sobota, 7 listopada 2009

#62 - Haunt #1 [Robert Kirkman & Ryan Ottley]


W tytule recenzji podaję najczęściej dwa najważniejsze dla komiksu nazwiska, z tym że w przypadku pierwszego numeru serii Haunt, wyróżnienie tylko dwóch osób jest czymś problematycznym. Trzeba przyznać, że komiks może poszczycić się bardzo konkretną (zaryzykuję nawet słowo gwiazdorską) obsadą: Robert Kirkman (współtwórca i scenarzysta), Greg Capullo (layouty), Ryan Ottley (rysunki) oraz Todd McFarlane (współtwórca, inker). Nieźle, jak na początek, prawda? Z każdym z tych czterech panów wiążą się jakieś pozytywne komiksowe skojarzenia, czasem bardziej (Kirkman, Ottley), a czasem mniej aktualne (McFarlane i Capullo), co nie zmienia faktu, że kwartet prezentuje się zachęcająco. I chociaż debiut w postaci dwudziestokilkustronicowej (istnieje w ogóle takie słowo? Blogspot podkreślił je na czerwono, więc chyba nie hehe) opowieści nie pozwala stwierdzić, czy seria będzie strzałem w dziesiątkę, czy upadkiem z wysokiego konia, przeczucie każe mi wybrać to pierwsze. Po prostu ufam Kirkmanowi, czytałem The Walking Dead oraz Invincible i wiem, że gość radzi sobie z komiksami z szuflady podpisanej ongoing. Wygląda na to, że jego plany dotyczące Haunt sięgają bardzo dalekiej przyszłości, zaś autor wiąże z tytułem spore nadzieje. Ja w niego wierzę.

Czym jest ta seria? Sam Kirkman określa ją trzema słowami: akcja, horror i szpiegostwo. Jej główni bohaterowie to Daniel, niezbyt oddany sprawie ksiądz oraz jego brat Kurt, facet od brudnej roboty na zlecenie, który w pierwszym odcinku zalicza dość nieprzyjemny zgon i zaczyna nawiedzać Daniela. Powraca po to, żeby ochronić bliskich przed ludźmi szukającymi pewnego przedmiotu, ich zdaniem będącego w posiadaniu Kurta lub kogoś z jego najbliższego otoczenia. W jaki sposób udało mu się powrócić i dlaczego potrafi łączyć się z Danielem, aby stworzyć istotę widoczną na zamieszczonej wyżej okładce - tego jeszcze nie wiadomo. To zresztą normalne dla pojedynczych zeszytów: jest krótko, ale w przypadku Haunta także dosyć konkretnie (choć bez rewelacji) i zachęcająco. Czekam na więcej i polecam przyjrzenie się z tej serii, bo w niedalekiej przyszłości opowieść może rozwinąć się w coś naprawdę dobrego. Rysunki Ottleya ponownie stoją na wysokim poziome, a dodatkowo są kompletnie inne niż to, co autor zaprezentował w Invincible. Krótko mówiąc, jest na co popatrzeć, oby było też co przeczytać.

3 komentarze:

arcz pisze...

Czekam na pierwszego trejda, bo za dużo serii już ciągnę na zeszytach. Ale zapowiada się interesująco.

W pierwszym numerze "Image United" będzie bodaj sześciostronicowa (też nie ma takiego słowa) dodatkowa historia z tym herosem.

Taka ciekawostka ;)

Bane pisze...

A co jeszcze "ciągniesz na zeszytach" poza Dzikim Smokiem?

arcz pisze...

Batman and Robin, Cap America, Ultimate Comic Avengers oraz szereg mini-serii, czy czasem łanszotów jak Strange Tales itp.

Pomyśleć, że jeszcze ze dwa lata temu było tego znacznie więcej :)

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...