czwartek, 21 stycznia 2010

sobota, 26 grudnia 2009

#76 - Przerwa

Na początek spóźnione życzenia, wiadomo jakie, a jak nie wiadomo, obok znajduje się rewelacyjnie narysowana choinka. W porządku, formalności mamy za sobą.

Ostatnio pisałem o braku weny i od dziesięciu dni nie dodałem żadnej recenzji. Naprawdę, obecnie nie mam do tego głowy, chwilowo wypstrykałem się z pomysłów. Jestem bardzo leniwy, więc sam fakt, że Komiksofilia funkcjonuje od ponad roku, jest dla mnie wielkim wyczynem. Z drugiej strony nie rywalizuję z nikim o większą ilość tekstów, nie chcę też pisać na siłę czy robić z prowadzenia bloga przymusu, także na jakiś czas odpuszczam. Wymienię baterie, poczytam komiksy, poleję wodę w pracy magisterskiej i myślę, że najdalej w połowie stycznia będę tu z powrotem. Możesz w tym czasie nadrobić zaległości i poczytać starsze teksty.

środa, 16 grudnia 2009

#75 - Invincible: My Favorite Martian [Robert Kirkman & Ryan Ottley]

Na zły początek...
Musicie mi wybaczyć tak częste pisanie o Invincible, ostatnio naprawdę nie mam czasu ani weny, a recenzowanie kolejnych TPB serii Kikrmana zabiera niewiele pierwszego, drugiego zaś nie wymaga wcale. Ogólnie przepraszam za letką zamułkę. W niedalekiej przyszłości postaram się ogarnąć, ewentualnie znów zrobię sobie blogową przerwę (tym razem o wiele krótszą niż poprzednio) w celu zebrania sił, a tymczasem...

My Favorite Martian, ósma cegiełka budująca uniwersum Marka Graysona zawiera zeszyty #36-#41 i ponownie dostarcza nam klimatu tak typowego dla tego tytułu, a jednocześnie tak unikalnego. Zaczynamy od wspomnianych ostatnio uprowadzonych bezdomnych, którzy doświadczyli bolesnego przerobienia na mordercze roboty, stanowiące spory problem nawet dla głównego bohatera. Dodatkowym utrudnieniem jest fakt, że jednym ze stalowych oponentów jest kolega Graysona ze studiów. Po przelaniu krwi oraz przesypaniu sporej ilości śrubek problem zostaje rozwiązany, chociaż - jak to bywa u Kirkmana - wcale nie do końca; widać, że pewne postacie wrócą, a Mark jeszcze nie wie, że raczej nie powinien ufać wszystkim swoim znajomym.
Jeśli jesteś stałym czytelnikiem serii, na pewno kojarzysz wizytę syna Omni-Mana na Marsie i zdajesz sobie sprawę, że w przyszłości mieszkańcy czerwonej planety mieli odegrać ważną rolę w tym komiksie. No i odgrywają, a w międzyczasie na Ziemi trwa konkretna rozpierducha, w czasie której trup ściele się gęsto, nie tylko po stronie tych złych. Będą wizyty w szpitalu, będą też pogrzeby. I chyba nikogo nie zdziwi, że z Marsem to wciąż nie koniec, chociaż bohaterowie na razie nie mają o tym pojęcia. Ich pech.
Czy pisałem o skomplikowanych relacjach pomiędzy Markiem, Amber oraz Eve? Po lekturze My Favorite Martian wiadomo mniej więcej, w którym kierunku podąży Invincible, co nie znaczy, że obędzie się bez zaskakujących zwrotów akcji. A Oliver rośnie jak na drożdżach...

sobota, 12 grudnia 2009

#74 - Invincible: Three's Company [Robert Kirkman & Ryan Ottley]

Three's Company, siódmy TPB mistrzowskiej serii Invincible, to po raz kolejny nagromadzenie pomysłów oraz sfinalizowanie wielu wątków rozpoczętych dużo wcześniej - o niektórych wspominałem, o innych nie było warto pisać, za to po czasie rozrosły się do kluczowych wydarzeń. Sporo epizodów kręci się wokół coraz bardziej skomplikowanych relacji pomiędzy Markiem, Amber oraz Eve, zresztą później ich znajomość pokręci się jeszcze bardziej, a każda taka zmiana wychodzi serii na dobre. Oprócz głównego wątku cały czas mamy sygnały ze strony Kirkmana, mówiące czytelnikowi "to jeszcze nie jest ważne, ale wkrótce będzie". W Three's Company do tego typu wskazówek należy zaliczyć działalność pewnego zielonego przybysza z obcej planety oraz ciągnącą się już od dłuższego czasu sprawę porywania bezdomnych, zamienianych później w śmiercionośne roboty. Najbardziej emocjonujące jest według mnie starcie głównego bohatera z Angstromem Levym, gościem, który potrafi przemieszczać się pomiędzy wymiarami (wspominałem o nim recenzując The Facts of Life). Po pierwsze, pojedynek sprawia, że Invincible jest zmuszony do odwiedzenia wielu interesujących miejsc, między innymi uniwersum The Walking Dead, a kiedy Kirkman szaleje w ten sposób, zawsze wynika z tego sporo ciekawych lub/i zabawnych sytuacji; po drugie, w wyniku walki Mark przekracza pewną cienką superbohaterską granicę, ale o tym cisza. W każdym razie nie pozostanie to bez konsekwencji, co przecież jest jednym z elementów napędzających serię; tutaj wszystko ma znaczenie i prędzej czy później wypłynie na wierzch. Końcówka pokazuje nam, co tak naprawdę knuł Robot i co kryło się w książkach ojca głównego bohatera, po czym mamy kolejny udany TPB za sobą. Streszczanie następujących tomów serii bez zdradzania zbyt wielu szczegółów stało się dla mnie jedyną metodą recenzowania Invincible, bo ileż można powtarzać, że Kirkman i Ottley kopią dupę.

wtorek, 8 grudnia 2009

#73 - Uzbrojony Ogród i Inne Opowieści [David B.]

Może i nie jestem wielbicielem malarstwa, ale przyznaję, że wypowiedź "tak wyglądałyby komiksy Picassa, gdyby ten je rysował" jest sporą zachętą, nawet dla mnie. Listonosz przyniósł Uzbrojony Ogród razem z kilkoma innymi ciekawostkami, między innymi drugim komiksem wchodzącym w skład najnowszego pakietu Kultury Gniewu, Panem Naturalnym, i muszę stwierdzić, że zainwestowanie w opowieść Davida B. było bardzo dobrym posunięciem. Trzy zawarte w tym tomie historyjki mają swoją specyficzną atmosferę, coś, czego nie potrafię uchwycić lub ubrać w słowa, ale mam wrażenie, że podczas lektury niewielu czytelników nie odczuje tego, o czym piszę. Jest to komiks unikalny i, tak jak w przypadku Insekta, na mojej półce chyba nie ma pozycji, którą mógłbym nazwać podobną do Uzbrojonego Ogrodu. Oprócz samej atmosfery, skutecznie budowanej przez scenariusz i charakterystyczne ilustracje, komiks posiada jeszcze coś, coś nieuchwytnego, wyślizgującego się z rąk podczas przewracania kolejnych kartek. Po prostu wydaje mi się, że, jakkolwiek jestem bardziej niż usatysfakcjonowany, nie dostrzegłem jakiegoś drugiego dna i dotarła do mnie tylko część zawartej w tej opowieści magii. Piszę o tym ze złością, bo wszystko to sprawi na pewno, że recenzja pozostanie niekompletna, przynajmniej w moim odczuciu, ale na ten moment nic nie poradzę.

Nie bacząc na moje obawy, które być może są jedynie urojeniami, przejdę do konkretów: komiks Davida B. zawiera trzy krótkie historie: Zamaskowany Prorok, tytułowy Uzbrojony Ogród oraz Zakochany Bęben. Każda z opowieści skupia się na nieco innych wątkach, chociaż nie brak tu wspólnych cech, zwłaszcza w drugiej i trzeciej części komiksu. Całość przedstawiona została w konwencji mrocznej i brutalnej baśni, z ciekawymi pomysłami oraz przeprowadzeniem fabuły w taki sposób, że ciężko oderwać się od kolejnych stron. Autor zestawił wydarzenia historyczne, takie jak na przykład Wojny Husyckie (od razu przypomniała mi się trylogia Sapkowskiego), z mitami oraz legendami, a dopełnienie w postaci oprawy graficznej zrobiło swoje, budując ten niesamowity i upiorny klimat. Ilustracje są proste, a jednocześnie przemyślane i robiące ogromne wrażenie, od stylu rysunku po specyficzną kolorystykę, co wraz ze scenariuszem tworzy idealnie zgraną całość - jak w najlepszych komiksach.

Być może nie potrafię opisać wszystkich aspektów Uzbrojonego Ogrodu, pewnie brakuje mi wiedzy albo umiejętności potrzebnych do określenia, co przegapiłem, ale niezależnie od tego polecam przekonanie się na własne oczy co znajduje się pomiędzy okładkami tej niezbyt obszernej, ale zapadającej w pamięć pozycji. Bo chociaż czytałem wiele lepszych opowieści obrazkowych, prawdopodobnie nigdy nie czytałem czegokolwiek podobnego, a to o czymś świadczy. Unikalność jest dla mnie cechą jak najbardziej pożądaną, zresztą nie tylko jeśli chodzi o komiks, a jej zawartość w Uzbrojonym Ogrodzie jest naprawdę bardzo wysoka.

sobota, 5 grudnia 2009

#72 - The Punisher Volume 3 [Garth Ennis & Steve Dillon]

Na zły początek...
KaeReL i Rysovek rozjebali...


Dopiero zabierając się za ten tekst zauważyłem, że dotychczas nie było tutaj ani słowa na temat Gartha Ennisa. Jeden z bardziej szalonych i, niestety, nierównych scenarzystów wreszcie doczekał się pierwszego - i pewnie nie ostatniego - wpisu, a konkretniej recenzji jego podejścia do postaci Punishera. Swego czasu udało mi się dorwać kilka zeszytów serii The Punisher MAX, również napisanej prze Gartha i, strasznie zachęcony, postanowiłem przeczytać całość. Potem okazało się, że wypada znać wydarzenia zaprezentowane w dwóch poprzedzających wersję MAX edycjach (trzeciej i czwartej), zabrałem się więc do czytania trójki.

Początek wydawał mi się rewelacyjny - czysta akcja bez zbędnej zamułki, coś niezbyt absorbującego i jednocześnie pozwalającego się rozerwać. Frank robił to, czego od niego oczekiwałem - mordował przestępców bez cienia litości, przestępcy starali się mu przeszkodzić, a wszystko przyprawione było specyficznym, chorym poczuciem humoru Ennisa i przyciągającymi uwagę postaciami. Potem było nieco dziwniej, pojawił się na przykład ksiądz mordujący spowiedników (jak widać autorowi ciężko jest rozstać się z pewnymi tematami), a jedna z postaci straciła wszystkie kończyny w wyniku starcia z niedźwiedziami, ale tego typu wydarzenia nie są niczym nietypowym dla twórczości Gartha, no i gdzieś po drodze miał miejsce znakomity gościnny występ Daredevila, jeden z lepszych pomysłów w Volume 3. Dalej działo się wiele, a jednak napięcie opadało, pojawili się nowi bohaterowie podobni do wspomnianego księdza, Punisher potrafił przeżyć nawet spacer w ulewie ołowiu i robił widowiskową rozpierduchę, ale mimo wszystko czegoś zabrakło. Już nie było tak świetnie jak na początku, najwyżej znośnie. Dało się wytrzymać, w końcu przeciętny Ennis to wciąż całkiem przyjemna lektura, której można wybaczyć nawet liczne (wytknięte choćby tutaj) błędy scenariuszowe i robienie z Franka ultratwardziela, dla którego nie istnieje ból nie do zniesienia czy zbyt niebezpieczna akcja. Do pewnego momentu czytelnik marszczy czoło jedynie od czasu do czasu, będąc umiarkowanie zadowolonym.


Główny problem pojawia się razem z wkroczeniem postaci o pseudonimie The Russian. Być może moja ocena jest nieco skażona tym, że czytałem już co nieco z Volume 4, gdzie działy się jeszcze gorsze rzeczy, niemniej tutaj też jest źle. Tak jak z powodu niektórych wydarzeń i bohaterów Kaznodzieja miał problemy z utrzymaniem klimatu, tak The Punisher Ennisa pod koniec pada na pysk, właśnie z powodu Russiana. Niedorzeczność tej postaci burzy atmosferę i zmienia komiks w karykaturę, którą początkowo nie miał być, a w każdym razie wcale się na to nie zanosiło. Owszem, było kilka groteskowych, typowych dla autora wydarzeń, tyle że tamte epizody sprawiały wrażenie pasujących do całości. Na koniec mamy jeszcze pewne ugryzienie w nogę (szczegóły po kliknięciu w podany wyżej link) i żegnam się z miniserią mając przeświadczenie, że oczekiwałem czegoś całkowicie innego.

Każdy, kto czytał choćby Kaznodzieję (a zakładam, że większość zainteresowanych komiksem zetknęła się z tym tytułem przynajmniej na chwilę), wie, jak rysuje Dillon. Rysuje niby nieźle, ale nie tak, żebym piał z zachwytu. Dodatkowym problemem jest to, że bardzo często postacie są do siebie strasznie podobnie i gdyby Frank miał na niektórych obrazkach nieco inną fryzurę, zastanawiałbym się, czy przypadkiem nowym Punisherem nie został Jesse Custer. Jakoś nie zachwyciłem się tymi rysunkami, zresztą nigdy nie byłem jakimś wielkim entuzjastą prac Dillona.

The Punisher Volume 3 to bardzo dobry początek, po którym następuje spadek w dół aż do momentu, kiedy ta miniseria przestaje być czymkolwiek ciekawym. Volume 4 jest czymś jeszcze gorszym (przynajmniej na razie, dotychczas przeczytałem jedynie cztery odcinki), więc mam nadzieję, że przebrnę przez to w miarę szybko i bezboleśnie, bo wiem, że MAX daje radę.

czwartek, 3 grudnia 2009

#71 - Supreme: The Story of the Year [Alan Moore & Rick Veitch]

Na zły początek...
Listopad przyniósł dziesięć wpisów, myślę, że to rozsądne minimum. Poza tym udało mi się omówić kilka naprawdę ciekawych pozycji, więc chyba mogę być umiarkowanie zadowolony z siebie. Na horyzoncie przymus ruszenia z pracą magisterską, ale mam nadzieję, że mimo wszystko co miesiąc wrzucę chociaż tę dyszkę.


Główny bohater tego komiksu to gość, który stał się superbohaterem zaraz po tym, jak dotknął znalezionego w lesie meteorytu. Dzięki temu potrafi latać w swoim białym stroju i czerwonej pelerynie, jest też superinteligentny, supersilny, ma swoją tajną bazę, superpsa, supersiostrę, superroboty, powracających co jakiś czas superłotrów oraz ukrytą tożsamość. I tu Was zaskoczę - w cywilu wcale nie jest reporterem pracującym dla Daily Planet. Ethan Crane, dla niektórych znany także jako Supreme, zajmuje się rysowaniem komiksów. Na początku zapomniałem dodać, że jest też superszybki, dlatego też nie zamula się nad pustą kartką i ma sporo czasu na ratowanie świata. Fascynująca postać, nieprawdaż? Pewnie nigdy nie czytaliście komiksu o kimś choćby odrobinę podobnym.

Pytanie: czemu Alan Moore, niekwestionowany geniusz, zajął się na prośbę Roba Liefelda tak szablonowym bohaterem? Odpowiedź: ponieważ potrzebował właśnie kogoś szablonowego, schematycznego aż do bólu. I chociaż The Story of the Year nie jest aż tak znaną i genialną pozycją jak na przykład Watchmen, From Hell czy V for Vendetta (sam natknąłem się na ten komiks na Allegro, nie słyszałem o nim nigdy wcześniej), nie potrafię nie być nią zachwycony i nie przyznać, że Moore wygrał po raz kolejny. Ponownie udowodnił, że jest wielki, chociaż wcale nie musiał. Ponadto Supreme, w odróżnieniu od kilku innych dzieł scenarzysty (jak choćby wspominane już From Hell czy Lost Girls), jest rozrywką lekką, łatwą i przyjemną, nie straszącą swoją monumentalnością, czyli czymś, czego potrzebowałem po trzydziestu rozdziałach szalonego porno zilustrowanego przez Melindę Gebbie.


Chociaż Moore przejął serię dopiero w #41 zeszycie, znajomość poprzednich przygód herosa nie jest do niczego potrzebna. Owszem, scenarzysta wykorzystał samą postać, zdecydował się jednak całkowicie zmienić jej historię, robiąc to w bardzo sprytny i ciekawy sposób. Na samym początku opowieści Supreme powraca na Ziemię, która wcale nie wygląda tak, jak oczekiwał - cała planeta podlega nieustannym zmianom dosłownie na oczach głównego bohatera, tak jakby się resetowała. Nasz supahiroł szybko spotyka kilka alternatywnych wersji samego siebie (włącznie z widocznym na jednej z ilustracji gościem o imieniu Supremouse... tak, wiem jak to wygląda) i zostaje zabrany do miejsca zamieszkanego wyłącznie przez ludzi w białych strojach i czerwonych pelerynach, którzy zakończyli już swoje życie. Interesujący nas Supreme jest jednak kimś szczególnym, kimś, kto trafił tam, chociaż jego historia wcale się jeszcze nie zaczęła. Ten Supreme wkracza do świeżego, zresetowanego świata, by dopiero zapoczątkować własną egzystencję. Moore robi tu coś genialnego, okazuje się bowiem, że główny bohater, dotychczas mający spore luki w pamięci, tak naprawdę istnieje zaledwie od kilku chwil. Po wkroczeniu do nowej wersji świata zyskuje tożsamość Ethana Crane'a i rozpoczyna działalność superbohatera, mając jednocześnie świadomość, że gdy wyrusza ku swojej nowej przyszłości, w tym samym momencie tworzą się jego wspomnienia, które - tak samo jak on sam - jeszcze niedawno wcale nie istniały. I to wszystko w pierwszym zeszycie, po którym już wiedziałem, że The Story of the Year to kolejny wielki komiks tego autora, dziwne, że tak nieznany, przynajmniej u nas.

Dalej jest jeszcze lepiej - Ethan odwiedza znane sobie miejsca, by "odzyskać" - a tak naprawdę po prostu stworzyć - swoje wspomnienia. I tutaj dochodzimy do ważnego pytania: czym jest Supreme? Gonzo, który też okazjonalnie pisze o wyczynach Moore'a, doszedł ostatnio do wniosku, że w każdym ze swoich dzieł Alan prezentuje własny pogląd na jakąś sprawę. Tym razem przerabia komiksowe superbohaterstwo, przygląda się roli superbohaterów w opowieściach obrazkowych na przestrzeni dekad oraz analizuje zmieniające się podejście scenarzystów do trykociarzy. Robi to, jak się być może domyślacie, w sposób genialny. Całość opiera się na retrospekcjach (co najmniej jedna w każdym odcinku) rysowanych głównie przez Ricka Veitcha (przykładowa ilustracja poniżej), który naprawdę nieźle pozamiatał. Zresztą nie tylko warstwa graficzna retrospekcji to czysty, urzekający archaizm, scenariusz jest tak samo stylizowany na ubiegłe dekady, z całą naiwnością i śmiesznością prezentowanych wątków. Zabawa w czasie lektury jest przednia, tym bardziej, że wszystko wchodzi lekko, a złożoność scenariusza (to w końcu Moore, gdzie wszystko jest dopracowane w każdym szczególe, a w pewnej chwili słychać kliknięcie i nagle wszystko wskakuje na swoje miejsce, zmuszając czytelnika do zbierania szczęki z podłogi) nie idzie w parze ze wzrastającym przerażeniem odbiorcy.


Odwołania do zmieniającej się kondycji superbohaterów widać nie tylko w retrospekcjach, ale też w wątkach przedstawiających teraźniejszość Ethana. Kiedy postacie komentują poszczególne dekady (jedna była nudna, druga wydawała się kompletnie niedorzeczna), chodzi tak naprawdę o cały zmieniający się w ciągu dziesięcioleci komiks opowiadający o paniach oraz panach w pelerynach. Są oczywiście liczne nawiązania do historii gatunku, na czele z najbardziej widocznym podobieństwem Supreme do Supermana oraz Ethana Crane'a do Clarka Kenta. Jest tego więcej, a celowa schematyczność postaci, wątków, cała otoczka (wspomniany superpies, tajna baza, roboty-sobowtóry, ukrywana tożsamość oraz fakt, że główny bohater zajmuje się rysowaniem komiksów o superbohaterach) służy czemuś więcej niż tylko puszczeniu oka do czytelnika. Różnica jest taka, że tym razem Moore stworzył coś tak lekkostrawnego, że nikt nie przerwie czytania z powodu bólu głowy.

The Story of the Year zawiera dwanaście epizodów (ostatni w wersji a i b) zilustrowanych przez dziewięciu rysowników, z których najważniejszy jest Rick Veitch, obecny w prawie każdym odcinku autor retrospekcji. Warto też wspomnieć o tym, że okładkami oraz obrazkami wrzuconymi pomiędzy poszczególne odcinki zajął się Alex Ross. Ogólnie rzecz biorąc, wszyscy dali radę, ale i tak najbardziej przypadła mi do gustu stylizacja na superbohaterską prehistorię, cała reszta została przyćmiona przez scenariusz.

Na koniec dodam tylko, że chociaż nie jest to jedno z największych dzieł Moore'a, jeden z zapierających dech w piersiach komiksów, po których z wrażenia nie można zasnąć, jego wersja Supreme i tak miażdży. Inaczej, łagodniej, ale jednak.

niedziela, 29 listopada 2009

#70 - Invincible: A Different World [Robert Kirkman & Ryan Ottley]


Do zrecenzowania mam całkiem sporą liczbę komiksów, chciałem napisać na przykład o Face Milligana i Fegredo, Supreme Alana Moore'a... zresztą nieważne, jest tego dużo, za to ostatnio brakuje mi czasu. A więc - znowu Invincible. I tak muszę nadgonić teksty dotyczące tej serii, przeczytałem już dziesiąty TPB, widoczna wyżej okładka przedstawia szósty. Pisząc o poprzednim stwierdziłem, że na pewno nie jest najlepszy, za to A Different World (zeszyty #25-#30) to już zbiór-mistrzunio, powrót do emocji znanych z kilku początkowych tomów. Ciężko streścić ten komiks bez zepsucia komuś kilku niespodzianek, ale postaram się to zrobić. Całość kręci się wokół podróży głównego bohatera na planetę zamieszkałą przez bardzo dziwną rasę, charakteryzującą się tym, że jej przedstawiciele żyją niezwykle krótko - mniej więcej dziewięć miesięcy - więc nauczyli się zdobywać nowe umiejętności od razu w trakcie robienia czegoś po raz pierwszy. Invincible będzie musiał obronić całą ich cywilizację przed pewnymi brutalnymi i bezlitosnymi najeźdźcami (mogę nie pisać, o kogo chodzi, jednak okładka pozbawi wątpliwości chyba wszystkich stałych czytelników). Mark nie pozostanie bez pomocy, ale mimo to starcie będzie trudne i obfitujące w ofiary. Pobyt na planecie, przygotowania do walki oraz sama konfrontacja zajmują większość TPB, a wszystko - zwłaszcza nawalanka - zrobiona jest na najwyższym poziomie, pokazując, że seria nadal wciąga jak bagno. Dzieje się sporo, a z kosmicznej wyprawy Mark powróci z kimś, kto sprawi, że równowaga komiksu zostanie po raz kolejny zachwiana. Zresztą jaka równowaga, świetne jest właśnie to, że Invincible cały czas płynie, bohaterowie nie kręcą się przez wieczność w jednym miejscu i wszystko podlega nieustannym, często bardzo radykalnym zmianom. Towarzysz głównego bohatera pewnie jeszcze nie raz ustawi świat serii do góry nogami (co widać już w dalszych Trade'ach, a to przecież jeszcze nie koniec), należy też pamiętać, że na swoją kolej wciąż czekają agresorzy z planety Viltrum, którzy na pewno nie zrezygnują bez walki z panowania nad Ziemią. Konflikt ten zostanie prędzej czy później ostatecznie rozstrzygnięty (Kirkman nie będzie przecież ciągnął tego w nieskończoność), ale mam nadzieję, że tak jak rozwiązanie kwestii Adwersarza nie zepsuło Fables, tak scenarzysta Invincible wciąż będzie miał głowę pełną pomysłów nawet po tym, jak Mark obroni/nie obroni ludzkości przed atakiem.

środa, 25 listopada 2009

#69 - Lost Girls [Alan Moore & Melinda Gebbie]


Pisanie o niektórych komiksach nie należy do przyjemności, a Lost Girls (z pewnych względów po prostu musiał to być #69 tekst na blogu) należy właśnie do tych bardzo trudnych tytułów. Po pierwsze dlatego, że Alan Moore to wariat (przez jakiś czas często podlinkowywano ten tekst, więc też tak zrobię - Alan Moore to wariat), a po drugie mamy do czynienia z czymś niezwykle specyficznym. Z jednej strony można określić tę opowieść jako przemyślane dzieło geniusza, ze wszystkimi typowymi dla tego scenarzysty smaczkami oraz doskonałym dopasowaniem elementów, które w odpowiednim miejscu zaczynają współgrać w sposób całkowicie zaskakujący czytelnika. Niby dla każdego, kto naprawdę skupi się na lekturze zamiast oglądać specyficzne sceny, będzie wiadomo, że jest to celowa zabawa konwencją, w pewnych momentach posuwająca się nie tylko do delikatnego prowokowania odbiorcy, ale wręcz wystawiające jego poczucie dobrego smaku na ciężką próbę. Nie można odmówić Lost Girls wartości literackiej lub przynajmniej miana niezwykłej i wciągającej opowieści (niekoniecznie i na pewno nie wyłącznie dzięki tym elementom), ale należy też pamiętać o tej drugiej stronie, przez którą pisanie o wspólnym dziele Moore'a i Melindy Gebbie sprawia tyle trudności... Druga strona wygląda tak, że czytelnik musi nastawić się na historię, w której sperma i śluz leją się strumieniami, waginy i penisy (zarówno prawdziwe jak i sztuczne) występują w ilościach hurtowych, a jeśli na kimś nie robi to wielkiego wrażenia (w końcu musiał być jakiś powód, dla którego komiks zasłużył na określenie pornograficzny), mamy też takie dodatki jak zwierzęta (bynajmniej nie stojące spokojnie w tle), mocz, kazirodztwo, ekstremalne poniżanie lub orgie, w których udział biorą zarówno dorośli jak i dzieci, ewentualnie same dzieci. Zamieszczone ilustracje są całkowicie tendencyjne - nie pokazują kwintesencji Lost Girls, ale też nie przedstawiają czegoś, czego tam nie ma i czego nie bierze się pod uwagę oceniając całość. A że o jednoznaczną opinię nie jest w tym przypadku łatwo, na razie przejdę do konkretów...


Głównymi bohaterkami Lost Girls są trzy kobiety różniące się nie tylko charakterami, ale także wiekiem oraz statusem społecznym. Pomysł kojarzy się z Ligą Niezwykłych Dżentelmenów (której jeszcze nie czytałem, niemniej kojarzy się), gdzie Moore wykorzystał postacie znane z literatury. Tutaj jest identycznie, i, chociaż ich personalia nie są podane na talerzu od samego początku, myślę, że przedstawiając je nikomu nie zepsuję zabawy (sam znałem imiona kobiet jeszcze przed sięgnięciem po komiks): są to Alicja z Alicji w Krainie Czarów, Dorothy z Czarnoksiężnika z Krainy Oz oraz Wendy z Piotrusia Pana. Osoby znające twórczość szalonego Alana domyślają się pewnie, że obecność tych bohaterek daje mu ogromne pole do popisu w kwestii zabawy z czytelnikiem oraz bardziej budzącego zainteresowanie niż irytującego popisywania się erudycją. Ułatwieniem jest fakt, że wyżej wymienione postacie powinny być znane wszystkim, choćby ze słyszenia, także każdy zanurza się w świat Lost Girls z przynajmniej podstawową wiedzą na temat występujących w opowieści osób. Moore przedstawia ich dalsze losy, jednocześnie burząc przeszłość bohaterek i przedstawiając ją na swój własny sposób - w pornograficznej konwencji. Wszystko zostaje przedefiniowane, nie zdziwcie się więc, że na przykład Blaszany Drwal nie jest już postacią zapamiętaną po przeczytaniu/obejrzeniu Czarnoksiężnika z Krainy Oz, tym razem to rosły i bezduszny ("tak jakby nie miał serca" - kojarzycie?) facet z farmy, jeden z wielu, przed którym Dorothy rozkłada nogi. Kapitan Hak jest starszym panem z ręką zakrzywioną od artretyzmu, kochającym dzieci nie tak, jak powinno się je kochać, a Moore'owski odpowiednik Królowej z Alicji w Krainie Czarów to po prostu bardzo miła pani, która bardzo lubi orgie, w czasie których dzieje się bardzo dużo brzydkich rzeczy. I, tak jak wspominałem w pierwszym akapicie, z jednej strony nie można odmówić genialności ponownemu odkrywaniu starych bohaterów, a z drugiej są momenty, kiedy właściwie nie wiadomo co myśleć o wydarzeniach rozgrywających się na kartach komiksu. Bo o ile przerobienie takiego Kapitana Haka jest świetne, to moment, w którym wyskakuje z krzaków i spuszcza się na plecy Wendy (w momencie tego wydarzenia mamy do czynienia z jej dziecięcą wersją zabawiającą się z Piotrusiem, który zna magiczny język wróżek, czyli takie słowa jak fuck lub cunt) jest po prostu niesmaczny i ciężko obrócić to w żart, nawet jeśli doskonale rozumiem, że tańczę tak jak zagrał scenarzysta, zapewne oczekujący właśnie takiej reakcji z mojej strony.


Całość kręci się wokół wspólnych rozmów trzech kobiet - wymieniają się nawzajem krótkimi opowieściami dotyczącymi ich przeszłości (komiks liczy sobie trzydzieści rozdziałów po osiem stron każdy, wszystko podzielone zostało na trzy księgi), jednocześnie posuwając się coraz bardziej w swoich bezwstydnych zabawach. Alicja została przedstawiona jako najstarsza z bohaterek, jest też najbardziej wyuzdaną i najbogatszą z nich (pochodzi z arystokracji) oraz nie kryje swojej homoseksualnej orientacji. Jej zupełnym przeciwieństwem jest Dorothy, najmłodsza z trójki i wychowana na farmie, nieokrzesana i zawsze gotowa na niezobowiązującą przygodę z jednym z lokalnych dżentelmenów. Pośrodku stoi Wendy, pozornie dystyngowana, nieco otępiała matka i żona, której przeszłość zdradza wiele zaskakujących i sprzecznych z jej obecnym zachowaniem szczegółów... a wszystko naszpikowane zostało nawiązaniami, jak zwykle u Moore'a raczej ciężkimi do wyłapania w całości. Występują też opowieści wewnątrz opowieści - bohaterowie czytają wiele książek o wiadomej tematyce - oraz szczegóły, które można przeoczyć, jeśli będzie się nieuważnie przeskakiwało z kartki na kartkę; na przykład czasem warto obserwować nie tylko postacie, ale też rzucane przez nie cienie, mogące zupełnie zmienić odbiór danej sceny. Tego typu smaczków jest mnóstwo, tak jak mnóstwo jest pierdolenia (ciężko nazwać to inaczej) pokazanego bez żadnych zahamowań. Jeśli scenarzysta chciał udowodnić, że pornografia nie musi być głupia, łatwa w odbiorze i skupiona tylko na jednym, dopiął swego. Na pewno miał też zamiar szokować i raczej trudno będzie o czytelnika, który przebrnie przez wszystkie próby ze stoickim spokojem. Sam autor daje wskazówki, jak należy odbierać Lost Girls, na przykład kiedy jeden z bohaterów komentuje czytane na głos opowiadanie przedstawiające orgię, w której udział bierze cała rodzina - matka, ojciec oraz dwójka ich dzieci (pozwolę sobie nie tłumaczyć oryginalnego tekstu): "And then these children: how outrageous! How old can they be? Eleven? Twelve? It is quite monstrous... except that they are fictions, as old as the page they appear upon, no less, no more. Fiction and fact: only madmen and magistrates cannot discriminate between them", a po chwili: "You see, if this were real, it would be horrible. Children raped by their trusted parents. Horrible. But they are fictions. They are uncontaminated by effect and consequence. Why, they are almost innocent". Zaraz po tej wypowiedzi Moore pokazuje swoją przewrotność i zaczyna droczyć się z odbiorcą, kiedy ta sama postać, autor poprzednich zdań, dodaje: "I, of course, am real, and since Helena, who I just fucked, is only thirteen, I am very guilty". Czy wspominałem coś o wystawianiu czytelnika na próbę?


Nie należy zapomnieć o ilustracjach Melindy Gebbie, obecnej żony scenarzysty, która wykonała kawał dobrej roboty. Oglądając Lost Girls ma się wrażenie, że taka oprawa graficzna bardziej pasowałaby do jakiejś książki, a nie "jedynie" do komiksu; o ile pamiętam, w żadnej przeczytanej przeze mnie opowieści obrazkowej nie spotkałem się z czymś podobnym. Widać ogrom pracy włożony w każdą ze stron oraz koncept - styl Melindy zmienia się w zależności od tego, czy swoją opowieść snuje Alice, Dorothy czy Wendy, jest też inny kiedy nie mamy do czynienia z retrospekcjami. Chociaż zabrzmi to bardzo dwuznacznie, nie da się zaprzeczyć, że w czasie poznawania wszystkich trzydziestu rozdziałów naprawdę jest na co popatrzeć.


Podsumowując, wbrew pozorom Lost Girls nie jest komiksem dla fanów masturbacji, a wartościową i złożoną opowieścią autorstwa mistrza, dodatkowo świetnie zilustrowaną. Z drugiej strony nie należy zapomnieć, że jest to mająca szokować czytelnika pornografia, do której niektórzy będą bali się podejść, inni podejdą i nie dadzą rady przejść suchą nogą przez morze spermy (cóż za przenośnia); na pewno znajdą się też ludzie negujący jakiekolwiek pozytywne strony tego komiksu i widzący w nim tylko to, co niekoniecznie jest najważniejsze. Jeśli nie należysz do żadnej z tych grup, ośmielam się polecić, z adnotacją, że to naprawdę nie jest pozycja dla każdego i nawet przy optymistycznym podejściu można zrazić się w trakcie, mimo wszystko. Nietypowy tytuł, o którym ciężko było coś napisać, choć mam cichą nadzieję, że jednak wybrnąłem.

niedziela, 22 listopada 2009

#68 - X-Force #116-#129 [Peter Milligan & Michael Allred]


X-Force autorstwa Petera Milligana to, mówiąc najprościej, mutanci zachowujący się tak, jak zachowywaliby się, gdyby superbohaterowie istnieli naprawdę. Zapomnijcie o szlachetnym i bezinteresownym ratowaniu niewinnych, ci goście to odpowiednik gwiazdeczek znanych z tego, że są znane, o których żaden inteligentny człowiek nie chciałby nawet słyszeć, ale doskonale wiemy, kim są i jak wyglądają, ponieważ są dosłownie wszechobecni. Także X-Force posiadają swoją własną sieć restauracji oraz tony zabawek-podobizn członków grupy i przychodzą tam, gdzie warto się pojawić, w związku z czym zdążenie na występ w popularnym talk-show bywa ważniejsze niż uratowanie kogoś przed śmiercią. Jakiekolwiek skrupuły mają nieliczni, reszta walczy wyłącznie o swoją pozycję, niejednokrotnie kopiąc dołki pod kolegami z zespołu. Witamy w świecie współczesnych mutantów, którzy, choć tak nietypowi dla komiksu, dla niemal każdego będą dziwnie znajomi - jednym będą kojarzyć się z kiepskimi (a mimo to uwielbianymi przez tłumy) muzykami, innym z występującymi wyłącznie w telenowelach aktorzynami, którzy swoją popularnością biją na głowę aktorów mających na koncie wiele wartościowych filmów... analogii jest sporo, a każda sprowadza się do bezwstydnych rzemieślników wolących bankiety i sławę od przyzwoitości i tworzenia rzeczy naprawdę wartościowych.

Oczywiście Milligan to nie nowicjusz, który wszystkich członków grupy przedstawił w jednakowy sposób - każda postać ma swoją własną przeszłość, charakter (świetnie nakreślony, jak zwykle w przypadku tego scenarzysty), marzenia i ambicje. Nie każdemu podoba się taki a nie inny profil X-Force, zespołu będącego własnością bogatego i zarozumiałego gnojka, stworzonego tylko po to, żeby zarobić jeszcze więcej pieniędzy. Tutaj nawet śmierć uczestnika ekipy jest czymś, co można świetnie sprzedać, na przykład tworząc nowy rodzaj figurek przedstawiający denata. Zmarli mutanci są zastępowani nowymi, wybieranymi na castingach, a stałym elementem działalności naszych gwiazdeczek jest branie udziału w konferencjach prasowych. Raz na jakiś czas komuś udaje się opamiętać, ktoś chce się jawnie przeciwstawić albo przynajmniej przestać brać udział w wewnątrzgrupowym wyścigu szczurów, ale w finale i tak ujrzymy kolejne obłudne oświadczenie zaprezentowane w mediach. Niektórzy mutanci nawet nie udają, że nie zależy im jedynie na rozgłosie i dobrej zabawie, wiedzą bowiem, że śmiertelność w ekipie jest przerażająco wysoka (nigdy nie wiadomo, czy dana osoba dożyje do końca odcinka), więc zamiast filozofować wykorzystują czas, jaki im został.


W praniu prezentuje się to trochę zabawnie i trochę smutno (zwłaszcza jeśli odniesiemy zachowanie bohaterów do prawdziwych gwiazd), ale niezmiennie świetnie. X-Force Milligana i Allreda to nadal stare, sensacyjne i łatwo przyswajalne przygody mutantów, zapewniające przede wszystkim świetną zabawę. Wyróżnia je to, że przedstawione zostały w całkiem nowej oprawie (choć nie graficznej, ale o tym za chwilę), moim zdaniem czyniąc wydarzenia dużo bardziej prawdopodobnymi. Podzielam pogląd Gartha Ennisa: gdyby superbohaterowie istnieli naprawdę, byliby draniami. Może nie wszyscy, tak jak nie wszyscy członkowie X-Force są godni pogardy (nie ma tu pójścia na łatwiznę i nawet największy łajdak może zaprezentować się z dobrej strony, o ile wcześniej nie wypadnie z gry), ale większość.

Z całą nowoczesnością scenariusza kontrastują rysunki, od staroszkolnych i pełnych uroku dymków na okładkach, po ilustracje w środku. Nie jest to aż taka podróż w czasie jak w Supreme: The Story of the Year Moore'a (recenzja wkrótce, choć na pierwszy ogień pójdą jego Lost Girls), ale na pewno coś, czego nie spodziewałbym się po takiej fabule. Cały ten kontrast jak najbardziej służy serii, dodając jej swoistego uroku. Nie ma graficznego silenia się na efekty specjalnie i gwiazdorstwo będące cechą bohaterów komiksu, co czyni te kilkanaście zeszytów jeszcze bardziej wyjątkowymi i godnymi polecenia.

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...