środa, 28 lipca 2010

#94 - The Filth [Grant Morrison & Chris Weston]

Może zabrzmi to dziwnie, ale naprawdę nie obejrzałem w swoim życiu wielu filmów. Dlaczego o tym wspominam? Ponieważ wśród tych, które miałem okazję zobaczyć i które lubię najbardziej, znajdują się 12 Małp oraz Drabina Jakubowa (oba na podium). Co łączy je z komiksem The Filth autorstwa Granta Morrisona i Chrisa Westona? We wszystkich trzech przypadkach główni bohaterowie nie wiedzą, czy to, co dzieje się wokół nich, jest prawdą, czy tylko iluzją. Nie mają pojęcia, czy zwariowali, czy może są jednymi z nielicznych, którzy widzą całą prawdę. Taka tematyka zawsze mnie interesowała, dlatego - choć nie bez obaw - sięgnąłem po kolejną miniserię wydaną przez Vertigo.

Tak właściwie to sięgnąłem po nią już dawno, przebrnąłem przez pierwszy zeszyt i stwierdziłem, że chwilowo nie mam ochoty na coś aż tak zwariowanego. Potrzebowałem odpowiedniego nastroju, który w końcu nadszedł i dopiero wtedy pozwoliłem, by szalone wizje Morrisona zmiotły mnie z powierzchni ziemi. Wcześniej dotarły do mnie wszelkie możliwe komentarze, od entuzjazmu i zachwytów, przez narzekania na niestrawny bełkot, po zniesmaczenie chorymi pomysłami. Słyszałem, że komiks jest wtórny względem The Invisibles, ale póki co i tak znam jedynie TPB Say You Want a Revolution, więc nie było to dla mnie żadną przeszkodą. Najwyżej ponarzekam w przyszłości, że Niewidzialni strasznie przypominają The Filth. A co do opinii czytelników, którzy poznali tę opowieść przede mną, mogę zgodzić się z każdą z nich - jestem zachwycony, jestem zdezorientowany (choć nie mogę z czystym sumieniem pisać o bełkocie i bezsensownym scenariuszu) i jestem zniesmaczony. To nie jest łatwa i przyjemna historyjka w sam raz na niedzielne popołudnie. Nie tylko dlatego, że czytelnik znajdzie tu masę wulgaryzmów, wszechobecną pornografię, faceta strzelających czarną spermą czy latające plemniki wielkości ludzkiej głowy - tak naprawdę to tylko czubek góry lodowej. Grant Morrison dodał do tych pomysłów tuziny jeszcze bardziej chorych (choć pozbawionych wulgarności) wątków, przyprawił całość paranoją i schizofrenią, a potem wrzucił do miksera. Parafrazując pewną reklamę: i tak powstał The Filth, koktajl, który wielu zwymiotuje już po pierwszym łyku. Ja wypiłem całość i chciałem jeszcze.

Pisząc o All-Star Superman zachwycałem się ilością pomysłów, jakie autor scenariusza zmieścił na pozornie niewielkiej przestrzeni pomiędzy przednią i tylną okładką. Tutaj jest mniej strawnie, ale dla mnie o wiele ciekawiej. Wszystko kręci się wokół żałosnego gościa imieniem Greeg Feely, który przegrał swoje życie i prawdopodobnie jest mniej charyzmatyczny od kosza na śmieci. Istnieją tylko dwie trzymające go przy życiu rzeczy: pornografia oraz kot (na szczęście nie miesza ze sobą tych dwóch zainteresowań). Aż pewnego dnia Greg dowiaduje się, że tak naprawdę jest członkiem tajnej organizacji o nazwie The Filth... i tu zaczyna się koktajl. Poprawnie narysowany i genialnie opowiedziany. Sposób, w jaki Morrison najpierw wplątuje głównego bohatera w kompletnie niedorzeczne przygody, a później coraz bardziej miesza mu w głowie, raz przekonując, że to wszystko jest prawdą, by po chwili doprowadzić go do wniosku, że oszalał, zasługuje na moje głośne oklaski. A po drodze czytelnik zbiera kolejne elementy układanki wraz z Gregiem, mając mglistą świadomość, że na końcu może czekać na niego jedynie kupa gówna. W pewnym sensie tak właśnie się stanie, ale polecam zobaczyć to samemu.

Na osobną pochwałę zasługuje sposób, w jaki wydano The Filth - jakbyśmy trzymali w rękach nie komiks, a jakieś lekarstwo. W środku są nawet informacjie dotyczące sposobu zażywania podczas ciąży, przeciwwskazań, dawkowania i skutków ubocznych. Robi wrażenie, a te ostatnie mogą być naprawdę groźne.

sobota, 3 lipca 2010

#93 - Hellblazer: The Fear Machine [Jamie Delano i inni]

Trzeci TPB serii Hellblazer zawiera zeszyty od #14 do #22 i dostarcza kolejnej dawki emocji podobnych do tych, które towarzyszyły mi podczas lektury poprzednich części. Tym razem John Constantine (wciąż bezczelny i wciąż pakujący się w najgorsze możliwe kłopoty) ucieka przed organami ścigania, a na swej drodze spotyka grupę ludzi, którzy są bardzo związani z naturą (tak jest, jak zwykle w grę wchodzi magia) oraz prowadzą koczowniczy tryb życia. Główny bohater postanawia zamelinować się wśród nowych przyjaciół. Na początku wszystko przebiega zgodnie z jego planem, wkrótce jednak (jakżeby inaczej) sytuacja wymyka się spod kontroli. Jedna z dziewczynek z otoczenia Johna zostaje porwana, okazuje się bowiem, że posiada pewne specjalne zdolności, które będą bardzo przydatne ludziom związanym z tytułową The Fear Machine; pewnie domyślacie się, kto wyrusza w drogę, by jej pomóc?

Zarówno scenariuszowo jak i graficznie ciężko napisać o tym komiksie coś, o czym nie wspomniałem w tekście o TPB The Devil You Know. Rysunkowo jest znośnie - znany z Fables Buckingham to jeszcze nie ten Buckingham, który ilustruje przygody mieszkańców Baśniogrodu, reszta też nie powala, jednak i tak jest o niebo lepiej, niż w Original Sins. Jeśli chodzi o działkę Delano, nadal mamy do czynienia z nastrojowym horrorem, w którym akcja jest raczej na drugim miejscu, ustępując narracji. Oczywiście nie znaczy to, że w Hellblazerze niewiele się dzieje, wręcz przeciwnie - dzieje się dużo i momentami bardzo krwawo. Jeśli ktoś lubi klimat serii, nie powinien być zawiedziony.

The Fear Machine
nie jest żadnym mistrzostwem świata, zresztą tak samo jak dwa poprzednie Trade'y, ale zdecydowanie daje radę. Opowieść ma w sobie coś takiego, że choć nie można nazwać jej arcydziełem, nie jest też zwykłym czytadłem. Jedyna rzecz, która nie pasuje mi w tym tomie, to zbyt dużo zbiegów okoliczności - kilkukrotnie ktoś "przypadkiem" trafia na osobę, której akurat szukał lub bardzo potrzebował, nawet jeśli szansa na takie spotkanie była naprawdę znikoma. Mało prawdopodobna opcja, nieco drażniąca, ale w sumie niezbyt istotna; trochę mnie zirytowała, jednak nie zepsuła dobrego wrażenia.

czwartek, 1 lipca 2010

#92 - Fantasy Komiks #3

Zarówno o formule Fantasy Komiks, jak i o tym, czym właściwie jest ten magazyn, pisałem przy okazji dwóch poprzednich numerów, nie widzę więc powodu, żeby z każdym kolejnym tomem wałkować to od nowa. Będzie jak z późniejszymi TPB serii Invincible: krótko i konkretnie.

Przy trzecim wydaniu wiadomo już, o co chodzi i z czym to się je, a sama zawartość magazynu tylko potwierdza moją wcześniejszą opinię: jest dobrze, oczywiście na tyle, na ile pozwala pomysł Egmontu na Fantasy Komiks.
Tym razem nie dostajemy żadnej nowej historii, w środku znaleźć można jedynie kontynuacje Rozbitków z Ythaq, Samuraja oraz Legendy, która powróciła po krótkiej nieobecności w FK #2. Fajnie, że nie ma Lasów Opalu, moim zdaniem najgorszej z dotychczasowych serii. Powróci w czwartym wydaniu (które, o ile dobrze kojarzę, pojawi się w sprzedaży już jutro), razem z Legendą i Samurajem.

A tymczasem czytelnik dostaje to, co już doskonale zna, o ile przeczytał wcześniejsze numery magazynu. Jeśli nie, to naprawdę wystarczy sprawdzić dwie poprzednie recenzje i zaznajomić się z ogólnymi założeniami poszczególnych serii, a osoba, która nie urodziła się wczoraj, będzie mogła bez większych problemów zgadnąć, jak mniej więcej wyglądają dalsze losy głównych bohaterów. Musiałbym pogadać z jakimś dzieciakiem, który za wiele nie przeczytał i za wiele nie obejrzał, bo być może dla takiego odbiorcy jest to faktycznie coś nowego i zaskakującego. Dla mnie nie, co nie zmienia faktu, że poziom został utrzymany, a poza tym - i pewnie będę to pisał przy każdym kolejnym numerze Fantasy Komiks - nie chodzi tu przecież o żadne odkrywcze rzeczy, a o przyjemniejsze spędzenie czasu na kibelku, w pociągu, czy gdzie tam czytacie te niezobowiązujące bzdury.

poniedziałek, 21 czerwca 2010

#91 - Bone: One Volume Edition [Jeff Smith]

Jakieś sto lat temu wspomniałem o tym, że Out from Boneville to bardzo dobry komiks i że prawdopodobnie już wkrótce sprawdzę, czy reszta serii daje radę tak jak pierwszy TPB. Jak widać, od tamtej deklaracji minęło ponad 3/4 roku, ale rzeczywiście - wkrótce po poprzedniej recenzji kupiłem całą opowieść w jednym, zabójczym tomie (ponad 1300 stron), jednak komiks musiał trochę poleżeć na półce, a ja w tym czasie oswajałem się z myślą, że naprawdę dam radę przebrnąć przez taką cegłę bez dłuższych przerw i zniechęcania się. W końcu przysiadłem.

Wiecie, jak wygląda lektura Bone'a? Mając pierwszy TPB już dawno za sobą, najpierw pomyślałem "Przede mną prawie 1200 stron, kiedy ja to skończę...", w połowie było już "Szkoda, że zostało tylko 600", a pod koniec uczucie, że wszystko przeleciało za szybko, bo przecież mam ochotę na więcej. Nie ma żadnych przestojów, zniechęcania się, czy marudzenia, że ten komiks jest za długi. Pewnie, są gorsze momenty (chyba nie da się zrobić tak rozległej opowieści na stałym, świetnym poziomie), ale patrząc na całość, jest ich tak niewiele, że gubią się w natłoku rewelacyjnych pomysłów Jeffa Smitha. A fakt, że przeprowadzenie wszystkich wątków od początku do końca trwało ponad dwanaście lat (ciekawe, ile razy autor miał ochotę rzucić to wszystko w kąt i zająć się czymś innym) zasługuje na dodatkowy szacunek.


Nie mogę nie napisać, że po zakończeniu lektury nie byłem aż tak zachwycony jak po pierwszym tomie serii, gdzie wszystko było nowe i interesujące, nie wiedziałem jeszcze, o co tak naprawdę chodzi i dokąd zmierzają niektóre z pomysłów Smitha. Po otrzymaniu niektórych odpowiedzi zdarzało się, że czasem pomyślałem "Tylko tyle?", ale tego raczej nie dało się uniknąć. Po pewnym czasie doskonale znałem bohaterów serii i mogłem przewidywać ich decyzje, sporo żartów (choćby tych opartych na najważniejszych cechach charakteru poszczególnych postaci) powtarzało się, przez co nie były aż tak zabawne, jak na początku, a w kilku momentach chciałem, żeby nadal było śmiesznie tak jak do tej pory, bez żadnych domieszek, podczas gdy autor wprowadzał sporo poważniejszych wątków. Wolałem, żeby wszyscy nadal siedzieli w wiosce i wiedli spokojne życie, podczas gdy cała seria rozrosła się do ogromnych rozmiarów z ogromną ilością wątków, a sytuacja zmieniała się z każdym kolejnym odcinkiem. Tak czy inaczej, stwierdzenie "nie byłem aż tak zachwycony", nie oznacza, że nie byłem zachwycony w ogóle. Wręcz przeciwnie, chętnie przeczytałbym kolejne 1300 stron przygód trzech kuzynów, mogłyby być nawet nieco gorsze, i tak cieszyłbym się jak dziecko.

Pisząc o Out from Boneville, wspominałem o uniwersalności serii Jeffa Smitha. Na szczęście nadal jest tak, że komiks można dać zarówno komuś dorosłemu, jak i dziecku, a radość płynąca z lektury będzie prawdopodobnie taka sama. Co prawda im dalej, tym nieco mroczniej, pojawia się nawet kilka dość brutalnych scen, ale z drugiej strony, młodsi czytelnicy mogą napotkać więcej przemocy w pierwszym lepszym zeszycie komiksu, którego bohater nosi maskę i pelerynę. Poza tym, historia powstawała bardzo długo, Jeff Smith musiał więc zakładać, że niektórzy fani serii dorastają wraz z nią, a on może sobie pozwolić na kilka dekapitacji, przebić mieczem i innych sposobów pozbawienia kogoś życia.

Mimo kilku wad, Bone to mistrzostwo i mam nadzieję, że ukaże się w Polsce. Powyższe akapity mogą nie oddawać tego, jak bardzo podobał mi się komiks, wytknąłem parę rzeczy, które mi nie pasowały, ale poza tym uważam, że każdy powinien mieć tę opowieść u siebie na półce, obojętne, czy w tańszej, jednotomowej i czarno-białej wersji, czy w postaci dziewięciu Trade'ów ze wszystkimi kolorami. Jest co czytać (i nie chodzi mi tutaj wyłącznie o objętość), a słabsze momenty to jedynie kropla w morzu tych, które pozostawiają uśmiech na pysku jeszcze długo po odłożeniu cegły z powrotem na półkę.

czwartek, 10 czerwca 2010

#90 - Zamułka

Niestety, wpis numer #90 będzie jedynie próbą usprawiedliwienia braku aktywności na blogu, ale mam nadzieję, że mogę sobie pozwolić na prywatę. Jest powód.

Od jakichś dwóch tygodni codziennie planuję napisanie nowej recenzji, ale nic z tego nie wychodzi. Przyczyna jest prosta: sesja (już prawie koniec, jeszcze tylko jeden egzamin) oraz nóż na mym gardle, termin oddania promotorowi gotowej pracy magisterskiej - 16 czerwca. W związku z tym stres osiąga zenit, czasu jest coraz mniej, a ja powinienem siedzieć i zapieprzać z końcówką moich "poważnych" wypocin, nie mam głowy do recenzji. Oczywiście nadal jest o czym pisać i nadal chcę to robić, ale po szesnastym, kiedy - obym się nie mylił - będzie trochę luźniej.

Wirtualni komiksowi bracia - trzymajcie kciuki.

wtorek, 18 maja 2010

#89 - Ziniol #7

Siódmy numer Ziniola ukazał się juz jakiś czas temu, ale mimo to na pewno nie zaszkodzi napisać o nim kilku krótkich zdań, nawet ze sporym opóźnieniem. Bo jak zwykle jest to numer na poziomie.

Dla mnie najciekawszym tekstem w siódmej odsłonie magazynu jest ten traktujący o grupie Doom Patrol, którą swego czasu bardzo się zachwycałem (i oczywiście od tamtej pory nie przeczytałem żadnego z kolejnych Trade'ów, ale co się odwlecze...). Można tu przeczytać nie tylko o runie Morrisona, ale także o dużo wcześniejszych przygodach tych nietypowych bohaterów. Poza tym w numerze znajduje się rozmowa z Andrzejem Janickim (szkoda, że to jedyny wywiad w tym Ziniolu, nie zapominajmy jednak o stronie internetowej kwartalnika), podsumowanie dwóch dekad komiksu w wolnej Polsce napisane przez Karola Konwerskiego, teksty o polskich zinach (zarówno tych aktualnych, jak i prekursorskich) oraz artykuł zatytułowany Kto zabił polski komiks? - od pewnego czasu bardzo popularne pytanie. Całość stanowi bardzo ciekawą lekturę pozbawioną zgrzytów.

Jeśli chodzi o komiksy, zaprezentowano prace kilku autorów goszczących już wcześniej w magazynie (np Nick Abadzis, panowie od Morfium) oraz kilka nieznanych stałemu czytelnikowi kwartalnika nazwisk i są to rzeczy niezłe, aczkolwiek idealnie pasują do nich słowa napisane przez Dominika Szcześniaka we wspomnianym artykule Kto zabił polski komiks? - "Takich, które mogłyby podbić świat jest niewiele. Takich, o których zapomina się chwilę po przeczytaniu - mnóstwo". I faktycznie, lekturę siódmego Ziniola mam już dawno za sobą, a teraz, po ponownym przejrzeniu magazynu, da się zauważyć, że w głowie pozostało jedynie wrażenie miło spędzonego czasu, ale same krótkie historyjki wyleciały z pamięci. Mimo to ciężko napisać o tych komiksach, że są kiepskie. Po prostu nie należą do "takich, które mogłyby podbić świat", ale też nie na takie się nastawiałem.

Jakiś czas temu na stronie magazynu można było przeczytać, iż "tylko cud może sprawić, że drukowany Ziniol nie będzie 96-stronicowym kwartalnikiem o niewielkim nakładzie. A my w cuda nie wierzymy". A ja na to - wielka szkoda, jeśli do tego dojdzie, ale moja wypowiedź znajdująca się na dole podlinkowanego wpisu jest nadal aktualna.

poniedziałek, 3 maja 2010

#88 - Żywe Trupy: Tu Pozostaniemy [Robert Kirkman & Charlie Adlard]

The Walking Dead to kolejna seria, o której nie pisałem od dawna, a w międzyczasie postanowiłem nieco zmienić podejście i uzupełnić polskie Trade'y, z których zrezygnowałem kiedyś na rzecz oryginału. Nie zaszkodzi jednak wybrać sobie choć kilku komiksowych seriali wydawanych w rodzimej wersji, także, o ile wcześniej pisałem o The Walking Dead, teraz zamierzam przerzucić się na Żywe Trupy.

Po bombie atomowej spuszczonej na bohaterów w ósmym tomie, Stworzeni By Cierpieć, było dla mnie prawie oczywiste, że kolejny TPB będzie dużo spokojniejszy oraz mniej zaskakujący od poprzedniego. I rzeczywiście. Bo nawet ktoś tak pomysłowy jak Kirkman musiałby się naprawdę natrudzić, żeby zaprezentowane tutaj wydarzenia były równie wstrząsającą niespodzianką - musi chyba minąć sporo czasu, zanim serii uda się osiągnąć podobny efekt. Wierzę, że będzie dobrze, a tymczasem dziewiąty tom może okazać się trochę słabszy od ósmego. To chyba naturalne wrażenie w czasie lektury tak zwanych przejściowych Trade'ów; w Invincible jest podobnie, tyle że konstrukcja świata przedstawionego w Żywych Trupach ogranicza scenarzystę, którzy przecież nie może pozwolić sobie na pewne zabiegi znane z przygód Niezwyciężonego, gdzie może wydarzyć się praktycznie wszystko. Tutaj o pewnych rzeczach nie może być mowy, także wybrnięcie z sytuacji wydaje się dużo trudniejsze.

Tu Pozostaniemy, tom zbierający zeszyty #49-54, przedstawia przede wszystkim zmagania Ricka i jego syna z koszmarem, który obrócił ich (niełatwe nawet bez tego) dotychczasowe życie w gruzy. Ponownie skazani na tułaczkę, jak zwykle zostają świetnie sportretowani przez Kirkmana, doskonale radzącego sobie z pokazywaniem ich jako wraków ludzi, którym mniej lub bardziej odwala. Stan psychiczny bohaterów oraz wątek obyczajowy na pierwszy plan, zombiaki w tle i o to chodzi od samego początku serii. Potem następuje spotkanie z kilkoma starymi znajomymi (można było się tego spodziewać) oraz początek znajomości z nowymi postaciami, które już wkrótce mogą okazać się kluczowe dla opowieści Kirkmana i Adlarda. Jestem bardzo ciekaw, w jakim kierunku pójdzie teraz seria - pisałem o tym w drugim akapicie poprzedniego wpisu dotyczącego Żywych Trupów, nie chcę się teraz powtarzać, ale ostrzegam przed delikatnym spoilerem.

Jak już wspomniałem, Tu Pozostaniemy może wydawać się tomem gorszym od poprzedniego i właściwie, cholera, jest gorszy. Ale chyba nikt nie spodziewał się, że będzie inaczej, rozpierducha w ósemce zmieniła tę serię na zawsze (pokazując jednocześnie, że po Żywych Trupach można spodziewać się absolutnie wszystkiego), było więc jasne, że przez chwilę będzie spokojniej. A względny spokój to wróg tej opowieści, co nie znaczy, że całość nie trzyma poziomu, do którego stali czytelnicy zdążyli już przywyknąć. Nadal jest bardzo dobrze.

czwartek, 29 kwietnia 2010

#87 - Invincible: Who's the Boss? [Robert Kirkman & Ryan Ottley]

Dawno nie było nic o Invincible, tak więc będzie teraz. Ponownie krótko (bo jeśli czytałeś recenzje poszczególnych tomów, to wiesz, że właściwie wszystko zostało już powiedziane i pozostaje mi opierać te teksty głównie na streszczaniu) oraz ponownie ze spoilerami. Raczej nie dla kogoś, kto nie zapoznał się z poszczególnymi wpisami dotyczącymi tego bohatera oraz z samym komiksem. A więc...

To już dziesiąty tom, zawierający zeszyty #48-53. Kirkman i Ottley wciąż nie tracą pary oraz komiksowych jaj, które sprawiają, że po tylu epizodach komiks wciąż jest świetny i cały czas zaskakuje. Na początku TPB mamy kolejną z wielu mających miejsce w Invincible rozpierduch, nie po raz pierwszy z udziałem występujących gościnnie herosów spod bandery Image Comics. Właściwie żaden z nich nie radzi sobie zbyt dobrze z armią Doc Seismica, a z odsieczą przychodzą im osoby (oraz roboty) niezbyt lubiane przez głównego bohatera, ku jego zaskoczeniu walczące po jego stronie. W efekcie dochodzi do jednego z ciekawszych i bardziej zaskakujących konfliktów w dotychczasowych dziejach serii (chociaż, jak zwykle u Kirkmana, odpowiednie wskazówki można było dostrzec już wcześniej). Jak wspominałem przy okazji recenzowania poprzednich tomów, zmiany są wielką siłą tego komiksu, a #50 zeszyt jest pod tym względem naprawdę konkretny. Dalsze wydarzenia to przede wszystkim rozwiązanie kwestii głównego bohatera oraz Atom Eve, nowy strój, a w #52 odcinku chyba najbrutalniejsza akcja z tych, które czytelnicy widzieli do tej pory. Przyszłość na pewno pokaże konsekwencje tego wydarzenia, jak zazwyczaj w Invincible.
Komiks pozostawia nas bez odpowiedzi na tytułowe pytanie, ale znając pomysłowość Kirkmana, autor jeszcze nie raz skomplikuje relacje pomiędzy synami Omni-Mana. Końcówka zapowiada, że już wkrótce będzie się działo. Znowu.

wtorek, 27 kwietnia 2010

#86 - Fantasy Komiks #2

Zdziwiłem się, ale jest lepiej. Oczywiście nie jest to zasługą samego magazynu, którego forma nie uległa przecież zmianie od poprzedniego numeru (jest za to ankieta, ale o niej napiszę później), a raczej zamieszczonych w nim historii oraz mojego nastawienia. Ostatnio spodziewałem się czegoś lepszego i nie byłem zadowolony z zawartości Fantasy Komiks, ale teraz wiedziałem dokładnie, co mnie czeka. I nie zawiodłem się, a że poza tym wszystkim zamieszczone w drugim tomie opowieści wydały mi się trochę ciekawsze niż ostatnio, to swoją drogą. Już wiem, że kolejny numer również zagości na mojej półce i to on ostatecznie zdecyduje, czy jeszcze świeży magazyn Egmontu wygra walkę o mój portfel. Na razie wszystko wskazuje na to, że tak się stanie.

W FK #2 dostajemy kontynuacje Rozbitków z Ythaq i Lasów Opalu, a zamiast Legendy (która powróci za miesiąc) jest coś nowego, czyli pierwszy tom Samuraja.
Tym razem to Rozbitkowie z Ythaq jest komiksem, który najbardziej przypadł mi do gustu. Kilka ciekawych pomysłów, zwłaszcza wątek ze wspomnianą ostatnio niegrzeczną panią, pozwoliły na czerpanie umiarkowanej przyjemności z lektury. Nie jest świetnie, ale moim zdaniem odczuwalnie lepiej, a konkretniej: tak jak miało być, czyli niezbyt ambitnie, jednak wystarczająco rozrywkowo, żeby strawić to bez bólu. Ciekaw jestem tylko, czy takie okrzyki jak na przykład "Kurza pacha!" czy (moje ulubione) "A niech to chili z badyli!" (what the fuck?) są inwencją tłumaczki, czy może w oryginale brzmiały równie głupio. Tak czy inaczej, według mnie jest to najlepsza opowieść z tych zamieszczonych w drugim tomie, choć na forum Gildii czytałem sporo wypowiedzi stwierdzających coś całkowicie odwrotnego.
Lasy Opalu, największe ścierwo z poprzedniego numeru, o dziwo również wchodzi lepiej niż przed miesiącem. Wciąż jest to przewidywalne, wciąż opiera się na pomyśle przeruchanym wcześniej na sto tysięcy sposobów (przypominam: "Darko, syn zwykłego optyka, okazuje się zbawcą ze starej przepowiedni"), wciąż występują patetyczne teksty w stylu "Jeśli chłopak umrze, zniknie nadzieja na triumf sprawiedliwości", ale drugi epizod znacząco przewyższa to, co miałem nieprzyjemność przeczytać ostatnio. Może rzeczywiście jest lepiej, a może tak bardzo chciałem czegoś ciekawszego, że aż wmówiłem sobie, że faktycznie jest ciekawiej.
Nowa opowieść, Samuraj (scenariusz: Di Giorgio, rysunki: Genêt) to również przyzwoite i dobrze narysowane czytadło. Nie grzeszące oryginalnością, ale nieźle zrealizowane i stojące na mniej więcej takim samym poziomie jak Rozbitkowie z Ythaq. Wydaje mi się, że gdyby poszło do pierwszego numeru zamiast Lasów Opalu, debiut magazynu wyszedłby Egmontowi nieco lepiej.
O kilku humorystycznych jednoplanszówkach nawet nie wspominam, bo tak naprawdę jest to pierdółka, która ma niewielkie znaczenie dla ogólnego odbioru Fantasy Komiks. Niby mogłoby być lepiej, ale gdyby nie było ich wcale, pewnie nawet bym tego nie zauważył.

Na koniec ankieta - dobrze, że jest. Jak widać Egmont sprawdza, czy czytelnicy FK sięgnęli po magazyn ponieważ lubią komiksy, czy może bardziej dlatego, że interesują się fantasy (w uproszczeniu). Wydaje mi się, że wydawnictwu chodzi bardziej o ten drugi rodzaj odbiorców, bo na samych czytelnikach obrazkowych opowieści chyba się nie dorobią. Poza tym pojawiła się bardzo ciekawa opcja, a mianowicie możliwość prezentowania w każdym numerze "po połowie albumów sześciu różnych serii" zamiast trzech w całości. I chyba takie coś odpowiadałoby mi najbardziej.

PS. Ostatnio napisałem, że "z dawnego zainteresowania fantasy pozostała u mnie jedynie fascynacja Światem Dysku Pratchetta oraz planszówką Magiczny Miecz (pamięta ktoś?)." Zapomniałem o Sapkowskim!

Edit: teraz widzę, że zamieściłem jakąś inną okładkę, z napisem "172 strony komiksu!", podczas gdy na moim magazynie jest "168 stron komiksu!". W sumie nieważne, tylko chwalę się, żem spostrzegawczy.

czwartek, 22 kwietnia 2010

#85 - Savage Dragon Archives Volume One [Erik Larsen]

Są takie komiksy, z którymi warto próbować do skutku i dawać im coraz to nowe szanse, bo na końcu tej usłanej cierniami drogi możemy zostać wynagrodzeni naprawdę dobrą zabawą. Tak było właśnie z Savage Dragonem, opowieścią kompletnie przeze mnie zapomnianą i niedocenioną, jak się ostatnio okazało - zupełnie niesłusznie. A było to tak...

Erika Larsena pamiętam jeszcze z czasów TM-Semic, kiedy to pojawiał się głównie w Spider-Manie, poza tym narysował jeszcze ostatni numer polskiej wersji Wild C.A.T.S. Jeśli coś jeszcze, to w tej chwili nie potrafię sobie o tym przypomnieć. W każdym razie zawsze podobały mi się jego opowieści, dostarczające porcji prostej rozrywki, która nie udawała czegoś wielce ambitnego (a przynajmniej tak je zapamiętałem). Dość charakterystyczna kreska Larsena także była miłym wspomnieniem. A że Savage Dragon jest dobrym komiksem, przeczytałem w którymś z listów zamieszczonych w jednym z pierwszych numerów Spawna. Musiało jednak minąć sporo czasu, zanim nadarzyła się okazja wypróbowanie tego tytułu, a stało się to gdy wyciągnąłem #3 numer regularnej serii z pudła pełnego tanich, starszych zeszytów, położonego w niewielkim sklepie komiksowym w Ju Es Ej. Skoro miałem tę opowieść pod ręką, to czemu nie sprawdzić zielonego gościa z płetwą na głowie?

Ale wtedy (a działo się to prawie cztery lata temu) ta wyrwana z kontekstu nawalanka zupełnie nie przypadła mi do gustu, tak więc odłożyłem zeszyt na półkę i olałem sprawę. Dużo później przeczytałem pozytywne wypowiedzi Arcza z Kolorowych Zeszytów i postanowiłem, że dam smokowi kolejną szansę. Zapoznałem się z treścią kilku pierwszych epizodów i znowu nic. Zastanawiałem się, co ludzie w tym widzą, bo przecież Arcz nie był jedynym zachwalającym. Zagryzłem zęby i w wakacje kupiłem pierwszy tom Savage Dragon Archives z myślą, że jeśli ta cegła mnie nie przekona, zapominam o tym zielonym gościu na zawsze. Dostałem więc ponad 600 stron komiksu (składająca się z trzech odcinków mini-seria oraz pierwsze 21 epizodów prezentujących regularne przygody pana z płetwą), całość zacząłem czytać dopiero w zeszłym tygodniu i wreszcie możecie mnie uznać za nawróconego. Podoba mi się, jaram się, jestem fanem. Może nie takim die hard, ale jest jeszcze przecież drugi tom Archives, wszystko przede mną.

Musiałem opisać te wszystkie podejścia do serii Erika, bo nawet ja nie rozumiem tego, że Savage Dragon wcześniej był "be" a teraz jest czymś bardzo dobrym. Może to kwestia ilości materiału - jakoś tak fajniej siąść sobie wygodnie z tymi wesołymi nawalankami i przeczytać 200 stron za jednym razem. Nie zajmuje to za dużo czasu, bo przygody smoka to przede wszystkim akcja i brutalne pojedynki z wszelkiej maści superłotrami o dziwacznych mocach, a pomysł goni pomysł i ciężko przerwać lekturę widząc, że główny bohater jest właśnie w trakcie dostawanie konkretnego oklepu lub dowala przeciwnikowi, a przed nami jeszcze tylko połowa cegły. Może to kwestia tego, że podszedłem do tego komiksu tak jak należy - jak do czystej rozrywki, choć z drugiej strony nigdy nie robiłem z siebie jakiegoś pseudointelektualisty, który czyta tylko poważne opowieści. Savage Dragon jest świetny taki jaki jest, mamy dużo wybuchów, nawalanek, sporo całostronicowych ilustracji oraz pomysłowość Larsena, który ewidentnie świetnie się bawił podczas pracy nad całością - to widać, a jego entuzjazm udziela się także czytelnikowi. Do plusów należy też oczywiście szata graficzna (tutaj niestety w czerni i bieli, ale coś za coś) oraz umiejętność ciekawego rozplanowania wydarzeń przez autora, co prowadzi do wielu zaskakujących zwrotów akcji. Gdybym wcześniej nie widział Invincible, gdzie Kirkman robi to o wiele lepiej, pewnie byłbym jeszcze bardziej zadowolony.

"Zawsze podobały mi się jego opowieści, dostarczające porcji prostej rozrywki, która nie udawała czegoś wielce ambitnego" - w zasadzie nic się nie zmieniło. Próby przekonania się do Savage Dragona były dla mnie dość ciężką przeprawą (podobnie miałem na przykład z muzyką MF Dooma, chyba najbardziej komiksowego rapera na świecie), ale jestem zadowolony, że na początku dałem się temu komiksowi trochę pomęczyć, by potem w końcu odłożyć wydane zbiorcze z szerokim uśmiechem na ustach. Nie wiem kiedy sprawdzę Volume Two, ale sprawdzę na pewno, a póki co dołączam do grona polecających.

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...