle ze spoilerami. Czytelniku - czuj się ostrzeżony.

Tym razem w zbiorze znalazły się zeszyty #54-59 oraz jedenasty numer serii The Astounding Wolf-Man. Na początku mamy mały wgląd w potencjalną przyszłość głównego bohatera; znając Kirkmana, jest bardzo prawdopodobne, że ten wątek jeszcze nie został zakończony. Następnie przechodzimy do obecnych wydarzeń, między innymi do wątku uwięzionego Omni-Mana, od którego dowiadujemy się o bardzo istotnej słabości przedstawicieli jego rasy. Tymczasem na ziemi Mark ma na głowie coraz większą ilość kłopotów, od tych związanych z byłą dziewczyną po fakt, że jest obserwowany przez nieznanego przeciwnika. Jakby tego była mało, dochodzi problem z Wolf-Manem, co dla czytelników oznacza udany gościnny występ tej postaci w serii Invincible, jak również pokazanie się syna Omni-Mana w komiksie opowiadającym o przygodach człowieka-wilka. Nasz bohater ilustrowany przez kogoś innego niż Ryan Ottley to miła odmiana, choć muszę przyznać, że nie zachwyciłem się rysunkami Jasona Howarda.
#58 zeszyt zawiera sporo zapowiedzi wydarzeń, o jakich przeczytamy w najbliższej przyszłości. Kirkman jest mistrzem dawania mniej lub bardziej oczywistych wskazówek i zachęcających sygnałów - tym razem również nie zawiódł. I choć ani finał tego tomu, ani poszczególne wątki zaprezentowane w numerach #54-59 nie powalają na kolana, nie mógłbym napisać, że to słaby TPB, albo że seria obniżyła poziom. Wcale tak nie uważam i mam zamiar czytać dalej. Polecam po raz nie wiem który.

środa, 28 lipca 2010

#94 - The Filth [Grant Morrison & Chris Weston]

Może zabrzmi to dziwnie, ale naprawdę nie obejrzałem w swoim życiu wielu filmów. Dlaczego o tym wspominam? Ponieważ wśród tych, które miałem okazję zobaczyć i które lubię najbardziej, znajdują się 12 Małp oraz Drabina Jakubowa (oba na podium). Co łączy je z komiksem The Filth autorstwa Granta Morrisona i Chrisa Westona? We wszystkich trzech przypadkach główni bohaterowie nie wiedzą, czy to, co dzieje się wokół nich, jest prawdą, czy tylko iluzją. Nie mają pojęcia, czy zwariowali, czy może są jednymi z nielicznych, którzy widzą całą prawdę. Taka tematyka zawsze mnie interesowała, dlatego - choć nie bez obaw - sięgnąłem po kolejną miniserię wydaną przez Vertigo.

Tak właściwie to sięgnąłem po nią już dawno, przebrnąłem przez pierwszy zeszyt i stwierdziłem, że chwilowo nie mam ochoty na coś aż tak zwariowanego. Potrzebowałem odpowiedniego nastroju, który w końcu nadszedł i dopiero wtedy pozwoliłem, by szalone wizje Morrisona zmiotły mnie z powierzchni ziemi. Wcześniej dotarły do mnie wszelkie możliwe komentarze, od entuzjazmu i zachwytów, przez narzekania na niestrawny bełkot, po zniesmaczenie chorymi pomysłami. Słyszałem, że komiks jest wtórny względem The Invisibles, ale póki co i tak znam jedynie TPB Say You Want a Revolution, więc nie było to dla mnie żadną przeszkodą. Najwyżej ponarzekam w przyszłości, że Niewidzialni strasznie przypominają The Filth. A co do opinii czytelników, którzy poznali tę opowieść przede mną, mogę zgodzić się z każdą z nich - jestem zachwycony, jestem zdezorientowany (choć nie mogę z czystym sumieniem pisać o bełkocie i bezsensownym scenariuszu) i jestem zniesmaczony. To nie jest łatwa i przyjemna historyjka w sam raz na niedzielne popołudnie. Nie tylko dlatego, że czytelnik znajdzie tu masę wulgaryzmów, wszechobecną pornografię, faceta strzelających czarną spermą czy latające plemniki wielkości ludzkiej głowy - tak naprawdę to tylko czubek góry lodowej. Grant Morrison dodał do tych pomysłów tuziny jeszcze bardziej chorych (choć pozbawionych wulgarności) wątków, przyprawił całość paranoją i schizofrenią, a potem wrzucił do miksera. Parafrazując pewną reklamę: i tak powstał The Filth, koktajl, który wielu zwymiotuje już po pierwszym łyku. Ja wypiłem całość i chciałem jeszcze.

Pisząc o All-Star Superman zachwycałem się ilością pomysłów, jakie autor scenariusza zmieścił na pozornie niewielkiej przestrzeni pomiędzy przednią i tylną okładką. Tutaj jest mniej strawnie, ale dla mnie o wiele ciekawiej. Wszystko kręci się wokół żałosnego gościa imieniem Greeg Feely, który przegrał swoje życie i prawdopodobnie jest mniej charyzmatyczny od kosza na śmieci. Istnieją tylko dwie trzymające go przy życiu rzeczy: pornografia oraz kot (na szczęście nie miesza ze sobą tych dwóch zainteresowań). Aż pewnego dnia Greg dowiaduje się, że tak naprawdę jest członkiem tajnej organizacji o nazwie The Filth... i tu zaczyna się koktajl. Poprawnie narysowany i genialnie opowiedziany. Sposób, w jaki Morrison najpierw wplątuje głównego bohatera w kompletnie niedorzeczne przygody, a później coraz bardziej miesza mu w głowie, raz przekonując, że to wszystko jest prawdą, by po chwili doprowadzić go do wniosku, że oszalał, zasługuje na moje głośne oklaski. A po drodze czytelnik zbiera kolejne elementy układanki wraz z Gregiem, mając mglistą świadomość, że na końcu może czekać na niego jedynie kupa gówna. W pewnym sensie tak właśnie się stanie, ale polecam zobaczyć to samemu.

Na osobną pochwałę zasługuje sposób, w jaki wydano The Filth - jakbyśmy trzymali w rękach nie komiks, a jakieś lekarstwo. W środku są nawet informacjie dotyczące sposobu zażywania podczas ciąży, przeciwwskazań, dawkowania i skutków ubocznych. Robi wrażenie, a te ostatnie mogą być naprawdę groźne.

sobota, 3 lipca 2010

#93 - Hellblazer: The Fear Machine [Jamie Delano i inni]

Trzeci TPB serii Hellblazer zawiera zeszyty od #14 do #22 i dostarcza kolejnej dawki emocji podobnych do tych, które towarzyszyły mi podczas lektury poprzednich części. Tym razem John Constantine (wciąż bezczelny i wciąż pakujący się w najgorsze możliwe kłopoty) ucieka przed organami ścigania, a na swej drodze spotyka grupę ludzi, którzy są bardzo związani z naturą (tak jest, jak zwykle w grę wchodzi magia) oraz prowadzą koczowniczy tryb życia. Główny bohater postanawia zamelinować się wśród nowych przyjaciół. Na początku wszystko przebiega zgodnie z jego planem, wkrótce jednak (jakżeby inaczej) sytuacja wymyka się spod kontroli. Jedna z dziewczynek z otoczenia Johna zostaje porwana, okazuje się bowiem, że posiada pewne specjalne zdolności, które będą bardzo przydatne ludziom związanym z tytułową The Fear Machine; pewnie domyślacie się, kto wyrusza w drogę, by jej pomóc?

Zarówno scenariuszowo jak i graficznie ciężko napisać o tym komiksie coś, o czym nie wspomniałem w tekście o TPB The Devil You Know. Rysunkowo jest znośnie - znany z Fables Buckingham to jeszcze nie ten Buckingham, który ilustruje przygody mieszkańców Baśniogrodu, reszta też nie powala, jednak i tak jest o niebo lepiej, niż w Original Sins. Jeśli chodzi o działkę Delano, nadal mamy do czynienia z nastrojowym horrorem, w którym akcja jest raczej na drugim miejscu, ustępując narracji. Oczywiście nie znaczy to, że w Hellblazerze niewiele się dzieje, wręcz przeciwnie - dzieje się dużo i momentami bardzo krwawo. Jeśli ktoś lubi klimat serii, nie powinien być zawiedziony.

The Fear Machine
nie jest żadnym mistrzostwem świata, zresztą tak samo jak dwa poprzednie Trade'y, ale zdecydowanie daje radę. Opowieść ma w sobie coś takiego, że choć nie można nazwać jej arcydziełem, nie jest też zwykłym czytadłem. Jedyna rzecz, która nie pasuje mi w tym tomie, to zbyt dużo zbiegów okoliczności - kilkukrotnie ktoś "przypadkiem" trafia na osobę, której akurat szukał lub bardzo potrzebował, nawet jeśli szansa na takie spotkanie była naprawdę znikoma. Mało prawdopodobna opcja, nieco drażniąca, ale w sumie niezbyt istotna; trochę mnie zirytowała, jednak nie zepsuła dobrego wrażenia.

czwartek, 1 lipca 2010

#92 - Fantasy Komiks #3

Zarówno o formule Fantasy Komiks, jak i o tym, czym właściwie jest ten magazyn, pisałem przy okazji dwóch poprzednich numerów, nie widzę więc powodu, żeby z każdym kolejnym tomem wałkować to od nowa. Będzie jak z późniejszymi TPB serii Invincible: krótko i konkretnie.

Przy trzecim wydaniu wiadomo już, o co chodzi i z czym to się je, a sama zawartość magazynu tylko potwierdza moją wcześniejszą opinię: jest dobrze, oczywiście na tyle, na ile pozwala pomysł Egmontu na Fantasy Komiks.
Tym razem nie dostajemy żadnej nowej historii, w środku znaleźć można jedynie kontynuacje Rozbitków z Ythaq, Samuraja oraz Legendy, która powróciła po krótkiej nieobecności w FK #2. Fajnie, że nie ma Lasów Opalu, moim zdaniem najgorszej z dotychczasowych serii. Powróci w czwartym wydaniu (które, o ile dobrze kojarzę, pojawi się w sprzedaży już jutro), razem z Legendą i Samurajem.

A tymczasem czytelnik dostaje to, co już doskonale zna, o ile przeczytał wcześniejsze numery magazynu. Jeśli nie, to naprawdę wystarczy sprawdzić dwie poprzednie recenzje i zaznajomić się z ogólnymi założeniami poszczególnych serii, a osoba, która nie urodziła się wczoraj, będzie mogła bez większych problemów zgadnąć, jak mniej więcej wyglądają dalsze losy głównych bohaterów. Musiałbym pogadać z jakimś dzieciakiem, który za wiele nie przeczytał i za wiele nie obejrzał, bo być może dla takiego odbiorcy jest to faktycznie coś nowego i zaskakującego. Dla mnie nie, co nie zmienia faktu, że poziom został utrzymany, a poza tym - i pewnie będę to pisał przy każdym kolejnym numerze Fantasy Komiks - nie chodzi tu przecież o żadne odkrywcze rzeczy, a o przyjemniejsze spędzenie czasu na kibelku, w pociągu, czy gdzie tam czytacie te niezobowiązujące bzdury.

poniedziałek, 21 czerwca 2010

#91 - Bone: One Volume Edition [Jeff Smith]

Jakieś sto lat temu wspomniałem o tym, że Out from Boneville to bardzo dobry komiks i że prawdopodobnie już wkrótce sprawdzę, czy reszta serii daje radę tak jak pierwszy TPB. Jak widać, od tamtej deklaracji minęło ponad 3/4 roku, ale rzeczywiście - wkrótce po poprzedniej recenzji kupiłem całą opowieść w jednym, zabójczym tomie (ponad 1300 stron), jednak komiks musiał trochę poleżeć na półce, a ja w tym czasie oswajałem się z myślą, że naprawdę dam radę przebrnąć przez taką cegłę bez dłuższych przerw i zniechęcania się. W końcu przysiadłem.

Wiecie, jak wygląda lektura Bone'a? Mając pierwszy TPB już dawno za sobą, najpierw pomyślałem "Przede mną prawie 1200 stron, kiedy ja to skończę...", w połowie było już "Szkoda, że zostało tylko 600", a pod koniec uczucie, że wszystko przeleciało za szybko, bo przecież mam ochotę na więcej. Nie ma żadnych przestojów, zniechęcania się, czy marudzenia, że ten komiks jest za długi. Pewnie, są gorsze momenty (chyba nie da się zrobić tak rozległej opowieści na stałym, świetnym poziomie), ale patrząc na całość, jest ich tak niewiele, że gubią się w natłoku rewelacyjnych pomysłów Jeffa Smitha. A fakt, że przeprowadzenie wszystkich wątków od początku do końca trwało ponad dwanaście lat (ciekawe, ile razy autor miał ochotę rzucić to wszystko w kąt i zająć się czymś innym) zasługuje na dodatkowy szacunek.


Nie mogę nie napisać, że po zakończeniu lektury nie byłem aż tak zachwycony jak po pierwszym tomie serii, gdzie wszystko było nowe i interesujące, nie wiedziałem jeszcze, o co tak naprawdę chodzi i dokąd zmierzają niektóre z pomysłów Smitha. Po otrzymaniu niektórych odpowiedzi zdarzało się, że czasem pomyślałem "Tylko tyle?", ale tego raczej nie dało się uniknąć. Po pewnym czasie doskonale znałem bohaterów serii i mogłem przewidywać ich decyzje, sporo żartów (choćby tych opartych na najważniejszych cechach charakteru poszczególnych postaci) powtarzało się, przez co nie były aż tak zabawne, jak na początku, a w kilku momentach chciałem, żeby nadal było śmiesznie tak jak do tej pory, bez żadnych domieszek, podczas gdy autor wprowadzał sporo poważniejszych wątków. Wolałem, żeby wszyscy nadal siedzieli w wiosce i wiedli spokojne życie, podczas gdy cała seria rozrosła się do ogromnych rozmiarów z ogromną ilością wątków, a sytuacja zmieniała się z każdym kolejnym odcinkiem. Tak czy inaczej, stwierdzenie "nie byłem aż tak zachwycony", nie oznacza, że nie byłem zachwycony w ogóle. Wręcz przeciwnie, chętnie przeczytałbym kolejne 1300 stron przygód trzech kuzynów, mogłyby być nawet nieco gorsze, i tak cieszyłbym się jak dziecko.

Pisząc o Out from Boneville, wspominałem o uniwersalności serii Jeffa Smitha. Na szczęście nadal jest tak, że komiks można dać zarówno komuś dorosłemu, jak i dziecku, a radość płynąca z lektury będzie prawdopodobnie taka sama. Co prawda im dalej, tym nieco mroczniej, pojawia się nawet kilka dość brutalnych scen, ale z drugiej strony, młodsi czytelnicy mogą napotkać więcej przemocy w pierwszym lepszym zeszycie komiksu, którego bohater nosi maskę i pelerynę. Poza tym, historia powstawała bardzo długo, Jeff Smith musiał więc zakładać, że niektórzy fani serii dorastają wraz z nią, a on może sobie pozwolić na kilka dekapitacji, przebić mieczem i innych sposobów pozbawienia kogoś życia.

Mimo kilku wad, Bone to mistrzostwo i mam nadzieję, że ukaże się w Polsce. Powyższe akapity mogą nie oddawać tego, jak bardzo podobał mi się komiks, wytknąłem parę rzeczy, które mi nie pasowały, ale poza tym uważam, że każdy powinien mieć tę opowieść u siebie na półce, obojętne, czy w tańszej, jednotomowej i czarno-białej wersji, czy w postaci dziewięciu Trade'ów ze wszystkimi kolorami. Jest co czytać (i nie chodzi mi tutaj wyłącznie o objętość), a słabsze momenty to jedynie kropla w morzu tych, które pozostawiają uśmiech na pysku jeszcze długo po odłożeniu cegły z powrotem na półkę.

czwartek, 10 czerwca 2010

#90 - Zamułka

Niestety, wpis numer #90 będzie jedynie próbą usprawiedliwienia braku aktywności na blogu, ale mam nadzieję, że mogę sobie pozwolić na prywatę. Jest powód.

Od jakichś dwóch tygodni codziennie planuję napisanie nowej recenzji, ale nic z tego nie wychodzi. Przyczyna jest prosta: sesja (już prawie koniec, jeszcze tylko jeden egzamin) oraz nóż na mym gardle, termin oddania promotorowi gotowej pracy magisterskiej - 16 czerwca. W związku z tym stres osiąga zenit, czasu jest coraz mniej, a ja powinienem siedzieć i zapieprzać z końcówką moich "poważnych" wypocin, nie mam głowy do recenzji. Oczywiście nadal jest o czym pisać i nadal chcę to robić, ale po szesnastym, kiedy - obym się nie mylił - będzie trochę luźniej.

Wirtualni komiksowi bracia - trzymajcie kciuki.

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...