środa, 1 kwietnia 2009

#97 - Face [Peter Milligan & Duncan Fegredo]

O Face wspomniałem po raz pierwszy pisząc recenzję The Eaters, prawie dwa lata temu, gdy w adresie tego bloga nie figurowało jeszcze słowo komiksofilia, a jakże ambitny zwrot comic books keep my dick hard. Może i nie byłem zabawny, ale już wtedy wiedziałem, że Peter Milligan i Duncan Fegredo to mistrzowski duet, którego dzieła są w stanie rzucić mnie na kolana. Dokładnie rok po recenzji The Eaters (teraz zastanawiam się, czy zrobiłem to przypadkiem, ale pewnie nie) napisałem laurkę ich Enigmie - dodam, że laurkę w pełni zasłużoną. W moim prywatnym rankingu ten pokręcony komiks wciąż stoi na podium. Nie mogę napisać tego samego o Face, jednak nie każę Wam czekać na podsumowanie i od razu zapewnię, że według mnie jest to komiks rewelacyjny. Jeśli więc nie znacie tej pozycji, a do tej pory zgadzaliście się z moimi opiniami, zdobądźcie ją jak najszybciej, nawet jeżeli nie przepadacie za horrorami. Bo nie da się zaprzeczyć, że ten one-shot z Vertigo może przestraszyć, a już na pewno trzymać w napięciu.

Jeśli chodzi o ilustracje, mógłbym napisać dokładnie to samo, co w recenzji Enigmy: są świetne. W dodatku kolory nałożyła tutaj ta sama osoba, czyli Sherylin van Valkenburgh. Jak dotąd zawsze mogłem napisać kilka ciepłych słów o rysunkach Duncana Fegredo, jednak dużo zależy właśnie od kolorów. Te znajdujące się w Face są o wiele mroczniejsze niż w Millennium Fever, doskonale pasując do panującej w komiksie atmosfery. Całość robi ogromne wrażenie oraz pokazuje, że praca ilustratora nie jest wyłącznie tłem dla scenariusza Milligana, a raczej pełnoprawnym partnerem w zbrodni i jednym z głównych atutów komiksu.

Pozornie scenariusz nie jest zbyt skomplikowany: jedna wyspa, czworo bohaterów; David, słynny chirurg plastyczny, jego żona Rebecca oraz Andrew Sphinx, światowej sławy malarz wraz ze swoim lokajem. Na początku wszystko wydaje się proste - zadaniem Davida jest zrobienie malarzowi operacji plastycznej. Ponieważ Sphinx nie jest przeciętnym zjadaczem chleba, a "największym żyjącym artystą" (poza tym woli spędzać czas z dala od ludzi; jego ostatnia znana fotografia ukazała się ponad dwadzieścia lat temu), może dyktować warunki i decyduje, że to chirurg wraz se swoją żoną muszą wybrać się do niego, nie odwrotnie. Mają spędzić na rajskiej wyspie około sześciu miesięcy; Rebecca ukończy swoją zaniedbaną powieść, David zajmie się tym, w czym jest najlepszy, Andrew Sphinx, który z powodu braku natchnienia przestał malować wiele lat temu, zmieni twarz i powstanie niczym feniks z popiołów, a w efekcie wszyscy rozstaną się szczęśliwsi niż przed spotkaniem. Taki jest plan, ale, jak łatwo zgadnąć, wszystko się komplikuje. Wychodzi na jaw, że plany Davida i jego żony różnią się od planów Sphinxa oraz jego bezgranicznie posłusznego lokaja. Wtedy zaczyna się prawdziwy koszmar.

Milligan jak zwykle porusza temat tożsamości, zadaje pytania, jakie znaczenie ma ludzka twarz, czym jest sztuka i czy chirurgia plastyczna może być za nią uznawana. Najważniejsze jest jednak to, że tworzy interesujące postacie z krwi i kości, dodając im kilka obsesji oraz obaw, które, choć wydają się niewielkie i mało znaczące, tak naprawdę kierują ich życiem. Face to jedna z opowieści o bohaterach odciętych od świata, znajdujących się w miejscu, z którego niełatwo uciec i zmuszonych do radzenia sobie w ekstremalnych warunkach, czasami dzięki przekraczaniu granic własnej wytrzymałości i niebezpiecznym zbliżaniu się do popadnięcia w obłęd. Aż do dramatycznego finału czytelnik nie ma pojęcia, czy występujące w komiksie postacie wyjdą z tego bez szwanku, czy może wszystko zostało od początku do końca wyreżyserowane przez szaleńca.

Jeśli jeszcze nie wiecie, przekonajcie się sami.

poniedziałek, 23 marca 2009

#22 - Planetary [Warren Ellis & John Cassaday]


Niedawno wybrałem się do kina na "Watchmen", o czym wkrótce. Niedawno skończyłem serię "Transmetropolitan", o czym też wkrótce, oczywiście w miarę skromnych możliwości czasowych. O "Ziniolu" #3 i #4 też napiszę, pewnie. Marzy mi się tylko trochę dłuższa doba. Póki co kilka zdań o innym dziecku autora przygód Spidera Jerusalema, a mianowicie o komiksie "Planetary".

Planetary to grupa archeologów badających, łagodnie mówiąc, naprawdę dziwne zjawiska. Wyobraźnia Ellisa jest w tej materii niemal nieograniczona i wymyśla on naprawdę wkręcające rzeczy - nie chcę zdradzać szczegółów, ale kilka pomysłów zdecydowanie przykuwa uwagę. A mimo to na początku byłem nastawiony do tej serii dość sceptycznie. Dlaczego? Ponieważ członkowie Planetary najczęściej obserwują zamiast działać i ma się wrażenie, że scenarzysta nie wykorzystuje potencjału drzemiącego w jego pomysłach. Przedstawia zarys sytuacji, czytamy ciekawą i bardzo dobrze narysowaną historię, ale brakuje jakiejś puenty, bohaterowie widzą jakieś dziwne zjawisko i najczęściej nic nie robią, najwyżej komentują zdarzenie. Poszczególne odcinki nie mają ze sobą nic wspólnego poza postaciami, kończymy czytać jeden zeszyt, a następny rzuca nas zupełnie gdzie indziej. To może trochę irytować, brakuje jakiegoś głównego wątku...

Do czasu. Po kilku odcinkach akcja zawiązuje się i nagle widać, że Ellis wszystko przemyślał i że o coś w tym wszystkim jednak chodzi. W każdym razie o więcej niż tylko o szybkie rzucenie bohaterów w wir akcji i równie szybkie zabranie ich do następnej przygody. Jestem w połowie "Planetary" i po wydarzeniach z #12 wciągnęło mnie na dobre. Dodatkowo całóść czyta się naprawdę płynnie i jest co oglądać, więc polecam, mimo trudnego startu.

niedziela, 8 marca 2009

#21 - Wilq Superbohater: Nie będę walczył z dinozaurem jak jakiś debil [Bartosz i Tomasz Minkiewiczowie]


Przyznaję się bez bicia, ostatnie przygody Wilka czytałem jeszcze na łamach "Produktu". Jestem w posiadaniu czternastego zeszytu, podczas gdy trzynaście poprzednich pozostało przeze mnie nietkniętych. I nie chodzi o to, że nie podobał mi się komiks Bartosza i Tomasza Minkiewiczów (wręcz przeciwnie), ale... tak właściwie poprzednie numery przeoczyłem bez żadnego konkretnego powodu. Aż tu nagle słyszę o powrocie "Wilka" do formy, że wreszcie pojawił się dobry zeszyt po kilku słabszych, no więc kupiłem. I poczułem się jak za starych, dobrych czasów.

Wilq jest sfrustrowany i zły na wszystko, co go otacza. Wszystkich wokół uważa za kretynów i elokwentnie krytykuje, co jest jedną z głównych atrakcji opowieści. Opowieści, która jest z założenia debilna i nie należy szukać w niej mądrych żartów, ale z drugiej strony jak tu się nie śmiać przy tekstach typu "Akurat przyda się to nam jak downom zwiedzanie Big Bena" (oczywiście takie wypowiedzi zyskują na atrakcyjności, kiedy nie sa wyrwanie z kontekstu) lub kiedy czytamy o wkręceniu komisarza Gondora, że rysunek chuja jest tak naprawdę czymś zupełnie innym. Naprawdę dobra dawka humoru, świetnych (na swój debilny sposób) żartów, rysunków, dodatków (genialny pomysł z wyciętymi scenami) i kończąca wszystko zapowiedź kolejnego numeru, która chyba nikomu nie pozwoli czekać cierpliwie.

Nie jest to komiks dla każdego. Niektórych odrzucą rysunki, innych fabuła (doskonale rozumiem, że tego typu głupie żarty można zwyczajnie skwitować wyniosłym i pogardliwym "Phi, mnie to nie bawi"). Paradoksalnie takie niezbyt mądre opowieści to raczej rzecz dla najbardziej otwartych ludzi. Ale kiedy już się otworzysz, nie pożałujesz.

sobota, 7 marca 2009

#20 - Fables


Jeszcze kilka zdań o komiksie "Fables" (lojalnie uprzedzam, że będą spoilery). Doczytałem resztę i wreszcie jestem na bieżąco z jedną z moich ulubionych serii. Ma to swoje wady, od teraz nie mogę czytać większych ilości i muszę być cierpliwy. A jest na co czekać. Na początku myślałem, że (uwaga, zaczynają się spoilery) Adwersarz będzie niepokonany aż do końca, a kiedy już Baśniowcy się z nim uporają, wrócą do swoich krain by żyć długo i szczęśliwie. Nic podobnego. Po wygranej wojnie problemów jest jeszcze więcej niż zwykle, niektórzy zginą, inni zostaną uśpieni, ktoś bardzo silny obudzi się z długiego snu, a Gepetto... hehe. Sami zobaczycie. Jeśli kupujecie polskie wydania to naprawdę warto czekać. Ja nie wytrzymałem, musiałem być na czasie. I teraz też czekam. Jeśli chodzi o mnie, serial "Fables" mógłby trwać wiecznie, o ile tylko Willinghamowi nie skończą się dobre pomysły. Póki co nic na to nie wskazuje.

sobota, 28 lutego 2009

#19 - Tytus, Romek i A'Tomek - Księga I


W czwartek miałem przyjemność kupić wznowienie pierwszej księgi przygód "Tytusa, Romka i A'Tomka". Zainteresowani tematem pewnie już wiedzą o co chodzi - rzucasz 3,99zł (nie pamiętam, kiedy ostatnio płaciłem tyle za nowy komiks, dobra robota) i możesz powrócić do dzieciństwa, oczywiście jeśli Tytus nie jest dla Ciebie jakąś nowością. Muszę przyznać, że inicjatywa jest bardzo fajna i bardzo słuszna - miło będzie mieć na półce polską klasykę w dobrym stanie (i całkiem nieźle wydaną), jak dotąd nie miałem kompletu, a stare wydania zdobywane od kumpli i kupowane na kiermaszach wyglądają naprawdę tragicznie. W ciągu najbliższych paru miesięcy będę regularnie odwiedzał salon prasowy. Aż przypominają się czasy kosztujących kilka złotych zeszytów z TM-Semic, chociaż to zupełnie inna bajka.

Pytanie tylko, czy wznowienia zdobędą sympatię młodszych czytelników, którzy o Tytusie, Romku i A'Tomku nie mają pojęcia. Wydaje mi się, że niestety nie. Przyznaję się bez bicia, że moim skromnym zdaniem w 2009 komiks ten nie jest już żadną rewelacją i będę go nabywał wyłącznie z sentymentu, bez którego przeszedłbym obok półki z pierwszą księgą obojętnie. Zobaczymy, co powiedzą dzieciaki.

starsza wersja pierwszej księgi

poniedziałek, 23 lutego 2009

#18 - Fables [Bill Willingham & Mark Buckingham]


Śnieżka, Wilk, Śpiąca Królewna, Sinobrody, Baba Yaga, Czerwony Kapturek, Mowgli, Shere-Khan, Królowa Śniegu, Gepetto i Pinokio... o czym mówię? Jeśli czytałeś "Fables" nie muszę wyjaśniać, jeśli nie znasz tego komiksu prawdopodobnie zastanawiasz się czy przypadkiem nie pomyliłeś blogów. Sam nie wiem jak podszedłbym do tematu, gdyby ktoś mi powiedział, że "Baśnie" opowiadają o losach wyżej wymienionych postaci (i wielu innych, równie ciekawych). Przypuszczam, że olałbym dzieło Billa Willinghama, co byłoby niewybaczalnym błędem. Na szczęście komiks ten dopadł mnie bez żadnych zapowiedzi, nie miałem też czasu na uprzedzenia - po prostu wziąłem #41 i #42 zeszyt z półki podczas wizyty w Stanach w 2006 roku. Może i straciłem przez to kilka niespodzianek (na przykład od samego początku wiedziałem kim jest Adwersarz), ale kiedy jakiś czas później zobaczyłem tę serię w Polsce, wiedziałem, że nie mogę odpuścić. Losy Baśniowców wciągają niemiłosiernie, więc nie poprzestałem na polskich trade'ach - nie dało się. Aktualnie czytam TPB "Sons of Empire" (spokojnie, nie będzie spoilerów) i już chcę kolejnych części.


O co chodzi? Mogę porównać "Fables" na przykład do "Ligi Niezwykłych Dżentelenów" Moore'a, lub do "Amerykańskich Bogów" Gaimana - tam też czytaliśmy o przygodach postaci, które nie zostały wykreowane przez autorów. Tyle że tutaj jest jeszcze dziwniej, bo jak traktować poważnie komiks (a przynajmniej jak nie traktować go jako czegoś, co nie może się udać), w którym występują takie postacie jak Muchołap, Trzy Świńki, Piękna i Bestia lub wspomniany wyżej Czerwony Kapturek? A jednak da się, mimo że mieszanka sprawia wrażenie niedorzecznej. Bohaterowie są ciekawi, nawiązania do ich ogólnie znanych losów (w końcu kto nie słyszał o Calineczce lub Śpiącej Królewnie?) potrafią zainteresować, a całość jest po prostu tak miodna (fabuła "płynie" i nie daje czytelnikowi odpocząć), że może stawać w szranki praktycznie z każdym komiksem typu ongoing ukazującym się na naszym rynku (przykro mi to mówić, ale "Żywe Trupy" się chowają, mimo że nadal uwielbiam przygody Ricka).


I jeszcze coś, co jest wielkim plusem - ciągłe zmiany. Nie ma tak, że przegapisz 30 zeszytów, wracasz po przerwie i wszyscy dalej robią to samo. Cechą "Fables" są ciągłe zmiany, przetasowania, a także zgony. Willingham co chwilę wprowadza nowych, interesujących bohaterów i właściwie nigdy nie ma pewności, czy przeżyją do końca epizodu. Postacie giną bardzo często i bardzo często pojawia się ktoś nowy. Są kłótnie, związki, ale w żadnym wypadku nie przypomina to telenoweli.

Zauważyłem, że niewiele piszę o rysunkach. Te w "Fables" są zwykle bardzo dobre, może nie rewelacyjne, ale z drugiej strony cała seria nie jest przecież żadnym arcydziełem. To rewelacyjny serial (tylko i aż), przy którym można się odprężyć, nic szczególnie ambitnego i ciężkiego w odbiorze lub skłaniającego do przemyśleń. I bardzo dobrze, bo chyba nikt nie czyta wyłącznie komiksów typu "Maus" lub "Prosto z Piekła". Potrzebna jest czysta rozrywka i na tym polu komiks Willinghama pewnie stoi na nogach.

środa, 14 stycznia 2009

#17 - KZ numer 54

Nowy numer KZ poświęcony został tematyce Indian w komiksie. Niby nic interesującego (piszę oczywiście o sobie), ale magazyn jak zwykle potrafi zaciekawić czymś pozornie nieciekawym. Poza tym dobre i fachowe teksty, więc naprawdę jest co czytać. KZ można chyba tylko polecać, więc... sam wiesz.

Z innej beczki: na blogu miał miejsce mały remont. Wyrzuciłem zapchajdziury, wpisy z samymi zdjęciami, pokasowałem niepotrzebne rzeczy. Obiecałem sobie, że zacznę pisać tu częściej (obecnie jest 21 lutego, edytuję starszy wpis) - zobaczymy, czy mi się uda. Oby, bo 1 lub 2 wpisy na miesiąc nie wyglądają zbyt imponująco, prawda?

niedziela, 7 grudnia 2008

#16 - The Exterminators: Bug Brothers [Simon Oliver & Tony Moore]


Whoa! Jeden z lepszych komiksów, jakie ostatnio czytałem, z miejsca zostaję fanem i zbieram pieniądze na kolejne Trade'y. Po zapoznaniu się z pierwszym tomem aż nie chce mi się wierzyć, że seria została anulowana z powodu niskiej sprzedaży zarówno zeszytów, jak i wydań zbiorczych. Planowano 50 numerów, ale ostatecznie komiks dokonał żywota na "The Exterminators" #30.

O czym jest ta historia? Ze wstępu Josha Olsona dowiadujemy się, że teoretycznie jest to typowy komiks opowiadający o drużynie posiadającej specjalne umiejętności, opisujący jej walkę ze złem oraz efekty tej walki. I zgadza się, tyle że tą drużyną są tępiciele pozbywający się z mieszkań niechcianych lokatorów takich jak karaluchy czy szczury. Seria jest pokręcona jak "Kaznodzieja" (chodzi mi o poziom pokręcenia, nie o jego typ - nie spodziewajcie się seksu z mięsem i odgryzania genitaliów), strasznie zabawna, a jednocześnie mroczna i tajemnicza - cały czas czujesz, że za chwilę stanie się coś strasznego. I dzieje się - mamy do czynienia z nowym rodzajem karaluchów, z dziwnym spiskiem, tajemniczym pudełkiem. Wszystko wygląda na drobiazgowo zaplanowane, odpowiedzi dostajemy bardzo powoli, a jednocześnie pojawiają się nowe zagadki. Przygody Henry'ego Jamesa, który świeżo po wyjściu z więzienia zatrudnia się w firmie ojczyma zajmującej się wyżej wymienionymi stworzeniami powinny zadowolić wielu fanów komiksu. Bardzo chciałbym zobaczyć je na polskich półkach.

Jeśli chodzi o ilustracje, też jest świetnie - ich autorem jest znany z pierwszego tomu "Żywych Trupów" Tony Moore. Tym razem mamy okazję zobaczyć jego prace w kolorze i nie ma się do czego pryzczepić (chociaż... na niektórych kadrach Henry bardzo przypomina Shane'a z "The Walking Dead", ale może to tylko moje subiektywne odczucie). Rysunki bardzo dobrze ukazują ten jednocześnie ohydny i zabawny świat pełen niebezpiecznych robaków.

Pozostaje mi rozejrzeć się za kolejnym tomem. Może trochę przesadzę z entuzjazmem, ale dla mnie to seria tak samo dobra jak "Y: The Last Man". Zobaczymy, czy to samo stwierdzę po lekturze zakończenia.

piątek, 5 grudnia 2008

#15 - The Walking Dead #54 [Robert Kirkman & Charlie Adlard]


"The Walking Dead" to zdecydowanie jeden z tych komiksów, które wolę łykać większymi partiami, podobnie jak "Y: The Last Man". Te dwadzieścia kilka stron to zdecydowanie za mało, ale co zrobić - nadrobiłem zaległości i teraz trzeba czekać na każdy kolejny zeszyt. A seria wciąż ma się dobrze, nawet mimo tego, że nie zaplanowano z góry określonej ilości odcinków, zaś Kirkman zdaje się bawić w "pociąg w nieznane". Oby udawało mu się jak najdłużej. A co znajduje się w "The Walking Dead" #54? Cóż, można powiedzieć, że to co zwykle, co wcale nie oznacza czegoś złego (wręcz przeciwnie). Dobre dialogi, trochę rozwałki, nowe postacie, tym razem brak trzymającego w napięciu zakończenia. Ale i tak czekam na kolejne zeszyty.

wtorek, 25 listopada 2008

#14 - KZ numer 53

Krótko o nowym numerze KZ. Krótko, bo to nie żadna recenzja (tak przy okazji: teksty zamieszczane na tym blogu koło recenzji nawet nie leżały, to po prostu opinie), tylko informacja, że się ukazało i że można przeczytać (nawet jeśli każdy zainteresowany tematem i tak już wie). Ostatnio cieszyłem się, że trafiło na Briana K. Vaughana, a teraz trafiło na Gwiezdne Wojny i cieszę się mniej, a właściwie wcale, bo to zupełnie nie mój temat. Mimo to KZ jak zwykle prezentuje masę innych, ciekawych tekstów, w tym interesujący mnie najbardziej, dotyczący aktualnej kondycji Vertigo.

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...