piątek, 24 września 2010

#108: Ratman: Terror na wizji [Tomasz Niewiadomski]

Terror na wizji, kolejna sympatyczna inicjatywa dobrych ludzi od Kartonu, to zeszyt, którego premiera będzie miała miejsce na MFK(iG), z niemniej sympatyczną ceną okładkową (jedyne 3zł). Jeszcze bardziej od niewielkiej kwoty, za jaką nabyć można nowe przygody Ratmana, zachęca nazwisko autora, jak również sam główny bohater, znany polskiemu czytelnikowi nie od dziś. A jak udało się "rozdziewiczenie zeszytowych ambicji Kartonu" pod względem samego scenariusza i rysunków?

Ratmana znam z łamów Czasu Fantastyki oraz Nowej Fantsatyki; najlepiej zapamiętałem krótką historię zatytułowaną Gwałtownik, która została napisana przez Grzegorza Janusza i opublikowana w NF #300. Różnie bywało z moją oceną komiksów z jego udziałem, jednak najczęściej przypadały mi do gustu, choć zwykle z jakimś niewielkim "ale". Nie da się ukryć, że Ratman jest postacią niezwykle oryginalną, a zarówno humor (niezależnie od tego, czy Tomasz Niewiadomski rysuje do czyjegoś scenariusza, czy - tak jak w przypadku Terroru na wizji - jest autorem całości), jak i warstwa graficzna nie należą do typowych, więc mogą nie przypaść do gustu sporej liczbie odbiorców. Mimo to wydaje mi się, że potencjalny niezadowolony czytelnik odrzuci ten zeszyt już na etapie oglądania obrazków, sięgnie po inny komiks, zawierający przystępniejszą kreskę i nie będzie miał powodów do narzekań.

Reszta nie powinna być zawiedziona, bo wszystko stoi tutaj na dobrym poziomie, nie odbiegającym od tego, co przeczytałem we wspomnianych wcześniej czasopismach. Tym razem Ratman stara się zdobyć pasującą na jego głowę czapkę niewidkę, a później próbuje siać tytułowy terror na wizji; cały zeszyt jest jednocześnie lekkostrawny i przyprawiony charakterystyczną dla tego bohatera atmosferą absurdu. Co prawda żaden dowcip nie rozłożył mnie na łopatki, może oczekiwałem jakiejś większej bomby pod koniec, ale ogólnie jest dobrze, sympatycznie i na pewno warto rzucić te 3zł, by mieć Terror na wizji u siebie w domu. Dodam jeszcze, że nowy komiks Tomasza Niewiadomskiego zachęcił mnie do sprawdzenia poprzednich części (O obrotach dział niebieskich i Marsjanie z globalnej wioski), co chyba najlepiej świadczy o tym, że jestem usatysfakcjonowany.

środa, 22 września 2010

#107: Komiksofilia: Year Two

Najpierw setny wpis, teraz kolejna okazja do wypicia kieliszka wódki przed monitorem, w samotności (w końcu 99% moich znajomych, którzy interesują się komiksem i zaglądają na tę stronę, to znajomi wyłącznie z Internetu). Tak czy inaczej, to już dwa lata - 22 września 2008 pisałem o serii Y: The Last Man, nie wierząc, że mój blog wytrzyma choćby dwa miesiące, 22 września 2009 wspominałem o tym, że Komiksofilia ma 42 wpisy, 6 osób obserwujących i 2 komentarze (w tym jeden mój), a teraz bywa, że aż mi głupio, gdy czytam przesadnie pozytywne opinie o moich recenzjach. Strach pomyśleć, co będzie za rok - może przegonię Kolorowe Zeszyty pod względem ilości tekstów? Jasne.

poniedziałek, 20 września 2010

#106 - Karton #2

Zaniedbałem Karton - recenzja pierwszego wydania magazynu pojawiła się tu 25 października 2009 roku i od tego czasu cisza. Mój błąd, przepraszam. Wreszcie nadrobiłem zaległości i mam za sobą lekturę wszystkich dotychczasowych numerów.

Co nowego w dwójce? Mniejszy format, identyczna cena i tyle samo stron, a przy tym zawartość nieco przyjemniejsza w odbiorze niż ostatnio. Na pewno wynika to po części z tego, że wiedziałem już, czego się spodziewać, trochę z powodu znajomości bohaterów, którzy pojawili się już wcześniej w magazynie oraz przez to, że coś zaczęło z tych opowieści wynikać. Poprzednio były to tylko krótkie początki, teraz na ogół widać, w jakim kierunku zmierza fabuła, jak również co chcieli pokazać twórcy danej serii. Po przeczytaniu tych kilku komiksów kształtuje się inicjatywa godna wspierania, do której najbardziej pasuje słowo sympatyczna. Nie żałuję dania magazynowi drugiej szansy (a w zasadzie drugiej, trzeciej i czwartej naraz - tyle bowiem wynosi liczba numerów, które ukazały się do tej pory), wręcz przeciwnie, już czekam na kolejny Karton, tym razem z cyfrą 5 na okładce, w tym przypadku oznaczającą nie tylko cenę.

Pomiędzy okładkami znajdą się zarówno lubiane przeze mnie komiksy sprawdzonych autorów (Gang Wąsaczy, paski KRL-a), rzeczy, do których dałem radę się przekonać (Ćmy i przede wszystkim Byle do piątku trzynastego), opowieści średnie (Cyberdetektywi z kosmosu) oraz takie, które kompletnie do mnie nie przemawiają (Flatties). Wciąż nie wiem, co myśleć o seriach 168 i Diogenes, ale spokojna głowa, poczekam. W pozostałej części magazynu czytelnik znajdzie historie gościa numeru (w #2 jest to Mohamed Elsayed Tawfik), przybliżenie internetowego komiksu Shrub Monkeys, ilustrację Przemysława Truścińskiego, komiks sponsorowany i okładkę, według mnie gorszą niż ostatnio. Jak widać pomimo niewielkiej objętości twórcy zdołali zmieścić tu całkiem sporo ciekawych rzeczy, a wyświechtane powiedzenie "każdy znajdzie coś dla siebie" przestaje mnie w tym momencie bawić, ponieważ Karton wydaje się być na tyle różnorodny (pomimo publikowania opowieści zamkniętych w cartoonowej formule), że naprawdę trudno nie polubić choć jednej serii, jednocześnie śledząc pozostałe, być może z mniejszym entuzjazmem, ale także z nadzieją, że wkrótce nabiorą rumieńców.

środa, 15 września 2010

#105 - Okładki płyt [1]

Stwierdziłem, że od czasu do czasu znajdzie się tu coś, co ma bardzo niewiele (albo wręcz nic) wspólnego z opowieściami obrazkowymi. Czemu nie? Chyba nikt nie będzie miał mi tego za złe?

Dzisiaj kilka okładek płyt. Niektóre nawiązują bezpośrednio do komiksów, inne tylko mi się z nimi kojarzą, pozostałe uważam za wystarczająco dobre/interesujące/popieprzone, żeby je tu wrzucić. Kolejność jest, generalnie, przypadkowa.




































wtorek, 14 września 2010

#104 - Super Pan Owoc [Nicolas de Crécy]

Gdyby nie dwie genialne części Dziadka Leona, w których maczał palce Nicolas de Crécy, w życiu nie sięgnąłbym po ten komiks. Sama nazwa, opis "opowiada o perypetiach dziennikarza Klarka Kęta", cena - to wszystko strasznie mnie zniechęcało. Pomysł na opowieść kojarzył mi się z kabareciarzem, który ma ochotę na robienie sobie żartów z rapu, więc wychodzi na scenę w jak najszerszych spodniach, ogromnej bluzie z kapturem, czapce z daszkiem odwróconym o tyłu, macha rękami krzycząc "Yo, ziomal" i wydaje mu się, że jest zabawny (a pełni entuzjazmu kretyni z widowni nie mają zamiaru wyprowadzać go z błędu). Zalatywało mi to parodią w takim właśnie stylu. Doszedłem jednak do wniosku, że pozory mylą, a de Crécy mógł usmażyć coś ciekawego mając do dyspozycji wyłącznie - wydawałoby się - kiepskie składniki (mam tu na myśli scenariusz, nie ilustracje). Szkoda, że mimo tych nadziei, Super Pan Owoc zawiódł moje oczekiwania.

Można się ze mną nie zgadzać, mieć inne zdanie, a jeśli ktoś jeszcze nie zna tego komiksu, dla równowagi można przeczytać inną, pozytywniejszą recenzję. Ja nie zachęcam do zakupu, chyba, że dla interesujących, sprawiających wrażenie szkiców, a co najważniejsze, cudownie brzydkich rysunków. Co prawda w Dziadku Leonie, gdzie zostały obdarzone dodatkiem w postaci świetnych kolorów, przypadły mi do gustu dużo bardziej, ale z drugiej strony, czerń i biel również tworzą ciekawy efekt. Przeglądając wydany przez Timofa, dość gruby tom (zbierający dwie części komiksu, we Francji wydane w osobnych albumach) chwilę po oddaniu go w moje ręce przez listonosza, wydawało mi się jeszcze, że będzie dobrze. Jakiś czas później zacząłem czytać i zmieniłem zdanie.

Możliwe, że nie dostrzegłem w Super Panu Owocu przemyślanych nawiązań oraz inteligencji ukrytej w pozornie kiepskich żarcikach. Dla mnie wygląda to bardziej na dowcip w stylu wspomnianego wcześniej występu kabareciarza, a w najlepszym wypadku na nieudany freestyle autora, który wpadł na pomysł, usiadł i narysował, dobrze się przy tym bawiąc, ale niekoniecznie intensywnie myśląc nad sensem swoich poczynań. Tytułowy bohater, Klark Kęt (ciekawe, czy w oryginale brzmi to podobnie, czy mamy do czynienia z inwencją twórczą tłumaczki), jakoś nie potrafił rozbawić mnie swoim wielkim brzuchem, dyszeniem i tym, że najczęściej nie udaje mu się dogonić autobusu. Nie rozbawiła mnie żadna z jego przygód ani prawie żaden z pomysłów scenarzysty. Może ten komiks ma jakieś drugie do, na które nie zwróciłem uwagi, w każdym razie doczytałem go do końca trochę na siłę i bez uśmiechu. Problem polega również na tym, że nawet gdybym zauważył to coś, co zostało zręcznie ukryte w przygodach Super Pana Owoca, podejrzewam, że i tak nie przekonałbym się do tej opowieści. Jeśli ktoś lubi podobny, głupkowaty humor, niech spróbuje; reszcie zdecydowanie odradzam. Sięgnijcie lepiej po oba tomy Dziadka Leona, chyba, że w swojej nieskończonej mądrości już to zrobiliście.

sobota, 11 września 2010

#103 - Fantasy Komiks #5

No proszę - jeszcze wczoraj, pisząc o przyszłości wciąż całkiem nowego magazynu Egmontu, założyłem, że "jakoś to idzie", a zaraz potem przeczytałem wywiad z Tomaszem Kołodziejczakiem, który na pytanie "Czy Fantasy Komiks, czyli stosunkowo tani magazyn z dużą ilością komiksów, może być remedium na czytelnictwo i sprzedaż komiksów?" odpowiada: "Brakuje nam klientów, ale niedużo. Dajemy pismu jeszcze czas. Jeśli utrzyma się na rynku, to zajmie stałe miejsce na półkach wybranych kiosków. Wtedy według tego modelu możemy kreować kolejne tytuły. Wszystko rozstrzygnie się jesienią". Czyli jednak wcale nie jest tak różowo i wciąż nic nie wiadomo.

Na razie cieszmy się tym, co mamy, czyli piątym numerem. W środku znajdziemy dalszy ciąg Rozbitków z Ythaq (jest dobrze: akcja, akcja i kilka nowych wątków, choć takie rzeczy jak zmutowany dziadyga krzyczący "Cha, cha, cha, cha, cha!", gdy wyrastają mu skrzydła, zalatuje mi pomysłami rodem z naiwnych komiksów tworzonych przeze mnie na świetlicy w podstawówce) oraz finał pierwszej podserii Samuraja (szkoda, że mimo widowiskowych i dobrze narysowanych scen bitewnych, ostatni odcinek rozczarowuje; sprawia wrażenie kończonego na szybko).
Zazwyczaj nie wspominam o humorystycznych jednoplanszówkach - albo są żenujące, albo zapominam je zaraz po przeczytaniu. W piątym numerze pojawiła się jakaś nowa seria stanowiąca krótkie przerywniki pomiędzy albumami, ale... już nie pamiętam jej tytułu. Serio. I tak nie byłem nią zachwycony.
Jednak jest jeszcze coś interesującego - seria Zaraza, pierwsza znacząca nowość od pierwszej części Samuraja w Fantasy Komiks #2 (a w następnym numerze kolejny niepublikowany dotąd w FK cykl - Sloka). Komiks opowiada o zmaganiach dwóch wrogich plemion, łączących siły, by pokonać dziesiątkującą ich chorobę. Na razie, zarówno scenariuszowo i graficznie, Zaraza nie zaniża poziomu magazynu, ale też nie wzbudza mojego entuzjazmu. Mimo wszystko, zdążyłem się już przekonać, że niektóre z prezentowanych w nim tytułów potrzebują czasu, by się rozkręcić; mam nadzieję, że ten nie jest wyjątkiem.

piątek, 10 września 2010

#102 - Fantasy Komiks #4

Fantasy Komiks wciąż daje radę. Kiedy piszę te słowa, na półce czeka napoczęty piąty tom, a tymczasem kilka zdań o czwartym: w ciągu kilkumiesięcznej obecności magazynu na polskim rynku zdążyłem przyzwyczaić się do formuły wybranej przez Egmont... i polubić ją. Nie mam pojęcia, ilu czytelników ma podobne zdanie, ale jak na razie zapowiedzi sięgają siódmego numeru, więc chyba jakoś to idzie. I bardzo dobrze.

Tym razem z okładki spoglądają na nas bohaterowie Lasów Opalu, serii, którą wcześniej uznawałem za najgorszą z prezentowanych dotychczas w Fantasy Komiks. I tu kolejne zdziwienie związane z magazynem: jest lepiej, nadal naiwnie, ale tym razem przebrnąłem przez opowieść bez częstego uderzania otwartą dłonią w czoło. Dalszy ciąg cyklu zobaczymy w szóstym tomie i jeśli nie okaże się gorszy, będzie naprawdę nieźle, zwłaszcza w porównaniu z tragicznym początkiem.
Trzecia część Samuraja nie zaskoczyła mnie ani pozytywnie, ani negatywnie; to wciąż ten sam, dobrze narysowany komiks z fabułą, która... po prostu jest, ale trawi się ją bez bólu i zgrzytania zębami. Gdyby każda seria publikowana w magazynie miała taki poziom, spokojnie wystarczyłoby to, żeby mnie zadowolić.
Najlepszym komiksem w czwartym numerze jest według mnie kontynuacja Legendy - może to lekki sentyment do Księcia Nocy, a może po prostu fakt, że Swolfs dał radę wycisnąć z tak oklepanego pomysłu (w Fantasy Komiks właściwie nie ma innych) tyle, ile się dało. Nietrudno zgadnąć, jaki będzie finał, ale i tak chętnie przekonam się sam.

Czwarty numer sprawdza się tak, jak poprzednie, może oprócz pierwszego, który mnie rozczarował. Mógłbym ponarzekać, bo wad jest sporo, ale przecież i tak kupuję kolejne tomy tej taniej pulpy, a to chyba o czymś świadczy. Piątka już czeka na dokończenie.

środa, 8 września 2010

#100

Setny wpis. Biorąc pod uwagę ilość materiału na kilku innych komiksowych blogach, nic specjalnego, ale ja tam jestem zadowolony, bo nigdy bym nie podejrzewał, że dam radę, że będzie mi się chciało i takie tam. Poza tym, przez ostatnie dwa lata na pewno uzbierało się tu trochę dobrych tekstów (nawet jeśli nie są dobrze napisane, dotyczą dobrych pozycji), prawda? Chyba mogę stwierdzić, że mam kilka powodów do satysfakcji. Komentującym dziękuję za motywację i pozytywne opinie, nawet jeśli czasem stanowczo przesadzali z pochwałami... i to właściwie tyle, jeśli chodzi o świętowanie.

Ale żeby nie skończyło się na samozachwycie z powodu liczby #100 w tytule wpisu, wrzucam kilka nowych recenzji (być może niektórzy zauważyli już dziwną numerację - przy Profesorze Bellu jest #96, a tu nagle setka - i domyślili się, że będzie coś jeszcze). Od kwietnia do lipca zeszłego roku zaniedbałem to miejsce, ale na szczęście Blogspot, w przeciwieństwie do człowieka, potrafi oszukać czas i mogłem zapchać denerwującą mnie lukę nowymi tekstami; właśnie dlatego nie pojawiały się na samej górze. Można znaleźć je pod tymi linkami:

#97 - Face [Peter Milligan & Duncan Fegredo]
#98 - American Virgin [Steven T. Seagle & Becky Cloonan]
#99 - The Extremist [Peter Milligan & Ted McKeever]
#101 - Spawn: The Animated Series

Mam nadzieję, że cztery nowe recenzje zrekompensują dotychczasową zamułkę.

Chciałem jeszcze przypomnieć dziesięć starszych tekstów, które są poświęcone ciekawym komiksom, a nie doczekały się żadnego (lub prawie żadnego) odzewu i zostały zapomniane. Co mi szkodzi? Może ktoś jeszcze nie czytał i przeczyta teraz:

#24 - Transmetropolitan [Warren Ellis & Darick Robertson]
#33 - All-Star Superman [Grant Morrison & Frank Quitely]

#39 - Prosto z Piekła [Alan Moore & Eddie Campbell]
#41 - WE3 [Grant Morrison & Frank Quitely]
#47 - Enigma [Peter Milligan & Duncan Fegredo]
#50 - Millennium Fever [Nick Abadzis & Duncan Fegredo]
#51 - Doom Patrol: Crawling From The Wreckage [Grant Morrison & Richard Case]
#68 - X-Force #116-#129 [Peter Milligan & Michael Allred]
#71 - Supreme: The Story of the Year [Alan Moore & Rick Veitch]
#79 - It's a Bird... [Steven T. Seagle & Teddy Kristiansen]

I to wszystko na dziś. Jeśli ktoś chce i uważa, że na to zasługuję, może życzyć mi szybkiego zaliczenia kolejnej setki oraz tego, bym zrobił to w dobrym stylu.

środa, 25 sierpnia 2010

#96 - Profesor Bell [Joann Sfar]

Profesor Bell ukazał się w Polsce kilka ładnych miesięcy temu, jednak nadal warto napisać o nim kilka słów. Z początku cena okładkowa (69zł) wydawała mi się stanowczo zbyt wygórowana jak na tak niewielką objętość komiksu (96 stron), ale wrażenie to zniknęło zaraz po przeczytaniu, a właściwie samym przejrzeniu kilku stron opowieści. Nigdy wcześniej nie miałem do czynienia z jakąkolwiek historią napisaną lub narysowaną przez Sfara, jednak dwa albumy zebrane przez Mroję w jednym dużym tomie udowodniły mi, że natychmiast powinienem nadrobić zaległości.

Tym, co rzuca się w oczy od samego początku lektury jest niesamowity, niepowtarzalny KLIMAT, dzięki któremu od razu zapragnąłem, by Mroja wydała kolejne tomy z przygodami Profesora Bella, najlepiej od razu. Dobrze scharakteryzują go pozornie wykluczające się nawzajem przymiotniki "mroczny" i "zabawny", ale Joann Sfar dodał tutaj to coś, czego nie spotkałem w żadnym innym komiksie. Widać to już przy przeglądaniu ilustracji; rysunki autora sprawiają wrażenie bardzo prostych i przejrzystych, jednak poszczególne elementy nie są pozbawione większej ilości szczegółów. Łatwa w odbiorze kreska jest w rzeczywistości jednym z unikalnych składników specyficznej atmosfery opowieści, a świetne kolory nałożone przez Brigitte Findakly tylko spotęgowały niesamowite wrażenie. Jedyną wizualną wadą komiksu są pojawiające się bardzo często mikroskopijne litery - nie mogę narzekać na słaby wzrok, ale kilka razy musiałem nieźle się wysilić chcąc odczytać napisy w dymkach. Trzeba być wyjątkowo cierpliwą osobą, żeby nie rzucać przy tym mięsem.

Scenariusz to kolejna rewelacja. W dwóch przedstawionych tu opowieściach, Dwugłowym Meksykaninie oraz Lalkach Jerozolimy, Sfar zmieścił tyle dobrego, że mógłbym rozdzielić to na trzy komiksy, a i tak byłbym zadowolony z każdego z nich. W pierwszej historii główny bohater musi rozwiązać problem tytułowego Meksykanina z dodatkową głową przejmującą kontrolę nad całym jego życiem; z kolei w drugiej przeciwstawia się samemu diabłu, który jednak nie okazuje się wcale aż tak straszny. W obu przypadkach mamy do czynienia z imponującą pomysłowością autora, w niezwykły sposób łączącego elementy horroru z humorem (fakt, że najczęściej czarnym). Gdybym miał się do czegoś przyczepić, byłaby to objętość komiksu - po przeczytaniu pierwszego tomu od razu chce się więcej. Mam nadzieję, że kolejna dawka dotrze do Polski jak najszybciej.

Profesor Bell nie jest opowieścią, która spodobała mi się w czasie lektury, ale zaraz potem o wszystkim zapomniałem i odłożyłem ją na półkę. Po kilku miesiącach to wciąż świetna pozycja i cały czas chce się do niej wracać. Mam wrażenie, że będę to robił, dopóki nie dostanę w swoje chciwe łapy drugiej części.

środa, 11 sierpnia 2010

#95 - Invincible: Happy Days [Robert Kirkman & Ryan Ottley]

Jedenasty TPB, jak zwykle krótko (przynajmniej taki jest plan hehe) i jak zwykle ze spoilerami. Czytelniku - czuj się ostrzeżony.

Tym razem w zbiorze znalazły się zeszyty #54-59 oraz jedenasty numer serii The Astounding Wolf-Man. Na początku mamy mały wgląd w potencjalną przyszłość głównego bohatera; znając Kirkmana, jest bardzo prawdopodobne, że ten wątek jeszcze nie został zakończony. Następnie przechodzimy do obecnych wydarzeń, między innymi do wątku uwięzionego Omni-Mana, od którego dowiadujemy się o bardzo istotnej słabości przedstawicieli jego rasy. Tymczasem na ziemi Mark ma na głowie coraz większą ilość kłopotów, od tych związanych z byłą dziewczyną po fakt, że jest obserwowany przez nieznanego przeciwnika. Jakby tego była mało, dochodzi problem z Wolf-Manem, co dla czytelników oznacza udany gościnny występ tej postaci w serii Invincible, jak również pokazanie się syna Omni-Mana w komiksie opowiadającym o przygodach człowieka-wilka. Nasz bohater ilustrowany przez kogoś innego niż Ryan Ottley to miła odmiana, choć muszę przyznać, że nie zachwyciłem się rysunkami Jasona Howarda.
#58 zeszyt zawiera sporo zapowiedzi wydarzeń, o jakich przeczytamy w najbliższej przyszłości. Kirkman jest mistrzem dawania mniej lub bardziej oczywistych wskazówek i zachęcających sygnałów - tym razem również nie zawiódł. I choć ani finał tego tomu, ani poszczególne wątki zaprezentowane w numerach #54-59 nie powalają na kolana, nie mógłbym napisać, że to słaby TPB, albo że seria obniżyła poziom. Wcale tak nie uważam i mam zamiar czytać dalej. Polecam po raz nie wiem który.

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...